Szumowiny

Kiedy pogasną latarnie, a świt szarym blaskiem rozbarwi ciemne kontury zmarłych domów i rozświetli miasto, po minionych conocnych igrzyskach ciemnych namiętności, wzdłuż ziewających ulic ścieka pstrokaty ludzki tłum i zbiera się niby mętny osad w okolicach dworca oraz w paru dorożkarskich knajpach.

Sto wcieleń bezsennej nędzy. Chichot bezzębnych ust. Ludzie, którzy przegrali stawkę życia. Wytworni zaświatowcy. Czupiradła wyjęte spod prawa. Mordercy płaczący nad kuflem piwa. Wióry wielkomiejskiego życia. Portowe dno.

Piją wódkę. Przechwalają się. Wywlekają wspomnienia urojonej wspaniałej przeszłości.

Każda twarz jest godna strofy Rimbauda89. Oto knajpa zamienia się w statek pijany. Odpływa w nieznaną dal.

Mały chłopczyk nakryty kopcem łachmanów tuli się do staruszka, który pije „setkę” i śliskim wzrokiem spogląda na malca.

— Tatusiu! Chcę już iść spać!

— Siedź, cholero! Syneczku kochany... Siedź, bo ci mordę skuję!

I oto starzec czule gładzi synka po głowie. Odkłada pustą butelkę i wyjmuje następną z kieszeni. Pije z gulgotaniem grdyki.

— Tata! Spać!

— Waruj! Jeszcze masz czas, kochany syneczku. Dopiero świt. Pomęcz się troszeczkę.

Malec zasypia wreszcie, przytulając wklęsłe, zielone policzki do zaśmieconego stołu. Staruszek budzi go natychmiast.

— Nie śpij, kochany syneczku. Tylko nie śpij!

Dzieciak nie może nawet płakać. Przelewa się przez ręce starca, który ściąga go za karę z krzesła i stawia przed sobą.

— Postój jeszcze trochę, kochany syneczku, to cię zmęczy...

Chłopiec przewraca się. Wtedy starzec bierze dzieciaka w objęcia, tuli do piersi i ziejąc wódką, wychodzi z dusznej knajpy.

Niesie go na róg ulicy i kładzie we wnęce domu. Obok umęczonego dziecka układa skarbonkę żebraków, czapkę odwróconą do góry dnem.

— Zarabiaj, kochany syneczku! Zarabiaj.

I wraca do knajpy...