Ku czemu Polska idzie...
Ewolucja, którą przechodzimy, zasługuje na to, aby ją śledzić z całą bacznością. Okupacja kraju, o której nieraz mówiłem, postępuje. Dzieje się to zwłaszcza dzięki osobliwej konfiguracji frontów politycznych. Jeżeli Sienkiewicz w Potopie porównał Rzeczpospolitą do postawu czerwonego sukna, które sobie wydzierają królewięta, to dziś można by powiedzieć, że wszystkie bez wyjątku partie wydzierają sobie czarną połę sutanny.
W następstwie tej polityki nic dziwnego, że „stan posiadania” rośnie. I literatura coś wie o tym. Departament nauki i sztuki znajduje się w ręku osoby duchownej. Łysiny macherów z Instytutu Literackiego wcale dobrze imitują tonsurę. Katolicka Agencja Prasowa rzuca pioruny na teatr za wystawienie sztuki, w której Filip II, patron Św. Inkwizycji, potraktowany jest nie dość czule. Uprzedzając zgoła życzenia nieoficjalnej prewencyjnej cenzury duchownej, jej „ramię świeckie” nie dopuszcza do sceny bardzo moralnego utworu młodej autorki...
Słowem, obręcz się zacieśnia. Gdyby nasza okupacja ziściła swoje ideały, wszystko — absolutnie wszystko — byłoby poddane władzy kleru. Wobec tego nic dziwnego, że musi nas interesować, co prezentuje ta kandydatura na Króla-Ducha Polski, jakie są skarby kulturalne, które nam przynosi.
Mam w ręku dokument, który pozwala nam przyjrzeć się bliżej temu obliczu. Ukazała się mianowicie książka pt. Co czytać? napisana przez o. Mariana Pirożyńskiego, redemptorystę, wydana za pozwoleniem władzy duchownej przez księży jezuitów w Krakowie. Jest to — jak mówi podtytuł — poradnik dla czytających książki. Opaska zaś na książce nosi ten obiecujący napis: Pierwsza i jedyna w języku polskim zdrowa ocena beletrystyki polskiej i obcej. — 1000 autorów. — 3500 dzieł.
Pierwsza i jedyna! To wiele powiedziane. Przejrzyjmyż tę zdrową ocenę.
Wybór autorów, sporządzony wedle spisu alfabetycznego, jest dość przypadkowy. Na próżno siliłby się kto zgadnąć, czemu jeden autor jest, a czemu innego nie ma. Przypomina to katalog wypożyczalni książek w miejscu kąpielowym; z tym, że obok nazwiska autora mamy tu zwięzłą ocenę. Przytoczę parę tych ocen. Zaczynam od pisarzy obcych. Oceny przytaczam w całości; tam gdzie skracam, zaznaczam to za pomocą kropek.
GOETHE JAN WOLFGANG. Poeta niemiecki. Za młodu prowadził życie hulaszcze i rozpustne. Na kanwie tych przeżyć napisał w r. 1774 Cierpienia młodego Wertera, on się w niej zakochał, ona wychodzi za mąż, on się nadal w niej kocha i kończy życie samobójstwem. Romans ten był w stylu epoki — rozczulanie się, płakanie, analizowanie siebie — opanował więc współczesne umysły i narobił wiele złego.
Tyle trzeba wiedzieć o Goethem w roku jubileuszowym 1932...
MERIMEE PROSPER. Autor francuski, który za temat swych utworów obrał morderstwa i w ogóle różne łotrostwa. Bohaterami jego są pijacy, bandyci i rozpustnicy. Niekiedy posuwa się aż do bluźnierstw.
MONTESQUIEU CHARLES. Filozof i literat francuski, znany z rozprawy godzącej w moralność społeczną: Duch praw (na Indeksie 29. XI 1751)...
MURGER HENRYK. Pisarz francuski; jego materialistyczne romanse malują w ordynarny sposób nędzę warstw ubogich, wszystkie są na Indeksie 20. VI 1864; Cyganeria.
MUSSET ALFRED. Poeta francuski; pod względem stylistycznym należy do najlepszych, pod względem moralnym do najgorszych. Żył rozpustnie i swe marne życie opisywał...
STENDHAL, pseudonim Henryka Beyle. Zajmował się żołnierką, administracją majątków, dyplomacją, wreszcie pisaniem niezdrowych i bezbożnych romansów...
DICKENS KAROL... posiada tę niepedagogiczną stronę, że sceny wyznań miłosnych opisuje zbyt drobiazgowo...
BALZAC HONORÉ... romanse Balzaca odznaczają się wielkim brakiem — nie ma w nich głębszej myśli...
POE EDGAR ALLAN. Pisarz amerykański. Pod względem moralnym na ogół bez zarzutu, jednak w opowieściach jego często występują nienormalne postacie, nawet upiory, i zachodzą nieprawdopodobne sytuacje, które je dyskwalifikują do użytku młodzieży.
Najwięcej miejsca poświęcił autor literaturze francuskiej, aby ją „zdyskwalifikować” niemal w całości. Ale i innych nie oszczędził. Przejdźmy do nazwisk współczesnych:
GIRAUDOUX JAN. Pisarz francuski o dziwacznym stylu i niezwykłych pomysłach. Bella, chaotyczne opowiadania (!) o szczegółach z współczesnego życia politycznego; większość (?) bez żadnej wartości, sporo przy tym pierwiastka zmysłowego.
PIRANDELLO LUIGI Jeden z pogańskich pisarzy współczesnej Hiszpanii (!), sławiących zepsucie obyczajów; Cień Macieja Pascala, Pierwsza Noc.
ROSNY J. H., pseudonim dwóch braci Anglików (!) piszących wspólnie: Justyna i Józefa...
Zadziwiające jest, że w tym poradniku pt. Co czytać? nie znajdzie się prawie nic godnego polecenia. Ksiądz Pirożyński wylicza przeważnie podejrzane ramoty wszystkich epok po to, aby je potępić. Skąd je wyszukuje! Np.:
UCHARD MARIO. Prowadził życie awanturnicze i pisał złe powieści. Panna Blaisot należy do lepszych, mimo to jest zła.
BACKER JÓZEFINA, tancerka współczesna prowadząca mało budujące życie: Pamiętniki (spisał M. Sauvage).
Ale czyż wreszcie nic się nie znajdzie godnego uznania? Szukajmy.
ABOUT EDMUND. Powieściopisarz francuski o stylu błyskotliwym, interesującym, ale bezreligijny... Wolną od niestosowności jest powiastka Nos notariusza.
Nareszcie! Wiemy nareszcie, co czytać; Nos notariusza Edmunda About. Ale skąd go wziąć?
Może co jeszcze? Jest:
ACREMENT GERMAINE (właściwe nazwisko: Mile Poulain). Dobra obserwatorka życia i dobrze się na życie zapatrująca. Wesoła swatka, dla dorosłych, myśl przewodnia: raczej trafić na nieodpowiedniego dla siebie męża niż zostać starą panną...
BUET KAROL. Pisarz francuski bardzo na miejscu. Z życia wiejskiego proboszcza.
CASTLE AGNES: Panterzątko, matka i córka kochają jednego i tego samego człowieka, wreszcie matka ustępuje — takie sobie.
(„Takie sobie” to ulubione określenie księdza Pirożyńskiego). Szukajmy dalej:
VIVANTI ANIE. Marion, dzieje nieszczęśliwej śpiewaczki; jest bez charakteru, więc schodzi na bezdroża, takie sobie; Naja Tripudians, rozpustne towarzystwo stara się wyzyskać niewinność i nieświadomość dwóch sióstr — przyzwoita i pouczająca powieść.
TISSOT WIKTOR. Pisarz francuski, autor powieści przyrodniczych, nader przyzwoitych...
Interesujące są nawiasy wskazujące, którzy autorowie są na papieskim indeksie książek zakazanych; np. cały Dumas, cały Maeterlinck...
Ale przejdźmy do części, która jeszcze bliżej nas interesuje, do autorów polskich.
Ta sama przypadkowość epok, nazwisk. Ani słowa o naszych wielkich poetach romantycznych; widocznie temat zbyt drażliwy; za to pochwalony bez zastrzeżeń Henryk Rzewuski, „przywiązany do wiary i ojczyzny”, i Kaczkowski, który „poruszał doniosłe zagadnienia i rozwiązywał je w myśl wskazań etyki i patriotyzmu”. Ale zbierzmy znów garść tych zdrowych ocen na wyrywki:
BERENT WACŁAW. Mimo wielu sympatycznych stron w twórczości Berenta, należy go uznać za pisarza niezdrowego, już to wskutek często się trafiających scen nieodpowiednich, już to wskutek niechęci do nauki Kościoła, czemu dał niezbity dowód, tłumacząc na język polski kilka tomów dzieł Nietzschego...
ŻEROMSKI STEFAN. Utalentowany pisarz, mistrz słowa polskiego, entuzjasta pragnący odegrać rolę nauczyciela narodu — rolę, do której nie dorósł... Dzieje grzechu... ohyda. Wierna rzeka, powieść z roku 1863, w której ranny powstaniec bałamuci dziewczynę — to jest wszystka treść... Przedwiośnie, ohydny paszkwil na Polskę i na inteligencję wiejską, stronnicze i niezgodne z rzeczywistością apoteozowanie warstwy robotniczej i Żydów. Poza tym wybujały erotyzm i wywrotowa ideologia...
Zofia Nałkowska potraktowana wcale pobłażliwie:
...umie podpatrzeć życie i obserwacje swoje z talentem przelać na papier, ale zbyt dużo miejsca poświęca ciemnym charakterom, zamykając oczy na jasne strony życia...
Ale, niestety, taż sama Zofia Nałkowska figuruje drugi raz w tym poradniku jako Zofia Małkowska i tu już wygarnięto jej bez ceremonii:
MAŁKOWSKA ZOFIA: Romans Teresy Hennert, bezwartościowa powieść, przetykana niestosownymi obrazkami.
Dalej:
LANGE ANTONI... wielbiciel „pięknego słowa”, sztuki dla sztuki; wszędzie i zawsze czegoś szuka, Chrystus mu nie wystarcza. Róża polna, niesmaczne nowele o naiwnej pannie, o pieniądzach itp.
To: itp. — i tym podobne — jest wzruszające! Co może być „podobne” do naiwnej panny i do pieniędzy?
WINAWER BRUNO. Pisarz satyryczny i zarazem popularyzator fizyki oraz zdobyczy technicznych. Pod względem moralnym — obojętny, najwyżej można mieć żal do niego, że gloryfikując rozum ludzki, nie wskazuje na jego Stwórcę.
GLINKA KSAWERY. Spotkanie, ordynarna powieść przesiąknięta cyniczną rozpustą — bohater uwodzi i uwodzi bez końca.
PARANDOWSKI JAN. Opowiadania rzekomo mitologiczne, a naprawdę pornograficzne; autor namawia czytelników, by „bezwstydowi postawili kapliczkę”...
BRZĘCZKOWSKl JERZY. Ludzie legendy, pornografia znad Morza Czarnego...
ZDZIECHOWSKI KAZIMIERZ. Zbrodnia, młody człowiek morduje, potem żałuje, całość niezdrowa.
Czyż znowu nikt nie znajdzie łaski w oczach ojca Pirożyńskiego? Owszem, jest paru tak szczęśliwych. Przede wszystkim p. Artur Górski, któremu poświęcony jest cały dytyramb; następnie p. Stanisław Szpotański, którego — z wyjątkiem jednej — wszystkie powieści można zalecić; no i zebrałaby się niewielka garstka tych, którzy przeszli przez ucho igielne:
GAWALEWICZ MARIAN... o szlachetnej tendencji i wysokim poziomie moralnym...
GURANOWSKI MIECZYSŁAW. Sirał, przyzwoita powieść wschodnia; Droga do raju, sfery urzędnicze, sporo zdrowych myśli.
NIEZABITOWSKI WŁADYSŁAW... Huragan od Wschodu, powieść fantastyczna: rasa żółta walczy z białą; przyzwoita; Skarb Aarona, nieszkodliwe fantazje egzotyczne.
JAROSŁAWSKI MIECZYSŁAW... Członkowie E. B. V., akcja niemiecka w Polsce i wojna z Niemcami — taka sobie...
ŻUROWSKA MARIA: Serce nie sługa, miłość artysty do mężatki, wprawdzie mężatka poszła za daleko, ale się opamiętała.
MARKIEWICZ DUNIN K.: Przemoc krwi i Dramat kukułki, powieść detektywiczno-patriotyczna, obie dobre.
SUJKOWSKI BOLESŁAW. Może już jutro..., nieszkodliwa powieść patriotyczna, kreśli dzieje przyszłej wojny, która się kończy bardzo pomyślnie dla Polski.
TATARÓWNA STEFANIA... Porachunek z szatanem, takie sobie nowele.
TOBICZYK SAYSSE KAZIMIERZ. W śniegach, wrażenia z wycieczek górskich — niezłe; Hindu, autor entuzjastycznie przedstawia buddyzm i tym psuje całą opowieść.
BADOWSKA IDALIA: One i oni, kobiety i mężczyźni; tendencja powieści, że kobiety nie powinny zabierać czasu mężczyznom, licho jest przeprowadzona.
Miałoby się ochotę przepisać wszystko, taki jest swoisty wdzięk w tych określeniach. Ale przejdźmy do konkluzji.
Nie mielibyśmy nic oczywiście przeciw temu, gdyby ksiądz Pirożyński zestawił spis książek, które z jego kapłańskiego punktu widzenia zasługują na zalecenie lub bodaj są dozwolone. Ale właśnie jeżeli staniemy na tym stanowisku, uderzają tu pewne rzeczy. Przede wszystkim poziom umysłowy, ujawniający się zarówno w sądach, jak w ich sformułowaniu; straszliwa ignorancja, czyniąca z tego poradnika lamus rzeczy zupełnie przypadkowych. Ksiądz Pirożyński nie zna nawet „swoich ludzi”; nie zna naszych katolickich pisarzy. Ani jeden z tych, którzy na zjazdach obcałowują ręce prałatom, nie jest wymieniony. Cóż za niewdzięczność! Ani najpokorniejszy służka kościoła p. Miłaszewski, ani p. Nowaczyński, ani p. Zygmunt Wasilewski! Nie ma w tym poradniku ani śladu nazwiska K. H. Rostworowskiego...
I w ogóle, gdy chodzi o polecenie co czytać, ksiądz Pirożyński jest w kłopocie. Okazuje się, że ten kapłan zna przeważnie książki — niestosowne. Zdumiewa mnie zaś wręcz oczytanie księdza Pirożyńskiego w „pornografii” (daję cudzysłów, bo u księdza Pirożyńskiego pojęcie pornografii jest bardzo obszerne) wszystkich epok i krajów. Przyznam się, że nie znam ani jednej książki Pitigrillego; ksiądz Pirożyński zna bez mała wszystkie. I wylicza je — w tej książce pt. Co czytać? — jak z nut:
PITIGRILLI, współczesny pornograf, wyuzdanie jego nie zna żadnych granic: Pas cnoty, Kokaina, Obraza moralności, Osiemnaście karatów dziewictwa.
Ten ojciec redemptorysta zna wszystkie sprośności, bodaj najbardziej zapomniane i przedawnione:
KOCK PAWEŁ. Francuz. Mając lat 19, ogłosił Dziecię mojej żony i odtąd pisał bez przerwy niemoralne i ordynarne romanse. W tłumaczeniu polskim jest ich przeszło czterdzieści.
Cóż za erudycja! Czasami ten katalog przypomina owe notatki w brukowych dziennikach, które gromiąc odkryty przez policję dom schadzek, podają jego szczegółowy adres. Gdy np. napiętnowawszy ohydę Lavedana, Ojciec Pirożyński dodaje: „Na szczęście, przetłumaczono tylko Łóżko”.
Znam dosyć dobrze literaturę francuską, ale nie miałem pojęcia, że istniał jakiś Felicjan Champsaur. Ksiądz Pirożyński wie nawet to, że się urodził w r. 1859, i dodaje: Jeden z najniemoralniejszych pisarzy francuskich; Siewca miłości.
Natomiast na próżno szukałby tu ktoś nazwiska Chateaubrianda, Claudela, Hello i tylu innych katolickich francuskich pisarzy.
I ta obfitość „pornograficznej” lektury — choćby traktowanej negatywnie — w poradniku Co czytać? nie jest przypadkowa. U tych ofiar celibatu płeć wyradza się w ów wciąż niedosycony, ciekawy, wścibski erotyzm, który niejedną uczciwą kobietę na zawsze oddalił od konfesjonału. To przebija w dziełku księdza Pirożyńskiego z całą naiwnością. Nawet lektura Dickensa działa na tego kapłana podniecająco!
Wrażenie, jakie nam zostaje ze spojrzenia zapuszczonego w tę duszę — a możemy ją uważać poniekąd za „reprezentatywną” — jest dość szczególne. Litość i zgroza. Litość dla człowieka, który ma takie widzenie świata, takie horyzonty; dla tej naiwnej płaskości i ciemnoty; ale zarazem zgroza, kiedy się pomyśli, że to jest przekrój kasty, która z całą bezwzględnością i z takim zuchwalstwem wyciąga ręce po wszystkie władze w dzisiejszej Polsce, która zwłaszcza chce wyłącznie kierować duszą młodzieży.
Poradnik księdza Pirożyńskiego to ciekawy, ale niewesoły komentarz do psychiki kleru. Tak, byłaby ta książka zabawną osobliwością, ale nie dziś i nie u nas. Niepodobna jej uważać za indywidualny wybryk. Tam nic nie dzieje się przypadkiem. Wszak książka ta przeszła cenzurę duchowną; czytać ją musiał szereg osób, wydali ją księża jezuici. Są logiczni: toż to nie co innego, tyko nawrót do ich najlepszych tradycji w Polsce, do czasów saskich. I jeżeli rzeczy pójdą tym trybem jak obecnie, widzę w tym poradniku — w tej pierwszej i jedynej zdrowej ocenie — odpowiednio rozszerzonej i uzupełnionej — przyszły nasz podręcznik szkolny. Wystarczy, aby p. minister oświecenia wyjechał na urlop, a przemyci taki podręcznik ksiądz wiceminister, stwarzając fakt dokonany. Nie ksiądz Żongołłowicz — na to mam za dobre pojęcie o jego poczuciu humoru — ale który z jego następców. Bo sądzę, że urząd wiceministra oświecenia już pozostanie przy sutannie na stałe. Nasz kler niełatwo wypuszcza z rąk raz uzyskany stan posiadania...
Jeden z naszych pisarzy — najmilszy sercu i duszy ojca Pirożyńskiego — napisał książkę pt. Ku czemu Polska szła. Ja daję tym rozważaniom tytuł: Ku czemu Polska idzie... Idzie szybkim krokiem.
Przygody Franciszka Villona w kraju okupowanym
Pewnego dnia przyszła mi nieodparta chęć, aby cała Polska święciła pięćsetlecie urodzin Villona, o którego istnieniu — w znakomitej większości — nigdy nie słyszała. „Zachcenie mężczyzny w ciąży”— powiedzą ci, którzy mnie pomawiają o wszystkie perwersje. Postanowiłem puścić się z odczytem. Lubię od czasu do czasu popatrzeć sobie w oczy z moją publicznością, od czasu zaś mego ostatniego objazdu pasterskiego upłynęło sześć czy siedem lat.
Dotąd zwilonizowałem 24 miasta. Warszawa (z recydywą); Łódź, Kielce, Katowice, Sosnowiec... (W Bielsku odmówiono mi sali). Dalej Tarnów (gdzie omal nie powtórzyłem przygody gogolowskiego rewizora, wzięty przez miejscowe władze za komisję ministerialną, jak to opisałem na innym miejscu); Krynica, Kraków — mój kochany Kraków, dla którego nie mam dość słów podzięki za serdeczne przyjęcie „marnotrawnego syna”; Zakopane, gdzie wpadłem w przyjazne objęcia „czterdziestu lekarzy”, autorów znanego adresu11, wrogów etyki i społeczeństwa, agentów moskiewskich, subwencjonowanych przez Berlin (jak to daje do zrozumienia krakowski „Głos Narodu”).
Jedziemy dalej. Radom, Lublin (w Przemyślu odmówiono mi sali), Stanisławów, gdzie miały być podobno wrogie demonstracje, ale skończyło się na kwiatkach i oklaskach...
Lwów. Od rana chodzą groźne wieści: odczyt ma być zerwany, ja — pobity i wyświecony z miasta. Wieczór, sala przepełniona, komisarz policji bardzo się troska ilością dostawionych krzeseł. Pytam go, co mu to szkodzi? „Proszę pana — odpowiada dobrodusznie — krzesło normalne jest przymocowane do podłogi, ale krzesłem dostawionym można w łeb dostać”. W rezultacie — najserdeczniejsza owacja, o jakiej mogłem zamarzyć.
Białystok, Grodno, Wilno. W Wilnie odnawiam miłe znajomości, podejmowany przez świeżo powstały wpół żartobliwy — tradycje wileńskie! — Związek Sumaryjczyków.
Częstochowa. Młode Tow. Przyjaciół Francji inauguruje tym odczytem swoją działalność. Sala teatru okazuje się o połowę za mała, wszystkie drzwi trzeba zostawić otwarte. Po odczycie wieczerza w kółku przyjaciół Francji, przy świeczkach — z powodu strajku elektrycznego — co wytwarza nastrój dość willonowski. Co prawda, trochę mnie to żenuje najadać się na koszt tego biedaka, który tak często w życiu nie dojadł... Pakując do ust apetyczną kanapkę, mimo woli słyszę ironiczną strofę Wielkiego Testamentu: „Ci mają winko i pieczyste — ptaszęta, rybkę, leśne zwierzę — sosy i smaki zawiesiste — jajca, kładzione, z octem, świeże... — Nie są podobni do murarzy — którym trza służyć w wielkim trudzie; — tu się pomocnik nie nadarzy: — sami se zżują, dobrzy ludzie...”
Dotąd wszystko odbywało się pogodnie: za to teraz zbierają się groźne chmury. Następna tura miała objąć Toruń, Gdynię, Gdańsk, Grudziądz. Gdańsk odpadł; odmówiono „bezbożnikowi” sali. W Toruniu wszystko zapowiadało się jak najlepiej, atmosfera przychylnego zainteresowania. Wieczór miał się odbyć w sali teatralnej. Naraz przychodzi depesza: „Odczyt niemożliwy”. Co się stało? Po prostu pewne sfery zagroziły dyrektorowi teatru... zdemolowaniem sceny; kiedy zaś ta groźba nie poskutkowała, przydano do niej inną: zapowiedź nieodnowienia dzierżawy gmachu, która wygasa dn. 1 kwietnia, podczas gdy kontrakty z aktorami są do września. Argument bez repliki! Atak był skierowany na ostatnią chwilę, tak aby za późno już było przenieść się do innej sali. Niemniej otrzymałem z Torunia wiele wyrazów oburzenia z powodu terroru oraz zaproszeń na przyszłość.
Z Gdyni dochodzą również wieści alarmujące! Właściciel sali zrazu pod naporem agitacji cofa się, potem mimo wszystko godzi się dotrzymać umowy; jedziemy tedy do Gdyni. Kupuję na dworcu miejscowe pisma; widzę wielkimi czcionkami tytuł: Wróg Kościoła w Gdyni. (To ja). Autor notatki wyraża nadzieję, że „społeczeństwo gdyńskie, które już nieraz dawało dowody przynależności do Kościoła katolickiego, na pewno odpowiednio zareaguje na odczyt”... Na odczyt o Villonie, tym biednym Villonie, który dla swojej matki napisał tak śliczną modlitwę do Najświętszej Panny!...
Próba rozagitowania Gdyni, która skupia w sobie żywioły z całej Polski, spaliła na panewce; odczyt odbył się w atmosferze życzliwości i sympatii. I oto podziwiajmy ekwilibrystykę: ta sama gazetka, która daremnie podburzała wszelkimi sposobami spokojnych Gdynian, pisze nazajutrz, że „Boy miał być w Gdyni wygwizdany i obrzucony jajami, ale że jedna z czołowych osobistości interweniowała wśród wzburzonej młodzieży, aby zaniechała podobnego czynu, nielicującego z godnością katolika”. Gazetka stwierdza na pociechę, że „mimo iż udział publiczności był dość liczny, były to tylko elementy napływowe, które w imprezach religijnych (?) udziału nie biorą. Na szczęście ludność kaszubska na odczyt nie poszła, czym dała dowód, że zwolennicy rozwodów nie mają u nas nic do szukania”.
Przyznaję, że nawet w najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się zapełnić sali ludnością kaszubską; w zupełności wystarczyły mi „elementy napływowe”...
Gdzieżby się zresztą odczyt o Villonie mógł odbyć bez polityki! Jakoż „Goniec Pomorski” stwierdza, że „salę głównie wypełnili miejscowi sanatorzy”, przy czym daje dowód głębokiej przenikliwości: „pierwszy odczyt był taki, by nikogo nie zrazić. Chodzi o to, by Boy-Żeleński mógł na przyszłość głosić swoje znane teorie o wolnej miłości itd. Społeczeństwo katolickie powinno zwrócić uwagę na występy tego znanego wroga zasad religii katolickiej”...
Ale nie mam czasu badać bliżej nastrojów Gdyni, bo odczyt kończy się o kwadrans na trzecią w południe, a o wpół do trzeciej odchodzi pociąg do Grudziądza. I tam próby terroru zawiodły, mieszkańcy Grudziądza odwiedzają mnie za kulisami z wyrazami sympatii i solidarności...
Włocławek. Znów przygrywka w prasie. Szumny tytuł: W obronie godności naszego miasta. Czytam: „Rzecz ciekawa, kto w naszym mieście odczuwa potrzebę tej niewybrednej strawy, jakiej dostarcza biedny umysł godnego współczucia człowieka. Jedno wiadomo, że ogół zdrowo myślących obywateli naszego miasta jeszcze tak nisko nie upadł, by dla zaspokojenia swych potrzeb kulturalnych miał słuchać ludzi, których zainteresowania nie wychodzą poza wąski zakres spraw seksualnych... Jesteśmy przekonani, że obywatele włocławscy nie dadzą się sprowokować... Nie pozwolimy sobie przed oczyma roztaczać tak pojętej postępowości... Nie współdziałajmy z tymi, co dokonywają moralnego rozbioru Polski”...
Stanowczo w „biegu głupoty na przełaj” tym razem dziennikarz z Włocławka zdobył puchar wędrowny. Poza tym odczyt odbył się bez przeszkód.
Płock. Tu jeszcze groźniej. W miejscowej gazetce, w rubryce Nadesłane czytam odezwę Do katolików miasta Płocka: „Doszło do naszej wiadomości, że Boy-Żeleński ma wygłosić w Płocku odczyt. Ze względu na całokształt działalności p. Boy-Żeleńskiego, która godzi w istotne zasady moralności chrześcijańskiej, mamy głębokie przeświadczenie, że wszyscy, którzy czują i myślą po katolicku, nie wezmą udziału w zapowiedzianym odczycie”.
Następują oficjalne podpisy i tytuły proboszczów wszystkich parafii Płocka.
Ta metoda, połączona z niesłychaną wręcz agitacją z ambony (agitacja z ambony była zresztą prawie we wszystkich miastach prowincjonalnych), okazała się skuteczniejsza od innych. Służące w Płocku powtarzały sobie ze zgrozą, że ksiądz nie da rozgrzeszenia temu, kto pójdzie na wiec urządzony przez Antychrysta. (To był mój odczyt o Villonie!) W niedużym mieście, gdzie każdego widzą i każdego znają, mało kto ma ochotę dostać się na czarną listę Czarnej Ręki. Sala była słabo wypełniona, mimo że sam dziennik, który zamieścił owo nadesłane uczuł potrzebę odgrodzenia się od tego „protestu”, stwierdzając, że uważa go za „chybiony w zupełności” i że „nic nie stoi na przeszkodzie, aby wysłuchać odczytu o Villonie, poecie francuskim sprzed lat 500, tj. z czasów, kiedy ludzie nie roznamiętniali się jeszcze z powodu projektowanej reformy małżeńskiej”.
Powiedzcie, czy to wszystko nie są dokumenty godne utrwalenia?
Kalisz, Piotrków, Tomaszów Mazowiecki zamknęły bez przeszkód ten objazd pasterski, który na razie wypadło mi zakończyć, mimo zaproszeń z wielu stron Polski.
Wracając w przerwach do Warszawy, zastawałem jak zwykle, pliki korespondencji. Najwięcej listów otrzymuję z najbardziej okupowanych dzielnic; z Pomorza, z Poznańskiego, ze Śląska. Kto pisze? Najrozmaitsi: prokurator, sędzia, nauczyciel, robotnik, młodzież. Kto nie czytał takich listów, ten nie może mieć pojęcia o prawdziwym nastroju ludności w stosunku do naszych okupantów. Ach, jak tam ludzie zaciskają pięści, jak zgrzytają zębami, a równocześnie jak panicznie się boją! Po prostu utraty chleba, represji, zemsty. Ucisk — w małych zwłaszcza środowiskach — jest straszliwy. Tam nie można być nawet neutralnym, trzeba być karnym szeregowcem w kadrach świętoszkostwa, patrzyć bez mrugnięcia okiem na ogłupianie, łupiestwo, cynizm tyjący kosztem skrajnej nędzy, na zuchwałą brutalność czarnych wielkorządców. „Specjalnie tutaj, na Śląsku — pisze mi jeden z przygodnych korespondentów — sprawa mieszania się kleru do wszystkiego ma odrębny i niespotykany gdzie indziej charakter. Ta tłusta, czerwona łapa, wyciągnięta z czarnej sutanny, gnębi najmniejszy przejaw myśli”...
Od dziecka każdy musi być wpisany do bractwa. Najpierw — do Stowarzyszenia Dzieciątka Jezus wyciskającego z dzieci — jak dzisiaj — bezrobotnych przeważnie nędzarzy znaczne kwoty na Murzynka w Afryce. Starsi — do Stowarzyszenia Młodzieży. Oczywiście składki. Dziewczęta, po dziesięć, tworzą różę. Jedenasta już szuka towarzyszek do nowej róży. Każda róża musi przynajmniej raz do roku dać na mszę za członkinie. Prócz tego, inne związki młodzieży. Straż Honorowa, tercjarze, sztandary, kwesty, pielgrzymki, niekończące się nigdy „odnowienia kościoła”. Składki, składki. Starsi — to przeróżne Bractwa Mężów i Żon Katolickich, Czcicieli Oblicza Pana Jezusa. Najstarsze baby — to Arcybractwo Matek. I znów składki, składki, aż do ostatniego tchu.
Ale największy terror połączony jest z obrzędem kolędy. Cóż za uroczystość, cóż za aparat i w rezultacie do jakiego celu! Ksiądz obchodzi domy w asyście kościelnych, organistów, zelatorów. Drzwi domów muszą być na oścież otwarte. Na stole ma być krzyż i jarzące się świece; obok — pisma kościelne i religijne, na podłodze klęcznik lub poduszka. Gdyby ktoś w tym czasie — nie daj Boże — musiał wyjechać, ma zostawić pieniądze dla księdza u gospodarza. Tymi i innymi sposobami, tam gdzie komornik nie znajdzie już nic, poborcy w sutannie wyciskają jeszcze z największej biedoty miliony.
Ale nie chcę już cytować listów, jakie otrzymuję; mimo iż tchną prawdą, mogłyby się wydać podejrzane. Wolę sięgnąć do samego źródła. Oto „Szarlejskie Wiadomości Parafialne, organ Akcji Katolickiej”, z dn. 14 lutego 1932. Cóż za posępna lektura! Same „gorzkie żale” — „drogi krzyżowe dla dzieci” — „drogi krzyżowe dla dorosłych” i po każdym wierszu: płać, płać, płać! I co za sposoby wymuszenia, pod grozą mąk piekielnych, hańby doczesnej, no i — o czym się nie wspomina, ale co wszyscy dobrze wiedzą — pod grozą utraty pracy i bytu z piętnem „bezbożnika”. Każdy z parafian musi oddać kartkę odbytej spowiedzi: „bez tej kartki (czytamy w „Wiadomościach Parafialnych”) — czego Boże nie daj — pogrzeb bez krzyża, bez kapłana, bez miejsca poświęconego, pod płotem”... Ale nie tylko za brak kartki spowiedzi grożą takie rygory. To samo za uchylenie się od kolędy owej osławionej kolędy, która jest po prostu zorganizowanym szantażem. W dzień, gdy kapłan chodzi po kolędzie (czytamy tamże), „prosimy, żeby wszystkie rodziny zostały w domu... Tu zależy wiele na gospodarzu domu, żeby wszystkich komorników zawiadomił o kolędzie i na nich wpływał... Jeżeli się coś gorszącego dzieje w jakim domu, o czym duszpasterz wiedzieć powinien, ażeby według możności to naprawić, wtedy prosimy nam to przed kolędą powiedzieć w kancelarii, albo przy samej kolędzie... W każdym razie ogłaszamy, że w razie pogrzebu — co Pan Bóg nie da — do tej rodziny kapłan po zwłoki nie pójdzie, gdzie mu przy kolędzie wstępu wzbroniono”... A stawki tej kolędy — w stosunku do środków materialnych ludności — olbrzymie.
Płacić, płacić, płacić bez ustanku. „W środę (czytamy dalej w „Wiadomościach Parafialnych”) uroczystość Trzech Króli... W tym dniu jest kolekta na misje pogańskie... Po rannym nabożeństwie absolucja generalna dla tercjarzy... Popołudniu przyniosą zelatorzy (zelatorki) ze Stowarzyszenia Św. Dziecięctwa Pana Jezusa składkę za styczeń do kancelarii. Niech każde dziecko zdobędzie nowych członków dla naszego stowarzyszenia. Jest jeszcze wiele dzieci w Piekarach, które nie należą, a mogą należeć od urodzenia (!) aż do 16 roku przynajmniej. Dzieci, które jeszcze nie mają nowej listy składkowej, niech przyjdą po nią do kancelarii”...
„Stow. Młodzieży męskiej... Druh kasjer prosi, żeby druhowie zapłacili na składkach zaległości za stary rok i za I kwartał nowego roku”...
Dalej: „Nikt nie ma prawa siedzieć w ławce (kościelnej), jeżeli należytość za miejsce nie zapłacił; przy rewizji kościelnej taki może się narażać, że go się z ławki wyprosi”...
Bilans, jaki mi jeden z przygodnych korespondentów z sum wyciskanych tymi drogami w przybliżeniu przesyła, jest przerażający. Kontrast bogactwa kleru z nędzą jego podatników — również. A życie duchowe, umysłowe, w tej atmosferze fałszu, ucisku, ciemnoty, szpiegostwa, denuncjacji? Ci, którzy nie są doszczętnie ogłupieni, dławią się po prostu od wściekłości i nienawiści. Obawiam się, że żaden Moskal ani Prusak nie budził takiej reakcji wewnętrznego buntu jak ta okupacja, głębiej wdzierająca się w dusze, w życie prywatne i w kieszenie niż jakakolwiek inna. Toteż ślepota i sobkostwo naszych okupantów są wprost groźne: od iskry, która by padła na te prochy, mógłby spłonąć cały kraj!
Tę atmosferę trzeba poznać, aby zrozumieć niepoczytalny szał, jaki ogarnął pewne sfery z powodu odczytów moich bodaj o... Villonie. Bo gdyby wnioskować z tych „Wiadomości Parafialnych” — jak i z wielu innych objawów — trzeba by dojść do przekonania, że katolicyzm w Polsce jest zaledwie w jakich 20% religią, a w 80% przemysłem, znakomicie zorganizowanym przedsięwzięciem finansowym. Aparat działa z drapieżną precyzją, ale zarazem z poczuciem, że wszystko to wspiera się na ciemnocie i na zastraszeniu i że wystarczyłoby trochę światła i powietrza, aby podciąć ten przemysł, uprawiany w mroku i zaduchu. Katolicyzm nasz jest niemal obojętny na punkcie dogmatu; — może np. Towiański, który przeczył bóstwu Chrystusa, być in odore sanctitatis u naszych katolickich pisarzy. Jest obojętny na wszystko, co nie ma bezpośredniego związku z taksami i opłatami (kara śmierci, sądy doraźne); natomiast wszystko, co dotyka w jakiej bądź mierze aparatu finansowego, uderza w najczulszy punkt tego „katolicyzmu”. Dlatego wydobyć na światło szalbierczy i świętokradzki przemysł „unieważnień”, oświetlić dzisiejsze praktyki rozwodowe, oświadczyć się po stronie uczciwości i prawa, znaczy — w ich języku — „godzić w istotne zasady moralności chrześcijańskiej”. Ładne dają świadectwo tej moralności chrześcijańskiej!
Równocześnie zastaję w pliku korespondencji numer brukselskiej „Revue Catholique”, a w nim — również sprawozdanie z mojego odczytu. Jakże inna atmosfera! Pisał je Paul Cazin, który właśnie bawił we Lwowie. Odmalowawszy w sympatycznych słowach charakter odczytu, Cazin — jeden z czołowych katolickich pisarzy francuskich — kończy słowami:
„...sławny Boy, którego dowcipny i wywrotowy brak uszanowania, dziedzictwo naszego Beaumarchais, wywołuje oburzenie albo zachwyt, wznieca burze śmiechu albo zgorszeń, ale zmusza wszystkich do myślenia, co jest samo w sobie olbrzymią korzyścią”.
Tak pisze „Revue Catholique”... Otóż właśnie tego myślenia, tej „olbrzymiej korzyści”, najbardziej boją się u nas duchowne sfery. Bo mogłoby ono stanąć w poprzek innym znów „olbrzymim korzyściom”...