Mickiewicz

Mickiewicz a my

Zaproszono mnie, abym napisał słowo wstępne do wydania dzieł Mickiewicza. Zdziwiłem się. Czytelnik zdziwi się zapewne również. Ja o Mickiewiczu, dlaczego, skąd? Boy-dyletant, Boy-cynik, ani specjalista, ani polonista, ani profesor, ani mistyk, w ogóle nic.

Jest w tym może symptom: znaczyłoby to może, że stosunek nasz do naszych największych pisarzy znajduje się w okresie pewnego przesilenia: a wiadomo, że w momentach niebezpieczeństw czyni się koncesje, powołuje się do głosu lud. Tak to sobie tłumaczę; i nie w innym charakterze, ale jako najskromniejszy z ludu czytelników, zarazem namiętny czciciel poety, ośmielam się tych kilka uwag skreślić.

Stosunek publiczności do arcydzieł literatury — to rzecz dość skomplikowana. Kiedym objeżdżał Francję z odczytami, pewien inteligentny Francuz powiedział mi: „Jaki pan szczęśliwy, że pan poznawał naszych wielkich pisarzy na własną rękę i w dojrzalszym wieku!”. Zamyśliłem się nad tymi słowami. Istotnie, szereg rzeczy spiskuje przeciw bezpośredniości naszego odczuwania. W ich liczbie szkoła zajmuje może naczelne miejsce. Nie chodzi mi tu o krytykę tej czy owej szkoły: może być lepsza, gorsza, mogą być zwłaszcza różnice indywidualne między nauczycielami: chodzi o szkołę zasadniczo, o formę, w jakiej w młodocianym wieku podają nam literaturę. Dysonanse stąd wynikłe są u nas jaskrawsze może niż gdziekolwiek, ze względu na przewagę poezji w naszej literaturze. Poezja i szkoła, natchnienie i obowiązek, liryzm i klasyfikacja! Można by powiedzieć, że szkoła zbiera z grzędy literatury bukiet najwonniejszych kwiatów i skrapia je asafetydą nudy i przymusu. Iluż dziesiątków lat nieraz potrzeba, aby odzyskać wrażliwość na utwór poetycki, który się kuło na pamięć, który się słyszało setki razy mechanicznie recytowany, przy którego „rozbiorze” ziewało się w letnie południe! Takie utwory jak: Farys, Reduta Ordona, Oda do młodości zostały pożarte przez molocha szkoły. Gdybyż ten upajający Farys był Artura Rimbaud, gdybyż się go czytało pod ławką! Trudno o większy paradoks niż ten szalony pęd przez pustynię, hamowany co chwila komentarzem nauczyciela. A Sonety krymskie! Pewien pedagog eksplikował piękność sonetu „wpłynąłem na suchego przestwór oceanu” tym, że suche przegradzane jest mokrym, i przeprowadził tę ideę z nieubłaganą ścisłością. A porywy miłosne Gustawa sylabizowane pod okiem profesora! Taki ekshibicjonizm liryczny ma w sobie coś, co obraża wstydliwość dziecka: poezja traci swój delikatny puch. Poetów winno by się czytać ukradkiem. Szkoła powinna by karać za ich czytanie. Pierwszy raz odczułem poezję, czytając Heinego, bo nie był objęty programem szkolnym.

Rozumiem, że zapewne nie może być inaczej; że szkoła pracuje hurtownie, że na pięćdziesięciu chłopaków czterdziestu pięciu nie zetknęłoby się z poezją zupełnie, gdyby nie szkoła: że w sumie działanie jej może być dobroczynne: niemniej jednak niebezpieczeństwa te istnieją. Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest odzyskać ludzki stosunek do pisarzy i utworów, z którymi zetknęło się w szkole.

To wszystko zaznacza się silniej w naszej szkole niż gdzie indziej. Cóż dopiero mówić o innych naciskach wynikłych ze służby społecznej, z roli, jaką poezja i literatura odegrały w naszym życiu narodowym. Uświęcone konwencje, pietyzm, względy moralne, wychowawcze... Bo u nas szkoła nie kończy się w szkole. Klątwa dydaktyzmu ciąży nad wszystkim, okrawa życie.

Na nikim to tak nie zaważyło, jak na Mickiewiczu. Zyskał on w naszej literaturze stanowisko wyjątkowe, stał się symbolem woli życia narodu. Pisma jego stały się Pismem świętym. Pielgrzymowano do jego trumny jak do trumny nieznanego żołnierza. Ale czy nie było w tym niebezpieczeństwa, że przy tym trybie stanie się nieznanym poetą?

Był przez wiek cały naszym sztandarem. Toteż wszystkie partie wyciągały ręce po ten sztandar, aby go sobie przywłaszczyć. Wykręcano go, okrawano, czytano go z intencją wyczytania tego, co się chce.

Mickiewicz, można powiedzieć, nigdy nie należał — nie mógł należeć — do „normalnej” historii literatury.

Odnawiać wciąż nasz stosunek do pisarzy, notować z czułością sejsmografu wrażliwość — i jej rodzaj — na te lub inne prądy, na te lub inne utwory, jest to piękne zadanie krytyki literackiej. Ta krytyka nie mogła u nas rozwijać się prawidłowo. Też ciążyły nad nią kategorie społeczne, tradycje, pietyzmy. Te rewizje nie odbywały się dość swobodnie, dość czujnie, nie dość samodzielnie zwłaszcza.

Przykład tego zmącenia krytyki widzimy poniekąd na Fredrze. Doszukiwano się wartości społecznych we Fredrze nawet tam, gdzie ich nie ma; czyniono ostoję ojczyzny z Cześnika i Rejenta, apoteozowano ciche dworki Dam i Huzarów, cnoty obywatelskie Gucia, zamiast uczyć podziwiać artyzm Fredry, który często nawet mizerię obyczajową potrafił zakląć w piękno. W końcu doprowadzono do zamętu pojęć i w rezultacie odepchnięto nową publiczność od Fredry. Oto przykład, jak wszystko po trosze spiskuje przeciw stosunkowi naszemu do literatury.

Krytyka literacka ma dwojakie zadania. Jedno — to pośrednictwo między wrażliwością widza a wartościami dzieła. Jest to niby wrażliwy i inteligentny przewodnik, oprowadzający po jego pięknościach, uczący patrzeć. Drugie — to związanie dzieła z jego epoką, objaśnienie go, odpowiednie nastawienie czytelnika do utworu powstałego w innej dobie, w innych warunkach. To prowadzi do poznania życia pisarza, wszystkiego, co jest z nim związane.

Bywali krytycy, którzy nie uznawali tej roli. Dzieło, powiadają, niech mówi samo za siebie. Ale to są doktryny. Nikt nigdy nie powstrzyma nas od interesowania się życiem genialnego człowieka. Można by powiedzieć, że on sam jest dziełem sztuki, że życie jego jest poematem czy powieścią, że on sam jest cudem.

Oba te rodzaje krytyki musiały być u nas cokolwiek zmącone. Warunki naszego życia narodowego zmieniały stosunek do przeszłości, przesłaniały oczy rozrzewnieniem, opromieniały ją pięknem, otaczały nie zawsze zasłużonym szacunkiem. Apoteozując w czambuł, licytując się na uwielbienia, przygotowano grunt do nieporozumień w rodzaju tych, które niedawno wybuchły o Pana Tadeusza.

Bardziej jeszcze zaznaczyło się to w stosunku do życia naszych wielkich ludzi. Nie tylko w historii literatury, także w historii. Kult przeszłości, która wszystko okupiła tym, że była bolesna. Powstała hagiografia Polski. Kościuszko, Książę Józef, Mickiewicz — to byli już nie ludzie, ale święci polscy. Jedną z najbardziej rozpowszechnionych książek o Mickiewiczu był Monsalvat Artura Górskiego, pisany w takim mętno-żywotoświątecznym stylu.

U innych narodów, nieobciążonych naszymi niedolami, ta część krytyki literackiej przybrała od dawna charakter bardziej, można by powiedzieć, przyrodniczy. Obchodzi się i okrąża, bada i opisuje wielkiego pisarza, jak np. lwa albo tygrysa. Naukowa bezinteresowność spojrzenia — też oczywiście, o ile polityka nie zrobi swoich spustoszeń. Chowają geniusza w Panteonie, ale nie darowują mu żadnej słabostki. Profanacja? Nie sądzę. Raczej poczucie, że tajemnica geniuszu tkwi w czym innym niż w konwencjonalnej doskonałości. Że to „ziemskie, arcyziemskie”, z którego rodzi się boskie, to jest najbardziej wzruszające misterium: schwytać na gorącym uczynku owo skraplanie się geniuszu jest najpiękniejszym zadaniem krytyki. Ta pasja ducha łamiącego się, przedzierającego się przez ciemności, potykającego się w drodze, wybuchającego dziełami często ponad jego własną miarę, to najdziwniejsze, najciekawsze zjawisko. Żywot pisarza, to księga, która zawsze działa budująco, ale niekoniecznie przez same swoje cnoty.

U nas ten dział krytyki nie mógł, powtarzam, rozwinąć się pełno. Może to jest właściwością naszej rasy, że nie ma w niej owego ciekawego, niepohamowanego dążenia do prawdy, do przejrzenia mechanizmu duszy ludzkiej, jakie cechuje np. literaturę francuską od Montaigne’a po dzień dzisiejszy. U nas zawsze był w tym dydaktyzm, nieśmiałość, ciasne względy moralne. Wszystko to parło do przesłaniania rzeczywistości. Nawet chwalebne skądinąd pobudki. Czytamy np. w pamiętnikach Władysława Mickiewicza: „Wrotnowski zapisywał przez kilkadziesiąt lat wypadki każdego dnia i ważniejsze zdania znakomitych ziomków. Po jego zgonie, jeden z jego przyjaciół, z obawy przed niemiłosierną ciekawością dzisiejszych badaczy ówczesnej literatury, spalił tę cenną kronikę tułactwa”... Domeyko, jeden z najbliższych przyjaciół Mickiewicza, napisał pamiętniki, ale potem sam znalazł, że za mało oszczędza ziomków, i rękopis spalił. Po latach zredagował je znowu i jeszcze nie zdały mu się dosyć umiarkowane: drugi rękopis uległ losowi pierwszego. Na schyłku życia trzeci raz chwycił za pióro i ten wariant ogłoszono po jego zgonie. Wprawdzie nikogo nie zadrasnął nawet, ale tak są pozbawione tchnienia młodości, że zostało tylko suche i bezbarwne streszczenie kolei życiowych...

Istnieje tomik Sainte-Beuve’a, twórcy nowoczesnej krytyki, wydany po jego śmierci, pt. Mes poisons (Moje trucizny). Tam jest wszystko, czego nie chciał powiedzieć o swoich współczesnych. Polskie Trucizny zajęłyby pono całą bibliotekę...

Tak więc, ten brak potrzeby utrwalenia prawdy sprawia, że i materiał do badania przeszłości mamy znacznie uboższy, i korzysta z niego historia literatury dosyć nieśmiało. Ale nigdzie nieśmiałość nie zaznaczyła się bardziej niż w stosunku do Mickiewicza. Mickiewicz był to posąg z brązu w naszym narodowym kościele: czuwano pilnie, aby na tym posągu nie było rysy. Wszystko od początku do końca musiało być w nim jednolite, musiało być piękne, musiało być wielkie — życie i dzieło. Skoro powiedział, że on i ojczyzna to jedno, dotknąć go znaczyło targnąć się na samą ojczyznę! Ten człowiek tak bezwzględnie atakowany, tak namiętnie zwalczany za życia, stał się narodowym tabu. Jeden Wyspiański rzucił mu rękawicę, ale pojedynek ten rozgrywał się w tak górnych sferach! Wszystko, co było nie dość na miarę wieszcza narodowego, widzianego w konwencjonalnie pomnikowym kształcie, było niejako eskamotowane31. Są ustępy w listach Mickiewicza, których nie cytuje się nigdy, tak samo jak są niewygodne rzeczy w Biblii, nad którymi się przechodzi milczeniem. Pamiętam z dzieciństwa drobiazg, ale dość charakterystyczny. Ktoś z dawnej Polonii paryskiej ogłosił wspomnienie z jakiegoś wesela, na którym Mickiewicz podobno podochocił sobie trochę, tańczył i śpiewał dość swobodną piosenkę. Na to wyruszyła natychmiast córka, pani Maria Górecka, z protestem przeciw „kalaniu pamięci poety”...

Czy Mickiewicz śpiewał tę piosenkę czy nie śpiewał, czy ten fakt tak bardzo pokalałby jego pamięć, mniejsza; cytuję to, ponieważ wydaje mi się charakterystyczne. Ale uderzyło mnie to: Mickiewicz jest, obok Fredry, największym naszym humorystą: otóż jak pieczołowicie nasi „monsalwatczycy” ogołocili życie jego z elementu humoru! Z jakąż przyjemnością czytałem w książce Wasylewskiego O miłości romantycznej ów epizod kowieński, jak to Mickiewicz, który był wówczas „w dzikim humorze”, palnął w łeb lichtarzem pana szambelana oraz jak spisano ów nieoszacowany protokół sądu honorowego, który orzekł, aby skoro Adam wchodzi do domu pięknej pani Kowalskiej, „szambelan (jeżeli już tam siedzi) natychmiast precz wyruszył, i wzajemnie, jeżeli szambelan wchodzi, a Adam siedzi, Adam precz wyruszył”... Jakiż to rozkoszny komentarz do Dziadów!

Czyż potrzebuję dodawać, że rysy komiczne nie mają nic wspólnego z brakiem szacunku; że opowiada się je o najdroższych osobach. Obracałem się od dziecka w świecie artystów, żyłem w pobliżu Przybyszewskiego, Wyspiańskiego: ależ tam nie było dnia bez anegdoty! A jakże te charakterystyczne rysy przybliżają, jak ułatwiają obcowanie z poetą, z jego dziełem!

Ale można by rzecz ująć głębiej. Można powiedzieć, że życie wielkiego poety jest zasadniczo komiczne, co nie stanowi bynajmniej sprzeczności z jego tragizmem! Jest komiczne przez nieustanny kontrast między marzeniem a realnością, światem myśli a światem faktów, wzlotem ducha a przyziemną trywialnością. W nieustannych konfliktach swych z rzeczywistością poeta jest prawie ciągle komiczny, wspaniałym i szlachetnym komizmem Don Kichota. Komiczny jest Rousseau w swoich szamotaniach się w pustelni, komiczny Musset w „epizodzie weneckim”, komiczny Shelley w swojej podróży na ośle, komiczny Balzac w swoich planach i pomysłach, komiczny Byron wjeżdżający do Wenecji ze swoją menażerią... Wiernie spisane życie poety, to nieodzownie wielki poemat komiczny. I kochamy go za ten komizm: on może uczłowiecza jego wielkość...

Czuł ten poetycki komizm Słowacki, gdy pisał komedię o Zygmuncie Krasińskim. Czy nie mógłby jej napisać o Mickiewiczu? Sądzę, że by mógł. Nie mówię o tragicznej komedii towiańsczyzny, w której, kiedy się czyta listy Mickiewicza, ma się chwilami ponure wrażenie jakiejś reminiscencji molierowskiego Orgona, co nie znaczy zresztą, aby Towiański był Tartufem. Ale czyż nie jest olbrzymim rozdziałem z Don Kichota historia naszej emigracji, ów ciągły zatarg z przeciętnym życiem ludów, w którym Mickiewicz, zrażony materializmem32 Francuzów, dochodzi np. do wniosku, że... „Anglia gotowa jest przelać krew za Polskę”. Czyż nie jest wspaniałym Don Kichotem Mickiewicz wyruszający ze sztandarem na czele legionu złożonego z dwunastu ludzi, „prawie wszystkich nic wartych”, jak mówi o nich Krasiński? Życie ma swój patos i ma swój komizm, i dopiero te dwie rzeczy razem dają pełnię prawdy.

Tak, jednolitość posągu wieszcza osiągnięto nieco sztucznie. Tymczasem wspaniały tragizm jego życia leży nie w jednolitości, ale w jego walkach i rozdarciach. Nie ma potrzeby go powiększać ani upiększać; Jest dość wielki i piękny. Mickiewicz to nie posąg; to człowiek ze swymi wzlotami i upadkami, to wielki twórca, którego nieszczęścia ojczyzny wzbiły na najwyższy szczyt i złamały go na nim.

Ale ta droga była, zdaje mi się, cokolwiek inna, niż moglibyśmy myśleć pod wpływem sugestii, którą nazwałbym genialną i bezwiedną zresztą mistyfikacją poety. Mając w pamięci Dziady, ulegamy złudzeniu, jakoby przemiana Gustawa w Konrada nastąpiła w celi bazylianów w Wilnie. W rzeczywistości linia ta wydaje mi się odmienna. Zatem najpierw Mickiewicz jako filomata w owym kółku, które jako główny cel kładło kształcenie się, ćwiczenia literackie i cnotę. Były to na ogół horyzonty dość ciasne. Rozszerza je dla Adama miłość i zawód miłosny; Schiller i Goethe. Mickiewicz staje się wielkim poetą, poetą własnego cierpienia, indywidualistą-romantykiem. Pochłania go problem własnego ja. Marzy o wyjeździe zagranicę, o poznaniu obcych ziem. Oddycha wichrami buntu, bogiem dla niego Byron. Kiedy już duchowo oddalił się od towarzyszy, kiedy zostawił ich daleko za sobą, naraz los łączy go z nimi na nowo. Wybucha sprawa filomatów, wydęta sztucznie przez Nowosilcowa, który widzi w niej sposób pozbycia się Czartoryskiego. Więzienie, niesrogie zresztą, w którym Mickiewicz, jak sam pisze, „odzyskał wesołość”, wyrwało go z zaduchu kowieńskiej belferki, z błędnego koła udręczeń miłości, dało nowy pokarm jego duszy. Wygnanie do Rosji jest raczej wyzwoleniem: nowy, szerszy świat; Odessa, Moskwa, Petersburg. Salony, miłostki. Sonety miłosne, sonety krymskie. Atmosfera literacka Rosji jest dlań ożywcza. „Zostaliśmy o wiek cały w literaturze” (w tyle), pisze. Dojrzewa jako artysta, jako człowiek. Tu, na obcej ziemi, staje się owym władcą mowy polskiej, na jakiego ta mowa czekała przez wieki. Przyjaźń z Puszkinem, dziwne projekty małżeństwa z Niemką Jaenichówną. Żyje z Rosjanami, o co go strofują filomaci, wywołując dość cierpką odprawę poety. Poeta chce żyć, chce czerpać swobodnie soki, gdzie je znajduje. Obok WallenrodaFarys; wybuch wściekłego indywidualizmu, lot w kraje, gdzie „prócz mnie nie było nikogo na ziemi”...

Wreszcie upragniony wyjazd zagranicę. Berlin i Hegel; Weimar i Goethe; Drezno, Szwajcaria, gdzie na szczytach Splügen na próżno chce rozstać się z dawną miłością, wreszcie Rzym i życie towarzyskie, cuda natury, nowa miłość, chociaż trochę letnia...

Naraz wybucha w lipcu rewolucja w Paryżu, którą Mickiewicz przewidział, i w listopadzie powstanie w Warszawie, którego Mickiewicz nie przewidział. Było ono i dla Warszawy niespodzianką, tym bardziej dla poety, który nigdy w Warszawie nie był, który był do niej uprzedzony (jak mu to wyrzucają wielbiący go Mochnacki i najżyczliwszy mu Lelewel) i który odległy był od wyczuwania podziemnych nastrojów kraju. Toteż można powiedzieć, iż powstanie listopadowe spadło mu jak dachówka na głowę. Czuje, że powinien coś począć, miesiącami wybiera się z Rzymu do Polski, gdzie wyczekują twórcy Wallenroda, poematu który tyle przyczynił się do rozpalenia serc i wyobraźni. Wreszcie jedzie do Polski na Genewę i — Paryż. „Jest to jeden z najbardziej zagadkowych okresów w życiu Mickiewicza”, pisze Kallenbach; ale szczególne jest, że ci sami badacze, którzy tyle pracy poświęcili lada mniemanym „wpływom” na każdy wierszyk Mickiewicza, nic nie uczynili, aby tę zagadkę rozjaśnić. Ten okres życia Mickiewicza jest jakby wstydliwie pomijany.

Po wielu miesiącach poeta dostaje się na wieś w Poznańskie, gdzie romansuje, bawi się i poluje, podczas gdy powstanie, skrwawiwszy się, dobiega końca. Poeta jak gdyby oprzytomniał ze swego bezwładu i oszołomienia zmysłów. Widzi wynędzniałych niedobitków, którzy przeszli granicę, resztki wojska polskiego. Musi połknąć niejeden przycinek, on, bard narodu, nawet brutalną replikę generała Małachowskiego33. Przechodzi piekło wewnętrzne, podobno bliski jest samobójstwa.

„Cały rok od wyjazdu z Włoch był tak okropny — pisze z Drezna do Julii Grochowskiej — że boję się myśleć o nim jak o chorobie albo złym uczynku, lubo34 pani nie zrozumiesz mocy tego ostatniego porównania. O przeszłości tedy wolę milczeć”...

Biedny poeta! Ledwie wyrwał się na swobodę, ledwie odetchnął szerokim tchem Europy, cudów natury, skarbów sztuki, już rzeczywistość przypomniała ma, że w Polsce nie wolno być tylko poetą, tylko artystą, geniuszem, człowiekiem; straszna dola narodu zadzwoniła mu łańcuchem. Jak Halban Konradowi, tak życie przypomniało mu jego misję. Mickiewicz rzucił się do stolika z papierem i tam znów odnalazł siebie. Ocalał, zatryumfował, ale życie jego osobiste jest złamane.

W Dreźnie, tuż po krwawych wypadkach, pisze III część Dziadów. I tu dopiero, po upadku powstania, następuje prawdziwa przemiana Gustawa w Konrada, i tej przemianie zostaje wierny do końca.

Trzecia część Dziadów jest najwspanialszym przykładem sugestywnej potęgi geniuszu. Co czyni Mickiewicz? Czuje potrzebę zakrzyczeć w sobie głos wyrzutu, przekrzyczeć niedawny huk dział, jęki konających, rozpaczne śpiewy wyrzynanego miasta. Pisze kilka tygodni w istnym szale: powstają nowe Dziady. I co jest ich treścią?

To, co czyni poeta, wydałoby się niemal zuchwałe. Oto w obliczu nieszczęścia całego narodu, wobec przegranej wojny, pogrzebanych nadziei, on wraca myślą do dziecinnego więzienia wileńskiego i tam, w tej szczupłej ramie, zdobywa się na wzlot, który stanie się nieśmiertelnym wyrazem patriotycznego bólu, który narzuci się całemu narodowi, zespoli poetę z ojczyzną w jedno i uczyni go tym, który cierpiał za miliony. Oto cudowna mistyfikacja geniuszu. Może za parę wieków zapomną ludzie o powstaniu listopadowym, nigdy o improwizacji Konrada. Na wieki wieków, póki będzie żyła polska mowa, centralnym punktem uczuć narodowych będzie to więzienie oo. bazylianów, gdzie kilkunastu młodych ludzi przesiedziało pół roku nie wiadomo za co. Warszawa powstała, Polska się skrwawiła, ale despotyzm poezji przeniósł serce narodu do Wilna, gdzie młode litewskie dryblasy piły mleko, harcowały po łące i odmawiały litanie do Tomasza Zana.

Czy to znaczy, że chcę obniżyć czyn Mickiewicza? Ani trochę; chcę tylko położyć palec na dramacie jego życia. Nie więzienie wileńskie, ale powstanie listopadowe jest krytycznym tego życia punktem. Stosunek jego do powstania zazwyczaj jest dyskretnie eskamotowany, przechodzi się nad nim mimochodem, gdy to jest najtragiczniejsza pasja ducha, z której poeta wychodzi zwycięzcą i złamany zarazem. Ważność tej sprawy zdaje się w życiu Mickiewicza olbrzymia. Można by ją porównać ze sprawą dzieci Russa, które ten odnowiciel macierzyństwa i moralności wytracił w domu podrzutków. Ten grzech przeciw samemu sobie zaciężył nad przyszłością poety; czyż dalsze jego życie, w którym wyrzekł się próżności i chwały talentu, a cały oddał się sprawie, nie przypomina habitu Robaka, pod którym Jacek okupuje swoje winy?

I tu — w osobie Robaka — byłby może łącznik tego zdumiewającego kontrastu. Pan Tadeusz, rozpoczęty już w listopadzie r. 1832, tuż po trzeciej części Dziadów.

„O temże dumać na paryskim bruku” — wykrzyknie poeta, ukończywszy ten przedziwny poemat wspomnienia i tęsknoty. Paryż! Oto miasto, w którym rozbitek osiądzie. Całą prawie resztę życia spędził w tym Paryżu, którego serdecznie nie lubił i który, można przypuszczać, niezupełnie rozumiał...

Pierwsze to było naprawdę zetknięcie się Mickiewicza z nowoczesnym społeczeństwem. Znał Litwę, znał Rosję, przebiegł Europę jak pielgrzym wędrowiec, gościnnie witany w przyjaznych domach. To była Europa widziana z lotu poety. Paryż po rewolucji lipcowej, to było gorączkowe organizowanie się nowego świata, tryumf mieszczaństwa, ukoronowanie pieniądza, bitwa na pięciofrankówki: to ów Paryż, którego Homerem był Balzac; Paryż twardy, gorączkowy, ambitny, pracowity, heroiczny — ale na swój sposób. Cóż to za kontrast z nastrojem emigrantów-tułaczy! Czytajmy Kuzynkę Bietkę, Fałszywą kochankę Balzaka: ujrzymy tych Mohikanów na bruku Paryża, z ich niezdolnością do realnego życia, z ich wspaniałym, daremnym bohaterstwem i wieczną obcością w zwartym francuskim organizmie. W ten świat pieniądza i drobnych zabiegów wchodzi poeta gardzący rachubą, każący mierzyć siły na zamiary; w ten świat nauki, przemysłu, organizacji wchodzi ten, który zawsze ze wzgardą patrzał na „mędrca szkiełko i oko”. Staje się pasterzem tego plemienia wychodźców, którzy, wedle zabawnego wyrażenia Sainte-Beuve’a, czamarą swoją odgradzali się od świata niby Izrael obrzezaniem. Nastrój tego Izraela na wygnaniu, tęskniącego do ziemi obiecanej, jest przeraźliwy. Nic bardziej osmucającego niż czytać paryską korespondencję Mickiewicza. To życie tak sztuczne musiało stworzyć jakieś fatamorgana w paryskiej pustyni. Towiański wydaje się niemal koniecznością.

Nie ma zapewne trudniejszej rzeczy niż „trzeźwy” sąd o mesjanizmie. Trzeźwy sąd o nietrzeźwości będzie zawsze bardzo mizerny. Mówi się o dobrodziejstwach mesjanizmu jako talizmanu, który w danej epoce ocalił duszę polską i jej zdolność do życia, jest w tym chyba sporo przesady i niewiary w żywotność narodu. Czesi, Bułgarzy, przetrwali cięższe może opresje, nie będąc mesjaszem narodów. Ale trudno się dziwić, że gdzie choroba zdaje się beznadziejna, a lekarze opuszczą chorego, zjawiają się znachorzy. Towiański był naszym znachorem.

Posłuchajcie wyjątku listu brata Adama do mistrza:

Mistrzu i Panie!

Pobyt mój tu utwierdza mnie w mniemaniu, że Szwajcaria jest za sprawą uczepiona, a kanton tutejszy będzie jednem z jej ogniw na ziemi... Druey przepracowany mocno... Człowiek ruchu i mocy. Potrzebujący wywnętrzać się w mowie i czynach, słucha rzadko, ale dobrze, i wszystko, z czem odezwałem się, brał aż do głębi. Sam powiedział raz w rozmowie, że może w przeszłem życiu był wołem...

Albo ten straszliwy list z dn. 12 maja 1847 r.

Kiedy nam Bóg nie dał tej łaski, aby sam nasz duch, samo oblicze nasze wyzywało bliźnich do skupienia się, do podniesienia, do czci dla nas, chcieliśmy brak nasz fizyczny zastąpić fukaniem, krzykiem; a kogo nie mogliśmy wystraszyć, ogłaszaliśmy zaocznie za zbrodniarza i buntownika...

(...) Tę władzę chcieliśmy uprawnić, spajając ją z władzą duchowną. Dlatego powtarzaliśmy, że mówimy, że rozkazujemy z ducha, lubo ducha nie było w nas czuć. Braci takiemi rozkazami osłupiałych straszyliśmy co chwila karami bożemi, wywoływaliśmy te kary; cieszyliśmy się, kiedy brata ból lub nędza dotknęła, odpychaliśmy go, deptaliśmy. Stawaliśmy się podobni trzodzie wilków, która towarzysza rannego rozdziera i pożera”...

A to z innego listu:

Z wielu znaków mam przekonanie i widzenie, iż choroba Seweryna (bo on fizycznie bardzo cierpi) jest całkiem duchowa. Jakiś duch obcy, a może i kilku ich osiadło w dolnej części jego ciała i trapią go. Gdyby Bóg dozwolił ich górą przez gardło i usta wygnać, Seweryn w jednej chwili byłby zdrów.

Drogo opłaca się wzloty mistyczne. „L’homme n’est ni ange ni bête, et le malheur veut que qui veut faire l’ange fait la bête” — powiedział genialnie Pascal. A w każdym mistrzu tkwi coś z Rasputina. I jeżeli to jest Monsalvat Mickiewicza, wolę go w niższych regionach. Ciekaw byłbym „psychoanalizy” Towiańskiego. Ale i o psychoanalizę Mickiewicza z owej epoki nie byłbym zbyt spokojny... Poeta Or-Ot opowiada po Warszawie z tego okresu towianizmu przerażające rzeczy, które słyszał, jak mówi, od starszych i wiarogodnych ludzi...

Lepiej wyszedł na towianizmie Słowacki. Bo on przeczarowywał wszystko na poezję. Mickiewicz był pod tym względem organizacją bardzo dziwną. „Bania poezji” — jak pisze o tym — rozbijała się nad nim okresami: stan, który parę razy wyraźnie opisuje jako jakieś nawiedzenie. Coś chwytało go za włosy i wydobywało zeń cudy, z których sam potem nieraz nie umiał sobie zdać sprawy. Potem zostawał uparty Litwin palący fajkę, realista. Przykładem jego listy. Nie ma w nich nic owej poetyczności, której nawykliśmy szukać w listach poetów; są rzeczowe, proste. Dziwne wrażenie wywiera na przykład płaskość, z jaką mówi o swoich projektach małżeńskich w Rosji. A improwizacje, owe wspaniałe improwizacje, które mu tyle przyczyniły sławy? Opisy utrwaliły jedynie wrażenie tych improwizacji: wrażenie, które — jak po głośnej improwizacji paryskiej — dochodziło do ataków płaczu, szlochów. A teraz posłuchajcie:

Wśród szczęśliwości

Nie masz zazdrości

Porzućmy plotki

Śmieszki zgryzotki

Kto tam gdzie szlocha

Kto się gdzie kocha

Wszystkie tam gaszki

Wszystko to fraszki

Smutki porzućmy

Tu się nie smućmy

Wśród szczęśliwości

Nie ma zazdrości

Wszystko to fraszki

Dalej do flaszki!

Te wiersze, które i treścią, i formą wyzywają sławne kreacje Rozbickiego i księdza Baki — to też improwizacja Mickiewicza z najlepszej epoki z r. 1827, z epoki Wallenroda i Farysa. A jeśli je przytaczam, to aby zilustrować przykładem, jak dalece w tym tajemniczym człowieku — który niewątpliwie krył w sobie jakieś siły mediumiczne — było wszystko wybuchem, jak mogło być niskie, zarówno jak nieporównanie wysokie i jaką posiadał sugestywną siłę, skoro nawet takimi wierszami umiał słuchaczy urzec. Chodzi mi o wskazanie, jak dalece, mówiąc o Mickiewiczu, trzeba unikać zdawkowego fetyszyzmu. Wedle szkolarskich sądów, Mickiewicz to mądrość, umiar, harmonia, coś jowiszowego; gdy tymczasem Mickiewicz to ślepa siła wybuchająca niespodzianie, na wpół świadoma siebie, nieoczekiwana. To opętanie człowieka, którym namiętność włada zawsze, który oddaje jej się niepodzielnie, który idzie w niej do ostatnich krańców, gotów targnąć się w swojej wierze na samego Boga, nieliczący się z niczym; geniusz, który niejeden raz w życiu ociera się o obłąkanie. Oszalały bólem pustelnik, wchodzący w dom księdza, zrealizuje się w wiele lat później; tylko nie miłość kobiety, ale męka narodu będzie jego bólem, i nie biednego ruskiego księżynę będzie tyrpał i tarmosił, ale samego papieża... I znów Mickiewicz stanie się, na ostatek życia, wielki.

I, jeśli dalej czytać korespondencję Mickiewicza, jakże ożywczo czuć tę odmianę tonu. Listy z przed 1848, a po 1848 r. Tamto epoka beznadziejna, najciemniejsza dla sprawy polskiej. Nikt o nas słuchać nie chce. Tu przypada pogrążenie się Mickiewicza w towianizmie, szamotanie się w sprawach „Koła”. Wybucha rewolucja. Z każdym ruchem rzecz polska staje się czymś realnym; znów Mickiewiczowi wyrastają skrzydła u ramion, mistrz Towiański i jego mistyka bezczynu schodzą na dalszy plan.

Jak Dziadami Mickiewicz zasunął w cień swoje słabe chwile, tak wspaniałym finałem swego życia przesłonił wszystko inne. Zapomniano mu ów smutny adres do Mikołaja, mający cara Wszechrosji pozyskać dla „sprawy”. Wyszedł zwycięzcą ze sporu ze Słowackim, w którym piękna rola była raczej po stronie Słowackiego. Dziś jeszcze wypominają biedakowi „zarozumiałość” i zawiść w stosunku do Mickiewicza. Naród potrzebował swego symbolu, swego boga; stał się nim Mickiewicz. I pod tym kątem uczono o nim, pod tym kątem przyrządzano jego dzieje. Dzieje fałszuje się w Polsce dość chętnie. Powiada Mickiewicz, kiedy ma pisać Historię Polski: „Widzę, niestety! jak to trudno co dobrego zrobić! jak u nas strasznie historię sfałszowano”. I uczyniono z Mickiewicza po trosze brązowego bożka. Ale ta brązowa kanonizacja miała swoje niebezpieczeństwa.

Wzniesiono tedy Mickiewiczowi pomniki, uczyniono zeń rodzaj „trzeciego maja” przeciw pierwszemu majowi, sztandar przeciw socjalistom. Mickiewicz — to była tradycja, kontusz, wiara, ład i porządek. To była „reakcja”. Ale pomału zaczęli się pod niego podbierać socjaliści, i mówić „on jest nasz”, i też pielgrzymować pod jego pomnik. Zaczęto ogłaszać jego paryskie pisma: jak dalece te pisma były nie na rękę, świadczy fakt, że pewien konserwatywny polityk wystąpił przeciw odgrzebywaniu zapomnianych artykułów Mickiewicza (!). Dziś Emil Haecker robi poetę jawnie socjalistą35, cytując słowa Władysława Mickiewicza, jeszcze z r. 1870:

„Mój ojciec nie obawiał się przybrać miana socjalisty w tym czasie, kiedy ta nazwa ściągała na siebie obelgi i cały gniew społeczeństwa rządowego”.

Socjalista? To za słabe! Bolszewik, gdyby wierzyć Zygmuntowi Krasińskiemu. „Za naszych dni bywają zbrodnie druku, warte dawnych zbrodni zabójstwa, ojcobójstwa, zdrady ojczyzny itd... Gadają jak natchnieni, czynią i postępują jak galerniki!... Dopierom teraz się przekonał, jak głęboko upadł Mickiewicz (...) Wiedzże więc raz na zawsze, że cały skład »Trybuny« z samych łajdaków był złożon, że im w głowie był rabunek i rzeź”... To wszystko — to opinie Krasińskiego o „Trybunie Ludów” w listach do Augusta Cieszkowskiego.

Nic ciekawszego nad te listy i bezcenny materiał, jaki w nich znajdujemy o Mickiewiczu. To nie ten wylizany brązowy katecheta, którym Rostworowski chciał w Zmartwychwstaniu uświęcić jego pamięć. Ten żywy, znajomy Krasińskiemu Mickiewicz, to „tyran i niewolnik”. To „duch rozpadu i rozdarć”. „Nie wrzeszcz tak — pisze Krasiński — jak Adam, co myśli, że można nastajaszczo mówić do Boga”. „Uwierzyłem w diabła, patrząc na tego człowieka, patrząc na jego nienawiść kategzochen, na jego radość, ilekroć się gdzie krew leje. On przekonany, że go Bóg posłał katem swoim na świat”. — „W nim Chrystusa nie ma. Jest tylko Jehowa: miłości za grosz nie ma. Bucha tylko zawiść i nienawiść — coś piekielnego!”.

I — jako finał — te słowa listu Krasińskiego po śmierci Mickiewicza: „Arcysmutna wiadomość! głazem grobowym przycisnęła mi serce, bom go kochał”...

I gdzie indziej: „On był dla ludzi mego pokolenia i miodem, i mlekiem, i żółcią, i krwią duchową”...

Wróćmy do socjalisty. Jest oczywiście coś z gry słów, kiedy się dziś mówi o socjalizmie Mickiewicza. Słowo to znaczyło wówczas co innego niż dziś; no i ten socjalizm Mickiewicza, spod którego wyłaził w najmniej potrzebnej chwili ów tak rażący Herzena napoleonizm, był dość specjalny. Rzecz prosta, że Mickiewicz trzymał się najbliżej tych, którzy dążyli do przewrotu, bo jedynie przewrót mógł wskrzesić sprawę Polski, o jej zaś przyszły ustrój ten realista mniej się troszczył, nie tak jak kłótliwa emigracja, która szarpała się i kąsała o to, czy przyszła Polska będzie królestwem czy republiką. Ale mniejsza; chodzi mi tu o wskazanie jednego paradoksu: najprawowierniejszy socjalista przygarnia Mickiewicza jak swego, a tuż potem spotka Mickiewicza gwałtowny atak, że nie rozumiał świata pracy, że jest wstecznikiem, apostołem szlachetczyzny etc. I takie ataki nie są do lekceważenia: znaczą one rozbrat części naszej młodzieży z naszym największym poetą.

Uczyniono z Pana Tadeusza biblię polskości w ciasny sposób, kazano do niego pielgrzymować na kolanach, kazano w tej wiosce litewskiej widzieć wcielenie ojczyzny. Czasy się zmieniły, nastały związki fornali, Kowno odpadło od Polski, przyszła reforma rolna, skrupiło się to wszystko na Panu Tadeuszu. Punktem wyjścia stał się namiętny artykuł J. N. Millera, który ściągnął na autora gromy oburzeń, mniej lub więcej profesorskich. Potraktowano go jak zbuntowanego sztubaka, jak bluźniercę, nadano rzeczy taki rozgłos, że zbrodniarz zaciekł się w swojej tezie i zamiast się kajać, zaczął ją rozszerzać z lepszym czy gorszym skutkiem na stosunek do poezji romantycznej w ogóle. Przyszedł mu ten i ów w sukurs, wydobyto niekorzystne sądy współczesne o Panu Tadeuszu zgryźliwy sąd Norwida, głos Słowackiego o „wieprzowatości” tego poematu...

Wyznaję, że nie byłem zbytnio zgorszony tymi bluźnierstwami. Sama ilość i zapał replik, jakie wywołały, dowodzą zbawienności takich rewizji. Biada literaturze, gdy przestaje budzić namiętności. Ci, co „bluźnią”, to są lepsi czytelnicy niż ci, co pielgrzymują do krypty. Źle by było z poezją polską i z Mickiewiczem, gdyby takich ataków nie przetrzymał. Zniósł on już dużo. Krasiński to nim mówił „ten Żydek”, to znów „my z niego wszyscy jesteśmy”; bohater Lalki Prusa ciskał jego książkami, tak samo jak Gustaw w Dziadach ciskał precz „książki zbójeckie”. Wyspiański strącał go do grobu. Mickiewicz to przetrzymał, przetrzyma i więcej. Była to — powtarzam — naturalna konsekwencja. Inna rzecz, że sądzić Pana Tadeusza z punktu „świata pracy” to po trosze to, co sądzić pojedynek Hektora z Achillesem z punktu kodeksu Boziewicza, a wojnę trojańską z punktu Ligi Narodów.

„Wieprzowatość”! Ach, o ileż bliższy jest Słowacki prawdy, kiedy mówi o Panu Tadeuszu w Beniowskim:

Jednak się przed tym poematem wali

Jakaś ogromna ciemności stolica;

Coś pada... myśmy słyszeli — słuchali:

To czas się cofnął i odwrócił lica.

By spojrzeć jeszcze raz na piękność w dali,

Która takiemi tęczami zachwyca,

Takim różanym zachodzi obłokiem...

Żadne słowa lepiej nie potrafią wyrazić „proustyzmu” tego cudnego poematu, tej wizji rozżarzonej do oślepiającej białości. Pan Tadeusz jest jednym z najbardziej tajemniczych misteriów sztuki: sięga w istocie tych kręgów zachwycenia, w których „czas się cofa i odwraca lica”...

Atak na Mickiewicza był bardzo zbawienny. Wykazał potrzebę nowego ustosunkowania się do poety. To przegrupowanie uczuć, entuzjazmów, przy zmienionych warunkach życia narodowego, jest rzeczą równie zrozumiałą jak konieczną. Staję wobec tego zagadnienia raz po raz, tam gdzie najbardziej wchodzi w grę bezpośredniość wrażeń: — w teatrze. Żadna siła nie sprawi, aby dzisiejszy widz odczuł tak samo „Widzenie księdza Piotra”, jak je odczuwał, dajmy na to, ów „królewiak”, który z bijącym sercem w Krakowie oglądał przed wojną Dziady. Jak ginie ten stosunek uczuciowy, dowodem niedawne przedstawienie Dziadów w Teatrze Narodowym, na którym napis Obiit Gustavus wyświetlano na filarze więziennym niby reklamę wódek Mikolascha...

Ale, powtarzam, Mickiewicz tego „przegrupowania” się nie lęka. Miałem tego przykład niedawno na sobie. Mariusz Maszyński mówił fragment z Pana Tadeusza: ową nocną rozmowę Tadeusza z Telimeną. Słuchałem tak, jak gdybym pierwszy raz słyszał. Cóż za wspaniały komediopisarz tkwił w tym Litwinie! Jaka znajomość wszystkich krętych dróżek serca! Co za chwyt męskiej i żeńskiej psychologii! Każde słowo nieomylne, każde — arcydziełem dowcipu. A ta lekkość! To Flers puszcz litewskich! I widziałem, że wszyscy słuchacze byli pod czarem, wszyscy poznawali jakby na nowo ten ustęp, świetnie mówiony przez Maszyńskiego. I ogarnęły mnie idiotyczne zresztą żale: „Co za cudownego komediopisarza pogrzebaliśmy w tym towiańczyku i w tej Sprawie! O, mistrzu Andrzeju! Ciężki zdasz rachunek przed Apollinem! Co by to było, gdyby”... Słowem, owo typowe idiotyczne „gdybanie”.

Nigdy tedy nie wiadomo, skąd przyjdzie chwila świeżego zachwytu. I doprawdy, wierzcie mi, taka szczera chwila więcej jest warta, niż wszystkie litanie uwielbień in verba magistri.

A teraz powiem po cichu, dlaczego mnie nie przeraziły te bluźnierstwa. Oto dlatego, że sam jestem po trosze emerytowanym bluźniercą. Kiedy byłem w szkole, budzili we mnie szczerą antypatię owi filareci, filomaci i promieniści, którzy wypisali sobie jako godło „naukę i cnotę”. To są rzeczy, które starsi zalecają młodym, a przeciw którym młodzi się buntują lub sobie z nich kpią; ale żeby młody sam sobie stawiał za ideał naukę i cnotę, to mi się wydawało potworne. Nie ręczę, czy się bardzo myliłem, i czy Mickiewicz byłby daleko zaszedł przy tych godłach, gdyby życie nie wypisało mu rychło na czole innych: namiętność i cierpienie. Kiedy miałem lat kilkanaście, a więc bardzo dawno temu, przeprowadzałem sobie nader radykalną obyczajową rewizję „połanieckości” Pana Tadeusza; — to soplicowskie „centrum polszczyzny” budziło we mnie przeróżne wątpliwości. Ale Bóg mnie jakoś uchronił od herezji Jana Nepomucena; może te strofy z uwielbianego Beniowskiego ocaliły mnie od niej? Bardzo piękne rzeczy o Mickiewiczu mówił nam Stanisław Przybyszewski; gdybym wypił z dziesięć wódek, to bym je sobie może przypomniał. Pamiętam, przyjechał wówczas do Krakowa Brzozowski, starzec blisko osiemdziesięcioletni, który znał jeszcze Mickiewicza; Przybyszewski dotykał go niby świętości. Brzozowski opowiadał nam taką historię. Szedł z Mickiewiczem przez ulicę w Konstantynopolu. Było to na kilka dni przed śmiercią poety. Naraz obcy zupełnie, przechodzący Turek chwyta Brzozowskiego za rękę w niezmiernym wzruszeniu i pyta: „Panie, kto jest ten człowiek, ten człowiek jest namaszczony przez proroka”.

Ale wtedy nie byłem jeszcze literatem. Potem sam nie wiem jak, wszedłem w literaturę francuską. I pamiętam raz, przed pisaniem jakiegoś studium, pogrążyłem się w rozpamiętywaniu olbrzymiej pracy ducha, języka, jakiej dokonała Francja przez kilka wieków. Przechodziłem szereg myślicieli, poetów — czy ja wiem, ilu ich tam było, większych i mniejszych. I przeciwstawiałem z melancholią temu olimpowi ubóstwo naszej ówczesnej gleby: okrutną ciemnotę wieku siedemnastego i więcej niż połowy osiemnastego; potem te szacowne, ale jakże mało samodzielne próby naszej epoki stanisławowskiej i znów oschłość pseudoklasycyzmu... I tak myślą doszedłem do Mickiewicza. I ogarnęło mnie zdumienie takie, że ledwo mogłem ochłonąć. Miałem uczucie, że ja się nigdy nie zastanowiłem nad tym, że nigdy nie objąłem myślą ogromu tego zjawiska, jakim był Mickiewicz. Tak przywykło się od dziecka do tego imienia! Jak to! Jeden człowiek uczynił ten olbrzymi skok, ten tytaniczny wysiłek, aby wydźwignąć się z naszego bajorka, aby przebyć tę przepaść, jaka nas dzieliła od Europy, i stanąć jednym susem w rzędzie największych twórców świata! Jeden człowiek zastąpił w sferze naszego języka cierpliwą pracę wieków, świadomy wysiłek pokoleń i uczynił zeń narzędzie najsprawniejsze, jakie kiedykolwiek istniało, najdoskonalsze skrzypce, najwspanialszy organ, najbogatszą orkiestrę i paletę malarską. Gdzie on się nauczył tych sekretów? Co za diabeł, ten chyba, który wszystkimi językami mówi z brzucha opętanego Konrada, odsłonił mu te najwyższe czary, do jakich sięgać może mowa polska czy ludzka? Dajcie wy się wypchać, moi drodzy, obywatelstwem Tadeusza i niewinnością Zosi, ale są w tym Panu Tadeuszu cuda języka, symfonie dźwięków takie, że, gdziekolwiek je posłyszeć, bodaj na głupim popisie Szkoły dramatycznej, coś ściska w gardle. Trzeba być fizycznie wrażliwym na poezję, aby to odczuć, a to jest może jedyny prawdziwy do niej stosunek. Inaczej będzie to zawsze to, co gadanie o mazurkach Chopina z punktu widzenia obywatelsko-społecznego.

I nie tu koniec cudu. Wyobraźmy sobie warunki, w jakich Mickiewicz tego dokonał. W jakże maleńkim środowisku, bez atmosfery literackiej i duchowej, bez potężnego zmagania się idei, bez podniet, których tak potrzebują twórcy, aby się rozwinąć. Weźmy np. Russa: i on przebijał się sam przez lekturę i dumania; ale też był do trzydziestu z górą lat bencwałem, trzeba dopiero Paryża, aby koło czterdziestki puścił sok z siebie. A tu rozkwit tej poczwarki w najcudniejszego motyla poezji odbywa się w — Kownie! Nie ubliżając tej stolicy, jest to może największy dziw, jaki zna literatura.

Ale w życiu Mickiewicza wszystko jest dziwem. Weźmy przed nim stosunek literatury polskiej do kobiety. Kobieta nie istnieje; poza paroma trefnościami starych Polaków i paroma sonetami Szarzyńskiego, cóż mamy? Kto się w Polsce kochał kiedy? Chyba biskup Krasicki, ale gdzieś pokątnie, w każdym razie tym się nie chwalił. Mimo renesansowego humanizmu, mimo swobód obyczajowych dworu stanisławowskiego w literaturze polskiej nie ma kobiety, to znaczy tego, co wypełnia trzy czwarte innych literatur, z czego zawsze rodzili się poeci. I znów jakimż potężnym susem ten chłopak nadrobił wiekowe zaniedbanie? Nie tylko w znaczeniu narodowym mógł powiedzieć, że „kochał za miliony”. I co z tego za konsekwencje!

„Tę przedziwną pasję ducha — pisałem przed laty, wychodząc z przedstawienia Dziadów w krakowskim teatrze — który krzyżuje się za naród i bierze w siebie jego grzech i mękę, rozpoczyna poeta od tego, iż staje się człowiekiem. Nim wzrośnie w męża, staje się mężczyzną. Pierwszy raz odzywa się w poezji ów ton, będący pradźwiękiem wszelkiej poezji: miłość do kobiety. A odzywa się z taką siłą, z takim pierwotnym żarem, jak gdyby coś długo powstrzymywanego, zatamowanego przez całe wieki, wybuchło nagle i runęło potokiem lawy. Bo też tak było. Może to będzie bluźnierstwo, ale cała nasza literatura przedmickiewiczowska przedstawia mi się jako wielka szkolna ława, w której mniej lub więcej zdolni i pilni uczniowie odrabiają pensa na tematy dyktowane im przez Europę, ale przykrojone ostrożnie ad usum scholarum: w dobie humanizmu odbywa się to z postępem celującym, w epoce saskiej z niedostatecznym, później w dobie stanisławowskiej znowuż z bardzo dobrym. Dlatego, mimo wszystkich wysiłków „pietyzmu”, zawsze piśmiennictwo to będzie dla nas jedynie zabytkiem: nikomu nie przyjdzie na myśl szukać w nim dla siebie ludzkiej treści.

I naraz z tym posłusznym uczniem dzieje się coś dziwnego: pewnego dnia, kiedy, jak zwykle, ujrzał towarzyszkę swoich zabaw dziecinnych, stanął jak wryty: spojrzał na nią jak gdyby innymi oczami. I pewnego wiosennego dnia porzuca książki i kajety, idzie błądzić po polach i lasach, patrzy na świat, jakby mu łuska z oczu spadła: wciąga w pierś powietrze, ale tę pierś wstrząsa niewytłumaczone łkanie; nuci piosenkę, ale jakimś nieswoim głosem: kocha!... Student jest studentem, panna panną na wydaniu: przychodzi chwila, że zjawia się odpowiedni konkurent, i panna wychodzi za mąż. »Kobieto, puchu marny!«... Młodzieniec cierpi i w tej męce serdecznej z wyrostka stał się mężczyzną. I dzieje się dalej, iż, w straszliwie ciężkiej próbie życia, ten nieugaszony żar, raz rozniecony w sercu poety, zmieni przedmiot swojej miłości: z kobiety przeniesie się, z tą samą namiętnością, z tą samą pełnią wibracji, na naród. Raz zbudzona energia czucia zmieniła łożysko; ale początkiem jej była płeć; jak gdyby na potwierdzenie słów, którymi zaczyna swoje DziadyTotenmesse — Stanisław Przybyszewski: Am Amfang war das Geschlecht. I doprawdy trudno powiedzieć, kto spełnił donioślejszy, bardziej brzemienny w następstwa dla rozwoju duszy polskiej czyn: czy płomienny Konrad, który samemu Bogu rzucił wyzwanie za naszą sprawę, czy naiwny a gorący kochanek Maryli, Gustaw, który nauczył nas w pulsie własnej krwi szukać źródeł piękna i prawdy”...

Pisałem to wychodząc z Dziadów, a więc pod tą sugestią, przed którą ostrzegałem poprzednio, sugestią, której sprawcą jest Mickiewicz. W rzeczywistości bowiem przemiana ta nie odbyła się tak prosto. Do dziś dnia Mickiewicz jest naszym pierwszym amantem; jest bohaterskim tenorem opery miłości. Ale ta miłość, cóż za przejście! To nie „świecąca jak próchno” miłość Słowackiego, to nie miłość Krasińskiego, zakochana raczej w sobie: to miłość serca, zmysłów, duszy; miłość namiętna, bluźniercza, zuchwała. Bo czyż nie jest niesłychanym zuchwalstwem bodaj to wydrukowanie Dziadów w owym małym światku, gdzie wszyscy się znali, gdzie były one pokazaniem palcem pani Puttkamerowej („O luba, zginąłem w niebie, kiedym raz pierwszy pocałował ciebie!”), mimo że hr. Puttkamer ostentacyjnie się poematem zachwycał! Nie przecina tej miłości zamążpójście Maryli. Ten filaret kocha się dalej w mężatce! Poczciwy Zan zżyma się na dwuznaczną rolę pośrednika, do jakiej go używają rozłączeni kochankowie. Wśród tego kowieńska „Kleopatra” Kowalska, wyrzuty filomatów, cierpkie repliki Mickiewicza. Dalekie są „nauka i cnota” zapalczywemu czytelnikowi Byrona, dla którego w tej chwili nie istnieje żaden poeta prócz tego gorzkiego i namiętnego buntownika. Cały dramat i komedia podwójnej miłości i jej gorzko-słodkie surogaty, rozterka duchowa; zapłaci za nią biedny szambelan, którego Adam najpierw wyrżnie w pysk, a potem poprawi lichtarzem. Ale gdyby nie więzienie bazyliańskie i nie wygnanie do Rosji, nie wiem, czy tak niewinnie zakończyłby się romans z panią Puttkamerową, która już jako mężatka pisała do poety po francusku (zawsze to łatwiej przy takich rzeczach): „Gdyby trzeba było tylko mojej miłości dla twego szczęścia, byłbyś aż nadto szczęśliwy”. Romans z hrabiną! Co się dzieje w tym Kownie! Będzie i druga hrabina, w Odessie; i trzecia, w Poznańskiem; jak na przyszłego socjalistę, to nieźle.

Oto pierwszy cud życia Mickiewicza: wszedł w ramiona kobiety dudkiem, filomatą, a wyszedł z nich człowiekiem, poetą; sposób — zdawałoby się — tak prosty: że też go nikt przed nim w Polsce nie próbował! Jajko Kolumba.

Ta zuchwała bezpośredniość, jaka jest w kowieńskich Dziadach, towarzyszy Mickiewiczowi w dalszym ciągu poematu. Jesteśmy tak przez szkołę, obchody, etc. stępieni na oryginalność tego dzieła, przyjmujemy w nim wszystko jako coś tak naturalnego, że nie zwracamy uwagi na rzecz jedyną w swoim rodzaju, że Mickiewicz w III części Dziadów pakuje żywcem do poezji swoich kolegów i znajomych; po imieniu i nazwisku, bez żadnej przenośni, unieśmiertelnia ich. Nic podobnego nie istniało w literaturze; a powtórzy to po trosze Wyspiański w Weselu. Przyjemnie jest stwierdzić, że te dwie niesłychane śmiałości wyszły od Polaków.

Nie tylko sam fakt przemienienia na poezję swojej miłości był śmiałością Dziadów. Były tam słowa, zdania, bezpośredniością swego wyrazu przerażające nieśmiałych filomatów, którzy Mickiewiczowi pomagali w korekcie. W wielu miejscach ze względu na ich perswazje (w których czasem odgrywała rolę obawa przed cenzurą, ale częściej nieśmiałość i rutyna pojęć estetycznych), ustąpił znudzony, nie mając cierpliwości zajmować się już tym poematem. Często ustąpił ze szkodą. Opuszczono zuchwałe porównanie pocałunku lubej do wrażeń kapłana, gdy pierwszy raz przyjmuje ciało Pańskie. Tam gdzie jest: „Księże, a znasz ty żywot Heloizy?” było: „Księże, a znasz ty żywot świętej Heloizy?”. Bardzo interesujące jest, że utarte słowa: „Kobieto, puchu marny, ty wietrzna istoto” brzmiały pierwotnie inaczej; było: „Kobieto, boski diable, dziwaczna istoto”...

*

Rzuciłem tutaj, nieco bezładnie, tę garść uwag, których zamiarem było mówić nie tyle o samym Mickiewiczu, ile o naszym stosunku do niego. Chciałem się podzielić mymi wątpliwościami, moim rozciekawieniem, moim niepokojem. Wszystko nam — mówię o moim pokoleniu — pokazywano w Mickiewiczu jako harmonijne, jako proste, tymczasem wszystko wydaje mi się w nim walką, rozdźwiękiem, paradoksem. Paradoksem jest powstanie tego tyrana, tego opętańca z naszej miękkiej gleby; paradoksem kombinacja rasowa tego wcielenia polskości; paradoksem jest, że długoletnia biblia tej polskości zaczyna się od słów „Litwo, ojczyzno moja”; paradoksem linia tej twórczości, tragicznie na szczycie złamana; paradoksem przerażający chłód i zimno, wiejące od tego, który był dla narodu ciepłem i słońcem... O, cóż za niesamowitość tego człowieka, który wraz przyciąga i odpycha, budzi uwielbienia i nienawiści... „Wielkie serca, Aldono, są jak ule zbyt wielkie — Miód ich wypełnienie może”... mówi Konrad. Nawet miłość ojczyzny i Boga nie były zdolne wypełnić bez reszty serca tego herezjarchy, który, spowiadając się w Rzymie — a spowiedź trwała na dwa zawody siedem godzin — „ryczał tak, że w całym gmachu słychać go było”, opowiada Krasiński. Same sprzeczności, same tajemnice. Dusza Mickiewicza to otchłań; czy zgłębimy ją kiedy? Aby się w nią zapuścić, trzeba uzbroić się w inne narzędzia i inne busole niż te, z którymi wybierano się zazwyczaj dotąd na to przepastne morze...

Są tedy znaki na niebie i ziemi świadczące, iż trzeba może odnowić nasz stosunek do naszego największego poety, do największego cudu, jakiego kiedy było świadkiem polskie życie. Jakie do tego celu obrać środki, niech inni mądrzejsi radzą. Ja, skoro mnie wezwano, przedstawię moje skromne propozycje:

Wezwać naszych społeczników, polityków, moralistów, bakałarzy, aby — tak samo jak bolszewicy zwracają nam nasze skarby sztuki — zwrócili, bodaj na jakiś czas, Mickiewicza literaturze.

Zburzyć wszystkie pomniki Mickiewicza, odlać z nich wielką armatę i nabić w nią pewną ilość jego komentatorów.

Odełgać życie Mickiewicza, zbadać na nowo jego tajemnice i zakamarki, nie pod kątem „krzepienia serc” i hipokryzji narodowej, ale pod kątem istotnej prawdy.

Napisać na nowo ten wzruszający i patetyczny żywot, w którym poeta przez namiętności, upadki i mękę, błądząc i kajając się, i błądząc w samymże swoim kajaniu, szedł do świętości. Amen.

Uzupełnienie do rozdziału Mickiewicz

W związku z artykułem Mickiewicz a my otrzymałem list od pani H. S., który przytaczam dla jednego charakterystycznego szczegółu. Pani H. S. pisze:

„(...) z młodości przypomniał mi ten artykuł jedno moje przejście z zacną moją ciocią staruszką. Dowiedziałam się od niej pewnego razu, że p. Gorzeńska, u której Mickiewicz przebywał w czasie powstania w Poznańskiem, była jakąś krewną naszą — ciocia z pewnym rodzajem pogardy powiedziała raz: ale z nią nikt blisko nie żył, bo ona była kochanką Mickiewicza...”.

(Mowa tu właściwie o siostrze p. Gorzeńskiej, br. Łubieńskiej, co też korespondentka moja w następnym liście prostuje).