Wołanie ufne:

Jak mało. Jak mało: spokój w obrazach snu

i ręka zdobiąca ciało jak rzeźbiona, lecz krucha.

Tu twardy dzień. Powietrze wciągamy do płuc

spasione krwią, a w kolumnach mężni w pogiętych kolczugach

usta na popiół złożywszy przyjaznych czekają ramion.

Marmur żyłami nabrzmiał — to ziemi pragnącej trud

sypie zieloność, co żywa dzwoni młodziutkim listowiem.

Budzi się mleczny na szybach świt i rozdziela jak anioł

dymy krzyczące pod światło. Już słońce stanęło głodne

nad miastem w chmurach różowych, młodych i wonnych od pól.