„Moralnie obojętne”...

Kiedy niedawno temu ogłosiłem wyciąg ze słynnego już dziełka o. Pirożyńskiego pt. Co czytać, sporo osób było zdania, że przecenia się znaczenie tej publikacji. Ot, — mówiono — ekstrawagancje nieszkodliwego dziwaka, bez znaczenia. Wyznaję, że i ja sądziłem mniej więcej tak samo; a jeżeli poświęciłem o. Pirożyńskiemu tyle miejsca, to dlatego, że chciałem w tych dość ponurych czasach dostarczyć czytelnikom trochę łatwej zabawy. Przyznaję się nawet do jednej naiwności. Sądziłem mianowicie, że wystarczy ujawnienie tych bredni, aby wydawca, który przepuścił je może przez niedopatrzenie, wycofał je czym prędzej z obiegu. Byłem o tym tak przekonany, że zakupiłem kilka egzemplarzy, aby je mieć na podarki dla znajomych wówczas, gdy staną się bibliograficzną rzadkością.

Byłem naiwny. Bo oto niebawem, w najpoważniejszym naszym czasopiśmie katolickim, „Przeglądzie Powszechnym”, organie tychże samych krakowskich oo. jezuitów, którzy książeczkę o. Pirożyńskiego wydali, pojawiła się z niej recenzja. Recenzja solidaryzująca się bez zastrzeżeń z zawartością książki. Oto w skróceniu, co czytamy w lutowym zeszycie (1932) tego miesięcznika:

Dziełko o. Pirożyńskiego wypełnia dotkliwą lukę w piśmiennictwie polskim: brak katolickiej oceny całokształtu twórczości beletrystycznej. Dotychczas stosowano najrozmaitsze oceny: estetyczne, narodowe, państwowe, ekonomiczne; tylko o etycznej jakoś stale zapominano. Poradnik Co czytać? przezwyciężył ten bezwład i powinien stanowić punkt wyjścia do dalszych prac w tym kierunku. Pragnąc osiągnąć możliwie najwyższy stopień obiektywizmu, autor opiera się na autorytecie Kościoła... Trzeba przyznać, że autor ma dar w kilku lapidarnych słowach scharakteryzować pisarza, uchwycić zasadniczy ton jego twórczości ze stanowiska etyki. Pomimo wyraźnej tendencji do umiaru, ocena ta nie dla wszystkich pisarzy wypadła przychylnie, ale to już nie jest wina o. Pirożyńskiego... Jeżeli w twórczości jakiegoś pisarza oprócz rzeczy złych są i dobre, autor nie omieszka zaznaczyć tego szczegółu; widać nawet, że czyni to z pewnym pośpiechem i radością; za to tam, gdzie ganić należy, wyczuwa się żal i smutek; ale trudno: amicus Plato, sed magis amica Ecclesia. Tak więc, akcja katolicka w Polsce zyskała w pracy o. Pirożyńskiego nieodzowną pomoc w umoralnieniu stosunków na terenie literatury, w zorientowaniu się, gdzie przyjaciel, a gdzie wróg”.

Kończy się ta ocena życzeniem, aby o. Pirożyński nie zaniedbywał swej pracy na tym polu, ale kontynuował ją i doskonalił.

Ci wszyscy zatem, którzy uważali dziełko o. Pirożyńskiego za wyskok indywidualny, mają oto autorytatywną odpowiedź: to nie jednostka mówi w tym niesłychanym poradniku, ale Kościół. To nie majaczenia nieuka i maniaka: — to program! Wobec tego, czym Kościół (a raczej kler, który stara się utożsamić te pojęcia: ksiądz — Kościół — religia — Bóg) jest w Polsce, a jeszcze więcej, czym chce być, stwierdzenie to wystarczy, aby usprawiedliwić uwagę, jaką poświęca się księdzu Pirożyńskiemu. Wszak już donosił „Dwutygodnik Literacki” z Poznania o nieoficjalnej próbie wprowadzenia dziełka Co czytać? do gimnazjum!

Ale nie tylko dlatego książeczka ta zasługuje na uwagę. Ma ona wielką wartość dla studiów nad psychiką naszych okupantów. Jest karykaturalna; ale właśnie przez to tym lepiej odbija, niby we wklęsłem zwierciadle, charakterystyczne rysy.

Ponieważ ocena „Przeglądu powszechnego” kładzie główny nacisk na etyczne kryteria zawarte w książce, pozwolę sobie przytoczyć jeszcze pewną ilość zwięzłych, w istocie, ocen o. Pirożyńskiego z tegoż samego dziełka.

DOLIŃSKI. Niezwykły Pomysł pana Anapesta polega na tym, że zamierza założyć komitet opiekujący się kandydatami na samobójców; — niezdrowa książka.

EMONTS. Duch trwogi, uczciwa powieść, przedstawiająca walkę dwóch szczepów w Kamerunie.

FLETSCHER, autor bardzo przyzwoitych powieści detektywistycznych.

GERSTAEKER. Zbiry, wojny domowe w Meksyku, na początku XIV wieku, nie ma nic niestosownego.

GLYN ELEONORA. Przygody Eweliny, smutne przejścia sieroty, pod względem moralnym obojętne.

GOLDEN JAN. Gdy zegar wybije jedenastą, historia detektywistyczna, bez wartości, ale nieszkodliwa.

LANDSBERGER. Ślepa sprawiedliwość, powieść wymierzona przeciw karze śmierci, nieszkodliwa.

LARROUY. Syrena i trytony, katastrofa łodzi podwodnej, jest ustęp bardzo niestosowny.

LATZKO. Powrót. W kreśleniu okropności wojny jest umiarkowany i nie wprowadza pierwiastka erotycznego.

LAWRANCE T. E. Pułkownik angielski, który z polecenia swego rządu podczas ostatniej wojny tworzył w Arabii bandy dywersyjne przeciw Turkom. Przygody swoje opisał w książkach Bunt Arabów, Burza nad Azją, niezawierających niestosowności.

LEROUX, autor powieści kryminalnych, obojętnych pod względem moralnym.

LUCIETO, autor bardzo przyzwoitych powieści na tle szpiegostwa politycznego.

MACDONALD. Zemsta detektywa, należy do typu sympatycznych powieści kryminalnych.

MARCZEWSKI. Pijawki — łapownictwo rosyjskie, powieść nie zawiera nic gorszącego.

MORUS. Człowiek w cieniu, życie Zacharoffa, kapitalisty międzynarodowego, który zarobił setki milionów na dostawie broni mocarstwom europejskim, zwłaszcza podczas wojny; pouczająca biografia.

MUNOZ. Czarny dyktator, walka liberałów ze zwolennikami dyktatury, naiwne, moralnie obojętne.

NORRIS. Potęga giełdy w Chicago, obraz spekulacji pieniężnych, moralnie obojętny.

POKER. Kobieta w pociągu, pod wiele obiecującym tytułem nowele nieobrażające na ogół moralności; na pierwszy plan występuje pociąg, kobieta dopiero na dziesiąty.

SABATINI. Sokół morski, awanturnicze przygody w XVI w. Anglika, który przyjmuje mahometanizm, potem wraca do Anglii; z wyjątkiem zaprzania się wiary, nic niestosownego nie ma.

SALTEN. Jerzy Erbacher, nieszczęśliwe pożycie dwojga niedobranych małżonków, nic ciekawego...

Te oceny „moralne” księdza Pirożyńskiego są bardzo wymowne. Potwierdzają one to, na co zresztą nieraz zwracano uwagę; mianowicie, że kler potrafił zacieśnić pojęcia moralności po prostu do wstrzemięźliwości lub — ściślej biorąc — obłudy płciowej. Z siedmiu grzechów głównych upodobali sobie tylko jeden, a z dziesięciu przykazań bożych co najmniej siedem jest im obojętnych. Człowiek moralny, kobieta cnotliwa, tych słów używa się tylko w znaczeniu płciowym; poza tym ten człowiek może być lichwiarzem i wyzyskiwaczem, obżartuchem i leniwcem, potwarcą i kłamcą; kobieta może być piekielnicą, plotkarą i jędzą. Te same kryteria stosuje ksiądz Pirożyński do literatury. Sam anielski Dickens jest dla niego „niepedagogiczny, bo sceny wyznań miłosnych opisuje zbyt drobiazgowo”: wszystko inne natomiast jest moralnie obojętne! „Moralnie obojętne” — jak na to zwrócił już uwagę W. Rogowicz — są dla tego księdza oszukańcze spekulacje giełdowe; i udręki sieroty, i okropności wojny. Ba, kiedy mówi o najstraszliwszych zbrodniach, jak zbrojenie jednych ludów przeciw drugim, na zimno, dla celów „dywersyjnych”, obchodzi ks. Pirożyńskiego tylko to, że książka Lawrence’a „nie zawiera niestosowności”, to znaczy, że się w niej nie całują! „Nieszczęśliwe pożycie niedobranych małżonków”, to dla niego „nic ciekawego”. Łajdackie życie hieny żerującej na dostawie broni, to dla ks. Pirożyńskiego „pouczająca biografia”. Do czego doprowadza tego kapłana katolickiego owo spojrzenie na świat wyłącznie erotyczne, dowodzi niesłychany w jego ustach zwrot: „Z wyjątkiem zaprzania się wiary, nic niestosownego (!) nie ma”.

Bardzo, bardzo charakterystyczny jest stosunek tego księdza do wielu spraw. Powieść agitująca przeciw karze śmierci jest dla niego zaledwie „nieszkodliwa”; pomysł opieki nad kandydatami na samobójców — niezdrowy; wśród obelg rzuconych na Anatola France, mieści się epitet „zagorzały pacyfista”; za to innego autora chwali o. Pirożyński, że „w kreśleniu okropności wojny jest umiarkowany”...

W rezultacie ten ksiądz, który oplwał wszystkich wielkich pisarzy, od Goethego do Żeromskiego; który chce wytrącić czytelnikom z rąk niemal całą naszą literaturę, który tępi wszelką szlachetną ideę, „bez zastrzeżeń” poleca prawie wyłącznie „sympatyczną” lekturę detektywistyczno-kryminalną, czyli tę, która, jak to dowodnie stwierdzono, fabrykuje młodych zbrodniarzy. Oto do czego doprowadza autora jego wyrafinowana „moralność”.

Dziełko o. Pirożyńskiego przywodzi mi jedno wspomnienie. Podczas wojny miałem przez jakiś czas powierzony jeden z oddziałów fortecznego szpitala Nr 7 w Krakowie, pomieszczony w gmachu Akademii Sztuk Pięknych. Otóż jednego dnia zaraportowano mi, że ksiądz, który z urzędu odwiedzał chorych, przyniósł pod habitem młotek i poodbijał wstydliwe części wszystkim gipsowym posągom znajdującym się w sieni i w korytarzach. Nie darował nawet boginiom i ich nadobnym wzgóreczkom! Wojna szalała, sale były pełne rannych, ludzkość przechodziła gehennę, ale księżulo interesował się tylko tym jednym...

Ten ksiądz ze swym młotkiem wydaje mi się symbolem; odzwierciadla psychikę całej kasty. Ci detektywi niemoralności sami nie zdają sobie sprawy, do jakiego stopnia przeżarci są niezdrowym erotyzmem. Czy przeciętny ksiądz strzeże celibatu czy nie, sprawa płci jest dla niego nieustającą obsesją, zboczeniem, chorobą. Przesłania mu cały świat. I to jest zupełnie naturalne; nie może być inaczej. Pamiętamy okres powojenny; ziemia kurzyła się jeszcze od krwi, przed Europą otwierały się całe kompleksy nowych zagadnień gospodarczych i moralnych, a księża nasi umieli tylko grzmieć z ambon przeciw krótkim włosom, krótkim sukniom, przeciw gołym ramionom pierwszych wioślarek. Najwyższe dla nich zadanie, to nie dopuścić, aby jakaś para się pocałowała — bodaj w książce; — poza tym wszystko jest dla nich „moralnie obojętne”. Życie przepływa koło nich jak coś obcego, niezrozumiałego, nienawistnego; widzą tylko genitalia, bodaj na gipsowym posągu. Chorzy ludzie!

Otóż wobec tego, że ci ludzie są oficjalnymi piastunami moralności, że najzazdrośniej strzegą swego monopolu w tym zakresie, nie jest bez znaczenia fakt, że nędza, wojna, szpiegostwo, oszustwo, spekulacje, wyzysk i wszystkie w ogóle niedole ludzi to są dla nich rzeczy „moralnie obojętne”. Czyż tym wyznaniem nie stawiają się poza społeczeństwem, w którym — i z którego — żyją?

Tak, ta idiotyczna i przez to pozornie niewinna książeczka spełnia doniosłe zadanie: dokumentuje poziom etyczny i umysłowy naszego kleru. Powinna stać się sygnałem alarmowym.

Czyny nierządne i niektóre inne

Nieznajomość prawa nie chroni — jak wiadomo — człowieka od kary; z czego wynika, że każdy obywatel powinien znać kodeks karny jak pacierz. Jest to zresztą bardzo zajmująca lektura. Podobnie jak nasz byt jest wzorzystym dywanem dzierganym z czasu i przestrzeni, tak kodeks karny jest niby misterny deseń spleciony z tych znowuż dwóch elementów: czas i kryminał. Pięć lat więzienia, dziesięć lat więzienia, dwa lata aresztu — na pozór monotonne to, a jednak jakże urozmaicone! Dlatego z najżywszym zainteresowaniem wziąłem do rąk projekt nowego kodeksu karnego, który po trzecim (ostatnim) czytaniu wyszedł z rąk komisji kodyfikacyjnej i czeka zatwierdzenia przez ciało ustawodawcze.

Przeczytałem z uwagą ten projekt i wyznaję, że na ogół jestem nim zbudowany jako wyrazem niezaprzeczonych dążeń do poprawy i postępu. Dodać należy, że komisja kodyfikacyjna miała zadanie o tyle utrudnione że nikt u nas od niej przeważnie niczego nie żąda, o nic nie walczy; tak że ona sama, z własnej inicjatywy, musi niejako wyprzedzać apatyczne i nienawykłe do stanowienia o sobie społeczeństwo. To, o co gdzie indziej wojują dziesiątki lat, my przyjmujemy niby w formie darowizny.

Oczywiście w większości punktów projekt — mimo iż przeważnie złagodzony co do wymiaru kary — nie odbiega zbytnio od postanowień i sankcji, jakie znajdują się we wszystkich kodeksach świata, starszych i nowszych. Nigdzie człowieka np. za sfałszowanie weksla nie pochwalą, ale wszędzie zganią. Ale jest pewna ilość spraw — przeważnie obyczajowych — w których wyraża się przemiana pojęć. Są rzeczy, które w obowiązujących do dziś ustawach były występkiem lub zbrodnią, a które znikły w nowym projekcie; są natomiast inne, do dziś bezkarne, które jutro staną się przestępstwem. Zmiany te wynikły z ewolucji pojęć i nawzajem na przeobrażenie pojęć będą oddziaływały. Dawne kodeksy np. tropiły zaciekle niewinnych pederastów, a nie zamącały spokoju człowiekowi, który zaraził młodą kobietę wenerycznie, wpędził ją w ciążę i zostawił na bruku; nowy kodeks postępuje wręcz odwrotnie.

Znamienne jest, że najwięcej nowości wnosi projekt kodeksu karnego w sferę spraw płciowych. Reforma seksualna wciska się dziś wszędzie jako konieczność. Ale jakaś nemezis ciąży nad tymi sprawami, skoro się znajdą na biurku prawnika; o ile, z jednej strony, twórcy kodeksu zdobyli się na pociągnięcia bardzo śmiałe i rozumne, o tyle z drugiej w jakiejś pasji reglamentowania życia zabrnęli w postanowienia, które byłyby zabawne, gdyby nie mogły się stać groźne.

Przebiegnijmy pośpiesznie najbardziej interesujące punkty nowego kodeksu. Zacznijmy od rzeczy głównej — dosłownie głównej: — od kary śmierci. Będzie czy nie będzie: kto się u nas troszczył o to? Chodziły wieści, że ma być zupełnie zniesiona; w drugim czytaniu projektu nie było jej; w trzecim widzimy, że się zjawiła znowu... Co prawda w formie tak złagodzonej, że prawie jej nie ma. Przede wszystkim nie ma zbrodni, dla której kara śmierci byłaby jedyną karą; nie ma wypadku, w którym werdykt przysięgłych powodowałby automatycznie karę śmierci, tym bardziej więc nie może być już mowy o podobnych wyrokach jak świeżo w Małopolsce, gdzie kilkakrotnie skazano na powieszenie bezdomną matkę za zabicie swego niemowlęcia. § 2 art. 223 orzeka tylko, że „kto zabija z niskich pobudek, podstępnie lub w sposób okrutny, ulega karze więzienia na czas nie krótszy od lat 10 lub dożywotnio, lub karze śmierci”.

W praktyce, można wnosić, równać się to będzie zniesieniu kary śmierci; czemuż tedy raczej nie postawiono śmiało sprawy i nie usunięto kary śmierci w ogóle?

Widzimy ważne zmiany w postępowaniu z nieletnimi; postanowienia co do zakładów wychowawczych i zakładów poprawczych, na razie czysto teoretyczne, bo funkcje obu spełniał do dziś okropny Studzieniec. Nie ma tych zakładów, jak również nie ma i zakładów — o których mówi kodeks — dla „niepoprawnych o upośledzonej odpowiedzialności”. Ale przynajmniej daje nowy kodeks dyrektywę na przyszłość w tej mierze.

Nową zdobyczą jest § 1 art. 111, nieistniejący dotąd w żadnym z kodeksów świata, a głoszący, że „ulega karze więzienia do lat 5, kto publicznie nawołuje do wojny zaczepnej”; zneutralizowany co prawda klauzulą, że „ściganie następuje tylko wtedy, gdy czyn określony w § 1 uznany jest za karalny przez państwo, przeciw któremu nawoływanie jest skierowane”.

Z mimowolnym uśmiechem przebiegamy liczne paragrafy „o przestępstwach przeciwko zrzeszeniom prawa publicznego”.

„Kto przemocą lub groźbą wywiera wpływ na czynności sejmu, senatu... bądź tym czynnościom przeszkadza, ulega karze więzienia do lat 10”...

Z uśmiechem przeglądamy również następny rozdział „o przestępstwach przeciw głosowaniu”:

„Kto używa podstępu celem nieprawidłowego sporządzania listy głosujących... kto się dopuszcza nadużycia przy obliczaniu głosów... kto używa przemocy lub podstępu celem wywarcia wpływu na sposób głosowania... pięć lat więzienia lub aresztu”.

Czemu ten uśmiech? Doprawdy, sam nie wiem. Ale przejdźmy do rzeczy poważnych.

Art. 197, § 2; „Kto, będąc sprawcą ciąży, uchyla się od udzielenia potrzebnej pomocy kobiecie przez niego zapłodnionej, ulega karze więzienia do lat 2 lub aresztu do lat 2”.

Art. 197, § 3: „Jeżeli skutkiem czynu przewidzianego w § 2 nastąpiła śmierć tej osoby lub jej upadek moralny, albo usiłowanie samobójstwa lub dzieciobójstwa, sprawca ulegnie karze więzienia do lat 5”.

Bardzo piękny ten nowy paragraf; ochrona kobiety i dziecka zaszczyt przynosząca uczuciom prawodawcy. Miejmy nadzieję, że sędzia, wykonywając ten paragraf, znajdzie zarazem środki, aby się on nie stał narzędziem szantażu i spekulacji.

Tu pozwolę sobie na maleńką dygresję.

W kodeksie austriackim istniało, jak wiadomo, dochodzenie ojcostwa, przy czym sędzia musiał uznać ojcem dziecka tego, kogo kobieta podała, o ile ów miał z nią sprawę w okresie od 10 do 6 miesięcy przed rozwiązaniem. Ponieważ skarżącym był opiekun dziecka, a matka była świadkiem przesłuchiwanym pod przysięgą, zatem w praktyce kobieta wybierała sobie po prostu ojca dla dziecka. W Galicji zabiedzone i zahukane kobiety nie umiały korzystać z tego prawa, może nie wiedziały o nim; ale w Wiedniu dziewczątka znały kodeks na wylot i były prawdziwym postrachem amatorów miłości. Zwłaszcza kolonia polska, złożona z niezamożnych, a zmuszonych „trzymać fason” urzędników ministerialnych drżała przed nimi: winien czy niewinien, skoro się zbliżył do kobiety, jak grom spadały wyroki o alimenta, nadwerężając poważnie pensyjki urzędnicze. Ludzie dochodzili w tym lęku do neurastenii. Do czego mógł przywieść taki święty strach przed ojcostwem, świadczy następująca autentyczna historia pewnego wiedeńskiego radcy ministerialnego, Polaka. Postępował stale, z całą urzędową systematycznością, tak: przy stosunku z kobietą używał prezerwatywy, którą następnie poddawał w jej oczach „próbie wodnej”; chował ją do koperty, pieczętował: kopertę, opatrywał datą, kazał partnerce własnoręcznie kopertę podpisać i chował ją do archiwum jako kontrdowód negatywny.

Przepraszam za tę dygresję, ale wydawała mi się interesującym dokumentem do dziejów naszej emigracji.

Ze wzruszeniem zaglądam do rozdziału XXXII Nierząd:

Art. 199, § 1: „Kto dopuszcza się czynu nierządnego względem innej osoby bez jej wyraźnego lub dorozumianego zezwolenia, ulega karze więzienia lub aresztu do lat dwóch. Ściganie na wniosek pokrzywdzonego”.

Tutaj dwie uwagi. Jedna językoznawcza. „Czyn nierządny”... Czemu pp. prawodawcy mówią do nas w ten sposób? Jeżeli tym stylem przemawiał św. Paweł, to już taki był jego charakter; ale dlaczego pp. Mogilnicki, Makowski i Rappaport mają do nas mówić w ten sposób? Co by powiedzieli, gdybym ja, jako recenzent, tym stylem pisał sprawozdania z utworów teatralnych, które wszak bywają jednym pasmem „czynów nierządnych”? Dlaczego tym hańbiącym mianem piętnować z góry to, co może być poezją, czarem, szczęściem? Skąd ten język anachoretów? Karzcie nas, gdy zawinimy, ale mówcie do nas po ludzku.

To co do formy, a teraz co do treści. Co to znaczy „bez jej wyraźnego zezwolenia”? Czy pp. prawodawcy widzieli kobietę (poza biedną prostytutką), która by dała kiedy „wyraźne zezwolenie”? Czy sama natura nie wprowadziła, nawet u zwierząt, w grę miłosną wzbraniania się samiczki jako środka mającego doprowadzić akt płciowy do pożądanej temperatury? Gdyby pp. prawodawcy — o ile nie mają osobistych doświadczeń w tej mierze — czytali bodaj Uwiedzioną Boya albo pierwszą pieśń Don Juana Byrona („I szepcąc nie pozwolę, pozwoliła”), nie popełniliby tej omyłki.

A „zezwolenie dorozumiane”? Jak, przez kogo? Kto to ma oceniać? Pan sędzia? Trzeba by przed nim chyba odegrać całą scenę! Faktem jest, że tego rodzaju paragraf służyć może jedynie do nadużyć lub do ośmieszania powagi sądu. Wystarcza tu zupełnie § 1 art. 202: „Kto przemocą i groźbą albo podstępem doprowadza inną osobę” itd. — za co mu kropią pp. prawodawcy 10 lat więzienia. Niech i tak będzie; gwałt to jest rzecz brzydka, „podstęp” już bardziej wątpliwa; ale owe „czyny nierządne bez wyraźnego lub dorozumianego zezwolenia” — to jest farsa.

A teraz słuchajcie, słuchajcie.

Art. 201: „Kto dopuszcza się czynu nierządnego względem nieletniego poniżej lat 17, ulega karze więzienia do lat 5”.

17 lat! Dotychczasowe kodeksy oznaczały tę granicę wieku przeważnie na lat 14; i oto nasi kodyfikatorzy jednym pociągnięciem pióra postanowili poprawić naturę, ustawy, a nawet i kościół, boć wedle prawa kanonicznego kobieta siedemnastoletnia może już dawno być mężatką i wdową. Jak wam się podoba ta zaimprowizowana przez naszych prawodawców nowa karna granica dojrzałości płciowej? 5 lat więzienia; bagatela: akurat tyle, co za nawoływanie do wojny zaczepnej, za przekupstwo urzędnika, bigamię, zabójstwo... To się nazywa sztucznie robić zbrodniarzy, bo nie ulega wątpliwości, że wystarczy przejść się w noc letnią po naszej wsi, aby zebrać lekką ręką z 1000 lat więzienia. W tym wieku chłopiec może być jak dąb, dziewczyna jak łania. Doprawdy pasja pp. prawodawców mieszania się do tych rzeczy trąci niezdrową erotomanią; chcą koniecznie mieć w tym jakiś udział, otrzeć się o tę młodą miłość bodaj za pośrednictwem kraty więziennej. Przy czym chłopiec i dziewczyna nie mają metryki wypisanej na twarzy; znowuż pole do nadużyć.

Zważmy jeszcze ten paragraf na tle ogólnej łagodności nowego projektu; parobczak za pomacanie szesnastolatki za jej zgodą; biedna wdowa za przytulenie chłopaka, któremu wąs się sypie: — 5 lat więzienia; kasjer za kradzież bodaj miliona najwyżej 2 lata; gdzież proporcja?

Razi kogo pewnie, że używam tak gminnych wyrażeń. Robię to umyślnie. Zdaje mi się, że w owym strasznym żargonie prawniczym zatraca się poczucie proporcji i życia. Powiedzcie sędziemu lub prokuratorowi: „czyny nierządne”, zaraz zmarszczy brew i zadzwoni w kajdanki; powiedzcie mu: „pomacać”, uśmiechnie się życzliwie. A wszak to są synonimy.

Podobno sami pp. kodyfikatorzy spostrzegli się, że strzelili bąka, i ta granica wieku ma być zmodyfikowana. Jeden z członków komisji kodyfikacyjnej dał na to słowo honoru pewnemu prokuratorowi Sądu Najwyższego. (Autentyczne!)

Od tego wrogiego życiu paragrafu odbija godny uznania liberalizm w stosunku do homoseksualizmu, który znikł zupełnie z projektu kodeksu karnego. Nie znaczy to (mam nadzieję), aby pp. prawodawcy to zboczenie pochwalali; ale uznali, bardzo rozsądnie i zgodnie z duchem całej nowoczesnej nauki, że paragraf tutaj nic nie wskóra, a raczej, przeciwnie, mnoży tylko homoseksualistów, wytwarzając atmosferę sprzyjającą szantażowi i spekulacji fałszywych homoerotów.

Również uznano za niegodne powagi sądów zaprzątać je rzadkimi wypadkami sodomii; zagrożone kózki i owieczki przekazano towarzystwom ochrony zwierząt.

Martwy paragraf o cudzołóstwie, które jeszcze w pierwszym czytaniu kodeksu miało być karane aresztem lub grzywną (!), w trzecim czytaniu również znikł z kodeksu karnego.

Mam wątpliwości co do sformułowania art. 211:

„Kto dopuszcza się publicznie czynu nierządnego lub działania mającego na celu podniecenie pożądliwości płciowej... ulega karze aresztu do roku”.

„Czyn nierządny”... powiedziałem już, co o tym myślę. A „działanie mające na celu podniecenie pobudliwości płciowej” to może być tango, wycięta suknia, kieliszek szampana, deklamowanie wierszy, perfumy lub płyta gramofonowa. Natomiast te czynności, które zapewne pp. prawodawcy mieli na myśli (rozpinanie spodni na ulicy przez tzw. satyrów), wierzcie mi, panowie, najmniejszą mają szansę podniecenia czyjejkolwiek pobudliwości. Trzeba by to inaczej zredagować. I w ogóle za dużo tego kodyfikowania spraw, które się najmniej do tego nadają. Czy społeczeństwo, doprawdy, nie ma innych zmartwień?

Przechodzimy teraz do niezmiernie ważnego paragrafu o spędzaniu płodu. Art. 231 stawia nasz kodeks w rzędzie najświatlejszych i najbardziej ludzkich. Po określeniu przestępstw o spędzeniu płodu i sankcji karnych w tej mierze, art. 23112 orzeka:

„Nie ma przestępstwa z art. 299 i 230, jeżeli zabieg był dokonany przez lekarza i przy tym był konieczny ze względu na zdrowie kobiety ciężarnej, jej ciężkie położenie materialne, dobro rodziny lub ważny interes społeczny”.

W pierwszym czytaniu nie było tej klauzuli zupełnie; w drugim była, ale w mniej pełnej formie; tutaj nareszcie rozwiązuje ona ręce lekarzom i kładzie w przyszłości kres przemysłowi pokątnych „poroniarek”, ratując życie i zdrowie setkom tysięcy kobiet.

Nowy jest § 1 art. 242:

„Kto naraża człowieka na zarażenie chorobą weneryczną, ulega karze więzienia do lat 5”.

Jak to będzie wyglądało w praktyce?

Naruszenie czci karze art. 252 aresztem do lat 2 lub grzywną, ogólne zaś postanowienia o grzywnach określają je — wedle uznania sędziego — do 100 000 zł. w złocie. Ponieważ kodeks podciąga równocześnie ewentualny pojedynek pod zwykłe zabójstwo, może sprawa obrony czci wejdzie szczęśliwie w jaką nową fazę, dotąd bowiem zawieszona jest, w razie pojedynku, między błazeństwem a morderstwem lub też zdana na jałową mitręgę „sądów honorowych”.

Jak wspomniałem, uderzająco oszczędny jest nowy kodeks co do przestępstw wobec mienia. Najcięższe „przywłaszczenie powierzonego mienia” karane jest dwoma latami więzienia. Bardzo ludzki jest artykuł orzekający, iż sąd może „stosować nadzwyczajne złagodzenie kary lub jej nie wymierzać, jeżeli sprawca zabrał przedmiot małej wartości celem niezwłocznego spożycia”. Nie znaczy to oczywiście, aby każdy z was miał prawo łasować kanapki z łososiem w firmie braci Hirschfeld.

Słowem, studiując ten projekt, w sumie trzeba uznać, że prawodawcy nasi robili, co mogli, aby się wyzwolić z tradycji zbytecznego okrucieństwa cechującego dawne kodeksy; aby utrzymać porządek społeczny kosztem mniejszej sumy cierpienia ludzkiego. Nie ulega kwestii, że w wielu punktach nasz nowy projekt kodeksu karnego będzie przyświecał innym, dotychczas obowiązującym w Europie, rozumem i ludzkością.

Ale zarazem podczas tej lektury nawiedza nas jedna wątpliwość. Kiedy czytamy ten długi szereg artykułów i paragrafów, chcielibyśmy mieć pewność — a niestety, nie mamy jej — że kara istotnie ogranicza się do tego, co wymierzyło prawo, że władze więzienne nie obciążają jej sposobami „domowymi”, które umykają się publicznej kontroli. Cóż znaczyłoby wobec tego to staranne dawkowanie kar! Nigdzie w tym kodeksie karnym nie czytamy o smutnych praktykach, o których tak często słyszymy w wieściach przedostających się zza murów więziennych... Czemu od ducha ludzkości naszych prawodawców często tak odbiega duch okrucieństwa tych, którym powierza się wykonanie kary? Dowiadujemy się, że jeden z członków komisji kodyfikacyjnej opracowuje właśnie kodeks wykonawczy zapewniający najściślejszy wgląd w sposób wykonywania kary, w psychikę odsiadującego karę i dopuszczający daleko idących skróceń jej trwania. Byłby to ważny krok naprzód, znów jedno z posunięć wyprzedzających dzisiejsze kodeksy karne Europy. Tylko znów chodziłoby o to, jak ten kodeks wykonawczy będzie... wykonywany!

To jedno. A drugie to, że wedle dzisiejszych pojęć karanie zbrodni jest tylko jedną i to najmniej chlubną funkcją porządku społecznego. Zapobieganie występkom, to piękniejsze i — w gruncie — praktyczniejsze działanie. Kiedy społeczeństwo znajdzie się wobec przestępcy, jakże często musi w duchu uznać, że nie spełniło wobec tego człowieka swoich obowiązków, nie troszczyło się o niego od dziecka, nie dało mu oświaty, nie dało mu pracy, nie umiało go wychować. A kiedy przestępca dostanie się do więzienia, cóż się czyni, aby opuściwszy je, nie musiał do niego wracać? Miałem niedawno sposobność czytać w rękopisie pamiętnik więźnia, który rozpoczął swoje życie więzienne młodym chłopcem i przez kilkanaście lat z małymi przerwami wciąż w więzieniu przebywał, mimo że za każdym razem miał szczere postanowienie odmiany. Ale co taki ma począć? Wychodzi zza kraty bez środków do życia; pracy i pomocy na poczekaniu nie znajdzie; jedyni ludzie, których zna i od których może spodziewać się czegoś, to jego kompani-złodzieje; wraca więc do ich towarzystwa i po krótkim czasie dostaje się z powrotem do więzienia. Jest dla społeczeństwa rzeczą jeżeli już nie ludzkości, to prostego wyrachowania, aby każdy, kto tego pragnie, miał możność powrotu na uczciwą drogę. Praca wychowawcza nad nieletnimi przestępcami, opieka nad zwolnionymi więźniami po odsiedzeniu kary, powinny być „rozbudowane” jak najszerzej.

Na razie zapewne to są marzenia. Ale do takich marzeń dziwnie nastraja monotonna melodia kodeksu karnego z jego powtarzającym się refrenem: 3 lata więzienia, 5 lat więzienia, 10 lat więzienia...