W żołądku pijaka
Trzeba raz wreszcie oświetlić kwestię pijaństwa od wewnątrz. Trudne to zadanie biorę na swoje barki. Może je udźwignę.
Królikiem doświadczalnym będzie w tym wypadku pan Teofil Brzyd, który zalał się w pestkę w restauracji „Ararat”. Sam pan Teofil Brzyd nic nas nie obchodzi. Oświetlamy bowiem od wewnątrz. Zbrojni we wszystkie narzędzia konieczne do wnikliwej obserwacji podchodzimy do zagadnienia od strony żołądka.
A było to tak. Smutna sardynka — ta spod pierwszego kieliszka wódki, posprzeczała się z piklingiem1, który pływał w jednym piwie. Była to zażarta kłótnia na temat wyższości Morza Śródziemnego nad Północnym.
Obie osobistości sprzeczały się zajadle, zakłócając zacisze żołądka. Pan Teofil poprawiał się tylko na krześle i pośpiesznie zażądał rachunku. Czuł się widocznie nieswojo.
Tymczasem na pomoc sardynce nadpłynęły koleżanki z tej samej puszki, osaczyły piklinga i zaczęły obrzucać go sałatką z mięsa. Samotny i zbity pikling musiał uciekać. Zdecydował się. Dał nura w piwo i pomknął. Sardynki nie dały za wygraną. Ścigają.
Biedny pan Teofil wstał, wyszedł na próg restauracji. Był nieszczęśliwy, bezradny. Maleństwo.
Zapłakał.
Tymczasem dziwna gonitwa rozpętała się na dobre. Zwinny pikling wyprzedzał sardynki o dwie długości. Sardynki szły w cuglach. Lekko im było. Bez głów tak goniły, jak to zawsze bywa z sardynkami z puszki.
Pikling uciekł.
Szczęśliwy odpoczywał sobie na trotuarze2. Sardynki niebawem go dogoniły. Policjant natomiast nie potrzebował gonić pana Teofila. Podszedł. Wziął go za ręce jak niemowlę, ułożył Brzyda w dorożce i zawiózł do komisariatu.
Sąd grodzki skazał pana Teofila Brzyda za opilstwo.
Precz z pośrednictwem
— Precz z pośrednikami!
— Precz z pośrednikami!
— Droga od źródła do konsumenta powinna być skrócona. Jeszcze raz powtarzam, panowie: Precz z pośrednictwem!
Gruby pan, który aż spurpurowiał od tych okrzyków, powiódł szklanym wzrokiem po obecnych, podniósł do góry pusty kieliszek i trzasnął nim o posadzkę, że aż szkło bryznęło jak woda.
Po czym krzyknął raz jeszcze:
— Precz z pośrednikami!
— Należy skracać tę drogę. — Tu porwał trzy kieliszki ze stołu i znowu trzasnął nimi w posadzkę.
— Kieliszki nie są nam potrzebne — zawołał raz jeszcze, tłukąc kilka kieliszków. — Bo co to jest kieliszek? Pośrednik pomiędzy człowiekiem a butelką!
— Ależ niech pan się tak nie denerwuje! — próbowali uspokoić go towarzysze.
— Ja się denerwuję? Ja się wściekam po prostu! Szału dostaję, jak zobaczę kieliszek. O! O! O! Na każdym stole! Wszędzie! Co krok! Kieliszki! Niepotrzebne naczynia!
Tu porwał pięć dalszych i roztrzaskał je niemiłosiernie.
— Nie potrzeba pośredników. Mogę pić prosto z butelki.
I rzeczywiście:
Mógł z jednej, mógł z drugiej, mógł z trzeciej.
Kelner, zaniepokojony tymi możliwościami, zbliżył się z rachunkiem.
Gruby pan zaczął przyglądać się pozycjom.
— A to za co?
— Za potłuczone szkło.
— Nie płacę.
— Pan szanowny potłukł.
— I owszem.
— Więc kto zapłaci?
— Nie ja, bo to były moje kieliszki. Pan nie wie, co pan na stole stawia, drogi panie.
Kelner był zakłopotany.
— Ależ szanowny pan potłukł.
— Tak, ale zawsze noszę z sobą w palcie dużo kieliszków, bo lubię tłuc szkło po pijanemu, a zasadniczo jestem oszczędny. Tak taniej mi wypada. Rozumie pan? Kalkulacja!
Kelner nie dowierzał.
Gruby pan się obraził. Wezwał policję. Spisano protokół. Okazało się, że kieliszki rzeczywiście należały do oszczędnego hulaki.