Dama fiołkowa

Wer den Dichter will verstehen, muss in Dichters Lande gehen24 — powiada poeta. Poczucie to nawiedza mnie, ilekroć mam mówić o Prouście. Uderza mnie, że — trochę pod wpływem własnych jego sugestii — zbyt często traktuje się jego dzieło jakby pozaczasowo, podczas gdy ono tak bardzo tkwi w swoim czasie i w swoim miejscu; i co więcej, poprzez „czas stracony” wiąże się z tradycją iluż minionych epok. Dzieło Prousta, jak mało które, czerpie soki z całej francuskiej przeszłości literackiej, jest wspaniałą jej nadbudową, począwszy od Montaigne’a, z wyraźną predylekcją do wielkich psychologów i moralistów XVII w., poprzez Saint-Simona, Balzaka, Stendhala, Baudelaire’a i Goncourtów — aby wymienić choć główne punkty węzłowe. Proust roi się od cytatów, od wyraźnych lub ukrytych aluzji literackich.

Można by co prawda tę listę rozszerzyć poza granice Francji, dodać powieść angielską, Dostojewskiego, Goethego, Ruskina, Nietzschego, Wagnera... Ale co się tyczy strony obyczajowej, jakże mocno wciąż czujemy się z nim we Francji, bodaj przez samą ważność, jaką odgrywa w dziele Prousta problem towarzyskości. Jakby rozmyślnie Proust eliminuje ze swego dzieła owe wielkie motory „balzakowskie”, które poruszają ludźmi: pieniądz, władzę, politykę; a raczej instynkt władzy, nieraz bardzo silnie zaakcentowany (pani Verdurin), wypowiada się u niego w życiu salonu, a nawet i polityka (Dreyfus) migoce w grze salonowych zwierciadeł. To pozorne ograniczenie wynika z założeń dzieła Prousta, którego istotą jest owa swoista „wielość rzeczywistości”25, odbijającej się nieograniczenie we wzajemnych reakcjach ludzkich jestestw na siebie. Dla tego celu potrzebne Proustowi było również, aby te reakcje były w pewnym sensie bezinteresowne, aby grube potrzeby materialne nie tłumiły wiotkiej gry fikcji. Większość bohaterów Prousta to ludzie bogaci, syci, mieszczący cel życia w tym, aby wniknąć w środowisko, które — często z umownych racji — wydaje się im wyższe. Snobizm? Raczej wymiana różnych snobizmów; intelektualistę kuszą elegancje wielkiego świata, wielką damę lub złotego młodzieńca nęcą perwersje intelektu. Swann żyje refleksem świata Guermantów, którym w zamian zaszczepia swoje jałowe smaki estetyczne; Odeta przez Swanna nasiąka manierami księżnej Oriany, której nie zna. A terenem nieustannej wymiany wszelakich walorów jest — salon.

Salon jest instytucją i potęgą swoiście francuską. Znów trzeba by jego rodowód wywieść z bardzo daleka; trzeba by przypomnieć Hôtel de Rambouillet i rolę, jaką odegrał w kształtowaniu się kulturalnego życia Francji, a przez nią Europy, i panią Geoffrin, dość ograniczoną mieszczkę, której monarchowie Europy oddawali królewskie honory jako ambasadorce francuskiego ducha, pannę de Lespinasse i tyle innych. Salon to najkunsztowniejsze dzieło kobiety, jej apoteoza — czasem jej ekspiacja, rehabilitacja — nieustająca regeneracja, nieograniczona prolongata jej potęgi, której największe natężenie potrafiła paryżanka skupić na ten okres życia, kiedy ją już odbiegła młodość i uroda. Salon to arcydzieło władztwa starych kobiet, matriarchat fikcji, imperializm pustki.

Proust był od dziecka niemal wychowankiem salonów, w epoce gdy salon — może po raz ostatni w dziejach Francji — miał zalśnić niezwykłym blaskiem. Bo salon prosperuje zwłaszcza w epokach, gdy historycznie „nic się nie dzieje”, gdy tym żywiej przychodzą do głosu kontrowersje ideowe, literackie, intelektualne, odcienie form. Ewolucja społeczna całej połowy wieku wyraża się u Prousta w kolejnej zmianie fizjognomii salonów. Wejściem Swanna do salonu pani Verdurin zaczyna się chronologicznie jego długa opowieść, która się kończy po kilkunastu tomach podwieczorkiem u tej samej pani Verdurin — zamężnej za księciem de Guermantes. A sceny, poprzez które idziemy ku temu finałowi, to salony pani de Saint-Euverte, pani de Villeparisis, salon księżnej Oriany, salon, który usiłuje stworzyć pani Swann — „różowa dama”26 z czasów Mac-Mahtona27, a później hrabina de Forcheville — i inne, które znamy tylko z napomknień. Wiele rysów tych salonów, ich gospodyń, ich gości zbiera Proust — zawsze wzbogacając syntetycznie ich sens — z obserwacji, ze wspomnień, z anegdoty. Poznanie autentycznej atmosfery współczesnej zbliża nas do egzotycznego klimatu Prousta. Dlatego pragnąłbym tu naszkicować parę ówczesnych sylwetek kobiecych. Jest zwłaszcza wśród tych kobiet jedna, która mimo iż nie stała się bezpośrednio i osobiście „modelem” Prousta, ma jednak coś szczególnie proustowskiego w paradoksalnych kontrastach i rozpiętości swojej kariery życiowej, w przeobrażeniach swojej fizjognomii, w ucieleśnieniu całych epok historii i obyczaju. Przyjaciółka Sainte-Beuve’a, Renana i Leona Daudet28, powiernica księcia Plonplon29 i egeria30 Patrie Française31 — to przeszłość niemal mityczna i współczesność niemal żywa; to portret w Luwrze i legenda — już zapomniana. Spróbuję ożywić ten portret w zasadniczych rysach, tak jak się utrwaliły we wspomnieniu współczesnych, w tradycji i plotce. Osobą tą jest hrabina de Loynes, jedna z najczynniejszych pionierek nacjonalizmu francuskiego.

Początki jej giną w mroku dawności. Urodziła się w Reims około r. 1838 (stulecie!), nazwisko jej — rychło zapomniane — brzmiało Detourbet. Ojciec był przedsiębiorcą robót publicznych, ale rodzina wnet ginie z jej życia. Bardzo młodo znalazła się w Paryżu. Jak się tam dostała? „Jak Manon” — odpowiadają jedni. „Pod opieką wuja” — poprawiają drudzy. Wuj — ociemniały — nie musiał być srogim opiekunem; miał przy tym pewną predylekcję do kół teatralnych i literackich. Pupilka jego poznaje Dumasa syna, sławnego świeżą sławą Damy Kameliowej. Może przez kontrast Dumas nazwał tę młodą dziewczynę Damą Fiołkową — dla jej skromności. Zainteresowała go ta osóbka, poważna a zuchwała, kryjąca jak gdyby zdecydowaną myśl. Spytał się, co ona robi w Paryżu, czego tu szuka. „Przybyłam, aby się kształcić” — odparła Jeanne. „Po co?” — „Bo chcę mieć kiedyś Paryż u swoich stóp” — odparł skromny fiołek.

Gdy chodzi o naukę, naukę życia zwłaszcza, znalazła Jeanne w Paryżu pierwszorzędnych przewodników. Zajął się nią wielki Sainte-Beuve, nieuleczalny dziewczynkarz, najinteligentniejszy sceptyk, pobłażliwy dla siebie i drugich. Dumas polecił ją także dyrektorowi teatru, który się w niej z punktu zakochał i otworzył jej scenę, ale młoda osoba nie chciała teatru lub uważała go jedynie za etap przejściowy; czuła, że nie tam jej siła. Wchodzi w świąt wielkiej paryskiej bohemy, już ma piękne mieszkanie przy placu Vendôme; towarzystwo jej to Dumas syn, d’Ennery, głośny autor melodramatów, Barrière (współautor Cyganerii), Paul de Kock i inni; kwatera tego świata to „Café Anglais”, „Maison Dorée” — wszystkie owe lokale, gdzie nieco później Swann z bijącym sercem pamiętnej nocy „katlejowej” będzie szukał Odety na bulwarach. Już Dama Fiołkowa, lekko korygując swoje nazwisko, pisze się arystokratycznie „pani de Tourbay”. Smukła, zgrabna, nie piękna, ale interesująca, włosy mahoniowe, oczy zielone, śliczne zęby. Dystyngowana z natury, ubiera się świetnie u Wortha, Douceta, krawieckich sław epoki. Będąc wątłego zdrowia, przebywa w domu, czyta, robi robótki, po południu zaś jeździ do Lasku Bulońskiego w powozie wybitym białym atłasem — dar księcia Napoleona zwanego popularnie Plonplon.

Bo krąg stosunków Damy Fiołkowej rozszerza się, a jakość ich zyskuje na ciężarze gatunkowym. Jest u jej stóp ów milioner Bravais, który posłużył Alfonsowi Daudet za model Nababa32. Gdy pani de Tourbay zachorowała, nabab ofiarował swój zamek do jej usług; gdy rekonwalescentka mogła pierwszy raz opuścić pokój, powóz jej jechał dwukilometrową aleją, całą zasłaną na ten uroczysty dzień płatkami róż.

Wielką rolę w jej życiu odegrał Girardin, geniusz nowoczesnego dziennikarstwa. Przesiadywał u niej, u niej pisał listy, jej się zwierzał ze swoich planów i kombinacji; ona zaś, poważna i skupiona, chłonęła mądrość życia jednego z demiurgów Paryża.

I wielu innych — zawsze spośród najlepszych. Wiedziano, iż codziennie przed obiadem zastanie się ją w domu — podkreślony przez Prousta warunek stworzenia salonu. Siedząc w fotelu, podparta charakterystycznym gestem, raczej poważna niż błyskotliwa, dyskretnie inteligentna i dowcipna, umiała słuchać jak nikt, umiała spowiadać ludzi, zostawiając każdego z tym wrażeniem, że jest dla niej szczególnie bliski i interesujący. Lubiano się jej zwierzać, ona zaś gromadziła skrzętnie ten kapitał wiedzy, wpływów i przyjaźni.

W r. 1859 — Dama Fiołkowa ma zaledwie dwadzieścia jeden lat lub mało co więcej, a jest już rodzajem paryskiej sławy — Girardin wprowadził do niej księcia Napoleona, najbliższego kuzyna cesarza. Podobno książę spytał go, czy nie zna kobiety, u której on, książę — enfant terrible33 Cesarstwa — mógłby stworzyć salon, przyjmując ludzi, dla których salon jego żony jest za surowy i za nudny. Girardin, pokładający wielkie osobiste nadzieje w bałamuctwach politycznych księcia Plonplon, przedstawił mu panią de Tourbay, która stała się najbliższą przyjaciółką tego Bonapartego, umiała sobie dawać radę z jego porywczym charakterem, stworzyła mu w swoim mieszkaniu przy rue de l’Arcade drugi, przyjemniejszy dom. Tam przez kilka lat książę Napoleon uprawiał swoje radykalne dąsy, sprowadzał przyjaciół lub wskazywał tych, których chciał poznać. Panowała tam swoboda słowa i myśli, skupiało się, co było najwybitniejsze talentem, rozgłosem i wymową. Obiady „chez Magny” (patrz Boy, Obiad literacki) dają może próbkę stylu obiadów u ówczesnej pani de Tourbay, gdzie po części spotykamy tych samych ludzi: Sainte-Beuve, Renan, Flaubert, Gautier, Taine, prócz nich Girardin, Houssaye, Dumas, About, Sardou i inni. Feydeau czytał u niej pierwszy rozdział swojej Fanny, rywalizującej dla ówczesnego Paryża zwycięsko z Panią Bovary. Kochano się w tej dobrej przyjaciółce. Odnowiciel poezji prowansalskiej, Mistral34, wyznał jej nieśmiało swą miłość; oddaliła ją dobrotliwie, wyprawiając go do Prowansji. Świetny publicysta Prévost-Paradol miał być później szczęśliwszy, podobno i sam wielki Flaubert także. Ale któż rozgraniczy tu prawdę od legendy, przyjaźń od miłości?

Czy kochała bodaj księcia Napoleona? Miała dla niego macierzyńską opiekuńczość, dawała mu rady, uspokajała jego porywczość, marzyła może o roli przyszłej pani de Maintenon. Wpływała nań, aby się poprawnie zachowywał wobec żony.

Z biegiem czasu stosunki te rozluźniły się. Po Sedanie i upadku Cesarstwa pani de Tourbay ujrzała księcia Napoleona tylko raz, na wygnaniu: pośpieszyła, aby ofiarować do jego dyspozycji cały swój majątek — dla sprawy. Książę podziękował, wzruszony, ale odmówił.

Na schyłek Cesarstwa przypada wielka miłość Damy Fiołkowej, u której głowa dotąd większą rolę grała niż serce. I tu zresztą serce nie było w niezgodzie z rozsądkiem. Ukochanym jej stał się Ernest Baroche, syn wpływowego ministra, sam człowiek wszechstronnie utalentowany. Próbował, nie bez sukcesu, teatru (napisał Testament Cezara Girodot), polityki, finansów, myślał o uruchomieniu wielkich kopalń. Śmiały, ryzykowny, trochę awanturniczy — oczarował ją. Wrócił jej młodość przedwcześnie zakrzepłą w fotelu-konfesjonale powiernicy starszych panów. Brutalne i niedbałe fawory Napoleona nie mogły zaspokoić jej serca, które teraz poznało wszystkie uroki i wzruszenia podzielanej miłości. Baroche ofiarował jej to, co najbardziej mogło być dla Damy Fiołkowej upragnione — małżeństwo. Ona waha się, boi się rozczarowań, boi się być mu kulą u nogi, ale takie obawy zdwajają jedynie słodycz ponowionych oświadczyn.

Wśród tego wybucha wojna francusko-pruska. Baroche idzie w pierwszym szeregu. Po klęsce, tuż przed oblężeniem Paryża, przybiega na kilka godzin do przyjaciółki. Ona chce zostać w Paryżu, aby być bliżej niego, on żąda, aby się schroniła w bezpieczne miejsce. Jeanne ulega, opuszcza Paryż. Baroche pada pod Bourget35 grzebiąc jej najdroższe nadzieje. Ale idąc na wojnę zapisał jej cały majątek, m. in. akcje kopalni „Malfidano”, którą powołał do życia, a która miała się stać bogactwem.

Baroche miał przyjaciela, hr. de Loynes; był to człowiek z wybornej rodziny, członek Jockey-Clubu. Interesy zbliżyły go do pani de Tourbay. Podobno Baroche testamentem zalecił ukochanej — w razie jego własnej śmierci — wyjść za tego przyjaciela. Niebawem hr. de Loynes wyznał jej miłość i poprosił o rękę. Zawsze przytomna, zastrzegła sobie prawo noszenia jego nazwiska, cokolwiek by zaszło między nimi. W istocie, wobec oporu rodziny, odbył się jedynie ślub kościelny, do cywilnego nie doszło nigdy; niezgodność usposobień sprawiła, że małżeństwo rozeszło się szybko. Odtąd zamiast Damy Fiołkowej, od dawna zapomnianej, istnieje już tylko milionowa i niezależna hrabina de Loynes, która pod tym nazwiskiem będzie odgrywała przez wiele lat rolę w życiu paryskim.

Po wojnie i Komunie wraz z kształtowaniem się nowego społeczeństwa pani de Loynes stara się odbudować egzystencję. Zwraca się ku tym samym, którzy bywali u niej niegdyś, byli to prawie wyłącznie mężczyźni. Bo mimo majątku, mimo tytułu świeża hrabina de Loynes nie weszła do „świata”; pozostawała jej jedna droga — światem uczynić swój salon. Znów gromadzi się u niej na sławnych obiadach elita intelektualna: Girardin, Taine, About, Flaubert, Houssaye, Sardou, Rochefort, historyk Vandal i wielu innych. Pewnego razu Flaubert przedstawił jej młodego Maupassanta, to znów Renan przyprowadził prawie nie znanego jeszcze Anatola France, którego jednak miał niebawem zmonopolizować inny zaborczy salon.

Ale jest coś emerytalnego w tej odbudowie dawnej tradycji obiadowej: raz po raz ubywa ktoś z tych starych znakomitych ludzi, ów salon jest czymś przeżytym, brak w nim treści, duszy. I sama pani de Loynes czuje, że najlepsze jej siły pozostaną nie zatrudnione, marnują się bez celu. „Ale ja się jeszcze odegram” — powiada w liście do kogoś z bliskich.

I w istocie, gdy wszystko zdawało się dla niej skończone, gdy życie jej mogło się stać luksusową wegetacją, zjawił się na horyzoncie pani de Loynes człowiek, który miał na wiele lat, aż do końca dać nowy sens jej salonowi i jej egzystencji.

Poznała go na jednej ze słynnych redut Houssaye’a, zapomnianego dziś (słusznie), ale niegdyś robiącego sporo szumu w Paryżu autora. Owe reduty to było również dość melancholijne wznowienie blasków Cesarstwa, gdy cały Paryż tłoczył się w pałacu Houssaye’a na przesławnych redutach, których gospodarz głosił dla żeńskich gości zasadę, że „piękność pod maską — obowiązkowa”. Pewnej nocy podobno sama cesarzowa Eugenia wmieszała się w tłum pod maską. Z mężczyzn reduty owe gromadziły tak dalece wszystkie świeczniki duchowe stolicy, iż ktoś powiedział, że gdyby pałac się zawalił tej nocy, nazajutrz byłoby ciemno w Paryżu.

Obecnie Cesarstwo było od kilkunastu lat pogrzebane. Republika daleka była od jego blasku, gospodarz miał siedemdziesiątkę, a pani de Loynes dobiegała lat pięćdziesięciu. Ileż melancholijnych wspomnień oblegało ją, kiedy w r. 1886 wybrała się w stroju Małgorzaty z Fausta na ostatnią redutę, jaką miał wyprawić Houssaye. Na takiej reducie dwadzieścia lat temu zaintrygowała i zdobyła pełnego przyszłości Prévost-Paradola, jednego z niewielu, których kochała... Prévost-Paradol od wielu lat nie żył: samobójcza kula przecięła życie tak pełne nadziei...

I oto nieoczekiwanie, tego właśnie melancholijnego wieczoru, miała poznać człowieka, który ją wrócił życiu i otworzył jej nowe możliwości. Był nim młody pisarz i krytyk Lemaitre.

Lemaitre, młodszy od pani de Loynes o lat kilkanaście, miał wówczas lat trzydzieści trzy. Był wschodzącą paryską gwiazdą. Trochę nieśmiały, trochę niezręczny w obyciu, wychowany na prowincji, spędził jakiś czas w seminarium duchownym, potem przeszedł surową dyscyplinę słynnej École Normale36. Ale w piórze to dziecię prowincji przyswoiło sobie najbardziej paryskie chwyty; solidna wiedza kojarzyła się z urokiem stylu u tego ucznia Taine’a i Renana. Seria Les Contemporains miała go zrobić sławnym; o ile świetny esej o Renanie zwrócił już nań pochlebną uwagę, rżnięcie, jakie sprawił Ohnetowi, uczyniło go bohaterem Paryża.

Przegawędzili całą noc. Młody dźwięk głosu, inteligencja i kultura nieznajomej — wciąż ukrytej pod maską — oczarowały Lemaitre’a. Ona odgadła w jego inteligentnych naiwnościach skarb, jakim ten człowiek może być dla niej. Nie pierwszy raz życie powtórzyło Balzaka, wskrzeszając jego nowelę o ostatniej miłości księżnej de Cadignan. Pani de Loynes zrozumiała, czym może się stać ten diament inteligencji, skoro otrzyma ostatni szlif z rąk rozumnej i doświadczonej paryżanki. Naznaczyła mu schadzkę w teatrze, dokąd udała się z przyjaciółką. Widząc zbliżającego się pisarza, przyjaciółka rzekła: „Fatalnie się prezentuje”. — „Mylisz się — odparła pani de Loynes. — Bardzo mi się podoba i zobaczysz, że zajdzie daleko”. (Tak opowiada powiernica Lemaitre’a i przyjaciółka Prousta, pani S***37).

Odtąd losy ich są zespolone aż do śmierci pani de Loynes. Przez dwadzieścia lat z górą Lemaitre będzie dobrowolną ofiarą słodkiego despotyzmu; w zamian za to pani de Loynes ze swoich wpływów, stosunków, ze swojej wiedzy i talentu życia uczyni podnóżek dla kariery pisarza. Stanie się silną wolą tego uroczego intelektu; zrobi go bóstwem domowym salonu, który gromadzi świeczniki polityki i literatury; pomoże mu wejść (1895) do Akademii, pchnie go w teatr, w którym — wedle własnych jego zeznań — stanie się jego współpracowniczką, wreszcie wbrew jego temperamentowi i dotychczasowym nawykom uczyni go głową stronnictwa, wodzem wielkiego ruchu politycznego, którego obozem stanie się jej salon.

Zrazu nowy salon pani de Loynes był obcy polityce. Sama pani domu była przez chwilę pod urokiem niedoszłego dyktatora Francji, gen. Boulanger, którego jednak sceptyczni jej przyjaciele nie brali serio. Ale punktem zwrotnym w tym salonie — jak w wielu innych — staje się sprawa Dreyfusa. Dwaj ludzie, zdawałoby się tak pokrewni sobie duchowo — zbyt pokrewni, aby się mogli bardzo lubić! — Anatole France i Jules Lemaitre stają się sztandarami dwóch przeciwnych stronnictw, a dzieje się to niewątpliwie pod wpływem dwóch kobiet, które nimi poruszały. Salon pani de Caillavet stanowi centrum „rewizjonizmu”, gdzie się przysięga na niewinność Dreyfusa, salon pani de Loynes destyluje się w coraz czystszy nacjonalizm. Odnawia się jego personel: stałymi gośćmi są Hébrard i Calmette, najwpływowsi redaktorowie „Le Temps” i „Figara”, Barrès, Capus, Donnay, Coppée, Deroulède, Leon Daudet. W salonie pani de Loynes konstytuuje się stronnictwo La Patrie Française (którego tak gorliwą partyzantką jest u Prousta pani de Marsantes, matka Roberta de Saint-Loup), a prezydenturę stronnictwa przyjmuje Lemaitre pod naciskiem przyjaciółki. W styczniu r. 1899 Lemaitre zagaja wielkie zebranie organizacyjne; w jedynej loży znajduje się pani de Loynes, na którą zwracają się wszystkie oczy: „To ona!” — szepcą wszyscy, jak powiada naoczny świadek. Bo w istocie La Patrie Française była (w innej postaci) ziszczeniem z dawna pieszczonych marzeń przyjaciółki księcia Plonplon. Okrzyki: „Niech żyje Francja!”, „Niech żyje armia!”, upajają ją, widzi w swoim Lemaitrze zbawcę Francji, przyszłego władcę jej losów, może dyktatora! Wypadki miały okazać, że możliwość robienia cudów jest nawet dla kobiety ograniczona.

Z tych lat, w których salon pani de Loynes przybiera charakter wybitnie polityczny, można znaleźć relacje w każdej niemal serii wspomnień niepodejrzanego świadka — Leona Daudet. Trudno oddać tkliwość, uwielbienie, podziw, z jakim o tej starej już kobiecie mówi ów tak okrutny i bezwzględny kronikarz politycznego i literackiego życia Francji. Książkę Salons et Journaux, pisaną w czasie wojny, dedykuje Leon Daudet „pamięci pani de Loynes i Jules Lemaitre’a, którzy oboje tyle zrobili dla Francji”. „Nie znałem dzielniejszej kobiety, z twardszej stali” — pisze o niej. Jako inteligencję stawia ją obok pani de Sévigne, pani Geoffrin, panny de Lespinasse. „W tym salonie trzeba było bywać — pisze — aby znać prawdziwą, komiczną i tragiczną podszewkę wydarzeń”. — „Cudem tego salonu była harmonijna równowaga taktu i swobody, promieniowanie talentów i indywidualności, stopienie wszystkich elementów”. Pani de Loynes „byłaby na wyżynie każdej sytuacji”. „Bez zręczności, taktu i dobroci pani de Loynes La Patrie Française byłaby się rozpadła znacznie wcześniej”. — „Ta wątła i delikatna osoba, bojąca się przeciągów, naraziłaby się na wszystkie trudy i niebezpieczeństwa »dla sprawy kraju«” — oto skąpa próbka entuzjazmu Daudeta, ilekroć przyjdzie mu wywołać tak mu drogi cień pani de Loynes.

Pani de Loynes, obok innych talentów, miała talenty wspaniałej gospodyni domu. I tu Leon Daudet może być również niepodejrzanym świadkiem. Daudet jest takim gastronomem, smakoszostwo bucha z niego tak naiwnie i łączy się tak ściśle z wszelką manifestacją patriotyzmu, że skoro jakaś dama dostąpi z jego ust epitetu „wielkiej Francuzki”, możemy niechybnie oczekiwać tuż potem pochwały jej cnót kulinarnych. Te trzy rzeczy — Francja, król i świetna kuchnia — są dla Daudeta absolutnie nierozdzielne. Prawa nacjonalistka najprostszy rosół umie uczynić poematem, podczas gdy u masonów sosy są zawsze wątpliwe, a wina podejrzane. Pani de Loynes przyznaje Daudet dyplom pierwszej kuchni w Paryżu, a karty, jakie poświęca wszechstronnej aprowizacji jej stołu i piwnicy, należą do najbardziej lirycznych, jakie wyszły spod jego pióra.

Młody nacjonalizm, który równolegle skupiał się w bardziej bojowe szyki jako „Action Française” pod wodzą Maurrasa, powołany był z natury rzeczy do walki, często najostrzejszymi środkami: brutalność metod („les camelots du roi38) miała się stać jego odkryciem, jego siłą i świeżością. Otóż Lemaitre nie był człowiekiem walki, mógł nim być co najwyżej w teorii, ale z wychowania, z usposobienia był typowym humanistą renanowskiej epoki. Był za to człowiekiem walki sekretarz Patrie Française Syveton, w którym skupił się cały dynamizm obozu. Syveton parł ku wielkim rozgrywkom, szedł na zwalenie republiki drogą ujawniania czy wywołania skandalów. Takim skandalem miała się stać sprawa delatorstwa w armii i słynnych „fiszek”, sekretnie kontrolujących religijne życie oficerów; rewelacje Syvetona miały ujawnić, do jakiego stopnia armia francuska znajduje się we władzy masonów. Zdobywszy kompromitujące dokumenty z ministerstwa wojny, jeden z posłów wniósł na porządek dzienny tę sprawę, równocześnie zaś wśród konsternacji izby Syveton, który był również posłem, rzucił się ku trybunie ministrów i spoliczkował dwukrotnie ministra wojny, gen. André39.

Syveton nieszczególnie obliczył efekt swego postępku, który nie znalazł spodziewanego oddźwięku nawet wśród antyrządowej i nacjonalistycznej opozycji. Bądź co bądź, przedstawiciel stronnictwa, które miało wypisane na sztandarze kult armii, policzkujący publicznie sędziwego generała — nie wydał się całkowicie na swoim miejscu. Prasa okazała się chłodna — raczej odseparowała się od Syvetona. Lemaitre zaskoczony był gestem, którego brutalność tak przeciwna była jego politycznym i towarzyskim nawykom; ale przez solidarność i Lemaitre, i pani de Loynes silą się na entuzjazm. Opisuje tę scenę Leon Daudet, z którego wspomnień widać, do jakiego stopnia salon pani de Loynes był generalną kwaterą formującego się nacjonalizmu. Nazajutrz po incydencie Syveton znalazł się tam wraz z żoną, rubensowską Belgijką. Lemaitre zbliżył się do pani Syveton, „podniósł rękę i swoim złotym głosem rzekł: »Niech pani będzie dumna z męża, policzek, jaki wyciął nędznikowi André, oszczędzi może strumieni krwi...« A pani de Loynes — wciąż opowiada Daudet — położyła na ramieniu bohatera swoje długie i delikatne palce: »Przyjacielu Syveton — rzekła — Francja jest z tobą...«” Jest w tej scenie — mimo iż Daudet zdaje się tego nie odczuwać — odcień mimowolnego humoru.

Na razie główny cel zdawał się osiągnięty; minister podał się do dymisji i wniósł skargę przeciw Syvetonowi. Tego procesu oczekiwał Syveton, o tym marzył: liczył na to, że pod ciosami publicznych rewelacji uczynionych na sali sądowej padnie znienawidzona republika. Ale w wilię procesu w jasne południe ginie we własnym mieszkaniu Syveton, w niewytłumaczony sposób, otruty gazem. Było to dnia 8 grudnia 1904 r., proces naznaczony był na 9 grudnia.

Morderstwo polityczne celem uprzątnięcia przeciwnika, a zarazem celem pogrzebania niebezpiecznego procesu — oto pierwsze (i zdaje się trafne) wytłumaczenie, jakie się nastręczało stronnikom Syvetona. Ale już w najbliższych dniach zaczęły krążyć coraz dziwniejsze — i wyraźnie inspirowane — pogłoski o życiu prywatnym Syvetona, o jego stosunku do własnej pasierbicy, o rewelacjach, jakie mu groziły, o rzekomych nieporządkach w kasie Patrie Française; i własna żona Syvetona — sterroryzowana czy pozyskana — zdaje się potwierdzać te pogłoski restytuując na ręce Lemaitre’a brakującą jakoby w kasie stronnictwa kwotę 80 000 franków! Tezę mordu politycznego zastępuje hipoteza samobójstwa; cała sprawa utonęła w lepkim błocie. (Byłem w Paryżu, kiedy wybuchła sprawa Syvetona, śledziłem ją w dziennikach, gdzie zapełniała całe kolumny. Naraz z dnia na dzień, niemal z godziny na godzinę, jakby na czyjąś komendę zapanowała śmiertelna cisza. Syveton przestał istnieć na łamach pism; sprawiło to na mnie niezatarte wrażenie).

Lemaitre, świetny pisarz, literat czystej krwi, wyrosły w cieniu bibliotek i gabinetu do pracy, był, jak rzekliśmy, człowiekiem dawnej epoki i dawnych metod; przewodniczyć patriotycznym bankietom, wygłaszać odczyty, pisać artykuły to były środki walki, które rozumiał; tragiczny i dwuznaczny epizod Syvetona zaskoczył go; wódz stronnictwa nie wytrzymał nerwowo sytuacji. Zamiast podtrzymywać za wszelką cenę tezę zbrodni politycznej i kuć z niej nową broń przeciw rządowi, on ustąpił z pozycji, uznał milcząco za fakt tezę samobójstwa Syvetona. Z tą chwilą los Patrie Française był przesądzony; stronnictwo nie podniosło się nigdy spod tego ciosu, usunęło się w cień, zdając dalsze losy nacjonalizmu w ręce Action Française, bardziej przystosowanej do idącej epoki. Pani de Loynes popiera Action Française sympatiami i kieszenią, ale, podcięta we wszystkich swoich entuzjazmach i nadziejach, wycofuje się z czynnego działania; przez ostatnie lata znów salon jej staje się wyłącznie literackim; o polityce przyjęte jest tam raczej nie mówić, aby nie rozkrwawiać ran. Do końca salon ten pozostał „fabryką akademików”, jak go nazywa Daudet, jedną z potęg Paryża. Przechodzą przez niego wszystkie nowalie życia duchowego stolicy; tam p. Skłodowska-Curie ma wykład o radzie, tam Mata Hari40 tańczy. Gospodyni domu umie w niezrównany sposób przewodniczyć swoim cotygodniowym obiadom; nie potrzebuje dzwonka (jakim np. posługiwała się pani Aubernon), aby zapewnić kolejność wypowiedzi i tępić ustronne rozmowy, wystarczy jej spojrzenia, skinienia, aby utrzymać przy stole porządek konwersacji, w której miała prawo mówić tylko jedna osoba na raz, i to o ile miała coś do powiedzenia. Rozmowy na boczku i wymiany porozumiewawczych spojrzeń były wzbronione, przez co zyskiwały smak owocu zakazanego...

Umierając pod koniec r. 1907, obok wielkich fundacji dobroczynnych pani de Loynes zapisuje 100 000 franków Leonowi Daudet, który obraca tę sumę — wiemy to z jego wspomnień — na to, aby „Action Française” przeobrazić z tygodnika na dziennik, podnosząc tym nieskończenie sprawność organu stronnictwa.

Cechą życia salonów jest, że wszystko się w nim streszcza w jakimś „słówku”. Słówko będące nagrobkiem salonu pani de Loynes było po kobiecemu okrutne, a puściła je wieloletnia jej rywalka, pani de Caillavet. Opowiadając „na ciepło” o jej pogrzebie, przedstawia Lemaitre’a we łzach i Hébrarda, redaktora „Le Temps”, który go pociesza tymi słowy: „Mon ami, vous la retrouverez dans un demi-monde meilleur...”41

I to jadowite słówko obiegało nazajutrz salony — jak u Prousta jakieś „ostatnie słówko Oriany”.