Wizyta
Ledwie pan Marnicki zamknął oczy i przyłożył się do poduszki, a już w przedpokoju dosłyszał podejrzany szelest. Tak chroboczą myszy, krasnoludki lub włamywacze... Szelest zbliżał się do jego pokoju. Przez szparę w drzwiach zamigotało chytre, zielone światełko. Pan Marnicki zastygł, skamieniał z przerażenia. Chciał krzyczeć, lecz okrzyk zapuchł mu w gardle. Rozrósł się w krtani. Dusił. Drzwi otworzyły się bez szelestu i cień człowieka wślizgnął się do pokoju.
— Kto tam? — wyszeptał przerażony właściciel mieszkania.
— To ja — odparł cień spokojnym głosem i zielonym snopem światła zlustrował pokój, po czym skierował elektryczną smugę na łóżko pana Marnickiego.
— Co za ja? Jaki „ja”?
— Niech się pan nie obawia. Nikt z rodziny. Jestem po prostu złodziejem.
Spod kołdry wydobyło się westchnienie głębokiej ulgi. Jeszcze drżąca ręka sięgnęła do nocnego stolika. W pokoju zaśpiewało wesołe, żółte światło.
— Ach, tak! Niechże pan, siada. O! Tamten fotel będzie wygodny. Więc jest pan złodziejem?
— Tak. Ale nie mam czasu na towarzyskie rozmowy. Moc pracy przede mną. Proszę o kosztowności.
— Po pierwsze, niech pan schowa rewolwer. Co do kosztowności, znajdzie je pan w portmonetce na biurku. Jest tam jeden złoty groszy pięćdziesiąt.
— Pierścionki? Złoty zegarek?
— W lombardzie, drogi panie. Nie radzę zabierać kwitów, bo zostanie pan przyłapany.
— Niestety. A może coś z garderoby?
— Widzi pan ten jasny kwadrat posadzki pod ścianą?
— Widzę...
— Tam właśnie stała szafa, którą mi zlicytowano. W swoim czasie wisiały w niej ubrania. Wspominam je z rozrzewnieniem.
— Az czego pan właściwie żyje? Nic u pana nie ma!
— Posadkę mam. Małą posadkę. Jakże pan może przychodzić do mnie przed pierwszym, tylko się pan naraża.
— Trudno. Mam pilne terminy.
— Raty?
— Podatki!
— Ba! Przykro mi bardzo, ale nic panu nie poradzę. Natomiast pierwszego będę miał pieniądze i chętnie kupię od pana ten rewolwer, który widziałem przed chwilą w pańskim ręku.
— Ten? Stary gruchot, ale mogę panu go sprzedać.
— Doskonale. Będę więc pierwszego Pod Kometą o dziewiątej wieczorem. Dam piętnaście złotych. A teraz niech już pan idzie, bo oczy mi kleją się do snu.
— Do miłego!
Wyszedł.
— Hallo! Hallo! A niech pan nie zapomni zamknąć dobrze drzwi za sobą.
Tak to się zaczęło, a skończyło się w sądzie grodzkim, który skazał pana Marnickiego na sto złotych grzywny za posiadanie rewolweru bez pozwolenia na broń, która poza tym uległa konfiskacie.