Wojtkiewicz
André Gide a Wojtkiewicz
W tym roku przypada dwudziesta rocznica śmierci jednego z najciekawszych naszych malarzy, Witolda Wojtkiewicza. Wczesna ta śmierć przecięła jego działalność w chwili, gdy zaczynał zyskiwać rozgłos i uznanie; nieliczne jego płótna, rozkupione przez przyjaciół i wielbicieli, znikły w domach prywatnych, tak że gdy potem przyszły lata wojny i odbudowy, nazwisko Wojtkiewicza uległo zapomnieniu. Są podobno projekty, aby w związku z tym dwudziestoleciem urządzić w Warszawie zbiorową wystawę, wydać album jego prac. Póki są ludzie, którzy żyli blisko z artystą i pamiętają jego niepospolitą fizjognomię, dobrze by było ją utrwalić.
Ale osoba Wojtkiewicza interesuje i literaturę. Mianowicie przez oryginalny sposób, w jaki pewien znakomity pisarz oddziałał na jego karierę artystyczną, — tym bardziej, jeżeli zważymy krótkie jej trwanie. Można powiedzieć, że pisarz francuski odkrył Wojtkiewicza dla Polski, i to odkrył w Berlinie: historia dosyć oryginalna. Pisarzem tym był — André Gide.
Aby zrozumieć tę kombinację, trzeba sobie uprzytomnić stan malarstwa polskiego w ówczesnej dobie, w szczególności w Krakowie, gdzie Wojtkiewicz skończył akademię. Po długotrwałym despotyzmie Matejki, kiedy panowały w akademii figuralne kompozycje historyczne, przyszły do głosu nowe prądy, pejzaż, plein-air, impresjonizm. Precz z literaturą, precz z anegdotą! — rozbrzmiewało hasło. Nastał nowy despotyzm, wyrażający się w potężnym brzuchu ulubionego zresztą profesora Jana Stanisławskiego: wszechwładny despotyzm pejzażu.
Ale byli i „buntownicy”. Historię tego buntu opiewał satyryczny wierszyk jednego z malarzy, niewyczerpanego w konceptach Kacpra Żelechowskiego; oto wyjątek:
...Po tamtej potoku stronie
Sam mistrz maluje w młodzieży gronie.
On sobie dłubie z pamięci chmurę,
A wierna młodzież spogląda w górę,
Chcąc naśladować mistrza w zapale,
Ale na niebie chmur nie ma wcale!
Więc się zdumiała mistrza eskorta,
Gdy wtem ryk słychać: „No, cóż, do czorta!
Wszak najłatwiejszy pacierz za mamą,
Patrz, co ja robię, i rób to samo”!
Więc uwielbienia rozbrzmiewa gama.
Na wszystkich płótnach chmura taż sama,
Biaława w środku, żółta po bokach,
Wszyscy to samo widzą w obłokach!
Cóż się jednak dzieje? Rygor się
(...) popsował,
Mistrz na swej piersi żmije wychował!
Znika z płócienek słoneczna chmura,
Coraz z szeregów ktoś daje nura!
..................................
Jeden z papierków lepi łabędzie.
Pawie, kasztany, grzyby i dropie —
Czyś ty zwariował, przeklęty chłopie? —
Nie na tym koniec! Słuchajcie dalej!
Drugi się znowu do figur pali:
Miał nakazany słonecznik z góry,
Wali na płótnie — ludzkie figury!!... itd.
Było w tym trochę żartu i trochę prawdy. Dwaj „buntownicy”, Sichulski i Frycz, pozostali mimo to ulubieńcami mistrza i buńczucznie weszli w życie. Ale naprawdę osamotnionym z tych, którzy malowali „ludzkie figury”, był Witold Wojtkiewicz. I nie tylko malował „figury”, ale jakieś symbole, alegorie, bajki, co mocą zastarzałego przywileju dozwolone było Jackowi Malczewskiemu, ale tylko jemu! Nie wiedziano doprawdy, co myśleć o tych obrazach. Wiał z nich jakiś perwersyjny sentyment, liryzm pomieszany z groteską. Technika malarska zupełnie odrębna, bezceremonialne traktowanie rysunku, nie było to podobne absolutnie do niczego. Wojtkiewicz niepokoił, zaciekawiał, ale urzędowej konsekracji nie posiadał. Traktowano go z odcieniem pobłażliwości. Na nim to najbardziej ciążył groźny wówczas zarzut „literatury”; z czasem zrozumiano, że ta literatura była po prostu najszczerszą poezją. Wojtkiewicz był wielkim poetą, który wypowiadał się środkami doskonale malarskimi.
Młody artysta odczuwał to. Dotknięty nieuleczalną chorobą, zgadując może instynktem, że nie stanie mu czasu na powolne zdobywanie sobie miejsca, bardzo inteligentny przy tym i świadomy swego artystycznego ideału, czuł się boleśnie osamotniony; stał się drażliwy, gorzki. To uczucie osamotnienia zaledwie łagodziła mu wiara garstki kolegów i bliskich przyjaciół.
Otóż w r. 1907 czwórka młodych malarzy (Gotlieb, Jakimowicz, Wojtkiewicz i Hoffman) zdobyła salkę dla urządzenia wystawy w Berlinie. Na tej wystawie znalazł się przypadkowo bawiący tam przejazdem André Gide. Wrażenie, jakie uczyniły na nim płótna nieznanego mu zupełnie polskiego malarza, musiało być niezwykłe, skoro zakupił natychmiast parę jego obrazów, wysłał do Krakowa do Wojtkiewicza entuzjastyczny list, zaprosił go do Paryża, gdzie mu urządził wystawę, i napisał do katalogu tej wystawy słowo wstępne. To są rzeczy zdarzające się dość rzadko, aby je warto było zanotować lub przypomnieć.
Ale dajmy głos francuskiemu pisarzowi:
Nie taję, iż jest to odwagą ze strony literata przedstawić publiczności nowego malarza, którego malarze jeszcze nie znają. Mimo to przyjmuję z radością ten obowiązek, nałożony mi poniekąd przez szczęśliwy traf, który postawił na mojej drodze obrazy Witolda Wojtkiewicza. Ujrzałem je tej zimy w Berlinie: podróżowałem z Mauricem Denis, i błogosławiłem los, że miałem za towarzysza podróży tego przyjaciela o tak otwartej i bystrej inteligencji artystycznej: dzięki temu jego wzruszenie, rywalizując z moim, pozwoliło mi umocnić się w odniesionym wrażeniu.
Obchodząc galerie, zajrzeliśmy do ustronnej sali, gdzie raczej ukryto niż pokazano wystawę malarzy polskich. Wyznaję mą nieświadomość co do tego, co nie wiem, czy można nazwać „szkolą polską”. Wiem, oczywiście, że niemożliwe jest, aby artysta taki jak Wojtkiewicz mógł powstać sam z siebie (zostawiam innym trud wyszukania jego poprzedników), ale ta wystawa pozwoliła przypuszczać, że u siebie w kraju musi on być dosyć odosobniony. To się rzucało w oczy.
Wystawa ta skupiła dzieła może niepozbawione wartości, ale niedające nic tak dalece nowego; rzeczy, wobec których — ot, śpieszący się podróżni — mieliśmy przejść mimo, kiedy zatrzymała nas zdumiewająca wymowa kilku płócien. Rozświecały one ciemną nieco salę, nie jaskrawością barw — w oczach bowiem profana mogłyby się wydać szare — ale dziwną harmonią tonu, bolesną fantazją rysunku, patetyczną i pełną wzruszenia grą kolorów.
Z pewnością czuje się — a w miarę jak talent jego będzie tężał, będzie się czuło jeszcze bardziej — jak głęboko Wojtkiewicz tkwi w swoim kraju, w swojej niezmożonej rasie, której dusza, dumna zarazem i smętna, namiętna i rozdarta — ale nigdy niema, — znajduje w nim nowy wyraz, zdobyty wprzód w muzyce i w poezji. Ale mimo całej odrębności — powiedziałbym: egzotyczności jego sztuki — niepokojącej i osobliwej mieszaniny naturalizmu, impresjonizmu i groteski — jest Wojtkiewicz spowinowacony z naszą młodą szkołą francuską, tak iż pośród takich artystów jak Daumier, Degas, Toulouse Lautrec, Bonnard, znajdzie się jak między swymi. Powiadam, że jest spowinowacony, a nie że od nich jest zależny, bo dotąd Wojtkiewicz mieszkał kolejno w Krakowie i w Warszawie, nigdy nie opuściwszy Polski poza krótką podróżą do Rosji, i nie mógł widzieć — chyba w reprodukcji — żadnego z tych dzieł, które przytoczyłem.
Wojtkiewicz urodził się w Warszawie, w r. 1879. Oby Paryż, który tak wielkodusznie przygarnął wielkich wygnańców jego narodu, Mickiewicza, Chopina, zechciał uśmiechnąć się do tego przybysza.
Tak pisał André Gide w swoim wstępie do katalogu wystawy Wojtkiewicza.
Znaczenie tej paryskiej wystawy, która odniosła sukces, było w życiu Wojtkiewicza ogromne. Był to w jego karierze pierwszy uśmiech losu; dodało mu to wiary w siebie, śmiałości; pobyt w Paryżu — mimo iż krótki, ledwie paromiesięczny — rozszerzył jego horyzonty, dodał jego nowym płótnom słońca i koloru. Zarazem w kraju, po tym berlińskim epizodzie, który w ówczesnym Krakowie był czymś dość fantastycznym, innymi oczami zaczęto patrzeć na młodego artystę. Obrazy, które jeszcze namalował, rozchwytano, nauczono się na nie patrzeć; dwie wystawy, które potem urządził, zyskały ogromne powodzenie. Talent jego rozkwitł nowym blaskiem, mimo że Wojtkiewicz ani na trochę nie zmienił drogi, którą szedł od początku. Ale były to ostatnie błyski; ciężka wada serca powaliła go niebawem, po długiej chorobie zmarł w czerwcu r. 1909, licząc niespełna lat 30.
Ta sama odrębna indywidualność, która bije z jego obrazów, zaznaczała się i w osobie Wojtkiewicza. W dobie rozwichrzonej cyganerii i jej sławnych „peleryn”, on reprezentował wytworny dandyzm: staranny w stroju tak, że koledzy żartowali zeń sobie, iż nosi w kieszeni ściereczkę do butów, tak dalece nie znosił na nich najmniejszego pyłku. Te same cechy miał umysłowo. Dowcipny, wykształcony, ironiczny, nieprzystępny, krył pod tymi pozorami naturę głęboko i boleśnie wrażliwą, uczuciową, przepojoną smutkiem. Był to smutek chorego dziecka, smutek poety niepogodzonego z życiem, czującego się zresztą przelotnym gościem na ziemi.
Sądzę, że interesujące będą dla czytelników wyjątki z jego listów, pisanych z Paryża do p. Elizy Pareńskiej, z której całym domem był serdecznie zaprzyjaźniony:
Paryż 27 kwietnia 1907
Łaskawa i dobra Pani! Wczoraj rano odebrałem w ogóle pierwsze wieści z kraju, otrzymałem list z domu rodzicielskiego, a z nim drugi Pani, z przybranej krakowskiej ojczyzny.
Wyobrażam sobie, jak mnie brak w Krakowie, jak mnie brak szczególniej w domu Państwa! Zjawiałem się, omal że nieproszony, dniami i nocami byłem co dzień i co tydzień, bywałem w wilię święta, jak i święta również nie opuszczałem, mało tego, pojękiwałem jak jedynak psuty przez ciotki, skarżyłem się jak piękna histeryczka, obnaszałem się ze sobą jak paw, przykry dla niejednych, nieciekawy dla drugich, ponury dla trzecich, niewidziany przez wybranych...
Po wyjeździe takiego pana można odetchnąć, nawet oddychać tak szeroko, by móc powiedzieć: co za sympatyczny chłopiec, jaka szkoda, że go nie ma.
Jest się miłym, lecz milszym łącznie z nieobecnością.
Pani zaś w swoim czasie przeceniła mnie i dzisiaj z wrodzonej dobroci i grzeczności ponosi konsekwencję.
Do tej pory osamotniam się trochę rozmyślnie: mam (znowu!) zapalenie prawdopodobnie gardła i zakatarzony jestem ciągle, dokucza mi to razem bardzo: nie wiem, jak sobie na to radzić, czy chodzić dużo i w futrach, lub bardzo mało i letnio, w ogóle roku, który by mię tak przeziębił i trzymał w swoich lodowatych łapkach jak ten, nie pamiętam.
PS
W Berlinie sprawę sprowadzenia moich malunków do Paryża obgadałem, wobec tego w Düsseldorfie się nie zatrzymywałem. Tutaj protektor mój na Francję André Gide poradził mi wystawić prywatnie u niejakiego Drueta, gdzie pono wystawiają najoryginalniejsi, a tym samym najniemożliwsi. Ciekaw jestem, czy to do skutku dojdzie: mam wystawić 13 maja, nie wiem, czy obrazy bez kłopotu dojdą na czas, przedwstępne historie załatwiłem.
Paryż, piątek, 10 maja 1907
Powracam do siebie, zdrów jestem obecnie zupełnie, pięknej cery, zręcznego chodu, wyniosłego spojrzenia i cichej wzgardy dla siebie, iż ciągle martwić siebie i drugich sobą nie mogę. Wiosna w całym rozkwicie dopiero pokazała mi Paryż cudownym: godzinami siedzę w ogrodzie Luksemburskim i zachłannie patrzę w życie miliona istot, rozkwit kwiatów, cuda natury, lichość natury i inność natury. Dochodzę do wniosku, iż jestem więcej malarzem, niżeli przypuszczałem: lepiej widzę wszystko, gdy sobie myślę wnet, jak by to pomalować, pokrzywić i znamieniem swego kapryśnego talentu ozdobić.
Widzę masy dzieci, które bawią się jak nigdzie na świecie chyba, szczególniej dziewczynki: zręczne kobietki, prawie aż zmęczone życiem w wieku lat 10, 12, rzucają wejrzenia na dorosłych mężczyzn na przemian z piłką i odchodzą bez żalu i obawy, iż niejeden św. Antoni do łez wzruszony ich przedwczesną dojrzałością. Pełno teatrzyków, karuzeli, klombów kwiatowych, mamek pokracznych, dzieci upozowanych wprost do malowania mojego, tak iż ciągle się człek niecierpliwi, iż nie jest maszyną do malowania, wieszania i sprzedawania.
Wierzę, iż odżyć można tutaj, tym bardziej gdy podpada wszystko, co widzę, pod mój kąt patrzenia „mizerny, ale uparty”. Radzą mi zostać Francuzem, wyrzec się ojczyzny, „uznania w kraju” i brać pełną ręką bogactwo przybranej ojczyzny na wieki lub... chwilę. Panuje dzisiaj w malarstwie francuskim, z nadmiaru kultury, dzieł wysokiej wartości i nadprodukcji sztuki prawdziwej, pogoń za sensacją zgnilizny, pseudopozą, przeszarżowaniem, słowem, za czymś, z czego nigdy nic wykluć się doskonałego nie może.
Wpadłem w ręce paru sterników zła przygodnego i sztuki przyszłości bez cienia teraźniejszości.
Mój wierny i na gruncie paryskim André Gide pisze podobno mi préface, wzmiankę tak pewną siebie o mojej niezachwianej wartości i nowatorskich dążeniach, iż po powrocie do kraju powiesić płód wyobraźni w Muzeum Narodowym będzie dla mnie banalną przygodą dnia.
(...) o ile dojdzie do skutku [projektowana wystawa 16 maja], to prześlę ten reklamowy katalog; to będzie najlepiej; cóż ja napisać dobrego mogę o sobie: owszem, cenię się bardzo, bo cenić się trzeba z konieczności życia, i zbieram „sławę” przygodną i pochlebstwa jak nędzarz z dziurawą kieszenią obficie zasilany jałmużną po drodze krwawej i żmudnej swej wędrówki. Tak, efektownie i pokornie...
Chciałbym nareszcie wyrwać się z zamętu, dostać się choćby niesłusznie na czoło i móc moim bojownikom na tejże niwie co i ja pokazać, iż dojść do wrót sztuki i nie być odegnanym, przeciwnie, jak dzisiaj być wysłuchanym (i niezrozumianym) przez wybrańców i w poczet ich przyjętym, jest niczym wobec...
Melancholia gotowa mi podszepnąć znowu swoje uparte: „martw się dotąd, dopóki smutek nie zeżre serca i łzy nie zatopią nikłego ciała”...
Tak, chciałoby się sławy dla możności odrzucenia jej; chciałoby się złota dla jak najpodlejszego użycia i chciałoby się wytrwania dla pokazania życiu, jak niewarte tego.
Dużo patosu, ale to z wiosną przychodzi, wybaczy mi więc Pani te okrzyki bez głosu i rwanie się bez ruchu: wybaczy mi Pani, jak dziecku wybacza się zepsucie choćby najkosztowniejszej zabawki.
Obecnie rozmalowałem się jak ordynarny malarz i kradnę Paryż jak... szczęście.
Paryż, 21 maja 1907
Łaskawa i dobra Pani!
Jako cichy zwolennik szumnej reklamy i przesadnych wieści o sobie doczekałem się wreszcie w małym zakresie tu 3-dniowej sławy i drukowanych mile o sobie i dla siebie słów i słówek jak również słóweczek.
Dotrzymuję mile przyrzeczenia i te patetyczne słowa posyłam Pani, by dołączyć do słów „grzecznych” Pani o mnie — i w połączeniu wywołać dopiero niesmak przesady i hałasu.
Zareklamował mnie André Gide jako we zwyczaju we Francji: na „Polskę” krakowską zdaje mi się, iż zaszkodził mi srodze. Jestem jednakże teraz dopiero w swoim żywiole: przesada okrutna — to moja kochanka duchowa, umazana jaskrawymi przesadnymi kolorami, umądrzona moim stylem mętnie kwiecistym i perfumowana łzami złości melancholika-egoisty.
Do cichego Krakowa ślę me imię drukowane rudą barwą (słusznie fałszywą), by dodać i fałszywego splendoru tej Polsce, którą stać na „wszystko”.
Jestem również kontent, iż nie zawiodłem (na tydzień lub dwa) nadziei łaskawej Pani o mnie i godnie (nie przykładając do tego ręki) zareklamowałem sztuczkę polską o cudzoziemskim smaczku we Francji. Vive la Pologne!
Na tym okrzyku kończę śpiew łabędzi.
Mnie czasami tłucze nostalgia za krajem, trochę za bardzo, zważywszy wiek: mam naturę widocznie mazgajowatą, i to mi ciągle naprowadza przeżyte chwile i chwile przyzwyczajenia. Na nowe patrzę zawsze jak Judasz ze złością, podejrzeniem, i przyjmuję niechętnie.
Czasami chciałoby się być chociażby chłopkiem na roli, nie mieć męki i zgryzot, do tego jeszcze imaginacją powiększonych.
Dzisiaj, mam wrażenie, iż się to jeszcze piętrzyć będzie, męczyć będę siebie ciągle bez ustanku i drugich, o ile ze mną stykać się będą. Źle, źle, o źle... Kiedy mi będzie dobrze? Wtedy, kiedy już nie będę mógł odróżnić dobrego od złego może?
Paryż, 31 maja 1907
Łaskawa i dobra Pani! bardzo mię zmartwił ostatni list Pani, w którym pokłada Pani we mnie nadzieje i rada by dla mego dobra widzieć mię przez parę lat nie w kraju.
Po tym wstępie powiedziała sobie Pani zapewne: typowy Wojtkiewicz.
Tęskno mi rzeczywiście za krajem, jak wielkiemu patriocie na wygnaniu, i nic dziwnego przecież w tym być nie powinno.
Z natury jestem odludek, wstydliwy (i jak!) i między obcymi, z Polakami tutejszymi mało mię co wiąże lub nic, i zbliżenie do nich rozdrażniłoby mię jeszcze więcej.
I nigdy co prawda nie umiałem wyjeżdżać bez rozpaczy i strachu omal że nie dziecka. Trudno mi bardzo przychodzi zaaklimatyzować się choć na krótko: zdaje mi się, iż obowiązkiem człowieka jest zająć jeden kąt i wytrwać w nim do śmierci, nic więc dziwnego, iż z takimi pojęciami muszę uczuwać trochę dotkliwie zmianę warunków i otoczenia.
A tylu ludziom byłoby tu dobrze i miło: toteż nienawidzę podróżujących i zmieniających kąty, a nawet im współczuję.
Z Petersburga 5 lat temu uciekłem po 8 dniach racjonalnego kształcenia się, a miałem zamiar zostać 2–3 lata.
Pierwsze pół roku w Krakowie szalałem, najlepiej lubiłem chodzić w stronę dworca, i ludzie wracający do swoich lub domu byli dla mnie uosobieniem szczęścia. To wszystko we mnie pokutuje, w przeciwstawieniu do sztuczki mojej malarskiej, która wymaga ruchu, blagi, świata, życia, użycia, a ja jestem tylko prowincjonalnym chorym i wiecznie zmartwionym sobą lub drugimi, niedołęgą lub „konserwatystą”.
Trzeba jednakże dać dobrej i łaskawej tak dla mnie Pani parę treściwych odpowiedzi. Wystawa, można już teraz powiedzieć, skończyła się powodzeniem literackim (według mnie); rzecz prosta, iż po napisaniu szumnej tyrady Gide’a oglądały różne literaty i artysty, i zaproszone gady te moje mazaniny, i to ma tę dobrą stronę na razie, iż łatwiej mi będzie teraz na jakiej większej solidniejszej wystawie, np. Salon d’Automne, coś wystawić i być przyjętym.
Na otwarciu nie byłem, zaziębiłem się „straszliwie” wówczas, no i przez wrodzoną skromność. Malarze francuscy, jako ludzie pogodni i z humorem, oglądali moje malunki prawdopodobnie jak krepę zrudziałą...
W przeddzień otwarcia widziałem się z jednym z nich, któren obszedł salkę, popatrzył na obrazki, bez namysłu podszedł do mnie i powiedział: „Bardzo smutne”.
Nie wiem, czy obrazy z treści czy z wykonania natchnęły go tą uwagą.
Niejaki dr K. (wyreklamowany zresztą w katalogu!?) przed otwarciem jeszcze wystawy kupił do swych zbiorów (psychiatra) i moich Wariatów. C’est tout.
Dużo się traci pod każdym względem, nie znając języka dobrze. Mimo woli jest się podróżującym Anglikiem. Po powrocie do Krakowa sumiennie będę musiał sfrancuzieć i wtedy dopiero może wybiorę się na dłużej tutaj.
Chociaż paru lat nie wytrzymałbym może, za wielkie miasto, „za urządzone”, powiedziałbym, dla mnie środowisko: korzyść wielką odnieść można, ale wyżyć może by było trudno z moim usposobieniem. Oczy malarzowi otwierają się na wszystko, ale też i nie wie się czasem, co brać, a co odrzucić. Trzeba czasu i refleksji.
No i nerwy trzeba mieć spokojne.
Moje potargałem trochę sam, trochę życie, a właściwie nieżycie.
Latem będę łatał zdrowie, a właściwie usposobienie.
Bardzo już wzdycham do wsi i do swoich. Ja osobiście dom Pani traktuję jak i trochę mój, i nie powinno Pani być przykro zbyt z powodu mej czelności, która ma pozory dobroci i uczciwości. Mnie zresztą wybacza Pani wszystko, przynajmniej w moim pojęciu.
Paryż, 13 czerwca 1907
PS
Wstawa już przeszło tydzień temu zwinięta; materialnie poszła średnio: suma sumarum, łącznie z obrazami zakupionymi przez Gide’a, otrzymałem 1400 fr. (2 Gide’owi, 1 niejakiemu Kellerowi, 1 obcemu gadowi i 2 szkice). Po zapłaceniu procentów marchandowi i kosztów katalogów, urządzenia i sprowadzenia (400 fr.), wyrwałem na razie (za pierwszym pobytem) Francuzom okrągły tysiąc. Jedni mówili, że za duże ceny naznaczyłem, będąc nieznanym (zatrzymałem dawne), drudzy iż na pierwszy raz sukces dostateczny, inni całymi latami czekają itp. Gide, łącznie z grupą znajomych malarzy, przyrzekł lansować mię na Salon d’Automne, na który przyrzekłem przysłać ze dwa wielkie płótna. Trzeba będzie teraz starać się utrzymać na poziomie człowieka walczącego o coś więcej niż się ma w naturze. W prasie francuskiej nie piszą krytyk z wystaw prywatnych. Przedruk préface Gide’a zamieściła „Art Moderne”.
Już tych kilka listów pozwala przypuszczać, że wśród nieziszczonych możliwości przedwcześnie zgasłego artysty, był może i ciekawy talent literacki? Byłbym szczęśliwy, gdyby to moje wspomnienie pobudziło do skupienia wszystkiego, co może utrwalić fizjognomię Witolda Wojtkiewicza.
Artur i Władek
Artur i Władek (na marginesie Arthura i Wandy)
Znowu miałem atak czytania. Pochłonąłem jednym tchem ostatnie dwa tomy Prousta, Le temps retrouvé, stanowiące zamknięcie owej przedziwnej epopei cieniów, i przeszedłem do Arthura i Wandy: dzieje miłości Arthura Grottgera i Wandy Manné; listy-pamiętniki; podali do druku Maryla Wolska i Michał Pawlikowski. Przejmująca książka. Utonąłem w tej lekturze na całe dwa dni. I o dziwo, przeniósłszy się w ten tak inny na pozór świat, miałem, siłą jakiegoś urzeczenia, uczucie, że ja w dalszym ciągu czytam to samo. Zmieniły się osoby, zmieniła się rama, ale pozostało to, co jest istotą Prousta, a co powionęło ku mnie z każdej karty tych starych listów: — magia czasu; tego czasu, który, zależnie jak na niego spojrzeć, zdaje się czymś najmniej realnym, to znów jedyną realnością świata; czasu, który przepaja wszystko jak eter, który jest grą świateł i cieni owego obrazu rzuconego na ekran naszej świadomości, a który nazywamy rzeczywistością. I w końcu przestałem rozróżniać: Swann czy Elstir spokrewnili mi się z Grottgerem, muzyk Vinteuil z moim ojcem, wszystko stopiło się w jedno, w mgliste królestwo czasu...
Bo moje wrażenia przy czytaniu tej książki musiały być inne niż wrażenia zwykłych czytelników. Raz po raz spotykałem w niej nazwiska ludzi, których znałem lub o których słyszałem w rozmowach rodziców; znałem tę młodzież jako ludzi starych — starych dla dziecka, którym byłem. I dziś ta przeszłość, widziana przeze mnie przez pryzmat innej przeszłości, wydobyta pierwszy raz na jaw, staje przed mymi oczyma, przed oczyma człowieka, który rychło sam stanie się przeszłością... Oto gra czasu, oto wszystkie jego warstwy, interferencja fal życia. I jakby symbol: znałem i widywałem często siostrę Artura Grottgera, słynną z urody panią Marię Sawiczewską, jeszcze piękną w latach pięćdziesięciu, gdy byłem wyrostkiem; flirtował z nią mój siedemnastoletni wówczas starszy brat, którego „śmiałość do kobiet” była przedmiotem mego podziwu i zazdrości. Dogadali się w tłoku na pogrzebie Mickiewicza. Tak oto chwila rzuca tęczowe mosty między pokoleniami, spina pajęczynową klamrą przeszłość z przyszłością... Cienie, wszystko cienie...
Od dziecka wychowałem się w kulcie Grottgera. Ojciec mój był jego najbliższym przyjacielem z owego paryskiego roku, w ciągu którego rozegrał się dramat życia artysty. Z ciekawością dziecinną oglądałem twarz ojca utrwaloną na kartonach Wojny; ozdobą ojcowskiego gabinetu były dwa rysunki Grottgera — dwa jego arcydzieła, portret mego ojca i skrzypaczka uliczna — które w tej chwili patrzą ku mnie ze ściany. Ale pozytywnie wiedziałem o Grottgerze niewiele. Ojciec, żyjący teraźniejszością i przyszłością, niewiele oglądał się w dawniejsze lata, mówił o nich dość rzadko. Czasem jakaś anegdota, z której bił rozmach tego cudownego artysty, jakim był Grottger. Ale dziecka też wiele nie obchodzi „historia”; potem pochłania walka o własne życie; a potem, kiedy się chętniej patrzy w przeszłość, nie ma już tych, którzy by o niej mogli żywym słowem opowiedzieć...
Toteż te listy Arthura były dla mnie rewelacją. Ukazały mi nowego Grottgera, o ileż szlachetniejszego niż ów tradycyjny szaławiła, o którym się słyszało; odsłoniły mi zarazem głęboki charakter przyjaźni, jaka łączyła Grottgera z moim ojcem. Była ona wzajemna. „Poszedłem do Grand Café, aby się widzieć z poczciwym Żelem, który mówi, że tęskni za mną jak za kochanką”, pisze Grottger do narzeczonej z Paryża. A kilka miesięcy wcześniej, przed wyjazdem, w r. 1866:
Dzieciusiu mój najdroższy, poczciwy Władek Żeleński był dziś w Porębie i cały wieczór grał i śpiewał nam pieśni i większe utwory swoje. Podziwialiśmy to genialne chłopczysko, pełne fantazji, życia i ognia, a przy tym tak głębokiego poczucia wszystkiego, co najszlachetniejszą cząstką stworzenia naszego, co serce nasze bliżej obchodzi i porusza... Ach, Wandusiu, przyznam Ci się, że mnie jeszcze żaden z muzyków tak nie poruszył aż do głębi duszy, a zarazem porwał i uniósł gdzieś pod niebiosy... Szczęśliwy jestem, że to krew polska — że tak z rodu jak z utworów swojak, jest on wszędzie Polak, pełen siły, miłości i najwyższego uniesienia artystycznego. A jakiż on oryginalny, swój własny, świeży w każdej najdrobniejszej myśli! Mogłabyś go słuchać całymi dniami, a nigdy ani przesytu, ani znużenia nie uczujesz...
Oto z tych kart wyziera ku mnie mój ojciec, na wiele lat zanim byłem na świecie. Czemuż nie mogłem znać go takim? Ale przesąd powagi rodzicielskiej stał między nami: ten uroczy artysta czuł się w obowiązku być srogim ojcem rodziny.
Artur i Władek dzielą razem życie paryskie. Są nierozłączni. Razem się niejako odgradzają od Paryża, do którego nie mogą się przyzwyczaić. „Od godziny siedzimy sobie przy kominku i gawędzimy, i staramy się nawzajem zapomnieć, że jesteśmy w fatalnym Paryżu”. Razem się gorszą Paryżem i Francuzami. Bo niespodzianką dla legendy grottgerowskiej jest głęboka niewinność owego człowieka, który, znalazłszy się w tym „Babilonie”, żyje — jeśli wierzyć dosłownie tym listom — tylko myślą o dalekiej narzeczonej i przesyła jej w ciągu roku — roku wytężonej pracy, tysiącznych interesów i wreszcie choroby — parę tomów listów spowiadających się z każdego kroku. Ach, jak tam ten Paryż wygląda w tych listach, w początkach zwłaszcza:
„Byliśmy także w pałacu przyszłej wystawy i na balu maskowym. Dwa kolosy. Jeden do najwyższego punktu doskonałości posuniętej industrii i umiejętności w budowaniu, drugi toż samo w swojej najokropniejszej korupcji moralnej, bo takiej, która już w krew i w ciało wrosła każdemu Francuzowi! Tu jest Francuz obrzydliwy szkaradnik — a całe jego nieszczęście, że już nic o tym nie wie, że jest taki. Widziałem tam kobiety, mające najprzeniewinniejsze twarzyczki — prawdziwe gołąbeczki na ulicy, które na takim balu maskowym do potworów moralnych są podobne, a i są nimi! Wszyscy mężczyźni i kobiety są szkaradniki szkaradne! Wiesz, Złoto drogie, chociaż już dużo bujości widziałem, to tą razą rumieniłem się ze wstydu za cały rodzaj ludzki”.
Tak mówi ów „szaławiła”, nad którego nieładem życiowym ojciec mój, mówiąc o nim, nieraz ubolewał. Można stąd sobie wyobrazić, jak niewinnym był w owym Paryżu mój ojciec, wówczas, jak Grottger, mężczyzna trzydziestoletni. Znowuż posłuchajmy Artura:
Wczorajszy wieczór spędziłem u Władka. Nie wiem jak dla kogo, ale dla mnie jest on tak miłą bestią, że Ci tego wypowiedzieć nie mogę. Jeden z takich ludzi, w którego towarzystwie wydaje mi się nieraz, że jestem lepszy niż rzeczywiście — taki, którego towarzystwo robi na mnie wrażenie to samo, które odnoszę, rozmawiając z zacną, niewinną i rozumną kobietą... Jest to chłopak na duszy tak czysty, że może posłużyć za ideał prawdziwego kochanka cudownej swojej muzy.
I oto ironia losu: ten Władek, którego niewinność niespotykaną zaiste na świecie mogę poświadczyć, stał się przyczyną zdarzenia, które odbiło się echem plotek i zgorszenia w kraju, i które na jakiś czas oziębiło stosunek narzeczonej do Arthura. Posłuchajmy Grottgera samego:
„(...) Wczorajszego wieczora nawet jakby na zakończenie karnawału, wyprawiłem znajomym mały wieczorek, na którym się wszyscy dobrze bawili, a ja bardzo wesoły byłem (niby też to!). Zeszli się najbliżsi znajomi moi i kilku Francuzów, i ich znajome kobiety. Z początku zabawa była bardzo poważna, bo słuchano muzyki Władka Żeleńskiego, który grał jak zwykle prześlicznie — zachwycano się nawet, zamyśliwano i zadumywano, i wzdychano — tak że ja zbudowany byłem prawdziwie — gdy naraz filut pan muzyk ni stąd ni zowąd jakąś swoją nokturnę zakańcza prawdziwym szalonym kadrylem paryskim. Naraz jakby wszyscy nagle ze snu obudzeni, porywają się z siedzeń, odsuwają stoły i stołki, przewracają kilka gipsów i wazonów z kwiatami, kilka lichtarzów i filiżanek i w mgnieniu oka ustawiwszy się w pary, puszczają się w taniec! — Naturalnie na jednym się nie skończyło, przyszedł drugi, trzeci i dziesiąty, stosunkowo z przybywaniem coraz świeżo nalanej bowli ponczowej! Więc też śpiewano, tańczono i spijano kielich za kielichem tego karnawałowego napoju — że aniśmy się opatrzyli, kiedy piąta na zegarze uderzyła i przypomniała wszystkim, że dosyć tego dobrego. Za chwilę improwizowano obozowisko cygańskie, porozkładano się po wszystkich kanapach, stołach i stołkach, a nawet na gołej ziemi i w pół godziny chrapano jak za dobrych czasów. I było naraz cicho — bo wszystko posnęło, a tylko ja jeszcze nie spałem, bo z Tobą rozmawiać chciałem (...)”.
Słyszałem raz opowieść o tej „szalonej nocy” z ust ojca. Musiała to być jedyna, skoro utkwiła mu w pamięci. I wyobrażam sobie dość dobrze, jak musiała wyglądać ta „rozpustna” muzyka, bo pamiętam ojca, jak czasem, od wielkiego święta, grając dla uciechy do tańca dzieciakom, z powolnego walczyka przechodził w szaloną galopadę. Ale echa tej nocy omal nie stały się groźne dla szczęścia Grottgera. Ten opis tak szczery i naiwny zmroził siedemnastoletnią dziewczynę, której wiarę w miłość i stałość artysty wytrwale podkopywała rodzina. Zwłaszcza, że, jak pisze komentarz do listów, „wersja o tej pracownianej wieczorynce, obfitsza jedynie, jak to bywa, w moc barwnych szczegółów, dociera z dziesiątych ust”... Długich trudów kosztowało Arthura odzyskanie ufności Wandy. I bądź tu cnotliwym, i bądź tu szczerym!...
W każdym razie nie zmąciło to harmonii Artura i Władka. Dzień nie upływa, aby się nie widywali. Władek działa kojąco na Artura: „w jego towarzystwie — pisze — zawsze odżywam, a przynajmniej zapominam o wszystkim, co boli”. Wieczorem jeden siada do fortepianu i gra, drugi rysuje albo pisze nieskończone listy do narzeczonej. Grottgera upaja muzyka: „Ach, Wando, Muzyka! Muzyka! cóż za wierne, za piękne to kochanie — takie wieczne, takie nigdy niezmienione, zawsze tak uszczęśliwiające! Dlaczego ja nie rodziłem się dla niej?”. W ciężkich chwilach są sobie pomocą. Kiedy przychodzi wieść o chorobie, a później o śmierci ukochanej siostry Władka, Grottgerowi przypada zadanie złagodzenia mu ciosu. Dopełnia tego z kobiecą delikatnością. „Ach, gdybyś była widziała ten rzewny i smutnie piękny obrazek, kiedy ten biedak żałobną krepę na kapelusz sobie kazał uczynić, sam stał cicho i spokojnie na to patrzał, a tylko dwie duże łzy spływały mu na wąsy!”. To znów wesołe chwile, kiedy z kraju na święta nadejdą placki, wódka i kiełbasa. Zdarza się, iż Władek ratuje Artura w jego chronicznych kłopotach finansowych (wedle wspomnień mego ojca, pieniądze przelatywały przez Grottgera jak przez sito...). „Na ramy jeszcze nie zapracowałem — pisze Artur — ale jestem na najlepszej drodze, a gdyby to do 8 dni dopisać nie chciało, to fundusz na to mam przyobiecany od Władka Żel..., który już o to do domu napisał”.
I wreszcie, kiedy choroba powaliła Artura, Władek telegrafuje do ciotki jego narzeczonej, wiedząc zapewne o jej wrogiem usposobieniu do tego związku:
Arthur sérieusement malade á Pau chez Zamoyski épargnez lui les émotions soyez discréte...
Widzę, że stało się to, co się stać musiało. Arthur i Wanda zmienili się dla mnie w „Artura i Władka”. Pochłonęła mnie ta książka przede wszystkim jako pamiątka pięknej i czystej przyjaźni łączącej dwóch niepospolitych ludzi, artystów. Stała mi się projekcją wspomnień dzieciństwa, niejako przedłużeniem wstecz własnego życia. To mi ją czyni tym bliższą, ale przesuwa proporcje tego sprawozdania. Uzupełnię je może innym razem. Ale będzie smutniejsze. Bo chwile spędzone wspólnie, przegawędzone, przemuzykowane z „Władkiem”, to dla Artura jedyne jasne chwile owego roku w Paryżu, który był rokiem pracy, walki, tęsknoty, zwątpienia i wreszcie choroby w tragicznie krótkim czasie przecinającej to młode życie, tę tak wspaniale rozpoczętą karierę artysty. I także piękną miłość Arthura i Wandy, której spadkobiercy tych listów i tradycji wystawili swym wydawnictwem trwały pomnik.
Przypisy:
1. numer pamiątkowy — „Wiadomości Literackie”, nr 226. [przypis autorski]
2. er schlief sofort ein (niem.) — usnął natychmiast. [przypis edytorski]
3. grässliches Fieber (niem.) — okropna gorączka. [przypis edytorski]
4. Mädchen (niem.) — dziewczyna. [przypis edytorski]
5. wieder (niem.) — znów. [przypis edytorski]
6. taniec św. Wita (daw.) — epilepsja; atak epileptyczny. [przypis edytorski]
7. Genezis z Ducha — Słowackiego. [przypis edytorski]
8. bibliografia polskich i niemieckich tekstów Przybyszewskiego — ogłosił ją w istocie, na razie niekompletną, p. Kazimierz Czechowski w „Ruchu Literackim” 1928, wrzesień, nr 7. [przypis autorski]
9. Przybyszewski starał się to nieporozumienie utrwalić i pogłębić — niektórych swoich utworów wręcz nie pozwalał przedrukowywać ani wystawiać. [przypis autorski]
10. Jest to moment ważny... — artykuł niniejszy wywołał liczne komentarze, polemiki i bardzo interesujące rewelacje; patrz Uzupełnienie. [przypis autorski]
11. stronny (daw.) — tu: stronniczy. [przypis edytorski]
12. w r. 1917, w przedmowie do „Krzyku” — jak sam Przybyszewski odnosił się do tej słynnej przedmowy do Krzyku, patrz Uzupełnienie. [przypis autorski]
13. epitafium — oto owo epitaphium, pomieszczone na wstępie do zbioru utworów Dagny Przybyszewskiej pt. Kiedy słońce zachodzi, w jego własnym przekładzie. „Dzieciom moim Zenonowi i Iwci puściznę po matce przekazuje ojciec. Wychowana w bogactwie i zbytku, znosiła mężnie i wytrwale kilkuletnią nędzę artysty, co się z trudem przez życie przebijać musiał. Kobieta niezwykłej kultury i poczucia artystycznego, powierniczka najskrytszych moich intencyj twórczych, jedyny człowiek, który znał mój twór aż do dna, który nieraz wyłowił z głębi mej duszy to, co dla mnie samego było nieświadome; oto czym była wasza matka. Jej tragedią było, że duszę miała zbyt szczerą, zbyt śmiałą i dumną, by mógł na nią paść najdrobniejszy cień fałszu i hipokryzji. Jej tragedią było, że była tym, czym jest jej sztuka: pięknością i zbytkiem. Nie była stworzona do tego świata: dusza jej, pełna naiwnej ufności, dziecięcej prostoty, doznała zbyt dużo rozczarowań, zbyt często była oszukiwana i zwodzona: musiała się w końcu przełamać. Tragedią jej była piękność, i szczerość, i duma. Była przepięknym egzotycznym kwiatem, który rzadko wykwita, a który tłum zdeptać musi — i nie dość że zdepcze, ale mści się na nim jeszcze po śmierci. Więc, dzieci moje, niech pamięć matki będzie dla was święta, jak dla mnie jest święta. Stanisław Przybyszewski. Warszawa, w czerwcu 1901”. [przypis autorski]
14. przypadkowo posiadam jej kartkę (...) — dokumenty te posiadam stąd, że Ludwik Janikowski, który był ich depozytariuszem, znalazłszy się w zakładzie dla umysłowo chorych sam mi je stamtąd przesłał. [przypis autorski]
15. pod świeżym wrażeniem tragedii pisane wspomnienie — co do tych szczegółów, obacz zdumiewające rewelacje w Uzupełnieniu. [przypis autorski]
16. Przybyszewski dostaje się do więzienia — wspomnienie tego więzienia, o którym zresztą opowiadał czasem w chwilach zwierzeń, znajdują się w powieści Synowie ziemi. Szarski tłumaczy Czerkaskiemu, czemu musi pić: „Zbliżył się do Czerkaskiego i mówił prawie że szeptem: — Wiesz, siedziałem raz w więzieniu: posądzono mnie o to, że kobietę zatrułem. Nie zatrułem jej, bom za wielki tchórz — ale Bóg wie, może się dla mnie otruła... Siedziałem tam parę tygodni — Hu, to straszne, straszne...”. [przypis autorski]
17. Dla niego sztuka nie była... — „Wiadomości Literackie”, nr 226. [przypis autorski]
18. (...) pierwszy zjawił się na płótnie Lucjan Rydel, co dało powód do równoczesnych docinków w znanych wierszykach Wyspiańskiego i Kazimierza Tetmajera, skreślonych tuż obok — K. Tetmajer napisał uszczypliwie: „Zasłynie to przysłowie od Wisły po Kutno,/ Spieszył się z swą osobą jak Rydel na płótno”. Wyspiański zaś, w odpowiedzi na triolet Rydla: „Niechże ciebie rymem wsławię,/ knajpo, gdzie przy czarnej kawie/ drogi czas na niczym trawię”, nakreślił czterowiersz: „Szkoda, panie Rydel, szkoda,/ drogi czas na niczym trawić,/ jest czas ponoś się poprawić,/ boś jest sława jeszcze młoda”; na co znów Rydel replikował: „Ty mnie nie wzywaj, Stasiu, do poprawy,/ i nie potępiaj surowym wyrokiem,/ ja czas mój topię w filiżance kawy,/ a ty w sodowej ze sokiem”. [przypis autorski]
19. szedłem do ogólnej sali na bilard z Dagny Przybyszewską — ten bilard Turlińskiego odnajdziemy w Powrocie: „Ukazywała mu się wtedy w ciemnym stęchłym labiryncie jego pamięci jakaś wysoka, pyszna pani, z papierosem w ustach, z kijem bilardowym w ręku, kuszącymi wyblakłymi oczyma...”. [przypis autorski]
20. nie ja je tłumaczyłem, ale ś.p. Stanisław Lack — zbiór utworów Dagny Przybyszewskiej Kiedy słońce zachodzi opatrzony jest sygnaturą: „Przełożył z norweskiego i wydał Stanisław Przybyszewski”. [przypis autorski]
21. Dagny intrygą swoją zrobiła to, że (...) zamiast Pani zwołano Siennicką — zauważyć tu należy, że Natalia Siennicka była w owych czasach najświetniejszą może polską aktorką, w pełni młodości, urody i talentu i że gdy chodziło o obsadę tej roli, nikt życzliwy Przybyszewskiemu nie mógł się wahać między Siennicką a Zapolską. I sam Przybyszewski wiedział o tym doskonale. [przypis autorski]
22. na str. 28 — paginacja tyczy się widocznie pierwszego wydania Krzyku. Chodziło tu o ustępy pisane na chwałę Jadwigi, a poniżające Dagny. [przypis autorski]
23. fragmenty utworów powstałych za ich czasów berlińskich — Conradiego i Dehmla. [przypis autorski]
24. nawet osobiste, najbardziej poufne zwierzenia Przybyszewskiego (...) nie mają rozstrzygającego znaczenia — ktoś żyjący blisko z Przybyszewskim w Niemczech opowiadał mi, jak raz bardzo dramatyczne zwierzenia Przybyszewskiego okazały się mistyfikacją. Zwierzał się mianowicie, że musi pisać powieść w podwójnym brzmieniu: jedną „oficjalną”, dla kontroli domowej, drugą dla siebie, prawdziwą. Rękopis tej prawdziwej starannie chował do pieca; otóż kiedy raz przyjaciele przez ciekawość zajrzeli do pieca, znaleźli tylko plik starych gazet. Znajomy ów, lekarz, uważa Przybyszewskiego za typowego „mitomana”. [przypis autorski]
25. marka (daw.) — tu: znaczek pocztowy. [przypis edytorski]
26. rękopis (...) lub raczej skrypt teatralny — K. Ehrenberg, który równocześnie był krytykiem w „Głosie Narodu” mówił mi, że i on, i Starzewski mieli do rozporządzenia nie rękopis, ale skrypt teatralny, który istnieje. [przypis autorski]
27. półtrzecia (daw.) — dwa i pół (trzy bez połowy). [przypis edytorski]
28. wydane drukiem listy Żmichowskiej — wszystkie cytaty wyjęte są z tych drukowanych listów. [przypis autorski]
29. półsiódmej (daw.) — sześć i pół (siedem bez połówki). [przypis edytorski]
30. Pan Kucharski (...) cytując te słowa Fredry — Kucharski: Aleksander Fredro: życiorys literacki. [przypis autorski]
31. eskamotować — zręcznie ukryć. [przypis edytorski]
32. Mickiewicz, zrażony materializmem — bratanek Ludwika Górskiego opowiadał mi następującą anegdotę, którą słyszał wprost od swego stryja. Ludwik Górski, młody student uniwersytetów niemieckich, przybywszy do Paryża, pospieszył złożyć uszanowanie Mickiewiczowi. Zastał go przygnębionym i zniechęconym, narzekającym na materializm i chłód Francuzów. Na to Górski, jeszcze pod wrażeniem niemieckiej filozofii, niemieckiego idealizmu, zaczął mu z zapałem opowiadać o Niemczech jako przeciwieństwie do tej wystygłej Francji. Mickiewicz słuchał w milczeniu, pykając faję, w końcu machnął ręką i rzekł: „E, już ty mi daj pokój z Niemcami i ich entuzjazmem. Niemcy — to jak g...o; póki zmarznięte, to pół biedy; ale jak odtaje, to dopiero śmierdzi”. [przypis autorski]
33. brutalna replika generała Małachowskiego — „Kiedy raz w liczniejszym zebraniu poeta wywodził, że należało raczej zagrzebać się żywcem pod murami Warszawy, niż uchodzić z życiem zagranicę, odpowiedział generał Małachowski: »Chyba dlatego tak wypadało postąpić, abyś pan miał jedną ruinę więcej, na której z boleścią mógłbyś opiewać nasz upadek«” (Kallenbach, I, 452). [przypis autorski]
34. lubo (daw.) — chociaż. [przypis edytorski]
35. Dziś Emil Haecker robi poetę jawnie socjalistą — Haecker skarży się, że ta strona działalności Mickiewicza była tendencyjnie przemilczana: tak ważny (powiada) i płodny w życiu poety r. 1849 zajmuje np. w monografii Kallenbacha 10 stronic. Cóż się dziwić, kiedy nie mniej chyba ważny r. 1831 zajmuje w tejże, 1000 stronic liczącej, monografii aż — dwie stronice, tyle co analiza Powrotu Taty. [przypis autorski]