Wołanie senne:

Zapada dzień za nami, nad nami. Ciemność

w spiętrzonych drzewach. Domy niewdzięcznych owija pierścień

nieba zwartego w ciszy. Łuk

światła prędkiego bije jak źródło srebrne nad ziemią;

kruszą się cenne marmury, kolumny gną,

płomień na grzywie spoczął, gruzu nastrugał do nóg,

martwe rośliny i ziemia popiołem struta w tym mieście

i z dala tylko wołanie dziobów zbudzonych znad łąk.

Miłujący trwogę i glinę głowy podnoszą z poduszek.

Pęka spalona ziemia, kości potrąca puste,

martwa szczelina — słuchają — woła kusząco jak uśmiech

formą dla ciała jedyną, ciepłem ze wszystkich najtrwalszym,

ono zapewni różany, bo krwią pojony pęk rózeg,

ciemność jak gwiazdę wygasłą i pamięć śnioną bez czasu.

Więc będzie dzień, który odszedł,

dla wielu dniem pożegnania. Mgły rozwieszone nad nami

nie wiedzą o nas nic zgoła; odległy księżyc i słońce

w innych obszarach kołują, zamkniętych dla nas, nieznanych.

Lecz mówić o nich jak pięknie! Gdy tutaj zachłanny piasek

strute ma ziarna, więc gorzkie — o ziemio mojej ojczyzny!

I ogień broni świecącej w oczy zmrużone nam patrzy —

daruj nam światy piękniejsze, gdy oczom zechcą się przyśnić.