Rozdział VII. Kasrylewscy bandyci
Nad samym ranem wracam po pożarach do hotelu. Otwieram drzwi mego pokoju i staję jak wryty. Kręci się po nim trzech osobników ze świecą w ręku. Twarze zupełnie mi nie znane. Łóżko rozbebeszone, szafa otwarta. Moja walizka leży na samym środku pokoju. Moje papiery, moje rękopisy walają się po podłodze.
— Co to jest? Kto wy jesteście? Co tu robicie?
Pytania kieruję do najbliżej stojącego osobnika. Jest to Żyd z rudą brodą. Na nosie sterczy mu sinobłękitna brodawka.
— Pokaż mu nóż. Niech kipnie ze strachu — słowa są przekręcone. Wymieniane są w odwrotnym kierunku i brzmią tak: — Żakop um żón. Chein einpik ez ucharts.
Rudy Żyd, do którego zostały skierowane te słowa, nie odpowiada. Zamyka drzwi, schyla się i wyciąga z cholewy buta duży, ostry nóż. Wymachuje nim przed moim nosem, przysuwa go do mojej twarzy. Wykonuje nim ruchy w prawo i w lewo, w górę i w dół — jak czarodziej.
— Kto my jesteśmy? Tutejsi bandyci! — wyjaśnia mi jeden z szajki. Jest to ciemnolicy, czarnowłosy Żyd z bielmem na oku. W trakcie wypowiadania słowa „bandyci” straszliwie błyszczy mu zdrowe oko. Zgrzyta przy tym zębami jak prawdziwy rozbójnik.
— Przetrząśnij mu kieszenie — powiada drugi, przekręcając w tym samym stylu słowa.
— Pieniążki! Bul forsę! — to trzeci z szajki wtrąca się ochrypłym głosem. Jest to drab dość wysokiego wzrostu. Chwyta mnie za poły kapoty i potrząsa niczym lulawem58 w Święto Szałasów59.
— Pieniędzy — powiadam — chcecie? Ode mnie chcecie wziąć pieniądze? A skąd ja do pieniędzy? Bóg uchował i uchronił mnie przed nimi.
— Powiedz mu, że kłamie — odzywa się trzeci, przekręcając słowa. — Oddaj natychmiast całą forsę! W przeciwnym razie możesz pożegnać się z życiem. Dajemy ci dwie minuty do zastanowienia i jedną na spowiedź przedśmiertną.
I aby mnie przekonać, że nie żartują, Żyd z brodawką na nosie podchodzi do mnie. Nożem wymachuje mi przed nosem. To w prawo, to w lewo, to w górę, to w dół. Tak, jak Żydzi wymachują lulawem60 w Święto Szałasów.
— Czego sterczycie jak głąby? Jak te gliniane golemy61? Związać mu ręce i nogi! — to wysoki Żyd daje o sobie znać swoim ochrypłym głosem. — A gdzie się podziały sznury? Związać go!
— Po co macie się trudzić? Weźcie — powiadam — mój cały majątek. Weźcie mój portfel z kilkoma rublami i zostawcie mnie. Co wy do mnie możecie mieć? Jestem ojcem rodziny. Mam, bez uroku, cztery córki i dwóch synów. Najmłodsze dziecko ma niespełna miesiąc.
Trzej bandyci chyba się naradzają. Narada odbywa się w języku złodziejskim. Przeliczają te kilka rubli z mojego portfela i biorą mnie na spytki. Oni zadają pytania, a ja udzielam odpowiedzi.
— Skąd Żyd?
— Z Jehupca.
— Nazwisko?
— Szolem Alejchem62.
— Alejchem szolem. Jak brzmi Wasze nazwisko?
— Szolem Alejchem.
— Alejchem szolem. Pytamy, jak się nazywacie?
— Szolem Alejchem. Tak się nazywam.
— Cudaczne nazwisko. Czym się zajmujecie?
— Jestem pisarzem.
— Chodzi o wasz zawód. Z czego żyjecie?
— Jestem pisarzem.
— A co pan pisze? Podania? Papiery? Donosy?
— Felietony. Książki dla dzieci.
— Znaczy się, jesteście sprzedawcą książek. Literatem?
— Tak, literatem.
— To co pan tutaj robi?
— Przyjechałem obejrzeć Kasrylewkę.
— I nic więcej?
— Nic więcej.
— Żadnych interesów?
— Żadnych.
— A wydatki jakieś pan poniósł?
— Poniosłem.
— A na co to panu się zda?
— Żebym miał o czym pisać.
— Gdzie pisać?
— W gazetach.
— W jakich gazetach?
— W żydowskich gazetach.
— Czy są żydowskie gazety?
— A jakże inaczej?
— Czym się zajmują?
— Drukują się.
— Do czego one są potrzebne?
— Do czytania.
— Kto je czyta?
— Żydzi.
— A ktoś płaci panu za to, co pan pisze?
— Oczywiście.
— Tak też i mówcie! A co, na przykład, ma pan z tego? Ile pan zarabia na tydzień? Pan pali? Gdzie są pańskie papierosy?
Wyciągam papierośnicę i podaję każdemu. Niech sobie zapalą.
— Zapytaj go — powiada jeden z bandytów, wymawiając słowa od tyłu do przodu — czy papierośnica jest ze srebra.
— Srebrna? — to ten z bielmem na oku. Bierze papierośnicę do ręki. Waży ją. — Srebrna, czy zwykła lipa?
— Zwyczajna. Za dwa ruble — wyjaśniam i wszyscy naraz zapalamy.
— A pomacaj go za zegarek — radzi drugi w złodziejskim języku.
— A gdzie pański zegarek? — bandyta z bielmem na oku obszukuje moje kieszenie. — Nie ma pan zegarka?
— Mam — powiadam — mam zegarek. Nawet bardzo dobry, złoty zegarek. Zastawiłem go jednak w lombardzie, w Jehupcu.
— Wielka szkoda! Grzech! — powiada ten z ochrypłym głosem.
— Przydałby się nam teraz! Właśnie potrzebujemy złotego zegarka. Jak Boga kocham!
— A niech go szlag! Taki sam pętak, jak my — powiada po złodziejsku trzeci.
— Dobranoc! — bandyci żegnają się ze mną i zabierają się do wyjścia. — Następnym razem, gdy zechce pan opuścić pokój, proszę zamknąć drzwi na klucz. Nie należy zdawać się na boże cuda oraz na łaskę i sprawiedliwość kasrylewskich złodziei. Proszę nie mieć nam za złe, żeśmy trochę panu dokuczyli.
— Przeciwnie. Niech panowie nie mają mi za złe, że tak mało... — chcę ich odprowadzić do samych drzwi. Chcę nawet przekroczyć z nimi próg pokoju, ale ochrypły facet kładzie palec na ustach i wyśpiewuje na melodię Kołduni: — Ani mru, mru! Sza!
Rudy z brodawką na nosie znowu wyciąga nóż. Wymachuje nim kilka razy przed moją głową, jakby chciał powiedzieć: „Jeśli piśniesz choć jedno słowo, życie twoje nie warte złamanego szeląga”.
*
— Gwałtu! Ratunku! Ratujcie! — krzyczę nie swoim głosem. Zacząłem się wydzierać natychmiast po ulotnieniu się bandytów. Obudziłem wszystkich. Z całego hotelu zbiegli się ludzie. Kobiety w bieliźnie, mężczyźni, za przeproszeniem, w samych gaciach. Nic innego, tylko pożar.
— Znowu pali się?
— Znowu pożar?
— Gdzie się pali?
— Kto się pali?
— Cicho! Sza! Nikt się nie pali — to portier Noach się wtrącił. Po swojemu zwraca się do mnie:
— Czego się pan rozryczał jak zwariowane cielę? Co to za hałas? Czy to dom publiczny? Jeszcze, nie daj Bóg, pobudzicie mi wszystkich aktiejorów.
— Bandyci — powiadam — rozbójnicy! Napadli mnie dopiero co. Ograbili!
Na słowo „bandyci” wszystkich ogarnął strach. Powstaje larum. Wszyscy naraz zaczynają gadać.
— Bandyci?
— Ilu ich było?
— Jak wyglądali?
— Było dwóch młodych i jeden stary!
— Mieli noże?
— A dlaczego pan milczał?
— Bał się pan krzyczeć?
— Masz ci bandytów! Niech Bóg uchowa!
— Wczoraj bandyci napadli też na inny hotel. Omal nie zadusili jakiejś kobiety. Znaleziono po nich jakiś kawał żelaza.
— Strach samemu pozostać w pokoju...
— Wkrótce chyba trzeba będzie uciekać z Kasrylewki?
— Masz ci bandytów. Tylko ich brakowało!
— Łapcie ich! Łapcie ich! Łapcie! — okrzyk ten wdziera się nagle do środka z zewnątrz. To wydziera się jakaś kobieta. Słychać odgłosy bieganiny, wrzawę i szum. Widać zebrał się większy tłum. Słychać jeden krzyk: — Łapcie ich! Łapcie ich!
— Mamy ich! Złapaliśmy!
— Mamy jednego. Mamy drugiego!
— Związać ich. Masz już trzeciego? Związać go! Związać go!
— Powoli. Nie głowę. Zwiąż mu nogi.
— Zeldo! Podaj chustę, Zeldo!
— Słyszeliście? Złapano ich — portier Noach komunikuje nam to w biegu. Z latarnią w ręku pędzi na dwór. My za nim.
— No, i co słychać? — Noach rzuca pytanie w ciemność, w tę stronę, skąd dochodzą głosy. — Już ich macie?
— Mamy! Mamy! — to kobieta odpowiada z ciemności.
— Związani?
— Związani! Związani!
— Wszyscy trzej?
— Wszyscy trzej!
— Ano, popatrzmy. Zobaczymy przynajmniej, jak wyglądają — portier Noach zachęca nas do tego. Podchodzimy wszyscy razem. Mamy latarnię. Oświetlamy pojmanych bandytów. I cóż widzimy? Na ziemi leżą trzy spętane indyki.
Indyki opuściły swoje sine dzioby. Na błysk światła latami łypią oczyma. Ciężko oddychają. Kobiety na podwórzu, na wpół gołe, nie przestają gadać. Opowiadają cuda. O tym, jak to indyki, nie wiadomo jak, znalazły się poza klatkami. Czy to za sprawą złodziei, czy też za sprawą tchórza, który je przestraszył. Dzięki jednak Bogu, że je złapano. Inaczej byłaby strata, kto wie, jaka.
— Tfu! A niech was, kurołapki z Kasrylewki! — Noach nie posiada się z oburzenia. Na nich wyładowuje wszystkie swoje koszmarne sny. — Niech was kopną wszystkie wasze indyki, kaczki i gęsi.
Noach nie przestaje kląć. Sypie ostrymi słówkami i pieprznymi słóweczkami ze swego repertuaru. Tłum powoli się rozchodzi. Ten i ów zaczyna ziewać. Czas wrócić do swego łóżka i odpocząć.
Zostaję sam jeden na dworze. Dookoła pełno błota. Jestem nieco zmieszany. Noc kryje w sobie strach i zgrozę. Chłód i wilgoć przejmują mnie do szpiku kości. Gdzieniegdzie w oknach błyska światełko. Na niebie pojawia się jasna smuga. Słychać pianie kogutów. Niejednolite. Różne w dźwięku i stylu. Ku-ku-ryku!
Szarzeje. Dnieje.