Więcej niż salon
Do wizerunku paru salonów, charakterystycznych dla epoki Prousta, pragnę dodać jeszcze jeden. Ale przygoda jego właścicielki to już coś więcej niż kronika życia towarzyskiego; jej „salon” to wkład w historię literatury — historię wprawdzie nieoficjalną, na wpół poufną, ale przez to nie mniej interesującą. To już nie kapliczka ani nawet kościół wzniesiony ku czci jednego z najwybitniejszych pisarzy epoki, ale dokument bardzo istotnego wpływu na twórczość pisarza, współżycia duchowego, będącego może unikatem w dziejach literatury. Mam na myśli panią Arman de Caillavet i Anatola France.
Salon pani de Caillavet ma dla nas parę fizjognomii. Poznaliśmy salon pani de Loynes („Wiadomości Literackie”, nr 77072) jako fortecę bojowego nacjonalizmu; otóż był moment (sprawa Dreyfusa), gdy dwa wielkie obozy polityczne skupiły się w dwóch przeciwległych salonach: pani de Loynes i pani de Caillavet. W tamtym królował Lemaitre, prezydent La Patrie Française, w tym Anatol France, patron „rewizjonizmu”. Ale do początków salonu pani de Caillavet trzeba sięgnąć wcześniej, na wcześniejszy też okres przypada prawdziwie twórcza rola jego właścicielki.
Co się tyczy jej samej, poznaliśmy ją u pani Aubernon („Wiadomości Literackie”, nr 78973). Tam przez dłuższy czas praktykowała, od despotycznej pani domu ucząc się sztuki kierowania rozmową i skupiania gwiazd intelektualnych. „To ja ją wymyśliłam” — mówiła później, po jej dezercji, rozgoryczona pani Aubernon. Bo przyszedł moment, że pani de’Caillavet wyłamała się z rygorów słynnego dzwonka i zaczęła zapraszać gości pani Aubernon do siebie na małe obiadki w atmosferze miłej swobody. Czarna ta zdrada wyszła na jaw i spowodowała nieuchronne zerwanie; za panią de Caillavet wycofał się France i odtąd salon przy avenue Hoche stał się na wiele lat jego siedzibą.
Pani de Caillavet wyszła ze sfer bogatego francuskiego mieszczaństwa. Mąż jej zwał się pierwotnie pan Arman; ojciec jego, wielki armator z Bordeaux, zaszczycony osobistą przyjaźnią Napoleona III, zrujnował się budując kilka okrętów wojennych na słowo cesarza, nie ratyfikowane później przez parlament. Ale po tej ruinie zostało jeszcze dosyć majątku; nie zdołał się z nim nawet uporać sam pan Arman de Caillavet, karciarz, utracjusz, impetyk i amator jachtingu, który swej żonie dał podobno więcej utrapień niż szczęścia. Salon pani Aubernon wprowadził młodą mieszczkę w regiony inteligencji, w których uczuła się natychmiast jak w swojej przyrodzonej krainie; ale pełnia jej życia datuje od chwili, gdy poświęciła się cała chwale France’a.
Historia ich dwojga mało podobna jest do banalnego romansu, ale przez to tym ciekawsza. Kiedy pani de Caillavet przedstawiono w r. 1883 France’a, zrobił na niej nieszczególne wrażenie. Miał wówczas lat trzydzieści dziewięć; jako pisarz był prawie że nieznany; nieobyty w świecie, brzydki, nieśmiały, zająkliwy, miał w konwersacji jakąś ceremonialną obleśność: „kombinacja bonapartysty, seminarzysty i fauna”. Ona, królowa w swoim małym światku, prosta, szczera, obdarzona męską jasnością umysłu i żywym poczuciem śmieszności, łatwo mogła onieśmielić nowicjusza. Syn skromnego księgarza, sam dotąd wegetujący również na skromnych posadkach, licho ubrany, musiał się czuć w tym świecie, wobec tej damy równie onieśmielony, jak pełen podziwu. Pani domu traktowała go nieco szorstko; lubiła za to bardzo Lemaitre’a, który jeszcze nie poznał swojej przyszłej egerii i bywał częstym gościem u pani de Caillavet. Z nim była serdeczna i miła, wobec France’a trochę złośliwa. Ale trzeba przyznać, że wcześnie odgadła pisarza, którym France był dotąd w bardzo skąpej mierze i dla niewielu czytelników. „Lubię jego styl i dowcip, nie lubię jego charakteru i wzięcia” — mówiła. I kiedy z kolei i France, i Lemaitre zaczęli bywać u pani de Loynes, łatwo mogło się zdarzyć, że pani de Caillavet byłaby zaakaparowała74 Lemaitre’a, a France stałby się łupem pani de Loynes. W wyborze między nacjonalizmem a radykalizmem sceptycyzm jego pozostawiał mu wolną rękę... W jaki sposób to „chassé croisé”75 byłoby zaważyło na historii Francji i historii literatury danej epoki, oto temat do płodnych dociekań. Faktem jest, że dość długo Lemaitre musiał panią de Caillavet przekonywać do France’a, aż pewnego dnia spostrzegł, że jego niepozorny protegowany zajął pierwsze miejsce w tym domu.
France był żonaty z osobą mało inteligentną, która go lekceważyła i której się bał. „Drży i bąka w obliczu swej despotycznej małżonki” — pisze naoczny świadek. Czy jak bohaterowie Balzaka marzył o znalezieniu kobiety, która by go oszlifowała, która by mu dała poznać świat i była jego przewodniczką? Zapewne nie, przekroczył już wiek takich marzeń. Ale nad wszelkie spodziewanie taką kobietę miał znaleźć. „Był w owym czasie całkowicie nieznany i byłby nim został, gdyby nie pani de Caillavet” — pisze o tym spotkaniu przyjaciółka obojga, znana pisarka używająca pseudonimu Gyp. „Zrobiła dla niego to, co pani de Loynes dla Lemaitre’a: wychowała go. Bez niej nie byłby nigdy w Akademii”. A historyk Hanotaux, który ujrzał France’a po długim niewidzeniu, powiada: „Och, jakże mi odmieniono tego pomocnika księgarskiego! Ktoś go obudził, ktoś tchnął w tę opieszałą duszę fantazję Ariela”.
Bo w istocie zachodzi w nim uderzająca zmiana. Do czterdziestki France był bardzo mało płodny. Zaczął od tomu „parnasowskich” wierszy, pewien rozgłos wśród smakoszów literackich dała mu powieść Le Crime de Sylvestre Bonnard — jeszcze jakiś tomik i to wszystko. On sam był typem w rodzaju owego Sylwestra: człowiek biblioteczny. Teraz jakby jakaś ręka wyrwała go z biblioteki i pchnęła w życie, w świat namiętności, aktualności, zuchwałej gry myśli, powabów i pokus kobiety. W ciągu kilku lat France wyrzuca z siebie tom po tomie; błyszczy w licznych pismach w felietonie, w krytyce, zyskuje sławę powieścią Thaїs i kilkoma tomami świetnych opowiadań, rzuca się w starcia polityczne, uprawia publicystykę na sposób Woltera, podróżuje... Wreszcie — i to jest apogeum jego sławy — ten nieśmiały dzikus pisze „światową” powieść Le Lys rouge, najmodniejszą, najpoczytniejszą powieść epoki. Króluje w salonie, staje się gwiazdą konwersacji, arbitrem elegancji duchowych, znawcą kobiet.
Wszystko to stało się w ciągu kilku lat, których trudno tu śledzić etapy. Ale to pewna, że role się zmieniły; teraz Anatol niedbale przyjmuje należne mu hołdy, Leontyna zaś, wpatrzona w niego, poświęca mu wszystkie myśli, każdą godzinę życia. Związek ten zacieśnił się, odkąd France rozstał się z żoną. Owe perypetie małżeńskie opisane są dość wiernie w Manekinie trzcinowym; „tortura powietrza”, jaką France dręczył żonę, nie dostrzegając w ciągu wielu miesięcy jej obecności, ma być ściśle autentyczna. Pewnego dnia, prażony obelgami przez gwałtowną małżonkę, wziął kałamarz, pióro, rozpoczęty artykuł i w szlafroku i w szlafmycy przeszedł do pobliskiego hotelu, skąd posłał do domu po rzeczy, aby już tam nigdy nie wrócić. Rozwód nastąpił w r. 1891. Odtąd France całkowicie niemal pędzi życie w domu państwa de Caillavet w Paryżu, w posiadłości ich koło Bordeaux albo na ich gościnnym jachcie. Pani de Caillavet staje się wyłączną kapłanką kultu France’a. Kiedy jej przyjaciele krzywią się na ciągłą obecność tego „cygana”, zrywa z przyjaciółmi, kiedy kochanek robi jej sceny zazdrości o France’a, zrywa z kochankiem.
Ale współżycie to nie jest ze strony pani de Caillavet tylko jałowym kultem. Staje się ona najczynniejszą i najinteligentniejszą sekretarką pisarza — i więcej niż sekretarką. Organizuje jego życie, usuwa od niego wszystko, co by je mogło mącić, pertraktuje z wydawcami, znajduje mu tytuły do książek. Zmusza go do regularnej pracy, nie pozwala mu drzemać w godzinie pisania, usuwa wygodne meble z pokoju, który oddała mu jako gabinet do pracy. „Pan śpi, panie France” — mówi zgorszona, kiedy się pisarz zdrzemnie. „Nie, proszę pani, ja się zastanawiam...” — potulnie odpowiada zbudzony France. Pani de Caillavet notuje w rozmowie wszystkie jego powiedzenia i tworzy z nich kajety, z których potem France czerpie w potrzebie. Ocala w ten sposób wiele myśli, których nigdy nie byłby spisał. Szpera dla niego w cudzoziemskich literaturach, które zna świetnie; podsuwa mu tematy, tłumaczy na jego użytek wszystko to, co by go mogło zainteresować; przysposabia artykuły, robi korekty. Staje się wcieloną „wolą” tego gnuśnego z natury — mimo całej żywotności umysłu — człowieka. „Bez pani de Caillavet nic nie byłbym zrobił” — powiada France. A na egzemplarzu swego Crainquebille76 pisze: „Pani Arman de Caillavet ofiaruję tę książeczkę, której bez niej nie byłbym napisał, bo bez niej w ogóle bym nie pisał książek...”
Gdybyśmy z jednej strony byli skłonni policzyć coś z tego oświadczenia na karb grzecznościowej przesady, to skądinąd ujrzymy, że udział pani de Caillavet posuwał się znacznie dalej, niż to dopuszcza zazwyczaj rola najczynniejszej nawet sekretarki.
W przedmowie swojej do Księżnej de Clèves pisze France, iż zastanawiając się nad postępowaniem bohaterki, zapytał, „co o tym myśli”, kobiety, „której śmiały i bystry umysł podziwiał”. „I oto co mi odpowiedziała”. Po czym następuje kilkustronicowy ustęp — pióra pani de Caillavet. Tu mamy cudzysłów, ale zdarza się, że brak jest cudzysłowu. Notorycznym faktem jest, że wiele stronic podpisanych chlubnym nazwiskiem Anatola France wyszło w części lub w całości spod pióra pani de Caillavet. Zwłaszcza gdy chodzi o przedmowy, o artykuły, o lukratywne felietony, które France przyjmował pod naciskiem praktycznej pani de Caillavet zapowiadając jej w razie zgody, że... ona je będzie pisała. Tak np. felietony jego w „Univers”, podpisywane „Gérôme”, a potem „France”77, pisywała zrazu czasem, a potem stale — pani de Caillavet. Ona napisała jego przedmowę do Adolfa, ona naszkicowała artykuł o Maupassancie. Współpracownictwo to stwierdza tak poważny świadek jak Maurras, który nigdy nie przestał podziwiać France’a i mienić go swoim mistrzem, a który wówczas był bardzo zażyle z domem pani de Caillavet. Zresztą — dodaje Maurras — France nigdy się z tym nie krył; przeciwnie, śmiejąc się mówił o tym każdemu. Kiedy Loti78 dziękował mu za artykuł o sobie, France odrzekł wskazując panią de Caillavet: „Niech pan raczej podziękuje pani, bo to ona pisała”. W pochlebnym na ogół artykule France’a o nim, Lemaitre odczuł kilka szpileczek; w czasie obiadu u pani de Caillavet zrobił żartobliwą wymówkę France’owi, który tłumaczył się dość mętnie, Lemaitre popatrzył kolejno na France’a i na panią domu i rzekł: „Zresztą to nie pan pisał ten artykuł. To jest bardzo dobrze napisane, ale to nie pan pisał. Ciekawe jest, kto jest, »ten« albo »ta«... słowem, osoba, którą pan ceni na tyle, aby jej użyczać zaszczytu swego podpisu?” Wówczas pani de Caillavet przyznała się, że często pomaga panu France, kiedy się śpieszy...
Stwierdzając to współpracownictwo, Maurras wręcz wyraża zdanie, że większość książek, jakie France napisał w tym czasie, nie byłaby powstała albo byłaby inna, gdyby nie ta cogodzinna energia, którą pani de Caillavet wlewała w pisarza. Przypuszcza nawet, że pewne znamienne cechy tej twórczości, pewna ostrość, gorycz, pesymizm są jakby z niej. Maurras oddaje przy tym hołd jej wykształceniu; powiada, iż pewnego dnia „z przerażeniem stwierdził, że czytała wszystkich filozofów”.
Jak mamy sobie tłumaczyć to współpracownictwo? Z jednaj strony można by przyjąć, że pani de Caillavet oddawała France’owi to, co czerpała z niego, że pod wpływem ciągłych rozmów, wymiany myśli, współżycia tak znała jego sposób patrzenia na rzeczy, kształtowania myśli, sekrety stylu, że umiała niejako „pastiche’ować” jego wypowiedzi na dany temat, w potrzebie podrabiała France’a. Ale to by nie wyczerpywało problemu. Można też przypuścić, że ona sama wnosiła coś więcej, że nawzajem France czerpał z niej w owej epoce niemało i że zapładniający wpływ jej indywidualności większy był, niżby ktoś sądził — stąd ta łatwość ujmowania pióra w imieniu France’a. Można zgadywać w pani de Caillavet urodzoną pisarkę, która wprzód, w światowym życiu, nie uświadomiła sobie swego powołania, równocześnie zaś z przebudzeniem się talentu nastąpiło wchłonięcie go przez potężniejszą o wiele indywidualność pisarską. Zaznaczmy mimochodem, że fakt takiego współpracownictwa — tym razem jawnego i podpisanego — powtórzy się u syna pani de Caillavet, autora komedii pisanych do współki z Flersem.
Szczytowym punktem tęgo współżycia była najgłośniejsza w danej epoce powieść France’a, ta, która mu dała najwięcej doraźnego sukcesu — Czerwona lilia. Był to okres rozkwitu powieści tzw. światowej, tryumfów Bourgeta, Maupassanta i in. Pani de Caillavet marzyła o tym, aby jej uwielbiany France zdobył i ten teren sławy, i od dawna nakłaniała go do napisania takiego „romansu”. Tłem miała być Florencja; trudno o godniejsze tło w owej estetyzującej epoce Swanna! France bronił się; nie czuł się na siłach, swoim zwyczajem zgodził się wreszcie pod warunkiem, że ona mu pomoże; jakoż pani de Caillavet przyrzekła mu szkice, informacje, wybrała się z nim do Florencji, uganiała po mieście, robiła notatki. Dała i coś więcej, bo siebie samą, i to był może powód, że tak pragnęła tej powieści. W bohaterkę jej, panią Martin-Bellème, weszło wiele z niej samej, jej charakter, wiele wprost jej autentycznych powiedzeń, nawet jej dawny kochanek — clubman i sportowiec — który ustąpił przed inwazją literatury, pozował tu mimo woli, w sytuacji zresztą mocno upatetycznionej. Znając charakter poprzedniej współpracy, można przypuszczać, że niejedna karta powieści wręcz pisana była przez panią de Caillavet. Zrozumiałe jest, że żadnego sukcesu France’a nie przeżywała tak silnie jak tego, tym bardziej kiedy Czerwona lilia weszła na scenę, udramatyzowana przez jej syna Gastona. W upojeniu pani de Caillavet pisze do kogoś z przyjaciół, że „X i Y (zapewne nazwiska głośnych autorów współczesnych) pękną od tego sukcesu”.
To było apogeum ich współżycia. W r. 1896 następuje uświęcenie sławy: France wchodzi do Akademii. W ciągu tych kilku lat reputacja jego wzrosła fantastycznie, niby papier na giełdzie. Naoczny świadek tych zdarzeń, wspomniany już Maurras, stwierdza zdumiewającą pracę około stworzenia reputacji France’a. „Każde posunięcie — pisze — służyło do czegoś”. Ale ta strona sprawy mniej nas obchodzi, mimo że problem niebotycznej, a dość dziś atakowanej chwały France’a może stanowić ciekawe zagadnienie obyczajowo-literackie. Ale naprawdę interesujący okres tego stosunku to były owe lata, kiedy „prostaczek” France, upojony, zachwycony, przeobrażał się pod czarodziejskim dotknięciem tej światowej wróżki, lata najintensywniejszego życia wspólnej myśli. Potem dopiero przyszedł „salon”, którego bożyszczem uczyniła pani de Caillavet France’a; salon ten znamy z wielu wspomnień i zapisków, przeważnie sarkastycznych. Widzimy panią de Caillavet w wielkim kapeluszu z winogronami, z włosami rozjaśnionymi henną, uroczystą, ważną, przymykającą oczy przy wymawianiu nazwiska „France”. (Fotografia ich dwojga w wizytowych strojach, na mułach, pod piramidą w Egipcie to cała epoka!) Co środę był obiad, w niedzielę przyjęcie; France stał na środku salonu, odbywał cercle, opowiadał na skinienie pani de Caillavet tę lub inną anegdotę, której żądała, produkował nosowym głosem przydługie paradoksy, czytał głośno Wyspę Pingwinów, przy czym ona dawała sygnał do oklasków. France nie umiał się oprzeć tej silniejszej od niego woli, może nie umiał się obyć bez tej atmosfery adoracji, ale musiał czuć niesmak, buntował się, jak można by wnosić ze wspomnień ówczesnego jego sekretarza, Broussona. Coraz bardziej role się zmieniały; wprzód ona była świetną damą, piękną kobietą, gdy on był nieznany, leniwy i ubogi, teraz on opływał w pieniądze, sławę, kobiety — cóż mu może dać jego biedna eks-Muza? I wiek przy tym robił swoje. France przekroczył lat sześćdziesiąt, ona — któż to wie? Mężczyzna inaczej się starzeje. W dawnym „seminarzyście i faunie” faun przychodził coraz częściej do głosu, a nimf wśród czytelniczek nie brakło. France coraz trudniej znosił jarzmo, robił się niecierpliwy, przykry; stosunki stawały się coraz bardziej napięte, uznali w końcu oboje, że na jakiś czas trzeba się rozłączyć. France skorzystał z oferty i wybrał się na kilka miesięcy do Argentyny z odczytami. Pani de Caillavet niby namawiała go na to, ale był to dla niej cios. Dla opieki przydała mu swego wiernego służącego Franciszka. Gościom swoim wciąż mówiła o „panu France”, ale nowin od niego długo nie było. Wreszcie przyszedł list; chciwie otwarła go, odczytując głośno ustępy. Gość, nawykły w tym domu do zachwytów, zaczął się rozpływać: „Ach ten France, cóż za dowcip, co za styl!” — „Ależ to nie France pisze, to Franciszek” — odparła zgorszona pani de Caillavet. Pewnego dnia ukazała się blada, zmieniona: przyszły wieści, że France ledwie wsiadłszy na statek wdał się w romans z aktorką, że ją przedstawia w Buenos Aires jako swoją żonę... Kiedy France wrócił do Francji, powitanie w porcie było burzliwe. Nazajutrz ktoś z bliskich spotkał France’a i panią de Caillavet w ogrodzie w Wersalu, oboje byli wzburzeni, France przygnębiony. Wyjaśnienia... Tych dwoje starych ludzi w jesiennym parku — niby parodia wiersza Verlaine’a: „Dans un vieux parc solitaire et glacé”...79
Pani de Caillavet nie przeżyła tego schyłku wszystkiego, czym istniała. „Lepiej umrzeć — moja śmierć załatwi wszystko...” — powiedziała. Umarła w kilka miesięcy potem w r. 1910. France odczuł to boleśnie, ale powierzchownie, z France’owskim egoizmem. Padł w ramiona bliskiej osoby, która przyszła go pocieszyć. „Jak ona mogła mnie opuścić! — wzdychał. — Nigdy się nie podniosę spod tego ciosu”. I po chwili: „Czy pani wie, ona mnie oszukała: była o trzy lata starsza ode mnie”.
Ta ich historia to żywa powieść, bardziej zajmująca od przesławnej Czerwonej lilii, która tak już dziś przywiędła! I zakończenie tej historii obmyślił los po france’owsku ironicznie. To, czego nigdy nie było dane dostąpić pani de Caillavet, zespolenie życia ze swoim geniuszem, przypadło — jej pannie służącej. Ona zaopiekowała się pisarzem, biorąc go jakby w spadku po swej pani; w czasie wojny zamieszkała z nim w La Béchellerie pod Tours, po wojnie zaś France, mając lat blisko osiemdziesiąt, ożenił się z nią.
*
Proust za młodu był bardzo blisko z domem pani de Caillavet. Scena, gdy młody Marcel poznaje Bergotte’a u Swannów, jest echem wzruszeń, jakie dało Proustowi poznanie France’a. Pani de Caillavet zawdzięczał z pewnością Proust przedmowę France’a do Rozkoszy i dni, tego rodzaju usługi zmonopolizowała ona w swoim ręku; ona jedna umiała taką przedmowę u mistrza wyjednać, wyegzekwować, a czasem w ostateczności — za niego napisać. I inne, tkliwsze węzły łączyły młodego Prousta z tym domem: wspólnie z przyjacielem swoim Gastonem de Caillavet podkochiwał się w jego późniejszej żonie, młodziutkiej Jeanne Pouquet; w listach Prousta do pani Gastonowej, a potem do jej córki odnajdujemy niejeden motyw spożytkowany w jego powieści. Wreszcie sam Bergotte u pani Swann, celebrujący w jej loży w teatrze, to z pewnością transpozycja roli France’a u pani de Caillavet. Ale uderza nas u Prousta zdrobnienie tego tak interesującego stosunku do wymiarów czystej światowości. Bo co łączy Bergotte’a z Odetą Swann, czym się tłumaczy przywilej tej gąski? I drugi „salon”, w którym Proust streszcza niejako wiele salonów, również ma wszystkie cechy pamfletu: to salon pani Verdurin, kapliczka jałowego i pociesznego snobizmu. Nigdzie natomiast nie spotykamy u Prousta dokumentów owego głębszego współżycia, owego niezaprzeczonego wkładu duchowego, który kobieta wnosi we Francji w literaturę nieprzerwanie od kilku wieków. Zapewne Proust oglądał salon pani de Caillavet już wówczas, kiedy ten salon dostarczał może aż za wiele pokarmu jego wyostrzonemu zmysłowi śmieszności. Mimo to sposób, w jaki Proust — może pod wpływem rosnącej mizantropii czy mizoginii — potraktował kobietę w swojej syntezie „salonu”, odczuwamy, przez pamięć przyjaciółki France’a, jako pewną niesprawiedliwość.