Rozdział VI. Kasrylewskie pożary
Przebywając na stancji w hotelu „Turkalia”, toczyłem co noc zaciekłą wojnę ze wściekłymi bestiami, które napadały na mnie i znęcały się nade mną. A postępowały tak dlatego, że nie chciałem kłaść się z nimi do łóżka i ścieliłem sobie posłanie na kanapie.
„No i cóżeś wskórał, coś osiągnął?” Tak się ze mną droczyły. „I tak będziemy cię gryźć i w dodatku będziesz miał twardo pod głową. Nad ranem wszystkie gnaty będą cię bolały.”
Nagle słyszę jakiś dziwny dźwięk. Bom! Bom! Bom! i I wnet rozlegają się kroki biegających ludzi, którzy krzyczą: „Pali się! Pali się!” Wstaję i podchodzę do okna. Jedna połowa miasta przedziwnie oświetlona, druga pogrążona w straszliwych ciemnościach. Szybko wkładam ubranie i wybiegam na dwór. Z daleka dochodzi jakiś dziwny krzyk, przypominający odgłos bez słów. Ludzie ciągną w tamtym kierunku. Są zaspani. Ziewają i drżą z zimna. Jeden drugiemu opowiada niestworzone rzeczy: kto pierwszy usłyszał o pożarze i jak usłyszał. I każdy snuje swoje przypuszczenia na temat, kto się właściwie pali.
Jeden powiada: — To Josl!
Inny stwierdza: — To Menasze!
A znów inny: — To ani Josl, ani Menasze! To Sara-Zisl!
— Skąd raptem Sara-Zisl? — zaprzecza ktoś. — Przecież dom Sary-Zisl stoi w nowej dzielnicy, a pożar buszuje w starym mieście.
— To tak się pali w starym mieście, jak ja jestem panią rabinową — wtrąca inny. — Nie widzisz, że się pali koło łaźni?
— Cicho, sza! Po co się spierać — ktoś próbuje łagodzić spór. — Chodźmy lepiej tam, to się dowiemy, jak naprawdę jest.
Ruszają. Podążam za nimi przysłuchując się ich rozmowie.
— Już ktoś zmówił błogosławieństwo na intencję pożaru!
— Z czego wnioskujesz?
— Bo był ubezpieczony.
— Skąd wiesz?
— A jakże inaczej. Gdyby nie był ubezpieczony, nie byłoby pożaru. Dom sam się nie zapala.
— Co powiesz Jankl? Ładny pożar? Cudo! Sama rozkosz!
Domek płonie jak świeca szabasowa56. Strzela mocno czerwonymi językami. Dachu już nie ma. Pękają krokwie, trzeszczą okna. A gęsty dym wije się czarnymi kłębami. Unosi się coraz wyżej i dalej, nad domami i chatkami. Słychać głosy kobiet, uskarżających się na nieszczęście, które spadło na nie w środku nocy. Rozlega się płacz dzieci, które nieubrane drżą z zimna i dlatego grzeją się przy ogniu pożaru. Obok na jednej pierzynie i kilku poduszkach, cudem wyniesionych z ognia, siedzi cała rodzina. Stojąca przy niej kobieta w ciąży i z garnkiem w ręku opowiada innej kobiecie, jak to się zaczęło.
— A zacząć, zaczęło się szybko, oj, biada mi, od stolarza Szymona. Ktoś tam poszedł nocą z lampą, oj, ja nieszczęsna. Wiór nie brakuje i możliwe, że znalazła się zapałka, albo papieros. A może to zrobił sam właściciel, mam na myśli Gedalię. Czy tak było, nie wiem. Ja przy tym nie byłam. Tymczasem, biada mi, zostaliśmy nędzarzami. Straciliśmy wszystko. Wyszliśmy z pożaru z tym, z czym się urodziliśmy. Oj, ja nieszczęsna. Jeśli zapytacie mnie, po co dźwigam ten garnek, doprawdy nie potrafię odpowiedzieć. Sama nie wiem...
— Co za nieszczęście, co za cios! — jakaś kobieta załamuje ręce i płacze. Żali się głosem modlitewnym. — Co ja teraz pocznę? Nie zdążyłam niczego uratować. Z czego będę żyła? Gdzie się podzieję z moimi małymi dziećmi?
Do płonącego domu jak diabły wbiegają i wybiegają chłopcy. Skaczą w ogień. Ratują, co się da. To nogę od krzesła, to wahadło od zegara, to miotłę.
— A gdzie to się podziewa Eli z sikawką?
— Jestem! Jestem! — Eli daje o sobie znać. Mężczyzna małego wzrostu stoi i zmaga się ze swoją sikawką.
— Co tam robisz? Co się tak długo guzdrzesz z sikawką?
— Muszę ją zaszyć. Rozdarła się.
— A gdzie jest Fiszel ze swoimi wiadrami? — krzyczy zachrypniętym głosem Żyd o twarzy przybrudzonej dymem.
— Fiszel! Fiszel! — wszyscy pomagają mu wołać Fiszela.
— Coście się tak „rozfiszlowali”? — wtrąca się jakiś osobnik. Prawdopodobnie jest to sam Fiszel. — Popatrzcie no, jak się „rozfiszlowali”! Tylko Fiszel, Fiszel i Fiszel.
— A gdzie są twoje wiadra? — zadają mu zewsząd to pytanie.
— Wiadra to są, ale co z nimi robić, jeśli nie ma Grunema z beczką.
— A może byś pofatygował się Fiszelu i zdobył, póki co, parę wiader i wodę u sąsiadów?
— A dlaczego ja? Niech Eli to zrobi.
— Eli, złap wiadro i skocz po wodę!
— Nie dam rady, widzisz przecież, że zajęty jestem sikawką. Niech Motl idzie.
— Motl! Idź, zdobądź wiadro wody.
— A dokąd mam iść? Nie znam tu przecież nikogo. Niech idzie Anszel.
— Anszel! Zasuwaj po wodę!
— Ja? Pojęcia nie mam nawet, jakie drzwi otworzyć. Niech idzie Dawid.
— Sza! Sza! Grunem jedzie. Z beczką! Jedzie! Jedzie!
I wszyscy rzucają się w stronę Grunema po wodę. Pierwszy jest Eli z sikawką. Grunem, Żyd o błyszczącej, łuszczącej się twarzy, idzie powoli, nie śpiesząc się. Poły płaszcza ma zakasane do tyłu. Za nim wlecze się chuda szkapa. Ledwo potrafi wyciągać kopyta z błota. Zarówno Grunem, jak i szkapa są mocno zasapani.
— Pięknie witajcie! Już myśleliśmy, że dziś nie zdążycie.
— Ładna mi bajeczka, nieco tylko za krótka — powiada Grunem. — A kto, jeśli nie ja, miałby zdążyć? Co to, chłopczyk jestem? Gdy usłyszałem pierwszy sygnał, już byłem przy koniu. Moja stara chciała mnie nawet zatrzymać. „Co będziesz — powiada — człapał po takim błocie? Szkoda konika. Biedaczysko jest po dniu pracy, zupełnie wyczerpany”. Ale kto by jej słuchał? Ja nie wyrzeknę się dobrego uczynku. Zwłaszcza, gdy chodzi o człowieka. Biedacy palą się. Ważna sprawa.
— Obyście długo żyli, reb Grunem! Nie mamy tu nawet kropli wody. I u sąsiadów, nawet na lekarstwo, jej nie znajdziesz.
Bractwo ochotniczej straży rzuca się z pustymi wiadrami do beczki. Pierwszy oczywiście jest Eli z sikawką. Zaczyna się przepompowywanie: pompują, ciągną, a wody ani śladu.
— Co się stało, reb Grunem? Czy pan zwariował? Zmysły postradał? Przyjechał pan z pustą beczką?
— Co znaczy pusta? Beczka jest pełna jak oko. Co mi tam będziecie gadali.
— Niech pan sam zobaczy. Beczka jest pusta jak bęben.
— Co znaczy, jest pusta? — Grunem ogląda ze wszystkich stron beczkę. — Co to za mowa, co za gadanie? Niech puste będą żołądki, kiszki moich wrogów.
Grunem opukuje beczkę palcami i nagle stwierdza, że nie ma zatyczki.
— Tak, racja, beczka jest pusta — chwyta się za głowę i wyrzuca z siebie grad przekleństw. Nie wiadomo nawet pod czyim adresem.
— Cholera, nagła śmierć. Oby skonał! Oby w wodzie utonął. Kto mógł wyjąć zatyczkę? Niech go ziemia pochłonie! Gdzie się podziała zatyczka? Oj, nieszczęście. Oby cię ogień spalił!
Grunem wyładowuje całą swoją gorycz na biednym koniku. Uderza go batem po grzbiecie. Konik mrugnął tylko oczyma. Spuścił łeb, spojrzał w bok i pomyślał sobie zapewne tak: „Za co mi się to należy? Za co mnie uderzył? Niewielka to przecież sztuka wziąć konia, biedne nieme stworzenie, i za nic bić”.
— Życzę ci osiemdziesięciu ciężkich lat! — Grunem mówi to do siebie. — Już wiem, jak to jest. Nalewam i nalewam. I znowu nalewam i nalewam. Teraz już rozumiem. Beczka widocznie od początku nie miała zatyczki. Oby cię szlag trafił jeszcze tej nocy. Obyś rozpadła się na drobne kawałki.
— Wody! Wody! — ci, którzy gaszą pożar, wołają wciąż o wodę.
— Szybciej! Szybciej! Podajcie wiadra. Nieście je do nas! Dajcie wody!
— Jakie wiadra! Jaka woda? Widzicie przecież, że nie ma nawet kropli.
— Co znaczy, nie ma wody?
— To znaczy, że nie ma!
— A gdzie się podziała?
— Wyciekła. Cała woda wyciekła Grunemowi z beczki. Nic na to nie poradzimy.
Nagle rozlega się znowu ów dziwny dźwięk. Bom! Bom! Bom! I druga połowa miasta zostaje oświetlona.
— Jeszcze jeden pożar! Na Nowym Mieście! — kilkoro ludzi naraz podnosi alarm. Całe bractwo rusza w kierunku Nowego Miasta.
— Dwa pożary w ciągu jednej nocy, to jest już poza zasięgiem moich obowiązków — powiada Grunem do siebie samego. — Mam żonę i dzieci. Wynagrodzenia przecież nie otrzymuję. Chcę, to wożę. Nie chcę — nie wożę. A szkapa też nie z żelaza. Trzeba się nad nią litować. Naharuje się dosyć przez cały dzień, żeby się jeszcze mordować po nocach. Jakby nie miała nic więcej do roboty! Panowie z kahału57 nie zmuszą mnie do tego. Niech biją łbami o ścianę. Chodź braciszku — powiada do konika — Jedziemy do domu.