Księżycowe kłopoty

Księżyc, zupełnie blady i wymokły po przepitym dniu i nocy spędzonej na stanowisku, niedbale wyjął z ust papierosa i rzucił za siebie, przeciągnął się leniwie, splunął, westchnął raz jeszcze i poszedł na spacer. Była pełnia. Należało błyszczeć beztroskim, wesołym uśmiechem, tymczasem w roztargnieniu zupełnie zapomniał wypomadować łysinę i przejrzeć się nieco w jakimś jeziorze. Wziął więc głęboki łyk powietrza w płuca, wydął policzki i zajrzał do pobliskiego stawu.

— Owszem. To może uchodzić za pełnię.

Poszedł dalej, potykając się o konary i ścieżki. Rozbryzgując tysięczne promienie, zaczął włóczyć się rozpaczliwie.

— Psy wyją. Głupie zajęcie sobie obrałem.

Noc była chłodna. Sięgnął więc po mały brunatny obłok i wsadził go sobie na wypięty łeb.

— Mogliby deszcz zrobić. Chmury nudzą się po oborach, a ja już dziesiąty dzień urzęduję bez przerwy. — Tu przerwał i ukłonił się dosyć przystojnej gwieździe, która patrzyła nań ciekawie spod długich, srebrnych, opuszczonych rzęs. Oddała mu ukłon z bardzo skromną minką.

Zawstydził się, wiedział bowiem, że ona tylko tak i że u gwiazd już nigdy nie będzie miał powodzenia. Zaczerwienił się więc zupełnie, opadł nad sam las niby wielki balon i z trwogą zaczął rozglądać się po niebie. Jeszcze ktoś obserwuje, znowu doniosą władzom, już i tak ma bardzo złą opinię i mogą go zredukować jak nic. Sam jesteś jak kołek, smutny satelita, i jeszcze musisz spełniać jakieś idiotyczne obowiązki. Daleko, o kilkaset kilometrów ukazała się chmura. Pofrunął ku niej znad lasu z nieprzepisową szybkością, opatulił się miękkim, wilgotnym gąszczem i zaczął marzyć. Zaraz jednak zbudziło go szczekanie psów i szum fal, które zrywały się z morskiej uwięzi i niby wściekłe, szczekoczące wilczury skakały aż pod chmurę, tryskając białą pianą z brunatnych, rozdrażnionych do żywej krwi pysków. Daleko w niebie zaczęło rozlegać się nawoływanie dyżurnych aniołów. Już spostrzegli. Zdrzemnąć się nie można. Ociągając się i ziejąc niechęcią, wygramolił się z chmury jak ze stogu.

I poszedł dalej.

Fale uspokoiły się w morzach. Ujrzały go i zaraz zaczęły znowu łasić się natrętnie. Odpędzał je, myśląc o czym innym, i szedł przepisowo, wolno, czuł bowiem, że daleko w samym sercu nieba ktoś nudny, uparty i wymagający nie spuszcza zeń oczu ani na chwileczkę.

Z nudy zaczął łazić po dachach śpiącego miasta i zaglądać do okien, pluskając palcami po szybach. Co prawda nie wolno tego robić, ale takiej drobnostki już chyba nikt nie zauważy.

Nagle stanął jak wryty. Wpatrzył się w otwarte okno, wsadził pół głowy do wnętrza i zastygł.

Czas płynął, a on trwał tak, jak skamieniały. Tylko złośliwy uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Wreszcie zaczął cofać się w głąb nocy. Coś sztywno poruszyło się w pokoju i na parapecie stanął młody człowiek w zielonej piżamie. Szedł za księżycem, który jednym filuternym okiem zerknął w mijane otwarte okna.

Wreszcie zatrzymał się i spojrzał w głąb pokoju. Na dużym małżeńskim łóżku spał otyły pan z brodą. Brodę trzymał na kołdrze.

Księżyc zerknął na lunatyka. Posłuszny, okryty srebrną drętwą88 młodzieniec drewnianym krokiem wszedł do pokoju.

— Nie, drogi panie, tym razem to ja jestem w domu, a moja żona wyjechała! — krzyknął na powitanie pan z brodą i wewnątrz powstała wielka bijatyka.

Księżyc cofnął się dyskretnie, poszedł nad lasy i jeziora, wymachując strugą promieni niby zwinną i krętą laseczką.

— Prędzej, prędzej! — wołał dyżurny anioł. — Znowu się spóźnicie na poranny raport.

Sąd, stwierdziwszy, że pan Aleksander Paluch jest autentycznym lunatykiem, wydał wyrok uniewinniający.