LIST III

28 marca

Łaskawy panie Romanie!

Zaledwie dwie doby upłynęły od ostatniego widzenia się, a już piszę, muszę napisać...

Od chwili gdy sama znalazłam się w tramwaju, a następnie po kilku minutach w mieszkaniu, czułam się okropnie. Płakać mi się chciało i płakać. Dlaczego? Nie wiedziałam i nie wiem dotychczas.

Nie przestaję myśleć o panu ani na chwilę; to jest okropne, ale i miłe. Zawsze i wszędzie widzę pana, ale takiego w adamowym stroju, na otomanie. Te ostatnie chwile, które spędziłam u pana boku, pozostawiły niezatarte w mej pamięci wrażenie.

...Wyczułam, że nie znalazł pan we mnie tego, czego szukał, a ponieważ ja przyjęłabym tylko pierwsze miejsce i jedyne, wszystko jedno, czy to miałoby trwać miesiące, czy dni, lecz na szarym końcu nie chcę być ani godziny.

Wobec czego bardzo, ale to bardzo mocno proszę, aby mój Apollo nie odpisał mi i zapomniał o mnie. Miałam zamiar napisać dużo więcej, ale zdenerwował mnie sąsiad, który co chwila zerkał na mój stolik (jestem w bibliotece publicznej).

Życząc powodzenia, pozostaję z szacunkiem...

M.

P.S. Nie żałowałam i nie żałuję, że tak się stało, a nie inaczej. Pozostało wrażenie ujmujące i nadzwyczaj miłe. By zachować je jak najdłużej, zrezygnowałam z szukania przyjaciela. Ma to dużo ponętnych stron, ale są i przykre...

Czemu odeszła? Może czytelniczki odpowiedzą? O, kobieto, wieczny Sfinksie!...

Oto dokumenty życia. Ale felieton mój miał i praktyczny skutek. Zgłosiła się do mnie listownie nieznajoma z prośbą o... umieszczenie jej anonsu.

...Ostatni felieton pański (pisze mi) o ogłoszeniach miłosnych, tak bardzo żywo i subtelnie dotykający spraw ludzkiego uczucia, przerwał tamę mej nieśmiałości.

Niejednokrotnie pragnęłam umieścić anons w sprawie „wymiany serca”, a przecież piętrzyło się wiele przeszkód, w pierwszym rzędzie moja nieśmiałość, bo skądże można żądać tak wiele szczęścia, aby znaleźć to, czego się pragnie!

Zwracam się z gorącą prośbą do pana dziś. Niechże pan, kochany panie Boyu, w najbliższym felietonie ułatwi mi taki anons i niechaj stanie się pośrednikiem miłości (przyjmując pod swym adresem oferty dla mnie pod „Solweg”74, które mi prześle po otrzymaniu tychże).

Oto ów anons75:

Szukam duszy w człowieku.

Pragnę miłości idealnej bez udziału zmysłów. Przyzywam duszę stęsknioną człowieka idei, chcę być jego natchnieniem w twórczej pracy, motorem wielkich poczynań, skierowanych dla dobra ludzkości.

Kto szuka kobiety takiej jak ja? Niechaj wybiegną naprzeciw siebie nasze tęsknoty, aby zbliżyć czas kwitnienia dusz w wielkie święto słonecznej miłości, która jest jako łaska boża, albo wędka w ręku szatana.

Niechaj ten, którego szukam, będzie niczyj, jako ja jestem niczyja, a przy tym niech czuje się każdym drgnieniem serca związany z całością kosmosu. Chcę mu rzec:

„Kochaj mnie, a świat będzie twoim”.

Obojętne mi jest wyznanie i narodowość, gdyż świat żywych ludzi dzieli się dla mnie tylko na mądrych i głupich, złych i dobrych.

Może być „on” brzydki, ułomny, biedny i stary, byle o wysokim intelekcie i wartości duchowej. Kocham wszelkie przejawy piękna dusz ludzkich i twórczości.

Dla miłości prawdy zaznaczam, że nie jestem ani stara, ani brzydka.

A więc? Gdzie jesteś, ty „mój” człowieku, którego w tęsknocie oczekuję?

Solweg

Oto jak ludzie szukają się i nawołują wzajem w przerażających mrokach Kosmosu.

Stacja doświadczalna w Płocku

Temat, który poruszę, jest bardzo drażliwy, wiem. Trudno; znów mnie zwymyślają, od tego nikt nie umarł. Otóż, kiedym sobie rozmyślał o różnych porządkach społecznych, dostałem do rąk świeży list pasterski (12 kwietnia 1929) Jana Marii Michała76, arcybiskupa mariawitów77, o małżeństwie chrześcijańskim i o dzieciach tak zwanych „nieprawych”.

Myśli i uczucia, jakie obudzi ten List w różnych sferach, będą rozmaitej kategorii. Jedna, to Inkwizycja: spalić na stosie, zburzyć, zaorać, rozrzucić prochy, wytępić do cna. Inaczej trochę przedstawia się rzecz, gdy ktoś zechce myśleć kategoriami społecznymi. Faktem jest, że w gminach mariawickich procent przestępczości jest znikomy, moralność — biorąc po ludzku — wyższa, urządzenia ich społeczne i gospodarcze funkcjonują znakomicie. Ale jest jeszcze i trzeci punkt widzenia. Wyobraźmy sobie, że ktoś ma majątek ziemski. Nie będzie zapewne na całym obszarze swego majątku przeprowadzał zbyt ryzykownych doświadczeń i przemian, bo to mogłoby się skończyć bankructwem; ale dobry gospodarz ogrodzi sobie kawał pola i tam będzie eksperymentował. Otóż kraj jest takim wielkim gospodarstwem. Nie da się zaprzeczyć, że wiele urządzeń naszych chroma78; że stosunek społeczeństwa do całego szeregu palących zagadnień jest beznadziejny, czasami wręcz ohydny swą obłudą i obojętnością. Ale, jeżeli boimy się gwałtownych przemian, to dlatego, że pochłaniają one mnóstwo ofiar, często bez rezultatu, lub z rezultatem, który można osiągnąć — i lepiej — na innej drodze. Musimy tedy z zainteresowaniem patrzeć na kącik ziemi, gdzie pewne skupienie ludzi próbuje inaczej rozwiązać różne kwestie, urządzić sobie życie na innych zasadach, zerwać z pewnymi nawykami myśli i obyczajów. Po jakimś czasie obserwacja taka będzie miała wręcz wartość eksperymentu; dlatego nazwałem klasztor w Płocku i zależne od niego gminy „stacją doświadczalną”. Gdyby to nie brzmiało zbyt płocho, nazwałbym ją — ot, nałóg starego recenzenta! — naszym „teatrem eksperymentalnym”, przez wzgląd na tyle analogii, jakie istnieją między klasztorem płockim a wileńską Redutą79.

To pewna, że zadziwiająca jest ta niespokojna czynność, jaką rozwija klasztor mariawicki w dążeniach reformatorskich. Nie minie prawie miesiąc, by w tym małym światku nie tworzono przewrotów, sięgających bardzo daleko. Nie tykam tu oczywiście spraw wiary; chodzi mi o rzeczy czysto ludzkie.

Ostatni list pasterski mówi o stosunku do dziewcząt-matek i do nieślubnych dzieci. Kwestia ta — to jedna z najbardziej ciemnych i haniebnych kart naszego życia. Uprzytomnijmy sobie sytuację obrazowo, nie lękajmy się jaskrawych skrótów. Więc, młoda dziewczyna wchodzi na przykład w mieszczański dom jako służąca. Uwodzi ją — przypuśćmy — panicz, albo jego kolega. Spostrzegłszy, że dziewczyna jest w ciąży, pani wypowiada jej służbę. (To jest wypadek klasyczny, formuła z Pani Dulskiej, dziś już mniejszą grająca rolę w mechanizmie społecznym, bo... służby jest mniej. Ale olbrzymi procent dzieciobójczyń to służące). Dziewczyna znajduje się na bruku, rodzi pokątnie, topi lub dusi i pali dziecko. Dostaje się — o ile jej nie skażą, jak świeżo w Tarnowie, na śmierć — do więzienia, wychodzi z niego, aby zostać prostytutką lub złodziejką. Znów dostaje się pod sąd. Tymczasem panicz — może wspólnik jej pierwszego błędu — ukończył prawo, został prokuratorem lub sędzią; będzie ją oskarżał lub sądził, po rzymsku, wedle litery prawa.

„Cóż to, Boy pisze melodramaty?” — powie ktoś. Niestety, ten melodramat jest samym życiem. Oczywiście nieczęsto rzecz układa się tak teatralnie; ale to jest treść stosunku społeczeństwa do tej sprawy, stosunku nieludzkiego, obłudnego. Czyż mamy więc prawo rzucać kamieniem na kogoś, kto się pokusi inaczej ten problem rozwiązać?

List pasterski O. Jana Marii Michała dzieli się na dwie części. Pierwsza tyczy samego małżeństwa. Przytaczamy ten ustęp:

Zdarzyć się może, i niestety często się zdarza, z powodu powszechnego zepsucia i praw ludzkich niedoskonałych, utrudniających wstępowanie w związki małżeńskie — zdarza się, powiadam, że młodzieniec jaki, wolny, zwiedzie pannę, obiecując, że się z nią ożeni, a ona, wierząc mu, zgadza się na wspólne z nim pożycie i rezultatem tego pożycia bywa, że przychodzi na świat dziecię, podczas gdy on lekkomyślny młodzieniec nie chce przystąpić z tą, z którą się połączył, którą uwiódł, do ołtarza, aby wobec Kościoła uprawnić swój związek małżeński z nią. Mimo to ten związek jego, choć nie jest ważny wobec prawa, jest jednak ważny wobec Boga, jest prawdziwym wobec Boga i praw natury ludzkiej związkiem małżeńskim, i takowy młodzieniec z żadną inną niewiastą związku małżeńskiego zawrzeć nie może dopóty, dopóki ta, z którą się połączył, którą uwiódł, żyje i wierną mu pozostaje, sama nie zawierając innych związków. Taką należy uważać jako opuszczoną przez męża, a dziecię jej za prawe wobec Boga i Kościoła naszego świętego, tak jak sama natura, sprawiedliwość i prawo Boże wskazuje. Tak samo, gdyby młodzieniec w podobny sposób był zwiedziony przez niewiastę, i ona wyszłaby za innego, nieważnym będzie związek jej, dopóki ten, którego uwiodła, żyje i pozostaje jej wiernym w miłości. Powiedział bowiem Chrystus Pan: „Co tedy Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozłącza”. A złączył Bóg dwoje w jedno ciało wtedy, kiedy przynajmniej jedno z nich miało miłość prawdziwą i nadzieję związku małżeńskiego na zawsze, a nie zamiar chwilowego tylko i cudzołożnego występku.

Oto mi przewrót nie lada! Jesteśmy w czystej krainie utopii. Przypominają się rojenia owego tak głośnego przed stu laty Prospera Enfantin80, założyciela saintsimonizmu81. Jak sobie wyobrazić jakiekolwiek prawo małżeńskie oparte na tych zasadach, na tym jakże wiotkim rozróżnieniu, „czy miłość była prawdziwa” i zamiar związku małżeńskiego istotny, w rzeczy, której stany duszy bywają płynne jak obłoki sunące po niebie? Czy on ją „uwiódł”, czy ona jego, co sobie obiecywali, czy dziecko jest jego, czy była wierną — ileż tu się nastręczy wątpliwości, punktów spornych, faktów i intencji zagrzebanych w głębi sumienia! Cóż za chaos! Jak będą wyglądały księgi stanu cywilnego w gminach rządzących się tym romantycznym kodeksem? Uspakaja nas w tej mierze dalszy ciąg listu pasterskiego:

Przez ten nasz list pasterski przypomnienie w nim zasad Ewangelii Chrystusowej nie polecamy bynajmniej, aby Kapłani nasi, utrzymujący księgi stanu cywilnego, cośkolwiek przeciwko cywilnym prawom państwowym czynili, gdyż do takowych stosować się oni zawsze powinni, dopóki nie będą zreformowane. W sumieniu i życiu kościelnym niech baczą na zasady Ewangelii świętej, któreśmy w niniejszym liście naszym wyłożyli.

Oddychamy z ulgą: przenajświętsze księgi stanu cywilnego pozostaną nienaruszone... Ale niewątpliwie w małych gminach mariawickich, gdzie wszyscy się znają i gdzie życie jest jak pod szklanym kloszem, nakazy moralne, wynikające z tych nowych pojęć, mogą mieć swoje ciśnienie.

Co natomiast posiada bezpośrednie znaczenie — i to bardzo ogólne — to część druga listu. Czytamy:

Ponieważ, wskutek panującego w naszych czasach zepsucia powszechnego często się zdarzają wypadki uwiedzenia panien, zwłaszcza biednego stanu, przez ludzi niesumiennych, i one okrywane hańbą przez nierozumne otoczenie i najczęściej prześladowane przez własną rodzinę, nie mogą znieść przeżywanego ucisku i dopuszczają się niekiedy w rozpaczy samobójstwa lub dzieciobójstwa, czy też poronienia, przeto my postanowiliśmy w imię Boże, według naszej możności, temu złu zaradzić. Polecamy mianowicie, aby przy naszej świątyni w Płocku i wszędzie, we wszystkich naszych parafiach, gdzie pracują nasze Siostry najmilsze, były otwarte żłóbki dla przyjęcia tych małych dziecin bezpłatnie na wychowanie, bez żadnego wynagrodzenia. Nadto polecamy Siostrom najmilszym, aby z owymi biednymi matkami z miłością się obchodziły i takowym wszelkiej pomocy udzielały, a nawet i do domów swych je przyjmowały, gdyby te nieszczęsne, oszukane przez ludzi niedobrych, nawet przez własną rodzinę były nie po ludzku traktowane albo z domu rodzicielskiego wypędzane. Takie bowiem matki z pewnością stokroć są milsze Bogu, niż ci nieludzcy i obłudni ludzie, którzy na nie kamieniem potępienia rzucają...

Tu już jesteśmy na gruncie pozytywnym. Zawsze zresztą konkretne przemiany obyczajowe wyrastają z chimer, z utopii. Zawsze chyba pozostaną chimerą owe idealne małżeństwa skodyfikowane na miłości choćby jednej ze stron (trzeba by tu opracować odpowiednią procedurę rozwodową takich związków wobec Boga, w razie jeżeli miłość z jednej strony czy z obu stron wygasła?), ale uświęcenie idei takiego związku w oczach ludzi, uprawnienie jego owocu, zajęcie się losem nieszczęśliwej, to byłby przewrót o nieobliczalnej doniosłości. Zdjęto piętno hańby z dziewczyny, często pół-dziecka, które uległo najpotężniejszemu instynktowi natury lub najszlachetniejszej potrzebie kochania i wierzenia temu, którego kocha. Zamiast pogardy — współczucie; zamiast kopnięcia nogą — serdeczna pomoc; zamiast więzienia — dom. Zdjęto barbarzyńskie piętno hańby z nieślubnego dziecka. Religia jest tu w swojej pięknej roli; talenty zaś gospodarcze mariawitów pozwalają przypuszczać, że te żłóbki istotnie powstaną i że będą prosperować. I jeżeli, po dziesięciu latach, naszej ohydnej statystyce dzieciobójstw i fabrykantek aniołków gminy tamtejsze przeciwstawią zastęp zdrowo wychowanych i wesołych dzieci; jeżeli naszej gehennie zbrodniarek i prostytutek przeciwstawią zastęp młodych matek, które pozostaną użytecznymi członkami społeczności, wówczas społecznik i prawodawca będą się mieli nad czym zadumać. I z tego punktu widzenia „stację doświadczalną w Płocku” winniśmy śledzić z uwagą.