Pochwała ojcostwa

Pieśń napisana na uczczenie radosnego zdarzenia w rodzinie dyrektora „Zielonego Balonika”, a poprzedzona dwiema strofkami treści ogólnofilozoficznej.

Nuta: Danse du ventre64

Życie ludzkie na pozór

to zwykły kawał,

Lecz on nie jest tak prosty,

jak by się zdawał,

Ledwie się wyznasz na niem,

Jużeś jest starym draniem:

Kiedyś taki rozumny,

Właźże do trumny...

Jednakowo dla wszystkich

świat ten się kręci,

W mózgu zasad przybywa,

a w żyłach rtęci...

Reumatyzmy już łupią,

Coraz bardziej jest głupio,

Czują już nasze kości

Przedsmak wieczności...

Z czymże staniesz przed Stwórcą,

miły Stasinku,

Gdy napełnisz niebiosa

zapachem kminku?

Tam już skończy się blaga,

Rozbiorą cię do naga,

Nikt się tam nie przestraszy

Białych kamaszy...

Na początek spróbujesz

łgać na potęgę;

Wówczas Pan Bóg otworzy

ogromną księgę:

Stanisław Sierosławski —

Odkrycia, wynalazki,

I kobiece ramoty

Każdej soboty...

I Stwórca wyda wyrok

zwięźle i krótko:

Mój Stasinku, właściwie

to jest malutko,

Za to żeś żył tak marnie,

Będziesz cierpiał męczarnie,

Robił numer niedzielny

W prasie piekielnej.

Rozpłacze się Stasinek

jak małe dziecię,

Zacznie bąkać coś z cicha

o kabarecie...

Na to przyskoczą diabły

I po twarzy wybladłej

Lizać go zaczną, przy tem

Głaszcząc kopytem...

Jeden ciągnie za nogę,

drugi za ucho,

Wówczas widząc Stasinek,

że już z nim krucho,

Krzyknie głosem straszliwym:

«Byłem ojcem szczęśliwym!

Sił przelałem ostatek

W siedmioro dziatek!

Jedni czynią swe dzieła

farbą na płótnie,

Inni się nad marmurem

pocą okrutnie,

Lub gdy żądza ich zbierze,

Smarują na papierze,

Aby krew swych męczarni

Sprzedać w księgarni!

Laury takie nie skuszą

duszy mej hardej,

Nie mam dla tych igraszek

nic prócz pogardy,

Ja, z przeproszeniem waszem,

Byłem nowym Fidiaszem,

Rzeźbiłem żywe ludzie

W niemałym trudzie!

Właśnie kwili w kolebce

siódma dziecina,

Poprzysiągłem nie spocząć

niżej tuzina,

Niestety, śmierć zdradziecka

Przerwała wyrób dziecka,

Wydarła mnie, zbyt skora,

Służbie Amora!»

Jeden okrzyk podziwu

w krąg się rozlegnie,

By oglądać herosa

niebo się zbiegnie,

I w wielkiej chwale siędzie

I dumne jego lędźwie

Sławić będą hen z góry

Anielskie chóry.

I w wielkiej chwale siędzie

I płodne jego lędźwie

Sławić będą hen z góry

Anielskie chóry!!

Pisane w r. 1908.

Opowieść dziadkowa o zaginionej hrabinie65

Straśna okropność w Warszawie się stała,

Jak opisuje nasza prasa cała,

Zjadły hrabinę jakieś ludożerce,

Srogie morderce.

Coś upatrzyły sobie te bandyty

Do nieszczęśliwej bezbronnej kobity,

Nic jej nie pomógł bilet pirszej klasy:

Okropne czasy!

Wlazła ci za nią jedna z drugą świnia,

Jak zacznie kurzyć paskudne Wirdżinia,

Za małą chwilę wszytko w kupie spało,

Tak ci śmierdziało!

Dalejże zbóje do onej niebogi,

Bidną hrabinę wywlekli za nogi,

Nos jej skrwawili, podbili jej oka,

Płynie posoka.

Wnet ułatwiwszy sprawę bez hałasu,

Tak po kamieniach wlekły ją do lasu,

Ledwie że czasem który okiem łypie,

Czy jeszcze zipie...

Potem te zbóje znalazły się brzyćko,

Ściągnęły ci z niej do koszuli syćko,

I nie baczęcy na płacze i jęki,

Wzięni na męki.

Takie historie pisały gazety —

Myślałek sobie: szkoda ci kobiety;

Naraz się wielga oschodzi nowina,

Że jest hrabina!

Wszystko się pyta, jak beło w tym lesie?

Beło — nie beło, nikt dziś nie dowie się;

Bo swojej krzywdy ta kobita święta

Nic nie pamięta.

Diabeł nie dońdzie, jak ta sprawa ma się;

Może i prawda, co pisało w „Czasie”,

Że to pewnikiem beł socjalistyczny

Gwałt polityczny...

Pisane w r. 1907.

Pieśń o naszych stolicach i jak je Opatrzność obdzieliła66

«Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie»,

Powiedział niegdyś pewien wielki kpiarz;

A jednak dzisiaj to figlarne zdanie

Powtórzyć musi, kto kraj poznał nasz;

Bo choć poszarpał los polską ziemicę

Lecz wnet się do nas uśmiechnął przez łzy.

Wszak każda nacja jedną ma stolicę,

A my szczęśliwcy mamy ich aż trzy!67

Kraków, Warszawa i nasz Lwów prastary,

Ten beniaminek wszystkich polskich serc,

Naszego ducha wszak to trzy filary,

Naszej kultury tyleż dzielnych twierdz.

Lecz nie dość jeszcze — cóż powiecie na to?

Całemu światu kładąc nas na wzór,

Extra stolicę dał nam Bóg na lato

«Uroczą perłę zakopiańskich gór».

Wnet sprawiedliwość boska dobrze znana

Hojne swe dary równo dzieli nam:

Nam da Feld-mana, Warszawie Rajch-mana,

Hösick na przemian mieszka tu i tam.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .68

Słyną Warszawy «mistyczne wieczory»

I ich subtelny nastrojowy cień;

Lecz mistyczniejsze Kraków ma wybory,

Gdzie głosy zmarłych słychać w biały dzień.

I Lwów ma swoje igraszki natury —

O czarnoksięstwo zakrawa ten gest:

Bierze się kawał zwykłej, mocnej rury

Eccola! dmuchnąć i prezydent jest!

W Warszawie zbytek, szampańskie kolacje,

Płyną rubelki — skąd? gdzie? ani wiesz;

Lwów ma na tydzień jedną defraudację,

Coś więc gotówki liźnie czasem też.

Za to krakowskie mury osławione!

Ilu mieszkańców, tyle w portkach dziur:

U nas się mówi: «pożycz mi koronę»,

Tak jak gdzie indziej mówi się: Bonjour!

Dzięki tej stolic mnogości Ojczyzna

Ma aż trzy rynki na talentów zbyt,

Niejeden z państwa może w duchu przyzna,

Że to ułatwia nam walkę o byt;

Gdzie indziej, kto się na życia krawędzi

Raz jeden potknie — oho! bywaj zdrów!

U nas, choć w jednej stolicy coś zwędzi,

Założyć pismo może w drugiej znów.

Szeroko sięga sława naszych stolic

I cudzoziemców zwabia do nas kwiat;

Płyną podróżni z najdalszych okolic,

Pod polskim niebem każdy spocznie rad.

W niewieścim gronie, wśród miłej zabawy,

Jeśli zapytasz, skąd panienka jest?

Z wszelką pewnością jedna jest z Opawy,

Druga z Czerniowiec lub aus Budapest!

Pisane w r. 1907.

Zur hebung des Fremdenverkehrs6970

(Pieśń poświęcona krajowemu Tow. Turystycznemu)

Pewien gość przejezdny, tęskniąc za niewiastą,

Wyszedł szukać przygód w Krakowie na miasto,

Gościu, gościu miły, gościu, gościu nasz,

Zdaje mi się, że ty coś źle w głowie masz.

Nakłada cylinder i cudne lakierki,

W grubym pularesie szeleszczą papierki,

Stanął przed zwierciadłem, by poprawić strój:

Drżyjcie, Krakowianki, wychodzi na bój!

Elastycznym krokiem obchodzi plantacje71,

Patrzy, komu by tu postawić kolację:

Wyszło wprawdzie z krzaków panienek ze sto,

Lecz zdawały mu się nie dość comme il faut72.

Nieco już nerwowy przebiega ulice,

Coś, gdzieś, kiedyś słyszał o cygar fabryce

Zatem w tamtę stronę szybko zwraca chód,

Patrzy: dobra nasza, jest towaru w bród.

Zajął pod latarnią dogodną pozycję,

Zwraca do dziewczęcia grzeczną propozycję,

Lecz nim jeszcze zdążył w rozmowę się wdać,

Tak ci go «zwołała», że psia jego mać!...

Zwabił do cukierni wreszcie dwie kobietki,

Pannę Salczę z Ryfczą73, polskie midinetki74;

Zjadły czekoladę, po sześć ciastek tyż,

Cóż, kiedy tapen ja, aber sztyken nysz!

Ulice już puste, więc z resztką nadziei,

Pospiesza co żywo na dworzec kolei.

Może tam przynajmniej będzie jakiś ruch:

Cholera, nie miasto, powiada nasz zuch;

Podsuwa się chyłkiem do jakiejś kobity,

Wtem go łapie za kark dama świętej Zyty,

Rozjuszonym głosem krzyczy prosto w twarz:

Katolickich dziewcząt tknąć się ani waż!

Dobryś, mówi sobie, diabli wzięli randkę,

Gdzież ja o tej porze znajdę protestantkę?

Lecz umykać trzeba, to niezbity fakt,

Pójdę do teatru na ostatni akt.

Gość nasz, który zwiedzał cudzoziemskie kraje,

Widywał w teatrach lekkie obyczaje,

Zatem zakupiwszy cukrów cały stos,

Śmiało za kulisy idzie wściubić nos.

Rozpoczyna z lekka wstępną galanterią,

Dama robi na to minę bardzo serio,

Płomień oburzenia bije jej do lic:

U nas, proszę pana, małżeństwo lub nic!

Wypadł gość z teatru, trzęsąc się jak w febrze,

Pędzi do hotelu, o rachunek żebrze;

Aż do Oderbergu łamała go złość:

Tak z Krakowa zniknął jeden dobry gość!!

Pisane w r. 1907.

Dzień p. Esika w Ostendzie75

(na podstawie korespondencji do «Kuriera Warszawskiego» i na wszelką odpowiedzialność autora tychże korespondencji skreślony i pod muzykę podłożony)

Motto:

Des Lebens ungemischte Freude

War doch einem Irdischen zutheil76

Gdy skwar dopieka

Biednego człeka,

Pot po nim ścieka,

Topnieje już,

Gdzież Esik będzie,

Godniej zasiędzie,

Jak nie w Ostendzie,

Królowej mórz...

Uroczy pobyt,

Tłum pięknych kobit,

Wkoło dobrobyt,

Wszystko aż lśni,

Rozkosz przenika

Ciało Esika,

Nóżkami fika,

Ze szczęścia drży.

Pierwsze śniadanko:

Kawusia z pianką,

Przegryza grzanką

I pędzi w cwał

Prosto na plażę,

Gdzie w słońca żarze

Błyszczą miraże

Kobiecych ciał.

Strojna dziewczyna

Kibić przegina,

Luxus-kabina

Rozkoszą tchnie,

Ruchem pantery

Zrzuca jaegery

I gdzie hetery,

Tam Esik mknie.

Barwne półświatki,

Pulchne mężatki,

Obcisłe gatki

Śmieją się doń,

Esik się nurza,

Szczypie w odnóża,

To znów jak burza

Wciąga je w toń.

Lecz dość na dziś z tym,

Na piasku czystym

Jeszcze «mój system»

Przez minut sześć,

Potem swobodnie

Nakłada spodnie

I nim ochłodnie,

Pędzi coś zjeść.

Ostryga tłusta

Wpada mu w usta,

Potem langusta,

Potem chablis:

Otwiera paszczę,

Językiem mlaszcze,

W brzuszek się głaszcze

I dalej ji.

Znikł potraw szereg,

Mały szlumerek,

Potem spacerek

Przez pyszną sień,

Przybił do portu

W cieniach abortu

Co tu komfortu:

Uroczy dzień!

Wychodzi letki

Z cichej klozetki,

Znów na kobietki

Popatrzeć rad,

Z tłumem się miesza,

Gdzie strojna rzesza

Gwarnie pospiesza —

Pięknym jest świat!

Koncert w kurhausie

Esik zdrzymał się,

Budzi go w pauzie

Oklasków szum,

Potem nos wetka,

Kędy ruletka,

Stara kokietka,

Przywabia tłum,

Złoto się toczy,

Wszystko się tłoczy,

Wyłażą oczy,

W piersiach brak tchu —

Lecz Esik nie gra,

Bo niechże przegra,

Dałaby świekra77

Ruletkę mu!

Tak niespożycie

To szczęścia dzicię

Studiuje życie

I jego brud,

Gdy wtem latarnie

Gasną i gwarnie

Wszystko się garnie

Do tinglu78 wrót.

Włazi i Esik

W ten interesik,

Figlarny biesik

Jakiś go prze,

Umoczyć usta

Tam, gdzie rozpusta,

Najskrrrrrytsze gusta

Zgadywać śmie.

Sala stłoczona,

Dyszące łona,

Nagie ramiona

Wśród fraków tła;

Tańczą skłębieni

W ciasnej przestrzeni,

Szampan się pieni,

Muzyka gra.

Dwa biusty śnieżne

Trą się lubieżne,

To znów rozbieżne

Prężą się wstecz —

Płoną oblicza,

Idzie maczicza79,

Zabawa bycza,

Baeczna — prosz paa — rzecz.

Trzęsie się buda,

Pęka obłuda:

Cóż to za uda!

Esik aż drży;

Pyta nieśmiele:

Ma toute belle80,

Rajskie wesele,

Quel est votre prix81?

Spojrzy dziewczyna:

Zamożna mina,

Duża łysina

I nóżki w iks,

«Bez długich krzyków

Dla starych pryków

Dziesięć ludwików

C’est mon prix fixe82».

Nie głupi Esik,

Swój pularesik

Zapina gdziesik,

Ochłonął w mig,

Płaci co żywo

Za małe piwo,

Z miną złośliwą

Za drzwiami znikł.

Wśród nocy chłodnej

Po plaży modnej

Idzie pogodny,

Wolny od burz,

Jeszcze dwie gruszki

Zjadł do poduszki,

Wyciągnął nóżki

I chrapie już!...

Pieśń o stu koronach83

Któż za młodości płochych lat

Nie lubił grywać w bakarata?

Gdy ostatniego wezmą blata,

Ponuro się przedstawia świat.

Właśnie pociągnąć passę masz,

A tu pytają: gdzie pieniądze?

Tak smutnie po ulicach błądzę,

Gdy wtem znajomą widzę twarz!

Przyjacielu, powiadam mu,

Potrzebuję gwałtem koron stu,

Jak tylko trochę odegram się,

Z wdzięcznością oddam je.

Cynicznie tylko rozśmiał się,

Popatrzył na mnie jak na bzika,

W bocznej ulicy szybko znika

I gdzież ja teraz pójdę, gdzie?

Za chwilę szabes, pierwszy zmrok,

Drobnych w kieszeni ani troszkę:

Mniejsza z tym, wołam na dorożkę,

Na Kaźmierz każę pędzić w skok.

Panie Gajer, mówię bez tchu,

Potrzebuję gwałtem koron stu,

Jak tylko trochę odegram się,

Z procentem oddam je.

Popatrzył na mnie bestia Żyd:

Jakie sto? niechże pan ochłodnie;

Jak pan ma sprzedać stare spodnie,

Bierz pan trzy reńskie i sy git.

Przeklęte bydlę, jeszcze drwi!

Rozpaczą na wpół obłąkany

Pędzę do mojej ukochanej,

Z bijącym sercem wchodzę w drzwi.

Ukochana, przybiegłem tu,

Potrzebuję gwałtem koron stu,

Jak tylko trochę odegram się,

Z wdzięcznością oddam je.

Najdroższy, w tobie szczęście me, —

Powiada słodka ta istota —

Chciałabym mieć kopalnię złota,

Każde życzenie spełnić twe,

Lecz koron sto... w tak krótki czas...

Próżno się biedna myśl wytęża...

Ach, wiem już, wiem, poproszę męża,

Właśnie pieniądze ma jak raz!

Drogi mężu, powiada mu,

Potrzebuję zaraz koron stu,

Przyszedł rachunek za suknie dwie,

Więc coś a conto dać chcę.

Takie głosy słyszę przez drzwi,

Naraz zmieszany mąż wypada —

Obie ręce szeroko rozkłada

I na szyję rzuca się mi.

Powiada tak, ściskając mnie:

Przyjacielu, wiesz, jak cię lubię —

Zgrałem się wczoraj do nitki w klubie,

A żonie boję przyznać się;

Wybaw mnie z sytuacji tej

I koron sto pożyczyć chciej,

Jak tylko trochę odegram się,

Z wdzięcznością oddam je.

Patrzę na niego błędny wpół...

To jakiś istny dom wariatów?

I potykając się wśród gratów,

Szybko po schodach zbiegam w dół.

Och, rozpacz mnie ogarnia już —

Noc już zapada, czas ucieka:

Niezapłacony fiakier84 czeka,

O szóstkę wypadł z pyskiem stróż!

Przyjacielu, powiadam mu,

Idę właśnie szukać koron stu,

Jak tylko znajdę pieniądze te,

Dam ci szóstki aż dwie.

Fiakrowi robiąc pański gest,

W krąg objechałem całe miasto;

Dawałem procent dwieście za sto,

Wszędzie mi mówią: zastaw jest?

Moi państwo, przyszedłem tu,

Potrzebuję na fiakra koron dwu,

Jak tylko trochę odegram się,

Z wdzięcznością oddam je!

Opowieść dziadkowa o cudach jasnogórskich85

Niekze to syćkie pierony zatrzasnom:

Wybrał się dziadek aż pod Górę Jasnom,

Myślał, że grosik uzbira, tymczasem

Wrócił ciupasem.

Tego widoku dożył dziadek stary,

W całem klasztorze nic, jeno dziandary,

Sytkie osoby duchowne a święte

Pod klucz zamkniente.

Dziwne tu rzeczy bajom sobie ludy,

Że się tam działy straśne jakieś cudy:

Niby że ojce porobieły świeństwa

Gwoli męczeństwa.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Żył jeden z drugim piknie bez turbacji,

Świątek czy piątek, przy godny86 kolacji,

Bluźnił Imieniu Tego, co go stworzył

I cudzołożył.

Jeden nagorszy — patrzcie wymyśnika!

Chował pod sobą w sofie nieboszczyka,

Że jak bez tego na ty sofie grzeszy,

To go nie cieszy.

Przeor też, mówiom, jucha jest morowa,

Ponoś co tydzień ziżdżał do Krakowa,

Jako że tu miał śtyry konkubiny,

Same hrabiny.

Co jaki grosik na tacke się wśliźnie,

To go dzieliły ojce po starszyźnie,

A zaś do skarbca każdy za swe grzychy

Miał dwa wytrychy.

Jak przyszło Księdzu dla dobra klasztoru

Zatłamsić kogo, to mu bez jankoru87

Póki ta zipie, własną dłonią leje

Świente oleje.

Codziennie rano, nabożnym zwyczajem,

Spowiadały się ojcaszki nawzajem,

By chtóry trafił, jak przyńdzie potrzeba,

Prosto do nieba.

Różnie dopuszcza Bóg w mądrości swojej,

Ale to jakoś bardzo nie przystoi,

Iżby siedziały w takiem świentem gronie

Same Pochronie.

Mnie złość już bierze, chociek dziadek świecki,

Cóż ta dopiro w grobie Xiądz Kordecki88:

Musi go skręca od straśnej tertury

Zadkiem do góry.

Kogo Bóg kocha, tego i doświadcza,

Więc choć zgrzyszyła ręka świętokradcza,

Módlmy się, bracia, by nasz zakon miły

Znów porósł w siły.

Iżby zapomniał Bóg o swy boleści,

Trza mszów zakupić dziennie choć z czterdzieści:

Niech więc na tacke co ta chtóry może

Rzuci w klasztorze.

Piosenka sentymentalna, której jednak nie trzeba brać zanadto serio89

Do * * *

Czy pamiętasz jeszcze te wiośniane dni

Pierwszego twych zmysłów dziewczęcych rozkwitu?

Może o nich czasem serce twoje śni,

Kto wie, może we śnie omdlewa z zachwytu?

A gdy cię owładnie wspomnień tęsknych szał,

Może czasem marzysz o cichej sielance,

Gdym z ust wpół-dziecięcych pierwszy uścisk brał

W jakiejś ogrodowej ustronnej altance...

Może czasem wspomnisz słodkie chwile, gdym

Uczył pierwszych pieszczot twe nieśmiałe rączki,

Kiedym się upijał pierwszym dreszczem twym,

Młodziutkiego ciała gdym rozwijał pączki...

Dziś ty w pełnej krasie, jak dojrzały kłos,

Innym dajesz szczęście na twej piersi białej,

(Kłos nie ma piersi? To nic nie szkodzi, proszę nie przeszkadzać!)

Mnie w inne ramiona rzucił dobry los,

Dziś u moich kolan igra synek mały...

Gdy to dziecko dojdzie już chłopięcych lat,

Kiedy na nie przyjdzie czas wiosennych rojeń,

Wówczas twej piękności na wpół zwiędły kwiat

Dyszeć będzie czarem ostatnich upojeń;

Ocal biedne dziecię od miłosnych mąk,

Niech je twoja dobroć do siebie przygarnie,

Niechaj pierwszą słodycz weźmie z twoich rąk,

Niech nie zna, co pragnień młodzieńczych męczarnie.

Niechaj na nie spłynie dawna tkliwość twa,

Ono da ci w zamian pieszczot swych pierwiosnki,

Chciej być tym dla niego, czym dla ciebie ja —

Niech się ozwie echo dawnej, cudnej piosnki...

Joie de vivre9091

pieśń ku pokrzepieniu serc

Wszystko dziś biada: «lepiej wcale nie żyć»

I pesymizmu słychać zewsząd jęk:

A jednak, państwo, zechciejcie mi wierzyć,

Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk;

Umieć je cenić, to pierwsza zaleta,

Nie żądać więcej, niż nam może dać:

Wówczas, braciszku, jak mówi poeta,

Garściami rozkosz zewsząd będziesz brać!

Choć wszystko wezmą ci losy przeciwne,

Pociechę pewną zesłał dobry Bóg:

To — że tak powiem — szczęście negatywne,

Tego nie wydrze ci najsroższy wróg;

Gdyś tego szczęścia przeniknął sekreta,

Pogodny idziesz wśród gromów i burz,

Gdzie nogą stąpisz — jak mówi poeta —

Wszędzie ci życie kwitnie wieńcem z róż!

Wszędzie radości znajdziesz nowe źródło

I do rozpuku śmiejesz się raz w raz;

Patrzysz, jak grzebią jakieś stare pudło,

Pomyślisz sobie: na mnie jeszcze czas!

Przystaniesz sobie za trumienką z boku,

Posłuchasz śpiewu i żałobnych mów,

Dziewczątko małe uszczypniesz gdzieś w tłoku,

Już się od dawna tak nie czułeś... zdrów.

Wyjdziesz na miasto dla użycia ruchu,

Z daleka widzisz jakieś twarze dwie:

To Rydel komuś wierci dziurę w brzuchu,

Pomyślisz sobie: dobrze, że nie mnie!

Niedługo szukasz za nową podnietą —

Na «Warszawskiego» do kawiarni idź:

Przeczytasz sobie Hösicka felieton,

No i sam powiedz: czy nie warto żyć?

W zimowy wieczór spieszysz do teatru,

W fotelik miękki rozkosznie się wtul:

Ciepło, zacisznie, ni śniegu, ni wiatru,

Tragedii sobie wysłuchasz jak król!

Z piątego aktu prosto na kolację,

W gazetce znowu jest nowinek dość:

Tu masz bankructwo, tam znów licytację,

Z trzeciego piętra zleciał jakiś gość!

Tak sobie chodzisz wesoły jak ptaszek,

Radosną wszędzie życia widzisz twarz;

Wreszcie znużony i syt już igraszek

Wracasz do domu: własny kluczyk masz;

Słychać szmer jakiś: zaglądasz przez szparkę:

I jak tu człowiek się nie cieszyć ma — ?

Tam ktoś... ten... tego... właśnie twą kucharkę.

Pomyślisz sobie: dobrze, że nie ja!

Śmiejesz się błogo przed zamknięciem powiek

I dziękczynienia czynisz korny gest —

Byle chciał tylko, znajdzie szczęście człowiek,

Nie ma co mówić: dobrze jest, jak jest!

Więc choć świat biada: «lepiej wcale nie żyć»

I pesymizmu słychać zewsząd jęk,

Najmilsi bracia, zechciejcie mi wierzyć,

Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk!!

Głos rozjemczy w sprawie pana Wilhelma Feldmana contra Rosner, Żuławski, Tetmajer etc. etc.92

Skonfiskowane

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pełna wrzasku ziemia polska

Oj oj oj

Pełna wrzasku ziemia polska

Od Czikago do Tobolska

Oj oj oj

Za cóż nas tak karzesz, Panie,

Oj oj oj

Za cóż nas tak karzesz, Panie,

Przez rok słyszym o Feldmanie93

Oj oj oj

Rosner pierwszy śmignął batem

Oj oj oj

Rosner pierwszy śmignął batem,

Chociaż tylko jest hofratem94

Oj oj oj

Wykazał — herezja czysta!

Oj oj oj

Wykazał — herezja czysta! —

Że Feldman — żaden Monista

Oj oj oj

Mówił, że u niego we łbie

Oj oj oj

Mówił, że u niego we łbie

Nie Olbrzymy ale — kiełbie

Oj oj oj

«Jak pan szmi? Gewałt! Rabacja!

Oj oj oj

Jak pan szmi? Gewałt! Rabacja!

To jest prosta denuncjacja!

Oj oj oj

My z Wyspiańskim to dwa braczie

Oj oj oj

My z Wyspiańskim to dwa braczie,

Zrozumiano? ti... hofraczie!»

Oj oj oj

Krzyknął Jerzy w wielkiej furii

Oj oj oj

Krzyknął Jerzy w wielkiej furii,

Niby poseł z piątej kurii

Oj oj oj

«Ja ci, p....u, skórę zedrę

Oj oj oj

Ja ci, p....u, skórę zedrę,

Z Wyspiańskiego robisz Fredrę

Oj oj oj

Uczysz naród, że Słowacki

Oj oj oj

Uczysz naród, że Słowacki

Bez podpisu jest pod placki.»

Oj oj oj

«— Pilnuj pan swoje papiery

Oj oj oj

— Pilnuj pan swoje papiery,

Pan piszesz — same premiery!»

Oj oj oj

Zabrał głos pan Kaźmierz Przerwa

Oj oj oj

Zabrał głos pan Kaźmierz Przerwa

I przemówił jak Minerwa:

Oj oj oj

«Bardzo przykry to wypadek

Oj oj oj

Bardzo przykry to wypadek

Trącać kogoś nogą w plecy

Oj oj oj

Jeszcze przykrzej, oczywiście

Oj oj oj

Jeszcze przykrzej, oczywiście,

Czynić to w otwartym liście

Oj oj oj

Lecz gdy mi tak popadł w ręce,

Oj oj oj

Lecz gdy mi tak popadł w ręce,

To już chyba się poświęcę

Oj oj oj

Powiedz, ojczyzno, quousque95

Oj oj oj

Powiedz, ojczyzno, quousque

Będziemy cierpieć tę pl..... ...?»

Oj oj oj

Wnet znaleźli się obrońce,

Oj oj oj

Wnet znaleźli się obrońce,

Trudno — Feldman ma dwa końce

Oj oj oj

Mówią przeto: wszystko racja

Oj oj oj

Mówią przeto: wszystko racja

Ale gdzież asymilacja — ?

Oj oj oj

Wszak to dla nas (sam pan powiedz)

Oj oj oj

Wszak to dla nas (sam pan powiedz)

Drugi Berek Joselowic!

Oj oj oj

Ach! potnijcież go na ćwierci,

Oj oj oj

Ach! potnijcież go na ćwierci,

Życzę mu walecznej śmierci

Oj oj oj

W bohaterstwa świetnej glorii

Oj oj oj

W bohaterstwa świetnej glorii

Niech już przejdzie do historii

Oj oj oj

Może kiedyś w tej stolicy

Oj oj oj

Może kiedyś w tej stolicy

Też doczeka się ulicy

Oj oj oj

Będziem jeździć do hetery

Oj oj oj

Będziem jeździć do hetery — (pst! fiakier!)

Feldmana, czterdzieści cztery

Oj oj oj!

Pisane w r. 1909.

Kilka słów w obronie świętości małżeństwa96

Dziwny jakiś w pojęciach

szerzy się zamęt,

Czy małżeństwo to kpiny,

czy też sakrament?

Jakaś zaraza padła

Na wszystkie nasze stadła,

Zamiast siedzieć spokojnie,

Wszystko dziś w wojnie.

Dawniej, kto się raz złączył

w bożym przybytku,

Wiedział, że ma do śmierci

trwać w swym korytku,

Rozumiał, że ten związek

To twardy obowiązek,

Dwie dusze w jednym ciele,

Flaki w niedzielę.

Co Bóg komu przeznaczył,

brano w pokorze,

Nikt nie robił grymasów,

że tak nie może.

Cel przyświecał im wzniosły,

Dziatki ku górze rosły,

No i tak się tam żyło,

Jakoś to było.

Jakież dziś społeczeństwa

przyszłość ma szanse,

Skoro ludzie z małżeństwa

czynią romanse?

Dziś czy prosty, czy krzywy,

Każdy chce być... szczęśliwy!

A to czysta wariacja

Ta demokracja!

Wszędzie dziś do narzekań

widać tendencję,

Wszędzie skargi na mężów

imp... ertynencję,

Trudno, mój miły Boże!

Każdy robi co może:

Wszakże nie jest nikt z panów

Pułkiem ułanów...

Ówdzie znów mąż stroskany

krzyczy: o rety!

Jak to, ja mam żyć z gęsią

zamiast kobiety?

Są i takie wypadki,

Fakt znów nie jest tak rzadki,

Spojrzyj pan po tej rzeszy,

To cię pocieszy.

Tam znów młode dziewczątko

wprost od ołtarzy

Staje w progu sypialni

z powagą w twarzy,

Zapowiada ci ostro,

Że chce być tylko siostrą...

(Moja miła pieszczotko,

Bądźże choć ciotką!)

Wszystko dziś rozwodami

sobie urąga

Separacją od stołu,

no i szezlonga:

Łączą się parki lube

Z sobą niby na próbę,

Nim nie znajdzie się czego

Przyzwoitszego...

Gdy więc takie dziś macie

kapryśne gusty,

Nie mieszajcież kościoła

do tej rozpusty,

Kto ma interes pilny,

Niech bierze ślub cywilny,

Skojarzy młodą parę

Prezydent Sare97.

Pisane w r. 1909.

Piosenka w stylu klasycznym9899

Gdy twej miłości kwiat już zwiądł,

Nim w kraj daleki pójdę stąd,

O mój aniele,

W rozstania smutnej chwili tej

Wysłuchać mojej prośby chciej:

To tak niewiele!

Sentymentalnych zaklęć słów

Nie lękaj się usłyszeć znów,

Ani rozpaczy,

Nie będę budził dawnych mar:

Wszak musiał prysnąć szczęścia czar

Tak, lub inaczej..

Na wieki pomnieć będę ten

O twej miłości cudny sen,

Upojeń tyle,

Lecz nim me serce strącisz w grrrrrrrób —

Ach, pozwól zostać u twych stóp

Jeszcze choć chwilę!

Nim pójdę cicho i bez skarg,

Scałować pozwól z twoich warg

Ten wdzięk dziewczęcy —

Niech twoich ust niestarty ślad

Na ustach mych uniosę w świat,

Nie pragnę więcej...

W twych sukniach pozwól twarz mi skryć

I choć przez chwilę jeszcze żyć

Szczęścia wspomnieniem,

Gdy pieszczot mych palący szał

Twych zmysłów szukał, aż się stał —

Wspólnym westchnieniem...

Twą głowę pochyl na mą skroń

I włosów twych drażniąca woń

Niech mnie upoi:

Po raz ostatni jeszcze niech

Usłyszę spazmatyczny śmiech

Rozkoszy twojej...

Wysłuchaj zatem prośby mej,

Wszak trudno chyba żądać mniej,

Bardziej nieśmiało,

Niech dawnych wzruszeń słodka moc

Odżyje choć na jedną noc,

Wszak to tak mało...

Zielony Balonik — Muzeum Narodowemu

hołd jubileuszowy, połączony z ukonstytuowaniem sal Jana Michalika jako XXII-ej filii tegoż Muzeum

Nuta: La Mattchiche100

Dość było w Polsce gratów

Od antenatów,

Lecz się walały w kątku

Tak bez porządku —

Ażeśmy zbrzydli Bogu

Bez katalogu,

Więc zesłał nową erę,

Dał nam Koperę.

Dyrektor nie dla formy

Wszczyna reformy,

Sprężysty chociaż słodki

Zmienia gablotki,

Heblują się deszczułki

Na nowe półki,

W wielki dzwon bije On

Sztuce polskiej wznosi tron.

Najwięcej pożarł cyfer

Sam kaloryfer,

Pozycja też nie cienka

Schludna łazienka;

Jest wszystko od A do Zet:

Angielski klozet;

Są także, z ludzkiej łaski,

Jakieś obrazki.

Z demonstracjami i projekcjami świetlnymi.

Są skarby w tej kolekcji

Na wszystkie gusta:

Jest urna aż z elekcji

Króla Augusta;

Choć inni znawcy sądzą

(Może i błądzą),

Że ją miał Leszek biały,

Kiedy był mały.

Są różne fotografie

I etnografie,

Kamienie, co przetrwały

Z lat dawnej chwały;

Są bijące zegary,

Cenne puchary,

Co kto ma, niechaj da,

Niech skarbnica rośnie ta.

Śpiewajmy więc Te Deum:

Mamy Muzeum,

Co już ćwierć wieku całe

Porasta w chwałę;

Dziś doszło do zenitu

Swojego bytu:

Dalej więc, wznieśmy krzyk

Na zdrowie mu — A... a psik!

Słowiański świat

Dziś krzyczy mu: wiwat!

Niech nam sto lat

Do grata zbiera grat!

Więc schodzą bratnie nacje

Się na kolację:

Jedzą pieczeń cielęcą,

Dzień wielki święcą;

Muzyka rżnie od ucha

Z Wesołej wdówki,

Radcy pchają do brzucha

I kropią mówki.

Potem wydaje festyn

Czynciel Celestyn

Na wiekopomnym dachu

Swojego gmachu,

A w końcu Jan Michalik

Wyprawia balik:

Swoich sal wręcza klucz,

Łzy mu słodkie ciekną z ócz.

— Ten pokój pan opustosz:

Tu będzie kustosz;

Tam w sieni będzie stało

Dwóch woźnych z pałą;

Trochę się to zagraci,

Czechów sie sprosi,

Potem Szukiewicz Maciej

Odczyt wygłosi.

Więc wznieśmy krzyk:

Niech żyje Michalik!

Handelek znikł,

A filia wstaje w mig...

Po filii filia rośnie

Jak długi Kraków;

Witają je radośnie

Serca Polaków:

Aż ta stolica cała

Wreszcie się stała

Z rozkwitem nowej ery

Filią Kopery.

Przechodniów już nie straszy

Policjant groźny,

Stolicy strzeże naszej

Uprzejmy woźny:

Prezydent abdykuje,

Rządy sprawuje

Przebrany Pagaczewski

W mundur niebieski.

I — Boże daj,

Przemieni cały kraj

W antyków raj.

Jemu w to tylko graj!

Więc pierś okrzykiem wzbiera:

Wiwat Kopera!

Niech długo nam gromadzi,

Spisuje, ładzi,

Skupuje, segreguje,

Kataloguje,

A gdy kto, za lat sto,

Znów odwiedzi cudo to:

Z demonstracjami i projekcjami świetlnymi!! Sensacyjnie!!

Dyrektor z twarzą słodką

Prowadzi gości,

Gdzie wiszą za gablotką

Malarzy kości;

Ostatnie to zabytki

Tej rasy brzydkiej.

Z głodu zdechł — trudno, ech!

Taki widać miał już pech!

Śpiewajmy więc Te Deum:

Mamy Muzeum!

Niech znów przez wieki całe

Porasta w chwałę;

Obrazów zakupami

Niech się nie splami,

A dojdzie do zenitu

Swego rozkwitu!

I cały świat

Wykrzyknie mu: wiwat!

Niech setki lat

Do grata zbiera grat!

Pisane w r. 1909.