Pomyłka

Pan Artur Ranienko nie miał w sobie nic z narcyza87. Jednak kobiecym ruchem poprawił raz jeszcze kwiaty w wazonie i przejrzał się znowu w lustrze.

Była to cała ceremonia.

Najpierw cofnął się o dwa kroki, potem przechylił głowę jak ptak na gałązce. Dopiero teraz wyjął chusteczkę z bocznej kieszonki, rozfalował ją na wachlarzyk, po czym starannie włożył z powrotem i wtedy przechylił głowę na drugą stronę.

Tak trwał przez dłuższą chwilę, ale następnie wydął dolną wargę, z głębokim namysłem znowu wyjął chusteczkę z kieszeni i tak już pozostał, bezradny, umęczony, niezdecydowany...

Pan Artur Ranienko czekał i skracał sobie czas czekania. Na schodach rozległy się kroki. Lekkie, sprężyste, coraz bliższe. Gorączkowo ułożył chusteczkę w trójkąt i wsunął do kieszeni. Skorygował się jednym spojrzeniem. Chustka po tylu próbach wyglądała jak pomięta wczorajsza chryzantema. Wyrwał ją więc oburzonym ruchem i cisnął do szuflady.

Rozległo się dyskretne pukanie do drzwi.

Westchnął z ulgą, ręką poprawił sobie włosy i wystudiowanym melodyjnym krokiem minął korytarz.

— To ty? — spytał, otwierając drzwi. — Kochana...

— Przepraszam? Ubrania kupuję, może pan ma stare buty, kapelusze, bieliznę także.

Pan Artur zatrzasnął ze złością drzwi przed samym nosem niefortunnego handlarza... Wrócił przed lustro do przerwanej historii z chusteczką.

Pukanie ponowiło się.

— Kto tam?

— Pan sprzeda?! Ubrania, może stare buty, kapelusze. Dam dobrą cenę!

— A pójdziesz pan nareszcie! Natręt.

Wrócił do pokoju i zajął się przed lustrem już trzecią chusteczką.

Pukanie przerwało mu znowu.

Zdenerwowany zbliżył się teraz i zaczął krzyczeć:

— Cholera jasna! Spokojnie w domu nie można wysiedzieć. Nałażą i nałażą... Jak dam w mordę!...

Tu przerwał. Od otwieranych drzwi odchodziła pośpiesznie giętka i smukła, kołysząca się ukochana...

Dogonił ją i zaczął przepraszać. Schodziła po schodach nadąsana i obrażona. Nie sądziła, że on mógł w ogóle do kogokolwiek mówić w taki sposób.

Szedł za nią aż do bramy aż na ulicę. Zabiegał z prawej strony, z lewej, gestykulując i wyjaśniając.

Nawet nie spojrzała w jego stronę, stanowcza i zamaszysta. Patrzeli natomiast ludzie i zatrzymywali się w osłupieniu. Rzadki był to obrazek: młodzieniec w granatowej piżamie z piękną chusteczką w bocznej kieszonce wyjaśnia coś wytwornej pani i człapie po śniegu w tureckich pantofelkach...