I

Tak; w tych ścianach, za którymi piękna

błyskawica jak głóg ostra miota znaki smutnym,

noc trwa ciągła: to jej usta uporczywe zostały na sękach,

to jej palce widzę w deskach czarne jak na płótnie.

Świat odrębny, ach, poznaję: ludzkie

śpiewy śmieszne i zawiłe, lot ptaków, skrzyp studzien,

klaskają bicze nad drogą, którą już nigdy nie pójdę,

drzewa przystają, a kształt ich jakże mi jest znajomy.

Woda opada stromo i znowu barwy jej uczę

oczy me w noc wpatrzone.

Tu roślinność z milczenia wzory rysuje płaskie:

księżyc pośrodku drobny, wokół zielony puch,

stół mój i lustro sine porosło pyłem jak lasem,

dywan kosmaty i ufny jak trawa leży u nóg.

Lecz nad gontem1, lecz nad głową krąży niewidzialny

głaz kosmiczny w bieg rzucony wolą ręki mściwej.

Wiem, że warczy — lecz w tym domu, gdzie puszyste palmy

jak na strunach drżą na cieniu — głos pęka wśród ścian

i opada na me ręce omszałe jak grzyby.