Wciąż plotki

Raz, po jakimś śniadaniu, w kilku Polaków otoczyliśmy kołem de Flersa. Opowiadaliśmy mu o sukcesach jego sztuk w Warszawie, o tym, jak jest dla naszych dyrektorów zawsze niezawodnym pogotowiem ratunkowym, o koncepcie Mariusza Maszyńskiego, który w Królu jako motyw hymnu serdańskiego wprowadził popularny „Wlazł kotek”, wywołując tym efekt nieprzepartego komizmu, etc. Potem rozmowa zeszła jakoś na Balzaka. Flers, który jest bardzo miły gawędziarz, opowiada następującą anegdotę.

Będąc młodym literatem, pracował w jakimś dzienniczku, gdzie było dość krucho z funduszami: jakoż niebawem zredukowano pensje wszystkim współpracownikom. Jeden był tylko, którego nie tknięto: był to niejaki Cerfberr, niepozorny człeczyna w wytartym surducie, wiodący zagadkowe życie. Współpracownicy, poruszeni tą niesprawiedliwością, zapytali wydawcę o powód tego wyróżnienia. — Widzicie, moi drodzy, z tym człowiekiem muszę się liczyć, on ma ogromne stosunki: wciąż tylko mówi o hrabi des Trailles, o księżnej de Cadignan, o baronowej de Nucingen.... Otóż, wszystkie te tytuły, te nazwiska, które budziły w redaktorze zabobonny szacunek, to były figury z... Balzaka. Bo ten Cerfberr żył tylko Balzakiem, był maniakiem Balzaka, i on to, wraz z drugim takim samym, niejakim Christophe, ułożyli ów słynny leksykon balzakowski, zawierający biografię paru tysięcy pojawiających się u Balzaka figur.

Leksykon ten uchodził w literaturze jako curiosum. Ale obecnie młoda amerykanka z Chicago zamierzyła nadbudować jeszcze glorietkę na tym gmachu balzakowskiego pietyzmu pp. Cerfberr i Christophe. Książka miss Ethel Preston pt. Recherches sur la technique de Balzac, poświęcona jest rozpatrzeniu jednego rysu, mianowicie systematycznemu powtarzaniu się postaci w Komedii ludzkiej, w tym sensie, że powtarzające się figury występują bądź same, bądź też jest o nich mowa. Nie ma tego zjawiska w pierwszych utworach; pierwszy raz spotykamy je w Ojcu Goriot, w której to powieści wszystkie prawie główne postacie znane już były czytelnikowi z poprzednich opowiadań Balzaka. Im bardziej Balzac uświadamia sobie swoją koncepcję, tym szerzej i konsekwentniej stosuje tę metodę, jak to wskazuje wykreślona przez miss Preston linia graficzna. Największe skupienie figur balzakowskich widzimy w utworach datujących z pełni jego twórczości: Stracone złudzenia, Blaski i nędze życia kurtyzany (155 osób!).

Z chwilą gdy Balzak uświadomił sobie znaczenie swojej metody, posunął ją jeszcze dalej. Przedrukowując w nowych wydaniach dawne utwory, zastępował dość często pierwotne obojętne nazwiska nazwiskami figur z innych powieści, przygotowując niejako stopienie w jedną całość tworu, który później, w r. 1842, miał otrzymać zbiorowe godło Komedii Ludzkiej. Ta metamorfoza bywa co prawda niekiedy trochę naciągnięta; tak np. przechrzczony Rastignac z Jaszczura (1832) odskakuje nieco tonem od Rastignaca z późniejszych utworów. Sama jednakże myśl i jej przeprowadzenie mają swoje głębokie znaczenie. Dzięki temu powtarzaniu się figur, Komedia Ludzka daje wrażenie żywego społeczeństwa, dzięki niemu każda postać, każda grupka społeczna nabierają swej niezrównanej plastyki. Każda powieść staje się komentarzem do innych, każda pogłębia i rozszerza perspektywy, po jej przeczytaniu inne ujawniają się niejako w nowym świetle. Balzac obracał się w tym świecie z taką swobodą, że ledwie czasem popełniał drobne zewnętrzne omyłki; że jednak nie ma czytelnika, który by miał ten świat przed oczyma z równą wyrazistością, dlatego można czytać Balzaka ciągle i ciągle odkrywać w nim coś nowego.

I tym się też tłumaczy, że książki zdawałoby się tak specjalne, jak ten komentarz miss Preston, znajdują wydawców, pochłaniane przez wiernych balzakistów na obu półkulach.

Druga książka, która pojawiła się przed paru miesiącami, również oświetla poniekąd technikę Balzaka, ale od innej strony: ukazuje nam, ile w jego dziele, które z jednej strony jest ogromem konsekwentnej i wytrwałej myśli, bywało, z drugiej strony, pospiechu, niedbałości, podporządkowania się wymaganiom materialnym. Są to zresztą rzeczy znane miłośnikom Balzaka i należą do tych słabości, które czynią im tego genialnego pisarza tym bliższym i tym bardziej ludzkim. Bo Balzaka kocha się tak, jak Montaigne kochał Paryż: „wraz z jego brodawkami”, jak mówił.

Odszukano mianowicie stary tom, który ukazał się bezimiennie w r. 1832 pt. Contes bruns (Ciemne opowieści, przez Przewróconą głowę, co wyrażała na okładce rycina przedstawiająca istotnie głowę na wywrót). Książeczka ta była utworem zbiorowym, a twórcą kilkunastu z zawartych w niej opowiadań był Balzac, wówczas młody autor. Otóż ten bezimienny zbiorek stał się dla Balzaka niejako lamusem, z którego łupił bez miłosierdzia własne utwory, ilekroć tego zapotrzebował. Nieraz — a zdarzało się to dość często — gdy sprzedał księgarzowi na pniu jakiś tom, którego nie miał czasu w umówionej objętości dostarczyć, brał któreś z „ciemnych” opowiadań o treści makabryczno-sensacyjnej i pakował je dość bezceremonialnie, aby powiększyć rozmiary książki. Wiemy, w jakich warunkach Balzac pracował, wciąż ścigany długami, zobowiązaniami, procesami księgarskimi. Typowym przykładem jest Muza z zaścianka, którą po prostu rozsadzają aż trzy opowiadania włożone pod błahym pozorem w usta zebranych w salonie gości. Drugie studium kobiety również napchane jest tymi zapożyczeniami.

I oto spostrzegam, że stałem się jak ów Cerfberr z anegdoty de Flersa: miałem mówić o wrażeniach paryskich, a opowiadam plotki o figurach z... Balzaka. Ale trudno, pozostańmy już na dziś na tym terenie plotek.

Od dawna tedy dziwiłem się, że dotychczas nie rzuciła się na Balzaka psychoanaliza, która znalazłaby tam obfity pokarm (polecam gorąco tego autora naszym freudystom, mimo że się na mnie gniewają trochę od czasu moich niewinnych „Kurkiewów”). Otóż mamy już pierwszą jaskółkę: pojawiło się we Frankfurter Zeitung psychoanalityczne studium Życie miłosne Balzaka, podpisane „dr. B.” a ustalające u tego pisarza „kompleks matki”. Powieści Kawalerskie gospodarstwo, Lilia w dolinie i tyle innych, w połączeniu z pewnymi rysami biografii pisarza dostarczają silnych argumentów w tej mierze.

Interesującym jest w ostatnich publikacjach udział kobiet poświęcających się studiom balzakowskim. Z dawna jedna z najlepszych prac balzakowskich była pióra kobiety, Genowefy Ruxton (La dilecta de Balzac); obecnie wystąpiły prawie równocześnie dwie miss: miss Floyd i miss Preston. Do mnie niedawno zgłosiła się młoda miss Jarblum z Łodzi, legitymując się listem rekomendacyjnym z Paryża: cóż za okrężna droga z Łodzi do Warszawy! Ciekawe losy pisarza: spowiednik serc kobiecych, który w ciągu życia otrzymał kilkanaście tysięcy listów od kobiet, później odstąpiony przez kobiety mężczyznom jako pisarz na wskróś „męski”, obecnie znów zaczyna wracać do kobiet, ale od innej strony. Owe „niezrozumiane” kobiety, których był pocieszycielem, stały się tymczasem literatkami: i znów Balzac jest ich ucieczką i pociechą, tylko na inny sposób.