Księżniczka Matylda

Każdy czytelnik Prousta pamięta zapewne scenę, kiedy młodociany bohater towarzyszy z dumą państwu Swann na spacer do Ogrodu Zoologicznego. Wracając spotykają „idącą w naszym kierunku w towarzystwie dwóch pań, tworzących jakby eskortę, damę starszą, ale jeszcze piękną, w ciemnym płaszczu, w małym kapeluszu wiązanym pod brodą. »A, to ktoś, kto pana zainteresuje — powiedział Swann«”. A pani Swann rzekła: „Przedstawię pana jej cesarskiej wysokości”. Podczas gdy panie rozmawiały, Swann objaśniał: „To księżniczka Matylda. Wie pan, przyjaciółka Flauberta, Sainte-Beuve’a, Dumasa. Pomyśl pan, bratanica Napoleona! Oświadczali się o jej rękę Napoleon III i car rosyjski. Niech pan do niej zagada”.

Po czym Swann sam ciągnie dla tego malca za język księżniczkę, która posłusznie produkuje kolejno znaną historyjkę z biletem „p. p. c.”42 przesłanym Taine’owi po jego studium o Napoleonie (ostatnia część Początków współczesnej Francji); opowiada jak Musset (kiedy to było!), zaproszony do niej na obiad, spóźnił się o godzinę, przyszedł pijany w sztok i do końca obiadu ust nie otworzył; wplata swoje znane w różnych wersjach powiedzonko: „Kiedy się miało wojskowego w rodzinie...”43, i opowiada swój świeży zatarg z rządem francuskim o miejsce w krypcie Napoleona w dniu wizyty cara rosyjskiego. Kiedy mianowicie ofiarowano jej bilet wstępu, odparła szorstko: „Nie potrzeba mi zaproszenia, mam klucze”.

Tego wszystkiego słucha młody Marcel tak, „jakby otworzył korespondencję księżniczki Palatynatu, bratowej Ludwika XIV44”.

Bo nie wiem, czy potrzebuję tu dodać, że ta rozmawiająca z fikcyjną panią Swann księżniczka Matylda była osobą istniejącą, pokazaną tu w autentycznej postaci. Otóż to wplecenie figur prawdziwych — często nawet mniej historycznych niż ta Bonapartówna — w fikcję kroniki Czasu straconego jest dla Prousta nader znamienne i tym bardziej stwarza chwilami wrażenie pamiętników, dokumentu epoki. Epizod ten rzuca zarazem światło na ową, nieraz omawianą przez krytyków i przez samego Prousta komentowaną, rolę pamięci „nieświadomej” w jego twórczości. Scena w Ogrodzie Zoologicznym — zapewne fikcyjna — sugeruje wspomnienie z dzieciństwa; w istocie jednak Proust znał i widywał księżniczkę Matyldę jako młodzieniec dorosły, bywał częstym gościem w jej domu i jeszcze za jej życia (księżniczka umarła aż w r. 1904) zamieścił w r. 1903 (pod pseudonimem Dominique) felieton w „Figarze”, opisujący ten historyczny — jak go nazywa — salon. W felietonie tym znajdziemy wszystkie wspomniane rysy, a także inne, które Proust przeniesie po trochu na inne zgoła osoby, np. na księżnę Parmy, panią Verdurin lub panią de Villeparisis. Nie ma w tym nic dziwnego, każdy prawie artysta wyzyskuje w ten sposób zasoby swojej pamięci czy obserwacji. Ale zaznaczam to na poparcie mojej, zrobionej przy innej sposobności, uwagi, że nie podobna jest, jak chcą niektórzy, wywodzić całego Prousta — a nawet wspomnień jego dzieciństwa — jedynie ze sławnej zmaczanej w herbacie magdalenki. Ani ta, ani inna formuła nie wyczerpie mechanizmu powstawania tego zdumiewającego dzieła, mechanizmu niezmiernie złożonego, w który wchodzi niewątpliwie i element owej „pamięci nieświadomej”, głoszonej przez Prousta, i również cierpliwie składana mozaika spostrzeżeń i notacyj skrzętnego i bardzo świadomego obserwatora, którego może pewna właściwa artystom kokieteria kazała się czasem Proustowi wypierać.

To mówię nawiasem, mając zamiar powrócić jeszcze do zagadnień twórczości Prousta. Tutaj pragnę dla jego czytelników dopełnić paroma rysami portret szkicowo nakreślony młodemu Marcelowi przez Swanna.

I nie dziwmy się, że księżniczka Matylda podziałała na wyobraźnię Prousta. Rodzona bratanica Napoleona I, spokrewniona po matce, Katarzynie Wirtemberskiej, ze wszystkimi panującymi domami Europy, urodzona na wygnaniu, pamiętająca Francję monarchiczną i republikańską, i cesarską, w której sama zajęła miejsce tuż obok tronu; strącona potem przez wypadki r. 1870 i szukająca nowego królestwa w sferze sztuki i myśli — iluż epok, iluż stylów była dla niego wyrazem! Księżniczka Matylda była córką Hieronima Bonaparte, zajmującego przez chwilę z łaski wielkiego brata improwizowany tron Westfalii. Straciwszy to królestwo po bitwie pod Lipskiem, Hieronim bije się pod Waterloo i na próżno prosi zwycięzców, aby oboje z żoną mogli towarzyszyć skazańcowi na Wyspę Św. Heleny. Bo królowa Katarzyna, w przeciwieństwie do własnej żony Napoleona zakochana w mężu, pozostała wierna kultowi cesarza. Ten kult odziedziczyła córka, Matylda Letycja Wilhelmina, urodzona w r. 1820 w Trieście, i posuwała go do fanatyzmu — nawet w drobiazgach. Jeszcze w r. 1892 na premierze Madame Sans-Gêne45 Sardou, podczas trywialnej kłótni sióstr Napoleona na scenie, księżniczka Matylda opuściła teatr wołając wzburzona, że „nie może słuchać takich rzeczy o swojej rodzinie”. „Cóż chcecie — tłumaczyła się w takich okazjach, mówiąc o Napoleonie — jemu zawdzięczam wszystko, bez niego sprzedawałabym pomarańcze w Ajaccio”. Logika kobieca, bo „bez niego” cóż by miała wspólnego z Ajaccio?

Te jej rysy, te powiedzenia, wybuchy jej impulsywnej natury czyniły z księżniczki Matyldy oryginalną i sympatyczną postać, która pół wieku z górą zajmowała wiele miejsca w życiu Paryża. Nie od razu znalazła się w tym Paryżu, któremu później miała być tak wierna. Jako szesnastoletnia panna, żywa, dowcipna, była jakiś czas towarzyszką wygnania eks-królowej Hortensji. Z synem królowej — przyszłym Napoleonem III — nawiązuje w czasie tego pobytu w Arenenbergu coś na kształt projektu na miłość, projektu, który nigdy nie miał czasu dojrzeć. Potem na dworze wuja, króla wirtemberskiego, ta rosła dziewczyna o napoleońskim profilu, wspaniałych oczach i ramionach, o czarującym uśmiechu staje się przedmiotem hołdów. Zdawało się przez chwilę, że żadna partia w Europie nie byłaby dla niej zbyt wysoka. I z tego wszystkiego w czasie pobytu we Włoszech dwudziestoletnia „hrabianka de Montfort” — to był wówczas jej urzędowy tytuł — zaręcza się z Rosjaninem, hrabią Demidow, olbrzymio bogatym parweniuszem, którego dziadek zrobił majątek na fabryce broni. Hrabia Demidow mieszkał we Francji, kochając sztukę, popierając artystów i starannie kryjąc przed światem brutala i chama, który miał się w nim objawić. Już w czasie poślubnej podróży do Rosji wybuchają małżeńskie sceny, takie, że aż car musi interweniować w obronie kuzynki; później we Florencji zazdrosny hrabia spoliczkował na balu żonę. Ten policzek miał się wysublimować w olbrzymią rentę; car, do którego Matylda udała się na skargę, zarządził separację i wyznaczył szczęśliwej rozwódce pół miliona franków rocznie z kieszeni Demidowa. Odzyskawszy wolność, młoda kobieta spieszy z niej korzystać, ale niebawem popada w nową niewolę, biorąc za towarzysza życia pięknego hrabiego Nieuwerkerke; i ten coraz bardziej oficjalny romans miał przetrwać ćwierć wieku.

I hrabia Nieuwerkerke był miłośnikiem sztuki, sam był nawet utalentowanym rzeźbiarzem. Piękny, duży, z bujną brodą, musiał być — zwłaszcza w początkach — uroczym towarzyszem. On rzeźbił, ona malowała, dawał jej rady, dobierał profesorów. Cygańska para (bo cyganeria istnieje na wszystkich szczeblach, nawet w pobliżu tronu) przeniosła się do Paryża; ona najęła piękne mieszkanie, on sprowadzał jej artystów; niezbyt regularna pozycja nie przeszkadzała pani Demidow być jedną z modnych kobiet najświetniejszego Paryża. Wybucha rewolucja — rok 1848 — akcje Bonapartych fantastycznie idą w górę; „flirt” młodości Matyldy zostaje prezydentem Republiki, aby niebawem po trupach dojść do korony cesarskiej i włożyć ją na głowę pięknej Hiszpance. Zanim jeszcze to nastąpi, Matylda pomaga kuzynowi robić honory w Pałacu Elizejskim. Wprawdzie małżeństwo Napoleona usuwa ją poniekąd w cień, ale kuzynka cesarza ma oficjalną pozycję, krociową dotację, tytuł cesarskiej wysokości, pałac, z którego robi istne muzeum. Nieodłączny Nieuwerkerke też dostępuje oficjalnych honorów: zostaje intendentem — dyktatorem — sztuki.

Salon księżniczki Matyldy ma akcent pewnej opozycji do dworu, do cesarzowej zwłaszcza, z którą — naturalnym biegiem rzeczy — Matylda nie sympatyzowała. Charaktery były zbyt różne. Cesarzowa była światowa, dość płytka, bardzo katolicka i trochę bigotka, Matylda, córka ojca wolterianina, sama wolnomyślna, swobodna w czynach i w języku — „Małgorzata Nawarska w skórze Napoleona”, jak o niej mówił Goncourt — wyrabia sobie własny styl, nieco rubaszny, ale tryskający życiem. Nie górując może sama inteligencją, Matylda instynktownie garnęła się do świateł ducha; było coś z renesansowej księżniczki w tej pięknej kobiecie oddychającej atmosferą sztuki; szkoda, że te jej nadworne Rafaele i Michały Anioły nie były lepsze. I w salonie jej panuje swoboda słowa i myśli, paradoksu, żartu. Na jednym tylko punkcie jest nieubłagana: na punkcie Napoleona. Kiedy pisarz About pozwolił sobie przy obiedzie na niewłaściwy żarcik w tym przedmiocie, księżniczka kazała lokajowi sprzątnąć jego talerz mówiąc: „Pan About nie je dziś obiadu”. To był jej styl.

Kto bywał w tym salonie? Znów ci sami, których spotykaliśmy tyle razy. Kiedy ci ludzie, tak zapracowani, mieli czas jeść tyle obiadów? Dowodzi to świetnej organizacji czasu we Francji — jest tam miejsce na wszystko. Fakt jest, że tych samych kilkunastu spotyka się na obiadach „chez Magny” (patrz Obiad literacki), u „Damy Fiołkowej”, nawet u eks-kurtyzany Païvy, jak się okazało później, pruskiej konfidentki, donoszącej, gdzie trzeba, o każdym słowie, które padło w jej salonie. Zatem stali goście księżniczki to znów Gautier, Dumas, Houssaye, Mérimée, dwaj Goncourtowie, Gavarni, Renan, Sainte-Beuve, Flaubert, Augier i inni. Bywają i uczeni: Arago, Berthelot, Pasteur, Claude Bernard, Littré; dziennikarze Scholl i Girardin. Tylko muzyki księżniczka nie uznaje podobnie jak cesarz, który łaskawie powinszował Meyerbeerowi Żydówki46.

Hasłem księżniczki (jak proustowskiej pani Verdurin) jest: „Wszystko dla przyjaciół”. Ratuje od cenzury Damę Kameliową; proteguje Bezczelnych Augiera47; łamie w swojej loży wachlarz z irytacji, gdy sala wygwizduje Henriette Maréchal Goncourtów. Mniej może obchodzą ją utwory niż autorowie, zwłaszcza o ile należą do jej „wiernych” (znów pani Verdurin!). Księżniczka robi po trosze wybory w Akademii. Ma oczywiście wpływ na zamówienia i zakupy dzieł sztuki, przy czym popiera w sztuce poprawność, a nie znosi nowatorstwa. Sama co rok wystawia w salonie swoje kopie arcydzieł z Luwru. Gautier wierszem opiewa wytwory jej pędzla (opiewał nawet jej pieska); Houssaye pisze o niej, że „zeszłego roku odniosła tryumf nad Rembrandtem, tego roku zwyciężyła Velasqueza”. Bo księżniczka Matylda była za Cesarstwa zbyt potężną wpływami osobistością, aby jej otoczenie, złożone z najniezawiślejszych umysłów, mogło nie zmienić się w orkiestrę pochlebców. („Myśli, że ma salon, a ma tylko jarmark, gdzie każdy pochlebca żyje kosztem tego, kto go słucha” — tak jadowicie określa salon księżniczki zgorzkniały pamiętnikarz Viel-Castel, dla którego co prawda najświetniejsze nazwiska ówczesnej intelektualnej Francji to są „błazny obcałowujące po rękach”, pasożyty, ateiści i wolnomyśliciele). Gautier sam tytułował się błaznem jej cesarskiej wysokości. Aby dopomóc artyście będącemu w ciężkich warunkach, mianowała go swoim bibliotekarzem z przyzwoitą pensją. „Ale czy księżniczka ma choć bibliotekę?” — zapytał wdzięczny, lecz trochę zakłopotany poeta. „Rób pan tak, jakby nie miała” — brzmiała odpowiedź. I w istocie, księżniczka Matylda wolała czerpać wiedzę życia, z konwersacji z żywymi niż z ich książek.

Księżniczka była niezmiernie — i dość naiwnie — czuła na swoje sukcesy artystyczne, które dawkowano jej na tyle oględnie, aby je mogła przypisywać własnej zasłudze. Dostawszy w r. 1861 mention honorable48 rzekła: „Czuję się pierwszy raz czymś, niezależnie od swego urodzenia”. W cztery lata później uznano, że można jej dać bez kompromitacji medal; upojona, chciała go nosić na piersiach niby medal wojskowy. Tylko Nieuwerkerke powtarzał jej uparcie, że nie ma żadnego talentu i że powinna zachować swoje produkty dla siebie. Bo Nieuwerkerke, wierny swemu systemowi, stale mówił jej impertynencje, kompromitował ją, panoszył się w jej domu jak sułtan we wzorzystych szlafrokach, zdradzał ją niemal publicznie na funty — i kochała go.

Goncourtowie twierdzą, że księżniczka oddała Cesarstwu ogromne usługi, wiążąc dyskretnymi więzami całą elitę intelektualną, rozładowując niebezpieczne niechęci w niewinną frondę salonowo-intelektualną. Czy miała ten „przydział” z urzędu, czy raczej robiła to instynktownie i ze skłonności?

Faktem jest, że była w pewnych sprawach bardzo surowa. Burzliwe było jej rozstanie z Sainte-Beuve’em, który, zrobiony przez cesarza senatorem z 30 000 fr pensji, przeniósł się pewnego dnia, w najtrudniejszym dla Cesarstwa momencie, do opozycyjnego pisma. Księżniczka wpadła do mieszkania ciężko chorego już starca jak burza. „Pan Sainte-Beuve nie miał prawa tego zrobić! — krzyczała głośno. — Pan Sainte-Beuve jest wasalem Cesarstwa”.

Tak płynęło to życie w pałacu księżniczki w Paryżu, a w lecie w siedzibie jej Saint-Gratien, gdzie poeci, uczeni, artyści dnie całe i tygodnie spędzali u niej, malując, tworząc, wymieniając myśli, płodząc paradoksy i dowcipy W ogrodzie i przy stole, który był zresztą lichy, jak to stwierdził później Leon Daudet, spec nad specami w tej mierze. Daudet wścieka się zwłaszcza na dworski obyczaj sprzątania gościom sprzed nosa talerzy, z chwilą gdy księżniczka przestała jeść jakąś potrawę. Ten zwyczaj przetrwał, ale wszystko inne runęło jak domek z kart z upadkiem Cesarstwa. Cios dla księżniczki podwójny, bo w tej tragicznej chwili piękny Nieuwerkerke zwiał bez słowa i bez pożegnania i oparł się aż we Włoszech. Może od dawna ciążyły mu cesarskie amory? Nigdy go już nie miała ujrzeć, mimo iż żył w tych Włoszech i estetyzował aż do r. 1892.

W chwili upadku Cesarstwa księżniczka — wciąż majestatycznie piękna — miała lat pięćdziesiąt. Wróciwszy po tym trzęsieniu ziemi do Paryża, odbudowała swoje życie — z tych samych kawałków. Miejsce pałacu zajęła skromniejsza, ale bardzo jeszcze pańska rezydencja przy ulicy de Berry; letnie Saint-Gratien zaczęło funkcjonować jak dawniej. Raz po raz ubywających „wiernych” zastępują nowi, czasem ich synowie. Nawet miejsce Nieuwerkerke’a nie zostało puste, mimo iż ten, który je zajął, nie miał tych samych wspaniałych warunków osobistych i reprezentacyjnych. Był to skromny malarz miniaturzysta Popelin. Ten związek serc znów miał przetrwać dwadzieścia lat i był tak publiczny, że pewnego roku „Almanach Gotajski” oznajmił zaślubiny wdowy po hr. Demidow z panem Popelin, co zresztą nie było prawdą. Księżniczka zanadto się czuła Napoleonką, aby mieć potrzebę uspokajania opinii morganatycznym małżeństwem. (Później, kiedy Proust zadomowił się w salonie starej księżniczki, bliscy nazywali go żartem „Popelin-cadet” — od „Coquelin-cadet”49, aktora zwanego tak dla odróżnienia od brata).

Księżniczka Matylda starzała się jak dobre wino. Coraz bardziej słuchano niby fantastycznej bajki opowiadań tej kobiety, która dożyła XX wieku, a w której wspomnieniach snuły się figury z Pierwszego Cesarstwa. Kiedy ktoś np. podziwiał jej proste trzymanie się, odpowiadała: „Ojciec nauczył mnie trzymać się prosto, bo mi w dzieciństwie wiązał jako szelki dwie wielkie wstęgi Legii Honorowej”. Skarżyła się na swoje zaniedbane wychowanie, ale „wszystkie guwernantki romansowały z ojcem i odprawiano je, kiedy były w ciąży” — mówiła. Butady jej, powiedzenia powtarzano, z czasem zapominając nawet źródła, jak np. znane powiedzenie o starym Dumasie, „tak próżnym, że chętnie stałby w tyle własnego powozu, aby myślano, że ma Murzyna”. Kiedy w jakiejś rozmowie Dumas syn zachwalał księżniczce cnotę, rzekła potem: „Głupi ten psycholog! Myśli, że Napoleonka może się obyć bez męża z prawa, czy z lewa”. Kiedy ktoś wspomniał jej o duszy, burknęła: „W moim wieku nie ma się duszy!” Kiedy ktoś się jej pytał, czy księżniczki podlegają tym samym słabostkom co inne kobiety, odpowiadała: „Niech się pan spyta jakiej księżniczki z pomazania bożego. Ja nie jestem urodzona”.

„Nie urodzona” — to był jej snobizm, jej szyk. I kiedy ktoś naiwny przeglądając w jej salonie „Almanach Gotajski” wykrzyknął: „Patrzcie! Nasza księżniczka jest krewną wszystkich monarchów Europy: Rosja, Anglia, Grecja, Włochy!...” — „Właśnie, właśnie — mruknęła księżniczka — co to jest w porównaniu z tym, że się jest bratanicą Napoleona”.

Jeżeli księżniczka Matylda sądziła, że nią jest przede wszystkim, świadczyłoby to, że niezupełnie się orientowała w sytuacji — przynajmniej w swojej przyszłej sytuacji.. Bratanic Napoleona było sporo — sam Lucjan Bonaparte50 dostarczył ich sześć — i świat o nich niewiele wie i niewiele się o nie troszczy. Jeżeli księżniczka Matylda była tym, czym była, jeżeli osoba jej i salon zapełniają całe tomy wspomnień i monografii, to głównie dzięki tym, których wybrała sobie za kompanów. Wyraża się to dość ściśle bodaj w kolejności objaśnień Swanna, w których „przyjaciółka Flauberta i Sainte-Beuve’a” zajmuje miejsce przed „bratanicą Napoleona”.

Proust — jak rzekliśmy — był długi czas stałym gościem księżniczki Matyldy; mógłby nam zapewne powiedzieć o niej znacznie więcej, niż to uczynił, ale Proust, gdy wprowadza na scenę prawdziwe osoby, jest — rzecz dość zrozumiała — bardzo dyskretny. I jeśli go porównywano z Saint-Simonem, jest między nimi zasadnicza różnica. Saint-Simon, nie przeznaczając swoich pamiętników za życia do druku, omawia i „urządza” bez skrupułów żywe osoby, Proust, aby dać obraz swojej epoki, stworzył typy syntetyczne, fikcyjne i do nich aplikuje bezlitośnie ostrość swego spojrzenia; o prawdziwych natomiast mówi z kurtuazją salonowca i gościa, nie pozwalającego sobie na obmowę w stosunku do tych, z których gościnności korzystał. Toteż jego artykuły w „Figarze”, poświęcone żywym i umarłym, trącą kroniką światową i nekrologami o „ostatniej matronie”; listy jego rażą czasem nadmiarem ceremonii i pochlebstwa, gdy przeciwnie, dzieło jego przeraża nas bezwzględnością sądów i obrazów, w których wielki pisarz bierze odwet za wszystko, co w pożyciu ze „światem” musiał zmilczeć.

Pojedynek Prousta, czyli niedole bogactwa

Przeznaczeniem Prousta było odnowić wszystkie klisze. Myśl jego raz po raz chwyta za nogi jakąś nudną prawdę i stawia ją na głowie; kariera jego czyni to również. Znamy legendę (skądinąd aż nazbyt prawdziwą) ubogiego artysty na poddaszu, pasującego się z trudnościami życia; koleje Prousta ukazują nam niebezpieczeństwa początków usłanych różami.

Wiąże to biografię Prousta z jego twórczością, technikę wydawniczą z kształtowaniem się dzieła. Bo też u Prousta — na wspak tezom „formalistów”51 — wszystko kojarzy się z sobą, jak dzieło jego zawiera obficie elementy autobiograficzne, tak też bez komentarza czerpanego w osobowości Prousta trudno by było w wielu szczegółach właściwie to dzieło rozumieć.

Początki drogi literackiej Prousta były łatwe i szczęśliwe. Wraz z kilkoma kolegami — między nimi Flers, Barbusse, Gregh, Halévy, Blum — zakłada pismo literackie „Le Banquet”, w którym umieszcza szereg esejów zdradzających oryginalność myśli i niepospolite wykształcenie. Góruje nad młodymi towarzyszami, którzy uważają go za swego mistrza. Potem drogi ich rozchodzą się. Proust, wiedziony instynktem artysty, rzuca się w życie towarzyskie, które miało się stać najwydajniejszym materiałem dla jego twórczości. Dawni koledzy wzrokiem nieco ironicznym i nie wolnym od krytyki śledzą jego światowe sukcesy, w których gorączce dopatrują się nagannego snobizmu. I widocznie ten tryb życia stanowił — doraźnie przynajmniej — groźną rywalizację dla pracy literackiej, ponieważ w pierwszą książkę, którą dwudziestopięcioletni Proust wydaje w r. 1896 pod tytułem Les Plaisirs et les Jours, wchodzą prawie wyłącznie bardzo wczesne jego utwory, drukowane już w „Le Banquet” i w „La Revue Blanche”52 w latach 1892–1893. Dziś książka ta, czytana ze znajomością późniejszego Prousta, w perspektywie jego dzieła jest bardzo interesująca (sam Proust określa ją parokrotnie w swoich listach, że jest „o wiele lepiej napisana niż Swann”); odnajdzie się w niej niemal wszystkie motywy, które później pisarz tak bogato rozwinie i zinstrumentuje; wchodząc w świat myśli Prousta można by powiedzieć, że Rozkosze i dnie mają się do jego wielotomowej powieści tak jak sonata Vinteuila do późniejszego septetu. Jako debiut autorski książka okazała się mniej szczęśliwa; na stosunku opinii literackiej do niej zaciążył zwłaszcza — sposób jej wydania. Bo też co za fawory spłynęły na tę książkę młodego ulubieńca salonów, subtelnego, dowcipnego, czarującego Prousta! Ile wróżek tłoczyło się przy jej kołysce! Stosunki z salonem pani de Caillavet zyskały Proustowi pochlebną przedmowę samego Anatola France; ilustracyj i ornamentów dostarczyła książce znana malarka i również gospodyni modnego salonu, Madeleine Lemaire; utalentowany muzyk, przyjaciel Prousta Reynaldo Hahn przydał melodie wierszowanym Portretom malarzy. Wreszcie książka była opatrzona kilkostronicową dedykacją Prousta, poświęconą pamięci przyjaciela — młodego, zmarłego i Anglika53. To już było doprawdy za wiele szyku! Książka w dużym formacie, na welinie była bardzo droga, kosztowała 13 fr 50, podczas gdy normalna cena książki wynosiła wówczas 3 fr. Dla zbyt wysokiej ceny Proust nie rozesłał egzemplarzy przyjaciołom literatom, ale rozpisał obszerne i skomplikowane, jak zawsze u niego, listy, w których usprawiedliwiał się z niemożności ofiarowania tak zbytkownej książki; a usprawiedliwiał się tak serdecznie i boleściwie, że w rezultacie — jak notuje żartobliwie później jeden z przyjaciół w swoich wspomnieniach o Prouście — koledzy „czuli się niemal w obowiązku przepraszać go za przykrość, jaką mu sprawili nie dziękując za książkę, której nie dostali”. Otrzymał za to książkę Prousta — i z jakimi dedykacjami! — legion pięknych pań.

Wzięli też po trosze Prousta na języki jego dawni koledzy. W satyrycznych „chińskich cieniach”, urządzonych w pracowni młodego Bizeta, figurował Proust w rozmowie z głośnym podówczas i również wykpiwanym młodym Ernestem La Jeunesse54. W dialogu tym Proust pyta swego rozmówcy, czy czytał jego książkę.

— Niestety, jest za droga.

— Jak to, za droga? Przedmowa France’a 4 fr, rysunki pani Lemaire 4 fr, muzyka Hahna 4 fr... moja proza 1 fr, wiersze 50 centimów... Razem 13 fr 50, to przecież nie jest wygórowane?

Słowem, sposób wydania książki sprawił, że te same pierwociny pióra, które, drukowane na łamach pism, zyskały Proustowi podziw kolegów, teraz, zebrane w tomie, raczej okryły go śmiesznością.

Proust był niezmiernie czuły na ironię, żart ten zasmucił go i tym bardziej oddalił od przyjaciół. Przywykł do „świata” i jego delikatności, która nakazuje obmawiać raczej za plecami.

Ale książka Prousta pociągnęła i inne następstwa.

Każdego z czytelników Poszukiwania straconego czasu musiała uderzyć kilkakrotna wzmianka o pojedynku (a nawet o paru pojedynkach) bohatera, bliżej zresztą nie umotywowana i nie wiążąca się z treścią. Bo też w miarę narastania książki Proust coraz bardziej podstawia samego siebie pod swego bohatera, tak że niektóre partie Straconego czasu stają się ściśle osobiste. Daje mu swoje imię, swoje artykuły, swoje książki (np. wzmianka o przedmowie Bergotte’a do pierwszej książki bohatera). Otóż ten pojedynek, do którego Proust robi aluzję, odbył się w istocie między samym Proustem a głośnym powieściopisarzem i kronikarzem „Journal”, Jean Lorrainem. Lorrain był wówczas potęgą, kroniczki jego były czytane przez wszystkich, dawały ton paryskiemu życiu. Otóż Lorrain, burżuj i cygan zarazem, nie cierpiał arystokratycznych salonów, drażniła go ich elegancja; drażniła go zwłaszcza inwazja ich pupilów w literaturę; nienawiścią swoją ścigał zwłaszcza poetę i arbitra elegantiarum, Roberta de Montesquiou, w którym — sam będąc notorycznym „Charlusem” — widział może niebezpiecznego i obdarzonego zbyt wielu przewagami konkurenta. W hrabiego Roberta godziła też szczególnie — nie po raz pierwszy zresztą — kroniczka, w której dostało się i Proustowi. Przytaczam z niej kilka ustępów, aby dać pojęcie o gatunku ówczesnego „bulwarowego” dowcipu.

„Pan Heredia i p. France — pisze Lorrain — zawinili w istocie bardzo. Ze swoją uprzejmością galantuomo pisząc grzecznościowe przedmowy, światowym paniczykom chorującym na literaturę i spragnionym salonowych sukcesów otwarli drogę; gorzej jeszcze, wskazali ją gromadzie ludzi pełnych najlepszych intencji, którzy bez swoich poprzedników byliby możliwi, a nawet przyjemni. Ale Hortensias bleus p. de Montesquiou i Plaisirs et Jours p. Prousta zawróciły w głowie wszystkim małym »kiukiu«, wszystkim małym »prupru«55 bywającym u pani Lemaire.

Wszyscy oni ubrdali dziś sobie pisać, poruszać prasę i opinię dokoła swojej mizernej sławy i za pomocą obiadków, stosunków, fartuszkowych intryg, wspaniałych menu i garden party wyłudzić temu przedmowę, owemu felieton, a wszystkim reklamę, aby ściągnąć — nie, zgwałcić! — uwagę publiczności. Wszelki snob chce być autorem i udaje się im to dzięki jeszcze żałośniejszemu snobizmowi, snobizmowi literatów głaskanych i łechtanych w swojej miłości własnej najzręczniejszymi zabiegami.

Za życia Leconte de Lisle’a56 osnuto całą intrygę dokoła wielkiego poety. Pan de Montesquiou zebrał jej plony. Kochany hrabia zrobił szmat drogi od owego czasu; p. de Heredia, który mógł się owego dnia podpisać Herediou, poświęcił swoje cenione pióro autorowi Hortensious. Jeżeli Paul Hervieu nie nazywa się dziś Paul Herviou, to dlatego, że jest bardziej niezależny. Wreszcie jako ukoronowanie wszystkiego salon pani Arman de Caillavou57 pokonał ostatnie wahania autora Thaїs i p. Anatolowi France zawdzięczamy tę odrośl pana de Montesquiou-Fezensac, dotąd jedynego w swoim rodzaju, młodego i uroczego Marcela Prousta. Prou i Quiou”.

W kilka tygodni potem Lorrain przypuszcza nowy atak do znienawidzonych światowców:

„Nie można walczyć — pisze — z ludźmi światowymi, amatorami. Wpadła mi w ręce książka popełniona przez jednego z nich, książka, dokoła której robiono wiele hałasu zeszłej wiosny. Poprzedzony przedmową Anatola France, który nie może odmówić poparcia swojej pięknej prozy i swego podpisu pewnej »drogiej pani« (tyle u niej spożył obiadów), wytworny ten tom nie byłby typowym przykładem swojego gatunku, gdyby nie był zilustrowany przez panią Lemaire.

Rozkosze i dnie p. Marcela Prousta — słodkie melancholie, elegijne wałkoństwo, wytworne i subtelne nic, czcze roztkliwienia, jałowe flirty w stylu dwornie pretensjonalnym, ozdobione na marginesie lub na początku rozdziałów kwiatami pani Lemaire w charakterze symbolów...” (Tu następuje humorystyczna, niepodobna do przetłumaczenia specyfikacja tych winietek w związku z tekstem, nastrzępiona komicznymi grami słów i dwuznacznymi aluzjami).

„Mimo to p. Proust uzyskał przedmowę Anatola France, który nie byłby się zdobył na przedmowę dla Marcela Schwoba ani dla Pierre Louysa, ani dla Barrèsa, ale tak toczy się światek i możecie być pewni, że do najbliższego tomu p. Proust uzyska przedmowę od Alfonsa Daudet58, od nieprzejednanego Alfonsa Daudet, który nie będzie mógł odmówić tej przedmowy ani pani Lemaire, ani swemu synowi Lucjanowi”.

Na tej szczególnie jadowitej aluzji do przyjaźni Prousta z młodym Lucjanem Daudet kończyła się kroniczka, w której przedtem jeszcze, po ustępie przedrzeźniającym światowe wyrafinowania książki Prousta, Lorrain wykrzykuje: „W skórę dać paniczowi!”

W następstwie tej obrazy odbył się pojedynek na pistolety — dwukrotna wymiana kul bez rezultatu. Świadkowie stwierdzają, iż Proust mimo wątłości fizycznej stawał bardzo dzielnie, a biograf dodaje, że „na kilka dni stał się bohaterem”. Było to w r. 1897.

Dla Prousta, wciąż chorego, skazanego na mało męski tryb życia, pojedynek ten został ukochanym wspomnieniem heroizmu, którego był pozbawiony, a głodny. W upojeniu, po wymianie kul, chciał uścisnąć przeciwnikowi rękę; świadkowie wstrzymali go od tego. Często powraca do tego epizodu w listach: „Jestem chory, ale zdolny pojedynkować się choćby co dzień”; „Pojedynek to zabawka, która mi dodaje skrzydeł”; „Świadkowie mego pojedynku mogą powiedzieć, czy jestem zniewieściały”. I jedyną jego troską przed tym spotkaniem było, aby pojedynek nie odbył się rano, kiedy Proust zwykł był długo z nakazu lekarzy odpoczywać w łóżku; kiedy się dowiedział, że spotkanie ma być po południu, reszta — jak pisze — była mu obojętna.

Tak, ten pojedynek to była drobnostka. Ów literacki debiut, zbyt łatwy, zbyt elegancki, miał inaczej i o wiele poważniej zaciążyć na karierze Prousta — w ostatecznym rezultacie szczęśliwie dla literatury. Opóźniając ukazanie się jego wielkiego dzieła, trudności związane z jego wydaniem obdarzyły nas szesnastoma tomami Poszukiwania straconego czasu zamiast pierwotnych sześciu.

Bo debiut ten stworzył Proustowi — co już wyraża się w sarkazmach Lorraina — opinię „amatora”, światowca, zabójczą na paryskim rynku artystycznym. I nie tylkol jego późniejsze światowe kroniki w „Figarze”, ale i gruntowne studia nad Ruskinem, i przekłady z tego pisarza — owoc kilkoletniej pracy — pogłębiły tę opinię. Na kilkanaście lat otoczyło Prousta to nieporozumienie, które — wiemy to z jego pośrednich wypowiedzi — było mu bardzo dotkliwe. Opinii tej zamierzał się przeciwstawić długo przygotowywanym w cichości i tajemnicy dziełem. Trzymał to dzieło na warsztacie, aż je skończy, chciał z nim wystąpić od razu, a przynajmniej w możliwie najkrótszych odstępach. Było to Poszukiwanie straconego czasu. I skończywszy, zaczął szukać na nie wydawcy — najnormalniejszego wydawcy. Jak ognia bał się nowego pozoru „amatorstwa”; aby zyskać wydawcę, gotów był poddać się wszystkim wymaganiom, nawet uprzedzeniom, dokładając np. wszelkich starań, aby zmniejszyć pojemność tekstu odstraszającego swoim rozmiarem. (Stąd — o czym już wspominałem przy innej sposobności — owa oszczędność akapitów, niewyodrębnianie dialogów, no i rezygnacja na najszpetniejsze bodaj wydanie książki... byle ją ktoś chciał wydać). Mimo to nie udało mu się pokonać uprzedzenia księgarzy; uprzedzenia raczej do osoby niż do dzieła, którego rękopis przeważnie zwracano autorowi nie czytany.

Jak silne i powszechne było to uprzedzenie, dowodzą początkowe próby nawiązania stosunków z firmą Nouvelle Revue Française, która dziś chlubi się Proustem i posiada prawa wydawnicze do całej jego puścizny. I ta firma zrazu odrzuciła bezlitośnie rękopis Prousta (zdaje się, też bez czytania), aby rychło po ukazaniu się pierwszej części (W stronę Swanna) zrozumieć swój błąd. I warto tu dla rzadkości faktu przytoczyć lojalny i rycerski list (z r. 1914), w którym André Gide tak się kaja wobec Prousta:

„Drogi Panie! Od kilku dni nie rozstaję się z książką Pana, sycę się nią z rozkoszą, pławię się w niej. Ach, czemuż rozkosz ta musi mi być tak bolesna?... Odrzucenie tej książki pozostanie najcięższym błędem NRF; ponieważ zaś, ku swemu wstydowi, jestem za nie mocno odpowiedzialny, pozostanie jednym z najbardziej palących wyrzutów mego życia... Trzeba w tym widzieć jakieś nieubłagane fatum, bo bardzo niedostatecznym wytłumaczeniem mojej omyłki jest powiedzieć, że wyrobiłem sobie o Panu pojęcie na zasadzie paru spotkań w »świecie« — gdzieś sprzed lat dwudziestu. Został Pan dla mnie zawsze »panem, który bywa u pani X i u pani Z, panem, który pisuje w »Figarze«. Uważałem Pana — mamże wyznać?! — za kogoś »du côté de chez Verdurin*, za snoba, światowca, amatora, coś najbardziej antypatycznego dla naszego pisma. A gest, który tłumaczę sobie tak dobrze dzisiaj, chęć pomożenia nam w wydaniu tej książki, gest, który wydałby mi się uroczy, gdybym go sobie właściwie wytłumaczył, pogrążył mnie, niestety, jeszcze głębiej w tym błędzie...”

Oto widzimy niedole bogacza: nikt nie chce wydać jego książki, uparcie widząc w jednym z największych pisarzy Francji dyletanta i „amatora”; a gdy on — pragnąc ujrzeć swoje dzieło w druku — chce dopomóc materialnie do jego wydania, tym bardziej pogrąża swoją sprawę! I dochodzi do tego, że ten bogaty człowiek, który mógłby sam łatwo wydać swoją książkę — choćby najgrubszą (ale przyjaciele tłumaczą mu, że zgubiłby się wydając książkę własnym kosztem) — obraca te kwoty na bardzo kosztowne prezenty dla kogoś, kto go zechce polecić księgarzowi. I wreszcie, po iluż trudnościach i jakiejż zwłoce, znajduje księgarza, który godzi się dać mu swoją firmę: bo ostatecznie koszty wydania ponosi jednak sam Proust.

Mowa tu wciąż o pierwszej części (W stronę Swanna), która ukazała się w r. 1913. Dzieło Prousta gotowe było od dawna, bez tych przeszkód ukazałoby się przed wojną w całości, w swojej pierwotnej postaci. Odwłoka sprawiła, że wojna przerwała korekty z drugiej części, czego następstwem było — jak wiadomo — wzięcie całego dzieła jeszcze raz na warsztat w czasie przymusowej czteroletniej pauzy i napisanie go niemal na nowo.

Takie następstwa miał — oprócz pojedynku — światowy debiut literacki Prousta. Historia tak bardzo „proustowska”, że nie mogłem się oprzeć pokusie opowiedzenia jej w kilku słowach. I to jest jeden z uroków dzieła Prousta, że przeczytawszy je raz i drugi, można je sobie dotwarzać prawie nieograniczenie: odnajduje się jego atmosferę w szczegółach jego biografii, w jego listach, we wszystkich niemal, choćby nie związanych z nim bezpośrednio, świadectwach epoki, które mimo woli ogląda się „w Prouście”. I jakże fałszywa jest spotykana nieraz u nas opinia, że w dzisiejszej Francji literackiej osłabło zainteresowanie dla Prousta. Wręcz przeciwnie, nie ma pisarza, dla którego wszechstronnego poznania tyle by robiono. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatnich lat wydano dwa skorowidze ułatwiające orientację w dziele Prousta: skorowidz osób i skorowidz tematów (skorowidz taki posiada z pisarzów jeden Balzak, i to tylko skorowidz osób), obecnie zaś wydano także skorowidz do korespondencji Prousta. Taki słownik stanowi ogromne ułatwienie. Wystarczy np. zajrzeć pod słowo „duel”, a znajdzie się w parę minut wszystko, co Proust pisał o pojedynku, tak swoim, jak i o pojedynku w ogóle. Tak samo o sztuce, chorobie, zazdrości, pamięci, muzyce, Stendhalu, Dostojewskim, o własnym dziele i „kluczach” do niego, i wszystkim innym. A od czasu sporządzenia tego skorowidza przybył już nowy tom korespondencji. I przy tym wydobywaniu coraz to nowych bogactw genialnego pisarza jakże żałosne wydaje się niejedno, co u nas z okazji jego polskiego wydania zdarza się czytać!

Akademia z wiktem

Zróbmy nowy spacer „w stronę Prousta”. „Stronę” rozumiem tu w znaczeniu życiowym, jako środowisko, w którym się obracał, skąd czerpał materiał dla swojej zadziwiającej „komedii ludzkiej”. Komentarz taki wydaje mi się dość potrzebny. Życie biegnie dziś tak szybko, że obyczaje jednej epoki łatwo trącą dla następnego pokolenia egzotyzmem. Zwłaszcza obyczaje cudze, boć przecież ówczesną Francję dzieli od dzisiejszej Polski nie tylko przedział czasu! Ale i Francuzi mówią już o owym przedwojennym życiu na przełomie dwóch wieków jak o czymś bardzo odległym; znamienne jest, że opatrując przedmową dzieje jednego z głośnych ówczesnych salonów historyk Hanotaux powtarza znane wyrażenie, użyte niegdyś podobno przez Talleyranda (przypisywano je i innym), o schyłku monarchii w. XVIII, że kto nie znał tego czasu, ten nie wie, co to jest słodycz życia — „la douceur de vivre”. I aktualizując to westchnienie uczony historyk ma na myśli zwłaszcza ten salon pani Aubernon, któremu — po salonie pani de Loynes, po salonie księżniczki Matyldy59 — pragnę tu z kolei kilka słów poświęcić. Dla zrozumienia pewnych stron ówczesnego życia salon ten jest szczególnie cenny.

Tak, to był salon klasyczny, najczystszy, arcysalon, „wciąż płonące ognisko konwersacji” — jak go nazywa jeden z uczestników. Inne salony miały jakieś cele mniej lub więcej praktyczne, były środkiem dla jakiejś postronnej ambicji — ten był celem i ambicją sam w sobie. I dlatego lepiej niż którykolwiek inny wyraża ową potrzebę towarzyskości, rozmowy, redagowania myśli, usprawniania idei, różniczkowania odcieni, turniejów dowcipu, gry intelektualnej — tak znamienną dla francuskiej umysłowości. Nie najmniej cenna część literatury francuskiej wyrosła z tej potrzeby. Salon pani Aubernon to sztuka dla sztuki: świątynia konwersacji podniesionej do wyżyn obrzędu. I wraz ze swymi rygorami, którym ku naszemu zdumieniu nie byle jacy ludzie godzili się poddawać, salon ten przetrwał niemal pół wieku, stał się osobliwością Paryża, osobliwością trochę humorystyczną. Był skądinąd powtórzoną po stu latach odbitką słynnych salonów XVII w. — pani Geoffrin, pani du Deffand — a gdyby sięgnąć jeszcze dalej, „błękitnego pokoju” w Pałacu Rambouillet; był więc w rdzennych tradycjach Francji — cokolwiek zapóźnionych.

Pani Aubernon odziedziczyła swój salon poniekąd po matce, miała go „we krwi”. Ale matka jej, pani de Nerville, wybitna pianistka amatorka, przyjaciółka Guizota i Thiersa, dzieliła zainteresowania między muzykę, politykę i literaturę; córka poświęciła swój salon prawie wyłącznie literaturze.

A salonowi poświęciła wszystko. Jej osobiste życie nie istnieje. Wyszedłszy młodo za mąż rozeszła się niebawem z mężem, zachowując z nim dalekie, ale tym równiejsze stosunki. „Niedługo będziemy obchodzili złote wesele separacji bez chmurki” — mówiła pod koniec stulecia, przywodząc tym na myśl owe osiemnastowieczne małżeństwa w stylu pani d’Houdetot60, muzy Russa, wiernej kochanki Saint-Lamberta61, która naprawdę obchodziła z mężem takie złote wesele „separacji bez chmurki”. Odtąd treścią życia pani Aubernon stały się przyjęcia, a zwłaszcza obiady obmyślane i układane jak bukiet kwiatów.

Mimo iż główną uroczystością był periodyczny obiad, kuchnia była tu na drugim planie. W przeciwieństwie do innych, doskonalszych gospodyń domu pani Aubernon nie raczyła się nią interesować. Gardziła materialną stroną życia. Wydzierżawiła po prostu swoje obiady kucharzowi: płaciła mu 20 000 fr rocznie za obiad co dwa tygodnie na piętnaście osób. (Jesteśmy w sferze nieprzyzwoicie bogatego francuskiego mieszczaństwa: swoim niepozornym Verdurinom daje Proust 35 000 000 fr majątku — w złocie!). Oczywiście, kucharz oszczędzał na gościach, ile mógł, wskutek czego ani kuchnia, ani piwnica pani Aubernon nie cieszyły się — u znawców — reputacją. Tym większy tryumf biesiad, które obchodziły się bez tej ponęty.

Nie od razu zdołała pani Aubernon stworzyć swoje arcydzieło. Pewnej damie, która również marzyła o salonie, mówiła: „Nie da pani rady, to wymaga za wielu poświęceń, ja, jak mnie pani widzi, przez dwadzieścia lat ocierałam się o śmieszność”. (Może i dłużej, dłużej z pewnością, niż sama sądziła...) Innej znowuż adeptce powiedziała przyglądając się jej: „Ma pani za piękny biust na to, aby utrzymać ogólną rozmowę...”

Uczestnicy tego obiadu-instytucji zmienili się oczywiście w ciągu półwiecza nie jeden raz. Umierali — natychmiast zastępowani innymi. W najświetniejszej epoce widzimy tam takie nazwiska jak Renan, Dumas (syn), Heredia, Brunetière, Lemaitre, France, Gaston Paris, Hervieu, Régnier, Prévost, Vandal, Doumic, Caro, Pailleron, Becque, Porto-Riche62, młodziutki Proust... i wielu innych, dziś zapomnianych, ale wówczas grających pierwsze role w oficjalnym życiu intelektu.

Gospodyni domu, przewodnicząca tym biesiadom, musiała być niegdyś młoda, ale nie na lata jej młodości przypada rozkwit salonu, który zazwyczaj był — jak zauważyliśmy kiedyś — tryumfem starych kobiet. Miała pełną twarz, obfitą tuszę, zadarty nosek, szerokie czoło, siwe włosy. Umiała nosić z wdziękiem tę siwiznę, nie ukrywając sześćdziesiątki z okładem. Była dobra — przynajmniej dla swoich „wiernych”; umiała z werwą rozprawiać (niestety o wszystkim), kreślić żywe portreciki, rzucać słówka i definicje nie wolne od odcienia „précieux63; umiała organizować, pobudzać i podtrzymywać rozmowę.

Łatwo pojąć, że skupienie tylu tuzów intelektu i sławy przy jednym stole było samo przez się czymś dość atrakcyjnym. Iluż zabiegów, ile dyplomacji kobiecej wymagało zgrupowanie tych nazwisk! Ale oryginalnością zebrań u pani Aubernon było jeszcze coś innego. O ile w każdym umiejętnie prowadzonym salonie dążeniem gospodyni było to, by rozmowa nie wyradzała się w chaos, ale była ucztą duchową dostępną wszystkim obecnym, o tyle tutaj wzgląd ten uregulowano surowym obrządkiem. Tylko jednemu z biesiadników wolno było mówić przy stole, i to temu, któremu gospodyni użyczyła z kolei głosu. Kto chciał coś wtrącić do rzeczy, musiał podnieść rękę. Rozmowy postronne były najsurowiej wzbronione. „Jeżeli masz przy stole coś do powiedzenia, co może zająć towarzystwo, mów głośno, jeżeli nie — milcz”. Była to maksyma nie byle czyja, bo samego św. Ludwika, wyrzeczona przez króla podczas biesiady, celem skarcenia postronnej rozmowy dworzan. („Si vous parlez au mangier de choses qui doyent nous plaire, si dites haut; ou si ce n’est, si vous taisez”). Sam Gaston Paris skopiował ten ustęp z pamiętników Joinville’a64 i przyniósł go pani Aubernon, która z radością ujrzała w nim uświęcenie swojej ulubionej zasady. Kazała te słowa wypisać złotem na welinie i zawiesić w jadalni na honorowym miejscu! Co więcej, „wierni” ofiarowali jej srebrny dzwonek, służący za podstawkę figurze św. Ludwika, i tym dzwonkiem pani Aubernon sprawowała despotyczną władzę. Udzielała głosu niby na posiedzeniu Akademii, poskramiała tym dzwonkiem niesfornych, nie bacząc na wiek i rangę.

Na poparcie tych rygorów pani Aubernon wytaczała poważne argumenty. Uważała, że ten, kto mówi, zasługuje na uwagę i na względy takie, jak wirtuoz wykonujący utwór muzyczny; swoboda rozmowy, twierdziła, prowadzi do chaosu, do anarchii. Ale utrzymanie tego porządku nie obywało się bez trudności, nawet bez awantur, czasem łez. To jakąś młodą damę, szepczącą na stronie, gospodyni domu zwymyślała tak, że dama się rozpłakała; to poważny jegomość, eks-minister (będący tam pierwszy raz), ostro skarcony za rozmówki, spąsowiał, rzucił serwetę i chciał wyjść w pół obiadu. To znów raz sama gospodyni, nie mogąc opanować niesfornych (byli nimi znakomity uczony Gaston Paris i Pailleron, autor Świata nudów), zerwała się od stołu, oświadczyła, że zamyka swoje obiady, i rozpłakała się w końcu; trzeba ją było przepraszać, pocieszać, łagodzić. Jeżeli zważymy, że ta gromada karconych, strofowanych i trzymanych w rygorze jak uczniaki to były szczyty nauki i piśmiennictwa, akademicy, najczęściej ludzie w poważnym wieku — zrozumiałe jest, że te obiady były osobliwością Paryża. I nie mniej ciekawe jest, że wszyscy na tak długiej przestrzeni lat (zmieniali się co prawda po trosze, czasami buntowali się i pryskali) poddawali się temu. Indywidualność pani Aubernon, podtrzymywana przez jej wiarę w swoją misję, działała te cudy.

Bo ten surowy rygor to jeszcze nie wszystko. Trzeba było mówić nie tylko po kolei, ale na zadany przedmiot. Kiedy goście zasiedli, gospodyni rzucała temat (zapewne przygotowany zawczasu), który obchodził stół; każdy musiał coś dorzucić — dłużej, krócej, ile się czuł na siłach. A jeżeli się w ogóle nie czuł na siłach (zdarzało się to zwłaszcza młodym adeptom), mógł „puścić passę”, ale o ile się to trafiało często, wnet takiego nieużytka skreślano z listy zapraszanych gości. Od bardzo nieśmiałych, a mających łaskę w jej oczach — zwłaszcza w czasie ich nowicjatu — paru Aubernon żądała tylko milczenia. Bo łatwo zrozumieć, że nerwowi ludzie panicznie bali się momentu, gdy na nich przyjdzie kolej zabrać głos przed takim areopagiem i przemówić wśród ogólnej uwagi i ciszy po mistrzach słowa i dowcipu. Któraś z dam ze strachu przesuwała w palcach pod stołem różaniec, szepcąc pacierze. Każda gafa nabierała w tej ciszy straszliwego rezonansu. Za to wirtuozi konwersacji święcili tym większe tryumfy.

Nie brakło przy tym, jak rzekliśmy, komicznych epizodów. Chcąc raz przemówić, Labiche65 podniósł, jak reguła nakazywała, rękę. Na próżno! — pani domu dała głos innemu. Znów Labiche podniósł rękę — i to przeszło niezauważone. Zrezygnował. Wreszcie przy kawie — którą piło się przy stole jadalnym — pani Aubernon przypomina sobie gest Labiche’a i zwraca się do niego: „Pan chciał coś powiedzieć, panie Labiche?” — „Ja? — odparł komediopisarz — chciałem tylko prosić jeszcze groszku, wyborny był”.

O czym tam mówiono — i jak mówiono — tego znajdziemy tylko blade echa w zapiskach uczestników. Brakło tam Goncourtów, którzy byliby zapewne wszystko utrwalili w swoim dzienniku. Rozpięcie tematów było szerokie: od kazań Bossueta aż do problemów takich jak to, „czy kobieta może być kochana przez mężczyznę, nie wiedząc o tym”. Można przypuszczać, że te zagadnienia miłosne przeważały i że komentowane z powagą przez jakiegoś Renana czy Brunetière’a mogłyby mieć swój pieprzyk. Mogłyby się zresztą legitymować — poprzez salony siedemnastowiecznych „wykwintniś” — średniowiecznymi tradycjami prowansalskich „cours d’amour66. Niemniej trudno się wstrzymać od uśmiechu na myśl o tym znamienitym gronie, dysertującym regularnie pod wodzą ekscentrycznej gospodyni nad podobnymi kwestiami. „Przychodzisz na czas, moja droga — rzekła gospodyni domu do spóźniającej się pani Straus — mówimy o wiarołomstwie”. — „Przepraszam drogą panią, ale przygotowałam się dziś tylko z kazirodztwa” — odparła z niewinną minką sprytna pani Straus, ta sama, która dostarczyła Proustowi niejednego dowcipu Oriany de Guermantes. „Co mistrz sądzi o miłości?” — zagadnęła innym razem pani domu pierwszy raz będącego u niej na obiedzie d’Annunzia. „Niech pani czyta moje książki i niech mi pani pozwoli jeść spokojnie” — odparł mistrz. Ale to był cudzoziemiec.

Na tych obiadach obowiązywał jeszcze jeden rygor. Aby gospodyni dała znak wstania od stołu, trzeba było, aby rozmowa zakończyła się jakimś efektownym powiedzeniem, które nie zawsze przychodziło na zawołanie. Czasem, gdy siedzenie przy stole przeciągało się zbytnio, goście próbowali szachrować i huczną owacją przyjmowali lada jakie słówko, które nie zasługiwało na ten honor, aby je wynieść do rangi finału, ale niebawem czujna gospodyni spostrzegła się na szacherce.

Po każdym obiedzie odbywał się w szczupłym, gronie rodzaj sądu kapturowego. Tak jakość (intelektualna) obiadu, jak i wkład każdego z uczestników podlegały ścisłej ocenie. Zwłaszcza nowi uczestnicy byli na cenzurowanym. Jeżeli „nowy” nie odpowiadał zadaniu, likwidowano go bezapelacyjnie, bez względu na rangę i stanowisko. O sławnym krytyku i akademiku Faguecie, który próbował w towarzystwie naśladować wdzięk Lemaitre’a, orzekła pani Aubernon — czyniąc aluzję do znanej bajki — że to jest „osioł, który chce robić małego pieska”. I więcej nie ujrzano Fagueta...

To szacowanie ludzi miało swoją wyższą filozofię — przynajmniej w intencjach. Pani Aubernon twierdziła, że konwersacja jest jak muzyka, określała swoich gości jednych jako „całe nuty”, innych jako „półnuty”, innych wreszcie jako „szesnastki” itd. Wszystkie te nuty są potrzebne, aby z nich stworzyć symfonię. Nie absolutna wartość nuty, ale jej harmonia z całością rozstrzyga.

We wszystkich okresach salon pani Aubernon miał swoją gwiazdę. Takim bożyszczem był przez wiele lat Dumas syn, wówczas na szczycie sławy i powodzenia, zajmujący stanowisko bez proporcji z trwałością jego dzieła. Entuzjazm pani Aubernon dla Dumasa nie miał granic. Próbowała napisać o nim studium, ale próba skończyła się burzliwie; Dumas, któremu zaczęła czytać swoją pracę, oświadczył jej bardzo brutalnie, że nie ma ani krzty talentu pisarskiego, i przerwał czytanie. Odegrała się na inny sposób. Pewnego wieczora, kiedy wystawiono w jej salonie komedię Dumasa Diane de Lys, pani Aubernon, już dość leciwa i zażywna, wystąpiła w prologu jako „chwała Dumasa”. Hojnie wygorsowana, przepasana czerwoną morową wstęgą, na której złotymi literami widniały tytuły sztuk autora Półświatka67, miała na głowie zamiast kasku złoty biust Dumasa z kartonu. W tym stroju recytowała wiersze na jego cześć. „Muszę mieć tęgie krzyże, aby się nie złamać pod tyloma pudami śmieszności” — mówił z rezygnacją Dumas, wpółrozbawiony, wpółwściekły. Ale znosił...

Aż nagle pewnego dnia przyjaźń ta miała się skończyć z nieoczekiwanego powodu. Młodemu Deschanelowi (późniejszemu prezydentowi Republiki) zanadto się spodobała zamężna córka Dumasa i okazał jej to niedwuznacznie. Powstały stąd komeraże; Dumas zażądał, aby pani Aubernon wymówiła Deschanelowi dom. Uważając może, że zbrodnia nie jest tak wielka, że nie jest jej rzeczą stosować takie represje w stosunku do syna zaprzyjaźnionej z nią od dawna rodziny, pani Aubernon wzdragała się. Wówczas Dumas zagroził, że w razie odmowy noga jego nie postanie w jej domu. Była to najcięższa chwila w życiu pani Aubernon; łamała się w sobie, wchodziła w swoją duszę i sumienie, płakała — i w rezultacie odmówiła swemu tyranowi. Nieubłagany Dumas (może szukał pretekstu!) dotrzymał groźby; salon pani Aubernon przestał dla niego istnieć.

Z okazji tego zdarzenia godzi się zanotować urywek konwersacji przy stole pani Aubernon. Jakiś salonowy filozof sformułował aforyzm, że: „Kobieta bywa atakowana jedynie w tej mierze, w jakiej sama tego pragnie”. — „Nawet mniej” — szepnęła któraś z dam i to westchnienie uszło jakoś groźnego dzwonka pani domu.

Zbrakło tedy Dumasa. Ale stare francuskie hasło brzmi: „Le roi est mort, vive le roi68. I może sława salonu zyskała na zmianie, bo osierocony tron Dumasa zajął komediopisarz z większą pośmiertną przyszłością — Henry Becque. Wybuchowa zgryźliwość przysłowiowo pechowego autora Paryżanki69 stanowiła kontrast z olimpijską postawą szczęściarza Dumasa. I w tym wyborze pani Aubernon dowiodła niewątpliwie śmiałości swego sądu: to był jeden z momentów, gdy salon jej odegrał w istocie pionierską rolę w stosunku do literatury. Paryżanka, która dość długo nie mogła się dostać na oficjalną scenę, była jednym z największych sukcesów teatru amatorskiego, uprawianego z zapałem u pani Aubernon. Grywano tam stale, podobno znakomicie. Repertuar był rozmaity; od Moliera — sama pani domu miała być zabawną hrabiną d’Escarbagnas70 — aż do Ibsena, wówczas egzotycznego we Francji, którego pani Aubernon propagowała jedna z pierwszych. Pewnego dnia, zaszedłszy do pani Aubernon, ktoś zastał ją zagłębioną w książce: „Niech mi pan nie przeszkadza — rzekła — tworzę sobie duszę norweską”. Odpowiedź dość w stylu „Verdurin”; niemniej faktem jest, że u pani Aubernon wystawiono pierwszy raz Norę i Borkmana, do którego odbyto w ciągu piętnastu miesięcy sto kilkanaście prób. Aby zachować koloryt Północy, jeden z amatorów wystąpił w tak wspaniałym futrze, że na generalnej próbie futro odciągnęło uwagę światowych widzów od sztuki; surowy reżyser natychmiast skasował futro. To skojarzenie śmiesznostek z rzetelnymi usługami w propagandzie sztuki zrozumiał dobrze Proust, przyznając salonowi pani Verdurin udział w sławie muzyka Vinteuila.

Przedstawienia Ibsena miały duży rozgłos w paryskim świecie artystycznym. Tylko Jean Lorrain, znany nam już pogromca salonów71, donosząc w swojej kroniczce, że pani Aubernon pragnie Ibsenem inaugurować swój sezon, pisze, iż odważna pani domu zamierzała przez chwilę wystawić Dziką kaczkę, ale pisarz norweski, wzruszony tym aktem pietyzmu, ofiarował amatorskiej scenie nie znany jeszcze swój utwór Gęś oswojona i ten utwór będzie grany w salonach pani Aubernon.

Tym razem nie miał go kto wyzwać na pojedynek...

Becque był po trosze enfant terrible tego salonu; kostyczne jego wypady nie oszczędzały nikogo i niczego. Innym enfant terrible był — nieco wcześniej — patriarcha niedocenionych, jowisz butady i paradoksu, Barbey d’Aurevilly, któremu kostium jego, styl, gest, dawały cechy wspaniałego aktora. Pewnego razu gospodyni domu, pragnąc przerwać potok jego niebezpiecznej wymowy, zaproponowała pisarzowi przejście do sąsiedniego salonu na cygaro. „Rozumiem pani delikatną intencję, ale to zupełnie zbyteczne. Mam pęcherz ze stali, siusiam tylko dwa razy na dobę, rano i wieczór” — odparł dostojnie wielki pisarz, nie bez konsternacji dam.

Ale damy — poza gospodynią — niewiele miały w tym salonie głosu. Na zebraniach przeważali mężczyźni; kobiety dobierano raczej dekoracyjnie, tak aby były ładne i nie przeszkadzały w rozmowie. Ale było parę takich, z których pani Aubernon czyniła swoje pomocnice, i z tymi kończyło się nieuchronnie „schizmą” — jak między Odetą Swann a panią Verdurin u Prousta; po jakimś czasie odczepiały się i próbowały zakładać konkurencyjny salon. Tak było z panią de Saint-Victor, wyspecjalizowaną do sprawy Dreyfusa i tak namiętną jego partyzantką w czasie starań o rewizję procesu, że nazywano ją „Notre-Dame de la révision”. Tak zwłaszcza było z panią de Caillavet — tą, która miała odegrać tak ważną rolę w ewolucji twórczości Anatola France (pomówimy o niej oddzielnie), której inteligencja i dowcip długo były przynętą obiadów u pani Aubernon. Pani de Caillavet nauczyła się tam cenić porządek i harmonię rozmowy, ale czuła się na siłach, aby się obejść bez rygorów despotyzmu; zaczęła ściągać do siebie gości pani Aubernon na mniejsze obiadki, na które przychodzili coraz chętniej — bez pani Aubernon i bez dzwonka. I powtórzyła się osiemnastowieczna historia pani du Deffand z panną de Lespinasse, kiedy ociemniała margrabina odkryła, że wykarmiła na łonie żmiję, która jej zgarnia „śmietankę konwersacji”. I tu — jak tam — przyszło do gwałtownych wyjaśnień i w rezultacie do zerwania. I jak panna de Lespinasse pociągnęła za sobą wielkiego d’Alemberta, tak pani de Caillavet zabrała nie lada rybę, bo Anatola France, którego męczyły zresztą pensa pani Aubernon. „Czy to prawda, iż pan opowiada, że moje obiady nudziły pana?” — zagadnęła wręcz France’a pani Aubernon zdybawszy go gdzieś w towarzystwie. „Być może, że mówiłem, ale to nie nadawało się do powtarzania” — odparł flegmatycznie znakomity Anatol.

Z nadejściem lata paryskie „środy” kończyły się. Pani Aubernon zapraszała „wiernych” do swojej uroczo położonej siedziby w Trouville lub do rezydencji letniej w pobliżu Paryża. Owa nadmorska siedziba znajdzie się opisana jako „La Raspelière” Verdurinów w powieści Prousta (w obecnie drukującej się po polsku części Sodoma i Gomora), a także wędrówki „wiernych” na obiad dychawiczną nadmorską czy podmiejską kolejką. I sama pani Aubernon niejednego rysu dostarczyła salonowi pani Verdurin, jak zwykle u Prousta, kombinowanemu z kilku modeli. Bo młody Proust bywał częstym gościem u pani Aubernon i jak w innych swoich stosunkach, tak i ten „stracony czas” umiał później „odnaleźć”. Sam przyznaje, że swego Charlusa obdarzył rysami (fizycznymi, bo duszę dał mu kto inny) stałego gościa obiadów pani Aubernon, barona Doazan. Ten baron, duży, otyły, z wielką wymalowaną i wypudrowaną twarzą, zrujnował się, jak wieść niosła, na jakiegoś „polskiego hrabiego”, za którym szalał. Doazan był u pani Verdurin czymś pośrednim między gościem a rodzajem majordoma; zwykle nie brał udziału w rozmowie, ale głos jego dużo ważył w sądzeniu gości i decyzji co do ich doboru. Podobnie, stały gość pani Aubernon, wpółociemniały akademik Brochard, posłużył Proustowi za model do erudyty Brichot.

O ile salon pani Aubernon był legendą Paryża, jak zwykle tak i tutaj legenda gromadziła co najmniej tyleż rysów fałszywych, co prawdziwych. I ją, i jej salon zużytkowano nieraz w powieści lub w teatrze. Niedopuszczeni, a zwłaszcza usunięci mścili się złośliwościami. Mówiono o pani domu, że nie ma przyjaciół, ale stołowników, których ocenia pod kątem użyteczności dla tygodniowych obiadów, że ich wyciska jak cytrynę, a potem rzuca na śmietnik. Ale swoim „wiernym” — póki byli wierni — była fanatycznie oddana. Miała swoje śmiesznostki, jedną z nich — cudownie wyzyskaną przez Prousta — było przekonanie, że bawią się tylko u niej, że jej salon i wszystko z nim związane jest czymś jedynym w świecie. (Pokazując księżyc w La Raspelière, pani Verdurin mówi do swoich gości: „Tego nie macie w Féterne”). Dla swego salonu pani Aubernon umiała nawet zapomnieć uraz; stąd owe „obiady przebaczenia” — jak je nazywała — dawane na intencję żałujących grzeszników. Z powiedzeń jej cytują niektóre pretensjonalne, niektóre dobroduszne, gdy np. po siedemdziesiątce nazywała się „kobietą honoris causa”. Ale jej życie osobiste, jak rzekliśmy, wsiąkło w salon. „Pani się nigdy nie nudzi” — mówił ktoś podziwiając żywość jej zainteresowań. — „Owszem czasem, w nocy” — odrzekła naiwnie.

Za to w dzień była niestrudzona. Na wsi, gdzie gości przyjmowała kilkoma porcjami, mogła rozmawiać po kilkanaście godzin z rzędu. A gdy chodziło o jej obiad, nie uznawała — wciąż jak pani Verdurin — u swoich wiernych żadnych przeszkód, żałoby ani choroby. „Wyciągnie bodaj umarłego z grobu, żeby przyszedł do niej na obiad” — sarkał któryś z wiernych. „Tak — dodał baron Doazan — i każe nakryć na trumnie zamiast stołu, i będzie się tak jadło i rozmawiało”.

Umarła pani Aubernon w r. 1899, licząc lat siedemdziesiąt cztery, na raka języka („Umarła na to, czym grzeszyła” — orzekła eks-przyjaciółka, pani de Caillavet). Nie mogąc już mówić, jeszcze lubiła, aby ją odwiedzano, i brała niemy, lecz żywy udział w rozmowie. I wśród „wiernych” był jeden głos, że nie będzie już takiej drugiej gospodyni, ani drugiego takiego salonu. W istocie, to był nie tylko salon, ale cała epoka, która umierała, która się kończyła. Proust wystawił jej trwały nagrobek.