Kolonia
Miałem ochotę mówić o kolonii polskiej w Paryżu, ale spostrzegam, że o tym trzeba by napisać nie felieton, ale książkę. I taką książkę o polskim Paryżu, jego historię, geografię, filozofię powinien by ktoś napisać. Wszak od stu lat Paryż odgrywa taką rolę w naszym życiu. To jedno z większych polskich miast, jeżeli oceniać miarą skupienia energii duchowej. Ileż najrozmaitszych nawarstwień, ileż kształtów polskości. Całe pokolenia emigrantów, sfrancuziałe, skrzyżowane w najrozmaitszym stopniu; Polacy wrośnięci w Paryż, pracujący w jego warsztatach, naturalizowani formalnie lub faktycznie; wreszcie ta masa elementu napływowego, bądź wżytego mniej lub więcej w miasto, bądź koczującego niejako eksterytorialnie, artyści, dyplomaci (z teką lub bez), korespondenci, dziennikarze, szlifibruki, łaziki, studenci, studentki. Nie najmniej kolorytu nadaje polskiej kolonii masa ludzi, którzy tkwią tu nie wiadomo po co, dla których Paryż stał się nałogiem, koniecznością, i którzy żyją tu jakimś półżyciem cieniów, nie zasymilowani z Paryżem, niezdolni żyć już w kraju.
Czasem pomiędzy nimi a Paryżem staje szczególna zapora: język. Dość częsty objaw. Kto przyjedzie tu, nie znając języka, ma wielkie szanse, aby go nie poznać. Żyje w „kolonii”, styka się z samymi Polakami, w kawiarni płaci rachunek na migi lub mówi: Garsone, mua payé; kino i Jockey nie wymagają francuszczyzny... Bywają tacy po kilkuletnim pobycie w Paryżu. Opowiadano mi niegdyś o malarzu, który przez trzy lata co rano wchodził do tej samej piekarni, mówił fin de siècle, dawano mu bocheneczek żytniego chleba (pain de seigle), i nigdy nie dowiedział się, że te słowa znaczą co innego. Takich jest dużo więcej, niż się przypuszcza, i ci właśnie, skazani na ciągłe współżycie z ziomkami, tworzą poniekąd jądro kolonii. To nadaje życiu polskiemu w Paryżu oryginalne zabarwienie małego miasteczka, zaszczepionego na olbrzymim mieście. Plotki, kłótnie, intrygi na tle teatrów amatorskich, w których grywa się Szczęście Frania albo Posażną jedynaczkę, oto dola, dla której wielu przymiera tu głodem i marnuje teraźniejszość i przyszłość. Duża ilość skrachowanych egzystencji, które tu się chronią, też nadaje „kolonii” swoistą fizjognomię. Bądź co bądź i ta gromadka jest wcale ciekawa; co człowiek, to typ, to cała historia, żywa tajemnica, której odcyfrowanie wymagałoby spojrzenia jakiegoś Balzaka. Są stoliki w kawiarni na Montparnasse, które robią wrażenie ludzkich cmentarzy.
Zajmującym studium literackim byłoby także wydobyć Paryż odbijający się w naszej literaturze. Ten tak ciekawy i żywy opis Paryża u Prusa, który nigdy w Paryżu nie był i który cierpiał na „chorobę przestrzeni” (stąd ten paniczny lęk mocarza Wokulskiego w jasne południe na placu Opery), Paryż-dżungla Żeromskiego, podziemny Paryż Zapolskiej, i tyle innych Paryżów u naszych pisarzy.
Dziwna rzecz, jak u nas pozwala się spływać wszystkiemu bez śladu, jak mało jest potrzeby utrwalania życia! Życie jest, zdaje się, za szczere dla naszego nawyku zakłamywania wszystkiego; dlatego nie wypracowaliśmy techniki chwytania go na gorącym uczynku. Czy nikt nie napisze biografii tak ciekawej figury, tak zrośniętej z paryskim brukiem, jak Wincenty Brzozowski (Vincent de Corab), poety, który jeszcze tak niedawno temu był żywą legendą, który spędzał lata na wędrówkach między Paryżem a Syrią, żył nie wiadomo z czego, to pracował w fabrykach jako robotnik, to usługiwał w Paryżu jako kelner w prywatnej jadłodajni, prowadzonej przez żonę jednego z naszych artystów, po czym siadał ze stołownikami do pokera, — tworząc wśród tego nieliczne wiersze po polsku lub po francusku, uwodziciel wdów i sierot, zażyły w świecie paryskich apaszów i dziewcząt, którym deklamował Verlaine’a.
Ten najszlachetniejszej rasy cygan życiem wypowiadał się pełniej niż literaturą, dlatego szkoda, by jego życie przepadło bez śladu. Osobiście zetknąłem się z nim ledwie parę razy w Krakowie, dawno temu; pamiętam wieczór spędzony razem w kawiarni, kiedy ten łazik z dość plugawą brodą, otoczony famą „niebezpiecznego człowieka”, tłumaczył mi z zapałem piękności... Racine’a. Kiedy później czytałem L’homme qui assassina Farrère’a i ów bardzo zabawny komentarz „Polaka” Cernuwicza do Bajazeta, zawsze mi się przypominała owa gawęda z Brzozowskim.
Tę zdolność i potrzebę utrwalenia życia posiadają Francuzi w wysokim stopniu. Wspominałem o świeżej książce Francis Carco De Montmartre au Quartier latin: już tam ma swoją historię czy swoją legendę Zborowski, tak dobrze znany w paryskiej kolonii, i ów heroizm ubóstwienia, jakim otaczał malarza Modiglianiego, wówczas mrącego z głodu, po śmierci kupowanego na wagę złota:
„...Kiedy się zaszło do Zborowskiego, biegł kupić świecę i, osadziwszy ją w butelce, wprowadzał gościa do ciasnego pokoiku bez mebli, nagiego, nędznego, gdzie w kącie obrazy malarza tworzyły istną kupę. Przy blasku świecy Zborowski pokazywał swoje cuda, pieszcząc je miłośnie ręką i oczyma, po czym mówił w uniesieniu, przeklinając los, który ciążył nad „Modim” i plując z obrzydzenia. Im więcej się ciskał, tym obficiej słowa przypływały mu do ust dla wyrażenia wielkiego wspaniałego zachwytu wobec tych nagich ciał, tych postaci, tych portretów malowanych bez najmniejszej troski o„szkołę”, bardzo czystych, olśniewających, w których odbijała się dusza malarza i jego sztuka.
— Co za poezja! rozpływał się Zborowski.
Przystawał, znów chodził i nagle wykrzykiwał:
— Tak, kiedyś zaniosłem piętnaście płócien handlarzowi i chciałem za wszystko tylko troszkę pieniędzy... Och, bardzo mało... żeby dać Modiglianiemu... i kupiec nie chciał... powiedział mi: „Zabierz to pan... nie kupię... Czemu? Byłbym mu oddał tych piętnaście płócien darmo, gdyby mu się bodaj podobały. Ale nie... I żaden nie chce... Żaden... Cóż za idioci... Nie przyzwyczaili się jeszcze... ale zobaczy pan... później... nawet nie później... bardzo prędko... będą płacili bardzo drogo za te płótna, których dziś nie chcą...
— Więc dobrze, rzekłem, niech mi pan sprzeda ten akt, dobrze?
— Podoba się panu?
Zborowski wydał krzyk radości, poczym, zbliżając świecę: Patrz pan! wykrzyknął, jak to cudownie malowane... jakie to żywe... Och! cudowne!... Prawda, cudowne?
Panu nie sprzedam, zadecydował, daruję to panu... ma pan... daję panu... bo pan to kocha... — A pieniądze dla Modiglianiego? — Nie... niech pan weźmie, jestem kontent, że się panu podoba... Nie mówmy o pieniądzach. Niech się pan o to nie troszczy... Jutro przyjdzie tu człowiek który ma kupić ubrania... Da mi dwadzieścia franków... to wystarczy...”
I następuje opis cudów poświęcenia, jakich dokazywał Zborowski, aby zdobywać dla przyjaciela nędzne środki do życia, i śmierć malarza, i jego tryumf pośmiertny.
Mógłby powiedzieć dużo o całej minionej epoce polskiego Paryża taki Jan Mieczysławski, poeta, przyjaciel Moreasa; żywą historią polskiego Paryża jest Antoni Potocki, jeden z najdawniejszych Paryżan, który im dłużej siedzi w Paryżu, tym bardziej nabiera polskiego typu i staje się podobnym do mickiewiczowskiego „Maćka nad Maćkami”, godzącego nieraz emigracyjne swary i kwasy energicznym: „A głupi! A głupi!” Pyszna figura! Dawno, dawno temu, za studenckich czasów, bywałem u niego w mieszkanku przy ulicy Campagne première: pokój zawalony papierami, Antoś na spirytusowej maszynce robi czarną jak smoła herbatę. W ćwierć wieku potem pytam o jego adres: hotel Chatham. Bagatela, myślę sobie, ależ zaawansował. Wjeżdżam windą na najwyższe piętro wspaniałego hotelu tuż koło bulwarów, wchodzę do pokoiku, skąd przez balkon obejmuje się okiem ocean dachów Paryża, pokój spiętrzony pod sufit papierami, a przy stole siedzi Antoś i gotuje na studenckiej maszynce (może to ta sama?) herbatę. — To na to ci trzeba Chathamu? mówię. Ale telefon przy łóżku, na dole książęcy hall do przyjęć: reprezentacja! I zawsze otoczony jakąś młodzieżą, która go uwielbia, jakimiś pół-Francuzami którzy przy nim polaczeją, gołymi malarzami, którym przez swoje stosunki pomaga coś sprzedać, zawsze pełen projektów, entuzjazmów, zna Paryż jak swoją kieszeń, od modnej restauracji aż do pokątnego muzeum, i kocha Francuzów i Francję miłością bez złudzeń. Świetny causeur22, o rozmowie pełnej olśniewających improwizacji, zawsze zachował jakąś młodzieńczą tymczasowość życia, zwrotność zainteresowań. Stare meblarstwo francuskie czy malarstwo angielskie, sprawa polskiej emigracji robotniczej, czynna robota polityczna podczas wojny i w pierwszym wrzątku naszej niepodległości, wszystko po kolei — albo naraz — pochłania go i odciąga od tego, co było głównym powołaniem jednego z najświetniejszych naszych krytyków i eseistów. Mimo usług, jakie Potocki oddaje w Paryżu naszej sprawie, jest to jeden z tych ludzi, których Paryż uwiódł, zagarnął i nie puścił już, z uszczerbkiem dla naszego rodzimego życia. Może by on zechciał spłacić swój dług pisząc, bodaj z żywych wspomnień, monografię polskiego Paryża? Pogodziłby w ten sposób dwie swoje miłości, dwie rywalki, — Paryż i literaturę. A kiedyż wskrzesić dawne szlacheckie gawędziarstwo, jak nie dziś, w epoce radio?