Pieśń tryumfującej miłości
— I tyle jedno280 pozostało mi szczęścia na tym bezgranicznym świecie, że mi dano czasem rozmawiać z gwiazdami.
Ja więzień — od całej wieczności lat przykuty do ściany, zmuszony obracać żarna pod biczem krwawiącym moje krzyże —
ja więzień — lichszy od pająków, które wybiegać mogą na słońce, a kiedy zapragną — chowają się w szczelinę ciemną;
od stęchlizny lochów — przegniły; od wyziewu kości niepogrzebanych — zatruty;
ślepiec — nigdy słońca niewidzący; skąpą jałmużną księżycowych promieni, jak upiór, karmiony;
ja, najnędzniejszy z rabów281 — miałem też swoje królewskie, niebotyczne szczęście!
Jest chwila późnego wieczoru, gdy wypędzają nas szeregiem na podwórze, otoczone murem skał i zębatych wieżyc.
I tu, dzwoniąc kajdanami, błąkamy się, niby cienie — a żaden w oczy towarzyszowi spojrzeć nie śmie, aby nie ujrzał własnego odbicia.
Nędzni, którzy spoglądają w niebiosa, jakby proszą przeznaczenia o litość — my, słysząc potem ich łkania nocne i jęki, przekonywamy się, że matką najokrutniejszych tortur jest nadzieja.
Starzy więźniowie kładą się na piasku i bawią się nim, jak dzieci drobne. Przesypując ziarenka, niejednemu zda się, że zaszumiało morze — które niegdyś kołysało jego dumne okręty, a które dzieli go teraz bezmiarem słonych łez od wszystkiego, czym dusza jego żyła —
i z twarzą pokurczoną wsuwa się w ciemny kąt.
Jam był zawsze samotny i urągałem boleściom.
Raz — gdy cienie bastionów były czarniejsze od skrzydeł kruczych — leżałem w pomroce i zapuszczałem sieci swoich szalonych marzeń w ciche odmęty niebiosów, wśród wieczności gwiazd przepływając, zapomniałem, że jakakolwiek bądź ziemia istnieje — i oto usłyszałem dopiero trąbkę trzeciej zmiany strażnicy. Ocknąwszy się, ujrzałem podwórze puste, a wrota kazamatów żelaznymi ryglami zasunione282.
Próbowałem odciągnąć zawory — wiedząc, jak okrutnie karzą opóźnionych — na próżno.
I uspokoiłem się nagle spokojem konieczności. Przechadzając się, spoglądałem na gwiazdy, swobodnie toczące się w bezkresnych przestworach: Orion zawieszony był właśnie na szczycie wieżycy — Aldebaran ostatnie promienie słał mi zza blanku — a siedem gwiazd królowej Bereniki prosto nad moją głową świeciło — siedem gwiazd koronowało moje czoło niewolnika.
W północnym zakącie podwórca skała pionowa odgrażała się olbrzymią maczugą niebiosom.
Nie było podobieństwa wedrzeć się na nią ludziom — ale ja po zrębach wąziutkich piąłem się coraz wyżej, aż naglem283 uderzył głową o wykrot...
Kres tu mojej wędrówki ku gwiazdom!...
Z rozpaczą przycisnąłem się do zimnej skały, jakby próbując rozeprzeć swoją tęsknotą —
a wtem stała się rzecz boska.
Srebrzysta melodia rozperliła się niby słowiki w noc majową — z tajemniczych oddali płynie gondola cudownej, brylantowej pieśni.
O gwiazdy — jedyne powiernice mojej duszy — nigdy potężniej huragan miłości nie uderzył w pierś niewolnika!
Wyciągnąłem ręce — i, chwyciwszy jakąś wizję oparcia, rozkołysałem ciało swoje i, kręgiem je zatoczywszy — przerzuciłem w górę; czepiając się, biegłem po skalistych zrębach, jak łasica, aż na szczyt.
Rozkoszy bezgraniczna!
W różowych blaskach wschodzącego księżyca rozciągnęły się fiolety kamienistej pustyni — śnieżne wierzchołki gór, niby śniące sarkofagi a w dole, głęboko, u stóp moich — mauretański ogród;
w pozłotach migocą czarne koronki cyprysów — eukaliptusy, niby ogromne srebrne widma — palmy, kraszące się bukietami mrocznych piór — kaktusy, jako węże zasłuchane we fletnię, naprężone i groźne. Alkazar284 purpurowieje przepychem rodyjskich marmurów, na tarasie w złote arabeski rzeźbionym, rozświetlonym setkami ukrytych płomieni, stoi ona —
Wyciągnęła ręce na spotkanie —
oczy nasze stopiły się w jedno słońce upojenia — a z palców jej wybiegła skrzydlata,
wiekuista — święta — niewysłowiona — pieśń tryumfującej miłości.
Pani moja! dzieciątko moje! królewno!
O jakże słodkie są łzy szczęścia — jakże serce boli od rozkoszy!
Nie ma przepaści tak głębokich, aby nas rozdzieliły, nie ma łańcuchów, których bym nie zerwał.
Przylecę do ciebie, serce moje — z tęsknoty uplotę skrzydła Cherubimów, talizmanem siedmiu gwiazd rozświecę bezdenne mroki mego losu i odnajdę cię, serce moje...
Ponad szczyty gór najwyższych wzlecimy i stamtąd pokażę ci królestwa świata — i zważymy je — a poznawszy, że są jako popiół marne — odlecimy do rodzinnej ziemi gwiazd.
Ja — Ty — i Wiara nasza — Trójca nierozdzielna — nieskończony rozpęd miłości, świetlącej się ponad chaosem niebytu — Adonai!...
Z bezmierną miłością, trzymając ją w objęciach, leciałem, jak Demon, ponad wszechświatami —
jak Demon, którego niegdyś jedna kropla bólu mogła roztopić żelazo — a spojrzenie rezygnacji, rzucone w niebiosa, zatruwało je na wieki świętym wybrańcom i aniołom —
teraz — roztopiony w szczęściu, jako obłok w zorzy porannej, cichy — jako sen kwiatów lub muzyka gwiazd, radosny — jako zwiastowanie słońca w noc polarną, płynąłem w krainy marzeń, jakich nie ma na ziemi —
i tworzyłem światy wizji, jakich nie było nigdy w raju.
Bądźże ty mi błogosławiona, każdą łzą moją przemieniona w tęczę, o Sawitri285, królewno moja, dzieciątko moje!...
Złota mogiła księżyca podniosła się do zenitu — cienie drzew skurczyły się i do pniów przypadły — lekki wiaterek morski musnął świeżym aromatem wierzchołki jodeł, jakby szepcąc, że słońce nadchodzi i ona jakby się ocknęła —
skinęła harfą, abym odszedł; gdym się wzbraniał, ręce do piersi przycisnęła — prosząc!
Spojrzałem raz jeszcze w jej oczy — i jak cichy niewolnik zesunąłem się po głazach.
Ona milcząc patrzyła w miejsce, gdziem zniknął, i tylko palce jej, drżące na strunach, słały mi pocałunki rozstania.
Trąbka się rozległa strażnika; pomknąłem na dół, ale gdym stanął na ziemi — przebił mnie ostry gwóźdź zwątpienia: może to sen kłamliwe miraże przesunął mi przed oczyma?
może to nikczemne halucynacje więźnia: ogrody pachnące — pustynie bezkresne — i oczy — oczy jej utkane z poematu aniołów!
Szarpnąwszy się, jak lew znienacka grotem przeszyty, wdrapałem się na skałę, aby sprawdzić, że nie mgławicą był mój raj. Lecz w przeskoku między głazami brakło mi oparcia — i runąłem.
A gdy mnie podniesiono — po raz pierwszy ujrzałem w śniadych twarzach dozorców jakoby połysk litości.
W tejże chwili rzucono do ciemnicy i mnie szaleńca przykuto łańcuchem do ściany.
Ileż to otchłani czasu zapadło, a ja wciąż wiszę nad bezdenną próżnią. Ptaki migotliwą wstęgą latają w przestworzach, jaszczurki błękitnie, zwinnie pełzają po ogrzanych kamieniach, muszki z opalowymi skrzydełkami brzęczą rozradowane życiem, motyle piją nektar z kwiatów, ryby w kryształowych strumieniach pląsają, drzewa jabłoni, osypane białym i różowym kwieciem, kąpią się w słonecznym wniebowzięciu —
a ja z pianą, ciekącą po wargach, krwawymi oczyma widzę w dali to moje zapadające w nicość — szczęście. I oto — ach, to ty, ukochana? — o jakże mi dobrze z tobą.
Trzykroć tylą łańcuchów niech mi piersi skrępują — w trzykroć głębsze czeluście podziemne niechaj mnie zakopią —
spieczone wargi moje niechaj nigdy nie zaznają ochłody —
zapadłe od bezsenności powieki niechaj mi się wrosną w czoło, byleś ty — pozostała przy mnie.
Spojrzenie twoje rozkwieca wiosnę na stepach bezdżdżystych; morze pieszczotą otula posępny labirynt skał — a nieskończone, w wieczność zapadające niebiosa, ogarnąć nie mogą mego szczęścia...
Dygot przeleciał — niby drobniutki, zimny wiatr marszczący jezioro; szare tumany płachtą wionęły na rozwarte skrzydła serca — i dwa żółte ślepia bazyliszka urągają mi ze dna tej zachłannej szarości i pustki.
Ciało moje, przepalone ogniem wewnętrznym, schnie i czernieje jako gałąź jodłowa zawieszona w kominie.
Skonać mi, skonać — prędzej! Śmierć nabiera dla mnie uroku słodkiej twarzy.
Myśli się plączą, zimno wiejące od podłogi przenika na wskroś — gorączka spopiela me usta...
Najmilsza moja — nie opuszczaj mię: ty nie wiesz, jakie mistyczne pokłady miłości leżą we mnie — jakie diamenty, chryzoprazy, turmaliny i szafiry — jakie oceany, szemrzące pieśnią —
chodź do mnie!
Nie porzucaj.
Byłbym jako niemowlę tonące, jako żebrak, obielony trądem od stóp do czaszki, zbierający od psów jałmużnę dla bólów swoich —
ukochanie moje — gwiazdy moje...
I znowu — i znowu wyrasta błyskawica z mojej piersi; zawierucha ścierających się chmur skłębia moje serce, zimnym gradem kąsane; zielone ognie łyskają po wszystkich dolinach mojego jestestwa; góry w posadach swoich drżą...
Koralowe gaje, niby skamieniały pożar szkarłatu; tęczowe konchy, niby dywan bajeczny; zielone aksamitne liście pełzną po wszystkich szczelinach; w drobnych, przeźroczystych jeziorkach mrowią się koniki morskie, anemony i meduzy...
Rrrum...
Falą wzdęła się ziemia — zniknęły góry w śnieżnej powłoce piany; drzewa koralów, niby gaje mimozy, skurczyły się w okropnej bojaźni;
straszliwe piekielne morze, przyleciawszy zaporę, zalewa cały świat.
Jak łania, pędzę do brzegu...
Zakłębiłem się w pianie ryczącej i, jako szczenię ręką olbrzyma wyrzucone, lecę gdzieś w okropną wysokość, a potem spadam — gdzieś w wirującą otchłań.
Kłęby piasku wżarły się w moje oczy, piersią uderzyłem o ziemię...
Obrus piany śnieżnej rozlał się po gładkiej powierzchni morza, zrywam się, biegnę wzdłuż brzegu — ściana prostopadła bez wyjścia. Morze z okropną szybkością napływa —
czemuż tyle męczarni, aby mnie zabić? upiór, lecący z mogiły wznosi się — białą paszczę nachyla modra Śmierć i za chwilę runie...
W okropnym przerażeniu zbudzam się — księżycowy promień srebrzy okienko mojej pieczary.
Duchu mój — czemuś mnie opuścił!...
Serce mi bić ustało — a palce u rąk moich drgają kurczowo...
Jestem więc w murach bez wyjścia.
Śmierci — królowo niebieska —
ratuj mnie!
Śmierci — zwiastunko miłosierdzia —
wspomóż mnie!
Śmierci — lekarko nieuleczalnych —
uzdrów mnie!
Śmierci — tęsknoto żyjących —
porwij mnie!
Śmierci — furto niebieska —
wypuść mnie!
Śmierci — gwiazdo zaranna —
zabij mnie!
Takie gorzkie łzy płyną po mej twarzy, takie słone i palące!! czemuż ujrzałem cię ku niedoli mej — teraz rozbiłbym sobie czoło o twarde kamienie i spocząłbym.
Ale mi tęskno, tęskno — zwodnicza nadzieja szepce mi — że cię ujrzę raz jeszcze, i każe znosić te wszystkie tortury.
Boś mi droższa nad wszystko, co dusza ukochać może: — cały wszechświat z bezlicznymi gwiazdami oddałbym jako dziecinną zabawkę za jedno twoje dotknięcie; za kędzior włosów, które mi pachną; za tętno serca twego, które słyszę w ciszy nocnej.
Ale nie ma cię, nie ma i łzy żłobią grób w moim sercu.
Nie ma cię, nie ma!
Jak Demon w klatce pazurami rozkrwawiam pierś — z straszliwą wściekłością biję w nią pięściami i rwę się na łańcuchu to tu, to tam, to tu, to tam! Wydarłbym wnętrzności wszystkiego, co żyje — krew piłbym, mózgi bym rozmiażdżał...
Kręgi coraz szybsze dokoła jakiegoś nienawistnego bieguna — już tchu mi brak, czarne opary wirują zygzakiem, noc...
Morze — znowu morze: czuję pluskające jego zimne wody, niechaj mnie zatopi śpiącego.
Ktoś brutalnie szarpnął mnie za ramię. Murzyn dozorca, śmiejąc się, oblewa mnie dzbanem wody — precz idź, czarny psie!
Błysnął białkami, i jego podła twarz skurczyła się w złości, jak u buldoga, ale się lękał nade mną naigrawać — cisnął mi w twarz sucharem i wyleciał.
Po chwili znowu usłyszałem uchylające się żelazne drzwi — wszedł oficer z dwoma żołnierzami.
Tortury! błysnęła mi obojętna myśl.
Ale on, milcząc rzucił mi z tacy, którą nieśli żołnierze, nieco pomarańczy, fig i granatów oraz jeden pieniążek srebrny.
Zapach rozkoszny zapełnił pieczarę, uśmiechnąłem się do owoców, z których promieniowało słońce — i świeże powiewy królewskich sadów.
Uśmiechnął się i oficer.
— Wiedz — rabie: dzisiaj księżniczki Feniksany ślub!
— Kłamiesz! — ryknąłem.
Zdumiał się oficer, a jeden z żołnierzy pokazał na moje czoło.
Siedzę skurczony, patrząc na fioletowe granaty i złote naranchy286 — jeden po drugim owoce poczynam rozrywać, krew ich, sącząca się po mych rękach, sprawia mi szalony ból, rozrywam je w strzępy.
Cichy i zamyślony siedzę nad zbłoconym darem słońca.
Światło wieczornego nieba słodką smugą zagląda przez kraty...
Porwałem się.
Trzasnęły kajdany, skokiem pantery rzuciłem się w górę, chwyciłem za kratę — i wydarłem.
Przez czarny otwór prześlizgnąłem błyskawicą: pode mną przepaść, wierzchołki drzew — runąłem.
Powietrze świszcze; księżyc prosto w oczy; czarna gęstwina pode mną; uderzyłem o gałęzie, staczam się i już — Leżę bezwładny — wokół gwiaździste niebo, czarne koronkowe zarośla. Oczy przymykam — i mdleję.
Pięknie tu bardzo. W powietrzu odurzający zapach werbeny, mirtu i róż: tak pewno pachną włosy oblubienic.
Ale co mi?
Szemrzą w cysternach fontanny jako śmiech szczęśliwy; modre lotusy wynurzają się ku szczęściu...
Wśród pełzających lian i smukłych terebintów przemykam niepostrzeżony.
Kaskady chińskich lampionów, a na trójnogach krwawe płomienie ambry — muszę się ukryć w cień baobabu.
Nie widzę jej twarzy zakwefionej, ale wiem, że to ona być musi!
Nie mogę dosłyszeć ich cichej rozmowy. Ale ją rozumiem...
Mówią o sokołach, sprowadzanych z Persji, które w lot zabijają białe, kiciaste czaple — mówią o nowej prowincji, zdobytej przez księcia, i bogatym łupie niewolników i niewolnic — mówią o pałacu z perłowej macicy i zielonego nefrytu, jaki się buduje dla nowożeńców...
Zachwycająco umie opowiadać książę o rycerskich czynach! malowniczo rozwiesza swoją miłość, niby kaszmirski szal, wyprzędzony cudną robotą tysiąca niewolnic, oślepłych przy misternej tkaninie!
Nogi moje obrzękły, pierś zapadła, ręce obwisły bezwładnie — i tylko w oczach jarzy moc: wulkany! Ona mimo woli odwróciła oczy w moją stronę, krzyknęła strasznie.
Porwali się rycerze, obskoczyli mnie dokoła i bezwładnego przyciągnęli do jaspisowych schodów.
— To nie tygrys — to żebrak!
Widać mnie poznała — bo z dziwnym uśmiechem spogląda na moje łachmany — ruchem ręki każe dworakom uwolnić mnie.
Boję się swego wzroku — wbijam go w ziemię, wzrok potrafi zabijać.
— Przyszedłeś posłuchać pieśni weselnej — niechaj ci się stanie zadość!
I podjąwszy harfę z alabastrowej kolumny, musnęła ją ręką.
Ach! świętokradcza pieśń — pieśń zbezczeszczonej miłości!
Spotkały się nasze wejrzenia i harfa z brzękiem upadła na marmury.
— Związać mu oczy! — Zarzucono mi ciężką materię na głowę — ona grała czarodziejską pieśń, gwiazdami przetykaną.
Zagrążony w mroku jakby głębokiej jaskini, słucham melodii srebrzystych kropel, które mi spadają wciąż na jedno miejsce mego mózgu —
naprzód, jako płatki róż więdnących (nigdy, nigdy...) — potem — jako srebrzyste pieniążki; potem jako ciężkie gwoździe, którymi nabijają tarcze (nigdy! nigdy!...).
I wciąż rośnie ich moc, gradem sieką mnie —
i deszczem kamiennym druzgocą mnie na wskroś... myśli me stają się jako pale wbijane żelaznymi babami.
Mruk wydobywa się z moich piersi — obłąkany ból jakoby serca, zrąbywanego na wióry...
W czarnej szacie, płomienistymi rubinami haftowanej, pukle jej włosów rozpłynęły się, jako mrok zgasłej komety na niebie...
W oczach jej spieniły się groza i gniew, a potem oto — łzy święte spłynęły po jej twarzy.
Podeszła ku mnie i zarzuciła mi ręce na szyję — przypadła do moich piersi — i poczułem, że moją jest.
Nagły cios rozkrwawił mi czoło —
Ukochana moja...
Tysiące komet ściga się wzajem — miażdży, girlandy iskier sypią... i gasną.
Cicho...
Świata nie było i nie ma — tylko grzęzawisko, w które zapadam; ogniki fosforyczne tańczą nad gnijącą duszą...
Jak cicho...
Wynieśli mnie na pustynię, jako lwa zdychającego —
dobrze mi tu — o! —
Te gwiazdy — siedem gwiazd królewskich, które mnie wzbijały ponad wszystkie szczyty mego więzienia — znowu nad głową moją świecą.
Kto wie? Może już od wieków zamarły — i tylko upiory ich świateł błądzą po pustyniach, kształtem złamanego krzyża urągające...
Gwiazdy!
na waszych złotych ćwiekach krzyżujecie najbiedniejsze ze stworzeń: bo już nie ma nic biedniejszego nad Pana wszechświatów — Syna Bożego,
który kona —
na krzyżu — gwiazd.
Jak cicho...
Królewicz leżał z dosłownie pękającym sercem.
Nie był to już on, nie była to już jego indywidualna miłość, lecz niezgłębiony Ocean miłości.
Wśród gór Gehenny przechodził Anioł, łamiąc ręce i krwawiąc na głazach swe lazurowe czoło.
Wicher świata huczał w tym człowieku z siłą genezyjską, jak pierwszego dnia, gdy tworzył Bóg wielki płomień ze swojego serca. — — — — — —
Na majolikach otwartego balkonu ujrzeć można było dwie kobiety i hrabiego de Mangra, którzy nie słuchali pieśni tryumfującej miłości, gdyż przyjemnie bawili się własną rozmową wśród łkających głębin morza.
Jedna z nich klęczała —
włosy jej czarne, jak zgęstniała posoka krwi, staczały się aż na ziemię.
Czy odblask zaciężył jej bólu, który Syzyfowym kamieniem staczał się z gór Przeznaczenia?
O nie, ze śmiechu aż uklękła...
Znajoma jej Duta, która, mieszkając w Petersburgu, na drugiej stronie ulicy umiała wyczuwać, który pan ma 15 tysięcy rubli rocznego dochodu, opowiadała tak pyszne kawały z życia nadnewskiej stolicy!
Pieśń tryumfującej miłości — gdyby ją wyśpiewał Battistini287 na mistycznym wieczorze? A! panna Duta może by na chwilę przybrała wyraz poważny — wyglądając tak, jak w ogóle wyglądają panny dla mężczyzn, kiedy wiedzą, że na nie się patrzy. Pieśń wzięłaby do siebie. I zaiste, jest nad miarę obojętne, czy dla tej blondyny, czy dla tamtej brunety grał królewicz!
Miłość jest sama w sobie, Ding an sich288.
Dla niej człowiek staje się Księciem Golgoty. Krzyż Ariamana, jak na obrazie Previtaliego289, wzniósł się wśród najcudowniejszej mrocznej zieleni lasu.
Przy tej opiewanej zostanie zaś trwały rezultat — zadowolenie.
Zachowa ona na pamiątkę taką pieśń, jako dobrą literaturę. Będzie miała ją na dnie jednego ze swych kufrów. Którego? doprawdy nie będzie w stanie przypomnieć. Tyle wchłania statystyki, nauk kameralnych o lupanarach i nieprawych dzieciach w Monachium, o cłach na drożdże i wywarach piwa! Ona weźmie też swą miłość, lecz jak Danae — w deszczu złota. Kiedy w niej obudzi się instynkt, będzie kochała pierwszego, który ją zapłodni i uczyni matką. Potem? W wazonie życia kwiat, zerwany ręką niekochaną, cóż że zatęskni i zwiędnie?
Zolima kiedyś będzie takim kwiatem.
Kościotrup, ubrany w ciało, — kiedy się z niego rozbierze i weźmie w swe wyschłe kości rąk gorejące niezużyte swe serce —
położy je przed sobą na stosie trumnianych zgnilizn —
i oburącz ująwszy swą czaszkę, zacznie się wpatrywać —
w to Serce —
któż powie wtedy, że nie przychodzi wielka sprawiedliwość?
Łachmany, łachmany okrywają to wszystko, co ma jeszcze jakąkolwiek wartość w życiowej grotesce! —
Po morzu płynęła barka, a w niej stał Mag Litwor, obleczony światłem, i przyzywał marzyciela znakiem nad morze.
Barka leciała z największym pędem, bez żagla, nawet wioseł nie było przy niej, nic nie zdradzało też elektrycznego motoru. Marzyciel przysłonił oczy, wglądając się. Rozbrzmiał śpiewny jęk muezina. Zaczynał rozumieć Ariaman. Zeszedł ku morzu.
— Pomnij na straszną przysięgę, którą złożyłeś Królowi Wężów: że wrócisz po trzech latach.
Król Wężów rządzi widmami w dolinie wiecznego mroku.
To widma wyklętych!...
Masz więc tylko trzy lata życia przed sobą i musisz rozewrzeć bramy swemu przeznaczeniu na ziemi. —
Kiedy odpłynęli, ozwał się znowu Mag Litwor:
— Diament, jak wszystkie krystaloidy, oparte na kwasie węglowym, nie jest ograniczony równymi, lecz wygiętymi płaszczyznami. W tych wygiętych płaszczyznach świat staje się niebem i Gehenną. Lecz od zbyt wielkiego żaru diament może się zmienić w zwykły kominowy czad. Nie należy wierzyć automatom! —
— Muezin zbyt przeraża — rzekł w zamyśleniu Królewicz. — Kto mógł aż tam — do Kasyna zabaw donieść jego głos? Brzmiał, jak duch Baskerwillów290, na tym bagnisku.
— Jest to głos, który my dwaj słyszeliśmy: mówił tylko do tych, co mają w sobie świątynię! —
Morze dokoła nich było zaiste niezmierzone!
V. Mare Tenebrarum291
Przepływali mimo góry Ornaku292, przy której tworzył się wir.
Węże fal na dwóch sterczących fortecach zakręcały z furią.
Śnieg piany wylatywał w powietrze.
Woda, jak w olbrzymim kotle, wrze.
Znikają czarne zręby granitów i staje się mleczne jezioro.
Morze nieomal gładkie, tylko wewnętrzne spazmatyczne dreszcze nim wstrząsają. I oto Hades mrocznych skał wychyla się: milion potoków, rzek, wodospadów i lawin dżdżu leci z tych poszarpanych głazów ku morzu.
Rozwiera przepaść mrok przeraźliwy, chłodny, jak w północnych sagach o Niflhajmrze293.
Nad przepaścią wyrasta zły pylon Hadesu — skały, zwane Wejście Ornaku.
Węże pian żółtych, milami długie, leniwie opasują to Horodyszcze demonów.
Mrokiem olbrzymim wznoszą się wielkie góry lądu.
Wilgotne porosty nadają hieroglificzną patynę tym tarczom Achillesowym skał.
Wszystko bierze tu w swe posiadanie księżyc, posępny czarodziej, czyta runy na skałach i wsłuchuje się w mszę, jaką tu odprawia piekło.
Za hukiem rozbitej fali nastaje cisza konających. Z dala wzbierają wysokie jak wiekowy las dębowy fale — płyną spokojnie, niby rapsody Homera piersią tytanów śpiewane; na hełmach ich błyskają klejnoty głębin.
Im bliżej, groźnieją tu blisko skał — potworne nieokiełznane apokaliptyczne tabuny.
Wzdęte w piorunującym błysku smoczego grzebienia,
miriadami bazyliszkowych kwiatów zwisają, miriadami srebrnych szponów śmierci nad wessaną w mroku otchłanią, która wyżłobiła wody głębin, wtuliła jak kopulujący Lucyfer całe naraz piekło. Aż wszystko wyrasta w jakoweś Monstrum:
w karawan wieżyc chińskich, — w zwał lokomotyw —
w pociąg, który gna pełnym rozpędem, nalatuje naprzód rozzianiem powietrznym, wściekłym, jak uderzenie Ananke294; morze jeszcze zawisa chwilę, jakby wybierając los swój w jednej tysiącznej mgnienia, lecz ujrzawszy w dolinie zgonu na dnie swoje fatum —
przechyla, wali się — jak mur obronny olbrzymiego miasta:
wieże zębate, miriady wojowników z lancami i pióropuszami na głowach, te hufy słoniów, połyskujące szmaragdowymi napierśnikami, kwadrygi z wirującymi kosami śmierci, boscy śpiewacy i czarne demony w zapasach matematyki i obłędu, całe narody, wytchnione295 przez morze, —
runęły naraz!
Kto nie słyszał burz jesienią na Żmudzi, kiedy pioruny padają, iście Perkunowe296 oszczepy, we wzdęte fale Niemna — ten nie wie, czym zdolen być głos żywiołu!
Tam jednak zgon pod oszczepem piorunu jest złagodzony przez krzyże na polach, przez pieśni w kościołach, przez kwiaty na łąkach, przez miłość, która na mogile odprawi swój tan kukułczany!... tu zaś nic — prócz grozy, której nieznanym jest miłosierdzie!
Nieprzystępne turnie skał Ornaku odbiły impet wód, które wytryskują szaleńczym ogrodem gejzerów, fontann i jakby czarnoksięskiego ognia.
I wtedy — i wtedy, moja duszo, widzialnym naraz staje się Twój tajemniczy ogród męczarni, wszystko szczęście już się kończy, wyrasta las posągów zamarzłych, zaśnieżonych, cmentarzysko grobów głębokich, więzienie groteskowe i życie katorżnika rozbite na niegodny strzęp!...
A nad tym piekłem duszy w olbrzymiej chmurze oparów księżyc wyrzeźbia magiczne kręgi tęcz, wrota i witraże miłości, targając trupem nadziei po okręgach wód.
Minęła cisza — znów morze szturmem wdziera się na podchmurne wieżyce mrocznych nieprzejrzanych skał, miażdży je naraz.
Nie ma tych raf — jakby ich nigdy nie było —
znikają doszczętnie pod wzdętą krzywizną morza, podobną tu do soczewki tytanicznego teleskopu.
I znowu z świstem, z wyciem opadają wody — opuszczają zwycięstwa szczyt! znowu wściekłym impetem zlatują katarakty po zrębach, na porohach i wyżłobieniach, zżartych przez fale, niby przez usta tysięcy mątw.
Wzniósł się Hades mroczny, potwornie tryumfujący, odwiecznie zły, nieubłagany i zimny, dyszący śnieżnymi bruzdami swych ran —
wodospady łez ociekły — i już milczą.
Wejście Ornaku najstraszniejszym jest w tej czarnej zastęgłej ciszy.
Tam, w głębinach Lucyferowych księżyc-alchemik nuci bezmowną pieśń jadów —
na dnie otchłani morskiej widać jego laboratorium; fosforyzuje widmo odblasku, podobne do krzaku Mojżesza, wokół tam zgon czarny, jak w pustyni Hioba, gdy oślepł.
Księżyc spogląda z głębin nieba, niby wielkie oko diabła — wtem znowu poczyna tkać mistycznie gotyckie, tęczujące rozety, staje się cichym jak Adam w raju przed ujrzeniem swej wyśnionej — wąż żółtej piany zbliża się, zaczaja — to z Genezis kusiciel —
U Ornakowych skał wybucha poemat grozy, której nigdy żywy człowiek nie zapomni i przed skonaniem ją ujrzy znów...
Wężowa piekielna miłość napływa, zmienia się tu naraz w wyrastającą dziko baterię z tysiącem najeżonych dział: jęki, wycia, wsysanie i ryk płynącego pobojowiska!
Tragiczny księżycowy hieroglif zagadki rozbłyska na tych falach, które namyślają się, wzdęte i pochylone, jak pizańskie wieże — runąć? czy wniebowstąpić?
Niewypowiedziany już żadną orkiestrą piorunowy jęk organów kościelnych, które zwaliły się na głazy kościoła —
burze dawnej sławy narodu, walące się rusztowania wszystkich świątyń życia!...
Jakiż Szopen i Wagner mógłby oddać to bolesne wezbranie wód u stóp skał Tatrzańskich, które łączą Polskę i Sybir, kędy mrocznieją widma idące w lody północne sybirskiej katorgi —!
Łódź płynie mimo skał Ornaku297, o których wie Ariaman, iż tam jest wejście do polskiego Inferna.
Któż jemu nada wyraz?
Gdyby piekło mogło się wysłowić, byłoby już zbawione.
Ariaman spoglądał przez otwór jaskini w miriady zrębów zagwiezdnej męczarni —
i zawstydził się, iż jeden cierń wbity w jego czoło, tak mu już starczy za koronę!
Tam iść —
tam, aż do głębin źródlanych ducha polskiego!
a jeśli się znajdzie tylko nicość i rozpacz, to nią roztrzaskać wszystkie Chrystusowe nieba! — — —
Tak mijały godziny nocy lub może — lata? — — —
Łódź wypłynęła w podcienie skał. Pierwotny mrok zaczął rozświecać niebywałym szafirem. Ten kolor powstawał z fosforescencji morskich, gęściej nagromadzonych w grocie. Woda uciszona, głęboka oświetla wielką, naturalną świątynię. Lecz nie tylko woda świeci tu blaskiem — kiedy Mag Litwor i Ariaman wyszli z łodzi, idąc komnatami gotyckich sklepień i kolumnad, wszędzie spotykają szafirowy mrok, w którym jarzą myśli.
Mistyczne niebo świeci w tych jaskiniach! W jednej sali ustawione teleskopy, siedzi mędrzec przy małej lampce oliwnej. Poznali Kopernika, słynnego autora De Revolutionibus orbium coelestium. Księga ta leży na głazie, mnóstwo na kartach znać poprawek i dopisków. Kopernik jednak pracuje nad nowym dziełem z rozszerzonego zakresu. Z uchylonych kart wyrozumiał Ariaman, iż jest mowa tam o Państwie Lucyfera.
W milczeniu najgłębszym idą dalej, spotykają dawnych uczonych, i których Mag Litwor określa nazwami: Wojciech Brudzewski298 astronom, Marcin z Olkusza299, który poprawiał wraz z Kopernikiem kalendarz w Rzymie, Wawrzyniec z Nowego Targu300, Witelon optyk itd. Wszyscy oni pracują razem teraz nad wielkim nowym wyliczeniem, zajęci pogłębieniem swych dawnych prawd.
Przechodzi Ariaman obok Czarodziejów, którzy swe poszukiwania alchemiczne i nad naturą Diabła czynią dalej, mimo iż Sejm Warszawski wyrzekł, iż nie ma czarów na świecie. Jeden z nich pisze o Bagnie obecnej Polski, w którym broi Diabeł. Inny dowodzi, iż jak pająk wyciąga truciznę z róży, tak teraz uczyniono truciznę z nauki Chrystusa.
Widzi Ariaman dawnych pisarzy i poetów: Janickiego301, Pawła z Krosna302, Piotra303 i Jana304 Kochanowskich, Andrzeja Frycza Modrzewskiego305, Stanisława Orzechowskiego306, Jana Ostroroga307, Tydemana Gizego — a prócz tych, braci czeskich: sieją we łzach Królestwo sprawiedliwości, którego królowie Jan Kazimierz i Zygmunt August teraz już nie zaprzeczają!
Wielki tłum niekatolików, a najlepszych Polaków — których już nie wyklina Hozjusz308 i Skarga309...
Odpokutowane też winy dysydentów, którzy wzywali pomocy Karola Gustawa szwedzkiego i Piotra Wielkiego. Lecz inkwizytorzy nasi, wychowańcy jezuitów, wciąż broją i tu, wciąż grzmią kazania przeciw różnowiercom!
Męczy się naród za winy jednostek.
Dziesięciowiekowa budowla niszczona przez pasieki trutniów szlacheckich, którymi były i są kolegia jezuitów.
W głębinie piekła kotłuje jeszcze zawierucha, wzniecona przez Bohdana Chmielnickiego310, mści się też i Nalewajko311, torturowany niegdyś w Warszawie.
Tłumy arian312, wypędzonych przez Orthodoxa Jana Kazimierza z nauszczeń313 nie tylko katolików, lecz kalwinów i luteranów, tłumy te na tułaczkę idą, śpiewając nabożne pieśni o Jeruzalem św. Jana.
Szli dalej Mag Litwor i Ariaman.
Na rynku krakowskim fanatyk starosta Gabriel Tarnowski314 pali pisma Broscjusza315, przeciw jezuitom i Krzyżakom wymierzone. Widzą jezuitów, co handlowali w Martynice i byli królami w Paragwaju; zasiadają na fotelach w złym smaku przepychem lśniących, obradują nad Polską teraźniejszą. I huczą kazania dawnego jezuickiego kaznodziei, wymierzone przeciw kierunkom modernistycznym w języku zepsutym i nadętym, w nienawiści przeciw tym, co chcą poprawiać nawę316 św. Piotra.
„Znać, że to teraz kanikuła, kiedy Canicula modernistyczna przy pałających syriuszach coś chce zaskomleć na naganę wielkiego Ignacego317.
A z czymże się odezwiesz, szczeniuchu?
Z trąbą? I dobrze: bo Ignacy jako tuba Ewangelii, nie tylko w Europie, ale i na nowym świecie rezonancję daje. Słychać po Indiach tej trąby kuranty. Nadprzyrodzone sztuki umie Ignacy.
Ignacy w inwencjach swoich przechodzi Archimedesów, in manuali opere318 Kallimachów319, w architekturze Nikonów, w optyce Bodynów, w muzurgii Arionów, w matematyce Kononów, w geometrii Archytów, w oratorii Peryklesów, in calamo320 Orygenesów321.
...Tu wierzgają nie tylko piekielne, ale i ziemskie monstra...”
Wtem, ujrzawszy obcych, jezuita zakrzyknął:
— Czy nie jesteście i wy nowinkarze? chodź no tu sam, ty młodszy, na katedrę, pokazać go narodowi, niech mówi... —
I tysiące rąk wypchnęło Ariamana na rodzaj kazalnicy, która była naprzeciw jezuickiej i służyła widocznie do dysput.
— Proponuję tedy — rzekł Pater — iż jako słońce obraca się koło ziemi i na głos Jozuego stanęło, tak i dusza ludzka musi stanąć na głos Jezusa! Jeżeli uczyłeś się waćpan retoryki i choć nieco teologii, mów. Słuchamy. Prosimy. Głośniej — jako tuba zabrzmij. Nie lęka się ciebie nasz Zakon!
— Nie do ciebie mówić będę, lecz do tych, których wiara staje się już cudem zamyślenia!
Jestem wtajemniczonym przez Króla Wężów w sferę elementarną — w pewność, iż Chrystus według pojęć pobożnych nie istniał nigdy.
Chrystus ma stanowić słońce najwyższe wszystkich religii, które dokoła Niego krążą, jak nasz świat planetarny dokoła konstelacji Herkulesa.
Dla mnie takie słońce Chrystusowe już umarło.
Zanim krok uczynię ku „wyzwalaniu się z moich osobistych pragnień” — muszę wiedzieć, w imię jakiej Prawdy bezwzględnej mógłbym poruszyć mój świat?
Nie wierzę w kościół, który jest kałużą zmarniałej ugrzesznionej natury ludzkiej.
Nie wierzę w naturę, która na dnie najgłębszym kryje nieświadomość.
Nie wierzę w Boga osobowego, bo jest karykaturą mej osobowości.
Nie wierzę w mą osobowość, bo —
tu Ariaman utknął — bo jest złudzeniem!
— A cóż jest niezłudzenie? — szepnął Mag.
— Nie mówmy o pojęciach ogólnych. Wiem, że wśród mroku mej duszy zjawiają się dziwne smugi światła — i zbiorem tych smug ty jesteś, Magu Litworze.
Wiem, iż są pomoce niewidzialne, wiem, iż są przeczucia, wiem, iż można odgadywać przyszłość — i to nazywam głosem Jaźni. Lecz czuję się zbłąkanym jako człowiek, jako ten, co przestał być chrześcijaninem, a nie przestał być psychikiem.
Jezus z Nazaretu przeszedł przez serce ludzkości, lecz wszakże nie da się on pogodzić z jakąkolwiek rozumową krytyką!
Wypełnia wolę jakiegoś niewidzialnego komendanta. Jaką wolę? żeby założyć Królestwo Boże. Nie udaje się mu to w Judei, jedynie powołanej do przyjmowania objawionych nasion.
Po wydarzeniu w Cezarei mówi już tylko, jak istny melancholik, o potrzebie śmierci.
W tej filotanazji322 idzie rozbestwionemu ludowi w łapy.
Męczeństwo jego wzrusza mnie, ale i gniewa.
Męczeństwo lunatyka lub tych fanatyków w Rosji, którzy się spalają tłumami w chatach zamkniętych, aby dosięgnąć nieba, zbawić siebie i świat.
Jezus z Nazaretu nie ma zupełnie świadomości o tragedii bytu.
Dokoła niego skowronki nucą, Ojciec dobrotliwy za kotarą świata gotów przytulić marnotrawne dzieci.
Na koniec, Jezus z Nazaretu jest skończonym typem owoczesnego szlachetnego żyda: wszak nie burzy nic w Starym Testamencie, a co gorsza, sam żelaznym berłem chce rozprawić się podczas Ostatniego Sądu, jak Jehowa nad Sodomą lub Dawid nad Amorejczykami, których kazał przepiłowywać drewnianymi piłami.
Z tej działalności proroka nieudanego — robi historię zaświatową dopiero Paweł z Tarsu i wtedy rabi Jeszua z Nazaretu przy jego pomocy wkracza w dzieje.
Dialektyk grecki wyrobiony w rabinie żydowskim, opętuje świat pogański, który właśnie zaczynał się męczyć tajemnicą życia i zgonu.
Paweł jest założycielem Chrześcijaństwa, tworząc Misterium Syna Bożego i wzywając świat cały, aby się do Ojca swego po dziedzictwo udał. Lecz kościół zakłada jeszcze nie on.
Czyni to Piotr — i w zasadniczym przeciwieństwie do kosmopolity Pawła, tworzy kościół na wzór jerozolimskiej hierarchii, która w rzymskiej atmosferze panowania wyrasta na potęgę, zginającą królowi bazyleusów.
Kościół jednak nabiera cech życia tych narodów, wśród których powstaje.
W Egipcie ucieka od świata i w celi lub na słupie, gdzie stoi fakir wśród jarmarku, wyrabia typ surowego dogmatu.
W Helladzie stał się kościół Akademią metafizyki, msza zaś — magicznym środkiem udzielania nieśmiertelności.
W Rzymie na miejscu bożków pogańskich postawiono świętych, lecz z energią rzymską rozszerzono wiarę aż do Brytanii i Słowian.
Kościół Katolicki uznał się za arkę Tajemnic Bożych i nawet za Państwo Boże, mając w sobie zepsucie Borgiów, inkwizycję, sprzedaż odpustów i absurda dogmatów.
Przeciw temu wybucha zdrowy instynkt i niepogwałcone sumienie ludów północnych, buntując się przeciw celibatowi, przeciw rozdawaniu koron przez tiarę.
Biblia dostaje się do rąk ludu.
I cóż? zatrute źródło nie może napoić ducha Ludów.
Tłumaczenie Biblii kończy się sektami, które rozpełzają jak raki wypuszczone z worka.
Nas, Polaków, uważają Szujscy, Tarnowscy etc. za przynależnych do Rzymskiej kurii tak, jak dziecię przynależy do matki.
Zła była dla nas ta macocha i nie karmi, bo nie może karmić nas Prawdą, która wszak jedynie zbawia!
Trzeba, żeby Polacy nareszcie zaczęli czytać Biblię. Nareszcie wówczas by zrozumieli, jak tańczą od lat tysiąca pod muzykę zmyloną zupełnie.
Punkt wyjścia jest fałszywy. Państwa Bożego założyć się nie da, gdyż Kazanie na Górze niszczy całą kulturę, a nawet całego człowieka, który wyszedł z rodziny mastodontów i ichtiosaurów, a idzie — ku wielkim Mahatmom Przyszłości.
Idąc w ślad za Jezusem, kończymy ciemnością Golgoty i koroną cierniową.
Idąc za kościołem, kłamiemy w czasach dzisiejszych — niewybaczalnie.
Tęsknię ku Indiom, lecz wątpię, czy i tam jest światło Wiedzy Bezwzględnej! —
Nie wiem, czy Kriszna nie jest tam tymże samym, co u nas „Zbawicielem” — tj. tymże samym Mirażem.
Znany jest argument, iż zbawienie musiałoby powtarzać się nieskończoną ilość razy na nieskończonej ilości zamieszkałych planet. —
Powstał krzyk tak długi i zewsząd idący, jakoby Charybda323 otworzyła swą gardziel i ryczała.
Ariaman znieważył uczucia najdroższe wszystkich. I tych, którzy szli za kościołem, i tych, którzy budowali wiedzę swą na wierze w Indie.
Z tego tumultu jeśli wyszedł żywym, zawdzięczał jeno Magowi Litworowi, który potem rzekł:
— Mówiłeś prawdę: Wężową głęboką prawdę. W Ornaku trzeba było złożyć i taki dokument. Ale teraz śpieszmy przemyśleć możność nowej budowli z niezniszczalnych głazów. —
Szli szybko, pragnący patrzeć, jak rozwija się sekta Franka324, który przez Polskę miał wieść żydów do nadzwyczajnych bogactw i zaszczytów; potem zwątpiwszy prędko w nową religię, zachowywała z fanatyzmem formy zewnętrzne, aby utrzymać towarzyskie pozycje i prebendy.
Lecz tłum biegł za Magiem i Ariamanem, gotów ich jeśli nie ukamienować po trzykroć, jak się kamienuje diabła, to w każdym razie wykrzyczeć, odmówić im polskości, zdrowego sensu i naigrawać się nad tajemnicą duszy, która jest łajnem.
Ale na szczęście Mag i Ariaman zdołali się zasłonić szeregami, idącymi za Apollinem apokaliptycznym na śnieżne pola pod Moskwą... na nowy szturm.
Wtem ujrzy Ariaman na wyjściu z jaskiń Ornakowych widmo wojskowego z roku ’63. I mówił w nim jakiś głos dawny tych marzeń, które i on przeżył w pierwszej młodości.
Hauke-Bosak, dzieckiem wzięty do paziowskiego korpusu, wychowany w banalnej świetności na oficera, dowiaduje się w Paryżu, jako 24-letni podpułkownik, o Polsce — i swym pochodzeniu. Nauczył się w sześć tygodni mowy i historii polskiej, jedzie na Kaukaz wyćwiczyć się w walce —
a kiedy tam zdobył sławę, zaraz przy wybuchu powstania bierze dymisję, mówiąc, iż nie może dowodzić wojsku, które rozstrzeliwa tłumy bezbronne!
Idzie na tę nędzę życia, wspaniałego li jedynie ogromem męczarni —
idzie, jako dowódca oddziałków powstańczych, rozbijanych z łatwością przez karne szeregi rosyjskie.
Naraz przed Ariamanem w mgłach nocnych rozsunęły się lasy Iłży, klasztor Świętokrzyski, spalony Opatów, klęska pod Bodzentynem — i potem na wyspie Kaprerze Garibaldi, rozmawiający z Bosakiem-Hauke325; i potem on, niedający się nakłonić do powrotu na dwór carski — idzie ginąć za Francję w wojnie przeciw Prusakom!
Zapadła w wir pod Ornakiem mara, Ariaman ukrył twarz.
Zmęczony nie chciał już patrzeć na zjawy historyczne: widział jasno, iż tylko wydobycie nowej, prostej, głębokiej prawdy życia zdoła nieszczęsny naród w jego tułaczce po pustyni przywieść do Ziemi Obiecanej mądrości, pracy i harmonii.
Mag Litwor nie chciał poruszyć jeszcze całą ręką strun w duszy Ariamana, który miał w sobie spuściznę nieświadomą wiekowego cierpienia; Polak w młodości, jak wieloryb w czasie burzy rzucony na skałę, wyżłabia cały bok — i z tą krwawą rzeką płynie w coraz ciemniejszych głębinach. — —
Mrok nocy zakrył im góry Ornaku.
Wypływają z wielkiej zatoki — morze pełnym przypływem napełniało ją, zaś odbite fale tworzyły jeden za drugim trójkąty zderzających się i niebezpiecznych mocy.
Mag Litwor nakierował łódź na ukos fali, idącej z wprost — największej.
Ariaman skrócił żagiel — wtem druga fala nadchodzi z boku — łódź obróciła się do niej pod kątem i została zalana tylko jej grzywą. W tejże chwili Ariaman czuje, że mu serce zastyga, bo oto fala, nalatująca z tyłu, wściekłym naporem gruchnęła w łódź.
Myśli, że to już koniec —
lecz Mag Litwor nie tylko znał się na burzach duszy — niesłychanie błyskawicznym ruchem wykręcił ster i skrócił żagiel drugi, tak że łódź znajduje się znowu w ukosie do fali.
To ocaliło, wyśmignęła, cała zapełniona żółtymi bursztynami jeszcze dyszących jak żywe pian.
Na Ariamanie, który kochał żywioł („żywioł oczyszcza”) i rozumie żeglarstwo, umiejąc w łodzi o zakrytym pomoście przepływać nawet wir przy Muraniu —
teraz witeziowa potęga Maga Litwora wywiera wrażenie bardziej imponujące niż cicha świetlaność jego ducha.
Tak już bywa z naturami wiecznie młodzieńczymi, że wrażenia najsilniej przyjmują przez zmysły.
Morze — ten wielki symbol życia i śmierci, otaczając wokół, zaprasza Ariamana i w każdej chwili gotów rozemknąć swe straszliwe uniwersytety wiedzy: że się jest niczym, będąc wszystkim; tej wiedzy, iż ostatecznym wyrazem duszy ludzkiej — jest mrok.
Mówi Tirso de Molina326, iż „największym z uniwersytetów jest boleść”.
Gdyby miłość szczęśliwa była nawet Beatrycze, gdyby miłość nie była ślepym pociskiem Fatum, lecz Wieszczką, idącą wspaniałymi wschodami, jak na Ca d’Oro327, gdzie u szczytu stoją tytany:
tu, na tym dzikim żywiole bezbrzeża, wyglądałaby jak marny kwiatuszek u kamiennego, sardonicznie uśmiechniętego Sfinksa!...
Księżyc zachodzi za chmury —
zda się on szeptać strofę ze Statku Pijanego328:
„Już za długo płakałem: jutrznie są bolesne,
srogie wszystkie księżyce, gorzkie wszystkie zorze;
miłość mi dała strętwienie przedwczesne —
o, niechaj dno me pęknie! niech pójdę pod morze!”
Sen o rozwarciu bram życia nowego i dla narodu nie ziści się.
Kamień się stoczy z tych gór, na których miał być pono raj — (tak wywróżył w jaskini mu Król Wężów —)
ten kamień Syzyfowy uderzy nas wszystkich w pierś —
i długa maligna, ciężka nie na żarty choroba — —
Ariaman zakrył oczy...
Bezgraniczna święta ojczyzno! pustyni Twej nie odda samotnik, choćby, jak bizantyjski następca tronu, mógł wybierać w tłumie dwunastu tysięcy najpiękniejszych dziewic — szukając Pasargady329, córy Komet! —
Ariaman, czyniąc to zaklęcie, zanurzył rękę w morzu i widział, jak zostawia ona za sobą brylantową smugę fosforescencji.
W duszy jego toczy się taka smuga krwi! Zaiste, on nie krzywoprzysiągł: miłość w pustyni świata jest większa niż morze — miłość ta jest największym z uniwersytetów!
Wysiedli na małej wyspie, zarosłej gęstym lasem; już księżyc zapada w morzu i zda się żagwiącym okrętem wśród mroków.
Tu było wybrane miejsce dla pierwszych święceń Wtajemniczenia.
Tu wśród lewad330 wonnych tajemniczo milczącego lasu rzekł Mag Litwor:
— Nic nie jest dalsze od prawdziwych wizji niż marzenia.
Wtajemniczony winien władać w zupełności każdą myślą swą i każdym odruchem woli.
Wtajemniczony musi narodzić swe ciało eteryczne — podobne różanemu kwiatu brzoskwini, które mu da potęgę wewnętrznego słowa.
Tym Słowem on będzie porozumiewał się z istotnym wnętrzem minerałów, roślin, zwierząt i ludzi.
Wtajemniczony musi narodzić samego siebie — musi utworzyć silne; harmonijne organy nowej swej istoty.
Wtajemniczony musi uważać wszystko, co jest wyłącznie nim samym, za złudzenie.
Wszelkie osobiste pragnienia za niedozwolone.
W Zwierciadle swej wyższej jaźni ujrzy on zwierzęce postacie swych namiętności.
Wszelkie zwątpienia muszą w nim ustać. Zamiast wiary naradza się wiedza zupełna. —
Rzekł Ariaman:
— Mam i ja swą ścieżynę do świata innego, ale na tej ścieżynie często napadają mię burze i mgły.
Jeśli raz przejdę wśród gwiazd, raz drugi zbłądzę wśród miejscowości znanej mi dokładnie.
Jakim więc sposobem mogę odróżnić to, co jest prawdą, od wewnętrznego mirażu? —
Mag Litwor zaczął wtajemniczać Ariamana w pojęcia innej świadomości, niż mózgowa: wiemy, iż podczas transu śpiący w letargu ma zmysły i mózg jakby sparaliżowane, źle odżywiane przez złą krew. Jednakże pamięć staje się fenomenalnie dokładna, wzrok widzi przez zamknięte skrzynie lub na ogromnych przestrzeniach innej części świata.
Dzieje się to za pomocą innych stanów materii niż znane nam stała, płynna i gazowa.
Między atomami są olbrzymie przestrzenie, zapełnione eterem, według fizyków.
I gdyby metr kubiczny platyny, ważący kilkanaście tysięcy kilogramów, złączyć w materię absolutną, bez pustych przestrzeni — byłby to kłaczek wielkości łebka od szpilki.
Atom jest tylko pojęciem siły.
Człowiek jest zbiorem różnych potęg, które w nim osłaniają tajemnicę najwyższą — boskiej iskry.
Kronikarz Turowego Rogu nie jest w stanie szczegółowo podać rozmowy tej: bo udzielił mu jej Ariaman pod największą tajemnicą. Część dalsza rozmowy była jednak czysto pojęciowa.
I tak podobno mówił Ariaman:
Wiem, iż świat starożytny Hellenów był poprzedzony przez świat indyjski.
Z Himalajów wiedzy i przemyśleń, mitów i poezji — zasilały się wielkie rzeki cywilizacji: Babilon, Egipt, Hellada...
Herkulesa znamy w sanskrycie, jako Hara-Kala, bóg walk — miano, dawane w poezji indyjskiej Sziwie.
Towarzyszem Sziwy był Tha-Saha, znany nam jako Tezeusz; Ari-Ana — uwiedziona przez wroga; Para-Saha — przychodzący na pomoc — Perseusz.
Trzej bogowie piekielni Aha-Ka, sędzia surowy — epitet Jamy — czy nie poznajemy Eaka? Radha-Manta — karzący występek, i Pluszta, bijący ogniem!...
Atanaia — bezdzietna, Ken-tura, człowiek, koń, Zupitri — ojciec nieba, Napatana — ujarzmiacz fal, Lalaga — ten, kto idzie, szerząc strach, dawne Lelegi, Lachy?
Filozofowie w Grecji mieli imiona zbiorowe: Prothaguru, Anangaguru, Pithaguru, gdzie znaczy guru — nauczyciel szkoły — wiedzy — rozumu itd.; imiona te są tak zbiorowe, jak Kserkses, który w sanskrycie znaczy Ksatrias — król, Artha, znaczy wielki — i mamy oto Arthakserksesa!
Wirch Meru indyjskiego narodził mniejszy Olimp grecki; tu i tam była rozdawana Amrita.
Legenda o Złotym Runie i wyprawie morskiej znana jest w Indiach; Iliada Homera — jest wieszczą córą Ramajany.
Lecz jakiż jest most wiodący z olimpijskich igrzysk do samoumęczania fakirów? Co wyraża też Msza chrześcijan w stosunku do ofiary rannej braminów? —
I mówił Mag Litwor:
— Uroczystość mszy rannej Sarwameda wyobraża ofiarę powszechną i symboliczną wszechstworzenia.
W obrazie Kriszny spełnia się ofiarowanie uroczyste samego Boga; każdy bramin powtarza: „Ani ja nie należę do siebie, ani świat nie należy do mnie. Co do mnie należy, należy też do innych!”
Wprawdzie okres indyjski został w Indiach poniżony przez faryzeuszów.
W Indiach widzimy kozła ofiarnego w całej kaście pariasów, którzy się stali idiotami; blade szkielety — włóczą się nocą po miejscach pustych, szukając padliny, o którą walczą ze szakalami i ptakami drapieżnymi. —
— W Egipcie takim narodem pariasów byli Żydzi — rzekł Ariaman — i oni nam narzucili swą religię męczeństwa.
Wyjście ich z Egiptu jest najhaniebniejszą ramotą, jaką zna kryminologia. Bóg ich prowadzi od komizmu kar żabami i muchami do potworności morderstwa synów pierworodnych.
Biorąc na pomoc hagiologów i przede wszystkim samą Biblię wspomnijmy: pobrali złote naczynia sąsiadom; potem wrócili się Żydzi, aby Faraon, widząc ich, pogonił za nimi i mógł zginąć wraz z armią — wtedy na rozkaz Jehowy rozwarły się wody...
W Kanaanie z miast zdobytych nie zostawiają nikogo żywym — prócz dziewic (Lb, 31) rzuconych na rozpustę. Z małej rodziny Jakuba, po 215 latach, miał się rozrodzić naród paromilionowy, gdyż samych mężczyzn było 600 tysięcy, nie licząc kobiet i dzieci... Rozrost niemożliwy.
Z bandy tej niesfornej Mojżesz formuje naród. Lecz jak? Oto ognie podziemne pożerają za niedowiarstwo 14 tysięcy. Kapłani mordują 24 tysiące za obcowanie z Moabitkami; po uczczeniu złotego cielca, Jehowa chce zniszczyć naród, na prośbę Mojżesza zgadza się, żeby kapłani wymordowali tylko 23 tysiące.
Jehowa ukazuje się Mojżeszowi z tyłu: videbis posteriora mea331...
W Genezis żydowskiej widzimy skalanie kobiety, zwalenie na nią całego ciężaru grzechu pierworodnego.
— Wszystko to jest nieco inaczej niż Ty przedstawiasz w zapalczywym gniewie na Stary Testament — rzekł Mag.
Nie przeczę, iż w Indiach pojęcia były głębsze, ludzkość — czystsza.
W Indiach Adima i Hewa, żyjący w raju wyspy Cejlon, przechodzą, dzięki omamieniu Rakszasów, na ląd — nie popełniając grzechu.
Hewa z miłości idzie za mężem, lecz ostrzega przed nieszczęściem! I dlatego z niej to naradza się potem Zbawiciel.
„Kto pogardza kobietą, pogardza matką!
Łzy kobiety ściągają ogień z nieba.
Bóg śmieje się z modlitwy tych, którzy szydzą z cierpień kobiety.
Kto zapomni o męczarniach matki, w jakich go narodziła — ten w ciągu trzech wcieleń będzie wiódł nędzne istnienie.
Kobieta jest duszą wszechświata”.
— Oto Indie — wykrzyknął Ariaman. — Zestawmy dla porównania tę Ruth, która zdobywa bogatego wdowca przez prostytucję; Abrahama, który wypędza swe dziecko i kochankę na pustynię; tego męża, który żonę swą oddał na całą noc orgii — ze strachu przed bandą awanturników.
Ciekawe skądinąd dla socjologii żydowskie opowieści mają śmieszną odwagę mienić się objawieniem Bożym.
Mógłże332 Jezus, ten istotny Prorok, nie kontradykcja z ulepionych legend i przewijającej się tu i owdzie gnozy, mógłże wyrazić się, że On nie przychodzi niczego burzyć i utrzymuje Stary Zakon?
Wszakże w całym Starym Zakonie nie ma jednego słowa o nieśmiertelności duszy, a bez tej czymże jest nauka o Słowie?
Mojżesz przez Egipt wziął wiedzę pradawną, ale nie zaczerpnął jej w całej głębi, będąc adeptem niższym, później lud i tradycja lewitów skazili jego naukę.
— To źle dla adepta Wiedzy Tajemnej, jakim Ty jesteś Ariamanie, że myślisz wciąż w tonie burzycielskim. Czyś nie przeżywał chwil wzniosłych na Synaju? zali333 nie mówi ci o nieśmiertelnej duszy jej podobieństwo do Jehowy? czyś nie płakał nigdy z Jeremiaszem? i nie tryumfowała Twoja dumna młodzieńcza dusza z Dawidem?
Znów powtórzę, że Indie są Monopolią innych religijnych kolonii.
Wszakże Wedy głosiły najdawniej jedynego Boga i, co ważniejsza, dowodziły jedności świata.
„Ten, który istnieje sam przez się i który jest we wszystkim, bo wszystko jest w Nim.
Ganges, który płynie, to Bóg; morze, które huczy — to On; wicher — chmura — błyskawica — to On”.
Świat w kosmologii indyjskiej stawał się stopniowo.
Jeden dzień Brahmy stanowi cztery miliony trzysta tysięcy roków ludzkich.
Na 3500 lat przed naszą erą, czyli narodzeniem Jezusa w Judei, naradza się Kriszna334 z dziewicy Dewanagii.
O przyjściu Kriszny mówiły proroctwa:
„Przyjdzie okrążony światłem, tchnienie czyste wielkiej duszy; wody Gangesu wstrząsną się od źródeł aż do morza — jak brzemienna kobieta, która czuje w swym łonie pierwszy ruch dziecka.
Przyjdzie, i Rakszasy przeklęte uciekną w głębiny piekła.
Przyjdzie, słodszy niż miód i amrita; wszystkie serca uniesione będą miłością...
Jednego wieczoru, kiedy dziewica Dewanagii modliła się, muzyka nieba oczarowała jej słuch, więzienie, w którym była, — rozświetlało —
ujrzała Wisznu w bożym majestacie.
I oto duch zaciemnił jej — i ona poczęła...”
— Narodziny Kriszny otacza też legenda o rzezi niewiniątek, której Herod w Judei nie mógł spełnić dla tej prostej przyczyny, że umarł cztery lata przed erą chrześcijańską — dodał Ariaman.
— Nauka Kriszny była prosta, lecz wpływ jej wstrząsający.
Mówił przypowieściami:
„Należy się wyrzec bogactw i rozkoszy, jeśli sumienie ich nie pochwala.
Ziemia nosi tych, co ją depcą nogami i rozdzierają jej łona, zaorując; podobnie musimy dobrem oddawać za zło.
Jeśli obcujesz z dobrymi — twe przykłady są niepożyteczne; nie lękaj się żyć wśród złych — aby ich doprowadzić ku dobru.
Jakiekolwiek przysługi oddaje się ludziom przewrotnym — podobne to jest do liter na wodzie, które zmazują się w miarę jak są nakreślone. Lecz dobro musi być spełniane dla dobra, gdyż nie na ziemi trzeba oczekiwać zadośćuczynienia.
Człowiek, który uświęca środki jedynie przez żądzę dojścia do celu, traci prędko sprawiedliwość i zrozumienie świętych nauk.
Człowiek szlachetny, walący się pod ciosami złych, jest jak drzewo sandałowe, które padając, napełnia wonią topór, który je uderzył”.
W rozmowie z Ardżuną o Jaźni mówi Kriszna w Bhagawad Gicie:
„Dusza nie jest niedoskonała w swej czystej istocie. Światło wysokiej jaźni nie ma z siebie swego zaćmienia.
Z połączenia duszy z naturą powstała niedoskonałość. Lecz ta niedoskonałość nie sięga jej esencji, nie leży w jej przyczynie, którą jest inteligencja najwyższa — Bóg”.
Kiedy Kriszna przemienił się przed oczyma swych uczniów, ci nazwali go Jezeus, tj. wysnuty z bożej istności.
Dwie kobiety u nóg jego, chrzest w Gangesie, morderca jego Angada... Ciało Człowieka-Boga zawieszone na drzewie staje się pastwą jastrzębi...
Uczniowie nie zastali już ciała, —
drzewo, okryte krwawymi kwiatami, rozsiewało woń.
Sprawę jego prowadzili dalej brahmani.
Ci ludzie, noszący tonsurę i sznur święty, mieli całą zakonność wieków średnich Tomasza à Kempis335 i bizantyjskich pustelników.
„Niech będzie sam bez towarzyszy, nie troszcząc się, iż jest opuszczony przez cały świat i że on sam wszystko porzucił.
Niechaj nie życzy sobie śmierci, niechaj nie życzy też i życia, i jak żniwiarz wieczorem czeka spokojnie swej zapłaty na progu Pana, niech on czeka, aż godzina jego nadejdzie:
Jeśli ten, który go uderzy, upuści kij — niech on go podejmie i odda mu bez skarg.
Niechaj nigdy nie zdobywa sobie pożywienia, czyniąc cuda i tłumacząc sny.
Niechaj nigdy nie wypacza istotnej treści świętych Pism, aby wydobyć nakazy, służące namiętnościom i dobrom tego świata.
Kiedy godzina śmierci wydzwoni, niech się rozciągnie na macie i pokryje popiołami; ostatnie jego słowo niech będzie modlitwą za całą ludzkość, która cierpi dalej, gdy on jest już dopuszczony do Ojca wszechrzeczy”.
Brahmanizm, jak i nasza religia, sięgnął z czasem po ziemną336 władzę. Zgięto do ziemi naród, nie dając mu już wolnego sądu, sumienia ani godności. Kiedy garść obcych zdobywców przyszła, zastali w Indiach tylko tłum bez odwagi, inicjatywy i wolności. —
— Nie wnoszą jej chrześcijańscy misjonarze, którzy w tak zwanym rytuale malabarskim mały krzyżyk przywieszają do bezwstydnego Sziwy337 lub wypędzają pariasów z kościoła! — rzekł Ariaman.
— Sami brahmani dzisiejsi są cieniem tego, czym byli: w nędzy, w występkach, w upadku moralnym i w bezmiernej pysze, która wyrasta nad otchłanią ich bezpożyteczności. Przebudzony ruch między nimi Commouty przez handel, kapitały i asocjacje — dąży do dawnej władzy teokratycznej. Wyjątkowi tylko wracają do Wed i wtajemniczeń pierwotnych.
Są jednak inni, którzy idą ku Wolności przyszłej...
Lecz idźmy dalej w badaniu Kriszny-Chrystusa. Chrystus oznacza ten wielki ideał, do którego dążyła cała ludzkość. Jest to nazwa Pomazańca, Syna Bożego, jakim miał się stać każdy człowiek religijny.
— Jezus był więc jednym z Synów Bożych — rzekł Ariaman, który widać tej nocy postanowił zerwać z Krzyżem.
Nazarejczyk Jezus cóż czynił do roku 30? Nie mówią o tym Ewangelie.
Był w Egipcie czy w Indiach? sam — czy z towarzyszami? Czym mógł tak wyrosnąć nad ciżbę ciemnych współplemieńców?
Mistyka esseńczyków338 cicha, kontemplacyjna — czy mogła wydawać takież rezultaty, co joga indyjska, tj. wiedza o głębinach duszy i panowaniu nad jej potęgami? —
— Ariamanie — rzekł Mag — rozumujesz jak faryzeusz, wyznawca litery zakonu i fanatyk pewnej szkoły.
Dusza może być wszędzie i zawsze równa sobie tj. nieskończoności.
Przyznaję, iż życie Kriszny wpłynęło na legendę o Jezusie, zaś wiedza aryjska Indii na rozwój duszy semickiego proroka Ariów.
Również imię Jezusa, jako jednego z wcieleń Buddy — których 84 000 wyliczają księgi święte — jest znane w Indiach: Issa.
W klasztorach buddyjskich, osobliwie w Lhasie, dużo jest odpisów życia „najlepszego z ludzi”.
Te odpisy znane w Europie, dzięki całemu szeregowi sanskrytologów, z naciskiem twierdzą, iż w czternastym roku młody Issa z rodu Dawidowego przybył do krainy Sind, zamieszkałej przez Ariów. Tu w pobliżu Dżagernaut, gdzie mogiła Kriszny i wielkie biblioteki, studiował.
Wtajemniczywszy się w wiedzę indyjską, zaczął potępiać nienawiść między kastami oraz braminów — dowód, iż nie był ślepym naśladowcą hinduizmu. „Jeden w pocie oblicza swego pracuje, aby zdobyć łaskę bezczynnego, który siedzi przy stole wspaniale zastawionym.
Brahmani oddalili was od prawdziwego Boga, ich przesądy i okrucieństwo wiodą was do przewrotności umysłu i utraty uczuć moralnych”.
Ten życiorys każe Jezusowi, wracającemu przez kraj Persów, pouczać też czcicieli Słońca:
„Słońce podnosi się, aby was ogrzać podczas Waszej pracy; ono się kładzie, aby użyczyć wam spokoju, który ja sam utwierdziłem”.
— Widzimy, że łatwiej było dawnej Ludzkości uzyskać wiedzę ducha, niż wiedzę kosmograficzną — szepnął Ariaman.
— Teraz zaś wśród stert wiadomości przyrodniczych panuje zamęt i ciemność w tych świątyniach, o których mówił Issa:
„Wejdźcie w świątynię, w serce wasze, oświećcie je dobrymi myślami, cierpliwością i dowierzaniem niezachwianym, które winniście mieć w waszego Ojca.
Wasze naczynia święte — to są wasze oczy i ręce... czyniąc dobro bliźniemu, spełnicie ten obrządek, który uświetni obraz wasz, w którym przebywa On”.
Koło roku 29 Issa wrócił do Ojczyzny, której los w ujarzmieniu było mu ciężko oglądać.
Kiedy szpiedzy Piłata już go otaczali, on uczył:
„Nie wierzcie w cuda — człowiek nie może wstrzymać szaleństwa huraganu ani rozwiać dżdżu.
Lecz jest cud, który człowiek może spełnić: pełen wiary szczerej wykorzeni on z serca wszystkie złe myśli i aby dosięgnąć celu, nie będzie szedł już drogami niesprawiedliwości.
Nie dawajcie wiary wieszczkom. Bóg jeden zna przyszłość; kto zapytuje wróżbitów, zanieczyszcza świątynię, która jest w naszym sercu i okazuje niedowiarstwo względem swego Twórcy.
Wiara we wróżbitów niszczy prostotę wewnętrzną; potęga szatańska owłada nim i zmusza go spełniać wszelkie zbrodnie i czcić fetysze”.
W Jerozolimie uczył: „Rasa ludzka ginie z powodu braku wiary, gdyż ciemności i burze zbłąkały stado ludzkie i oni stracili swoich pasterzy.
Lecz burze nie trwają ciągle i ciemności nie zakryją światła na wieki.
Nie starajcie się szukać dróg prostych w ciemności, bo możecie wpaść w jakąś otchłań; ale zbierzcie ostatnie siły, podtrzymujcie jeden drugiego, wierzcie w Boga i oczekujcie, aż pierwsze świtanie zabłyśnie.
Kto wspiera swego sąsiada, wspiera siebie — kto ochrania rodzinę swą, ochrania cały swój naród i swój kraj”.
Na pytania współrodaków o wyzwoleniu mówił:
„Ostrzegałem władze, iżby nie szły daleko w swych drogach mrocznych, bo przepaść otwarta jest u ich nóg.
Władza ziemna nie trwa długo i podległa jest wielu przemianom.
Nie ma żadnego celu dla człowieka buntować się przeciw niej, bo władza jedna ustępuje tylko drugiej władzy i tak będzie to trwać aż do wygaśnienia rodu ludzkiego”.
Ty, Ariamanie — mówił dalej Mag Litwor, — tu chcesz uczynić zastrzeżenie.
Istotnie, ta zasada sprowadzałaby się do niedziałania w ogóle, gdyż upadek, rozkład i zmiana istnieją we wszystkim.
Nie mówię Ci też, abyś przyjmował te piękne tradycje za dogmaty: nie pozostawaj przy latarniach morskich, lecz dzięki nim — umiej omijać rafy.
Ariaman odrzekł:
— Biorę z tych minionych świateł wielką władzę mroków.
Jeżeli Issa, syn wcielony Boga, nauczyciel ludzkości, nie mógł się zdobyć na inne sentencje niż te, które każdy curé339 w cichej wiosce może czynić parafianom, kiedy trwa zaraza lub kiedy jest najście Prusaków —
to zaiste, nie warto oglądać się na wierzchołki, których nie ma: są to miraże:
— Słowa Issy — rzekł Mag Litwor — doszły nas w lichej ewangelii, uczynionej przez kupców. Bije z nich tylko jedna pewność: że należy w duszy swej rozkrzewiać miłość i światło...
— Miłość! — rzekł gorzko Ariaman, — nauczyłem się innego prawa we wszechświecie — tj. umierania z braku miłości. I dlatego muszę widzieć w kobiecie, która niesie złudę — mego świadomego lub nieświadomego wroga.
— Mówił Issa — rzekł na to Mag:
„Błogosławcie kobietę, czcijcie ją — ona jest waszym jedynym przyjacielem i waszą oporą na ziemi.
Czcijcie wasze kobiety — jutro one będą matkami, a później babkami całego narodu.
Jak Pan zastępów — który oddzielił światło od mroków — i lądy od wód, tak kobieta posiada boski dar oddzielać w człowieku dobre uczucia od złych myśli.
I dlatego, mówię wam, po Bogu wasze myśli najlepsze muszą należeć do kobiet i żon, gdyż kobieta jest boską świątynią, gdzie wy osiągniecie najłatwiej doskonałe szczęście.
Zaczerpnijcie z tej świątyni wasze siły moralne; tam zapomnicie waszych smutków i niepowodzeń, odzyskacie moce utracone, które są wam konieczne, aby pomóc bliźniemu. Nigdy jej nie wystawiajcie na poniżenie; przez to uniżycie siebie i stracicie dar miłości, bez którego nic trwać na ziemi nie może”.
Nie protestuj, Ariamanie, przeciw tym słowom.
Kto wypił truciznę, niechaj nie złorzeczy wodom zdrojowym ani hydromelowi! —
Rzekł Ariaman, śmiejąc się: „Złorzeczyłem, albowiem konałem. Teraz z kamienia pustyni pić będę”.
Mówił dalej Mag Litwor:
— Zakończę wyłożeniem twego imienia.
Aria — to jest imię starożytnych mieszkańców Indii.
Znaczyło najpierw: człowiek, który uprawia ziemię.
Pojęcie etnograficzne uzyskało później znaczenie religijne i znaczy ono:
Człowiek, który wierzy.
Ariaman milczał, potem rzekł:
— Odtąd imię me będzie znaczyć: Człowiek, który oparty jest sam na sobie...
Wiara moja rzuciła mię w otchłań piekła. Wyprowadzi mię z niego tylko myśl, która tragedią ludzkiego istnienia osądzi me stare wierzenie.
Kiedy Notowicz340 jechał po ewangelię Issy, mającą być w klasztorach tybetańskich, raz nocą ciemną przejść musiał przez wąwóz, gdzie mrowiło się od dzikich zwierząt.
Dziesięciu tragarzy niosących paki posuwało się w ciemnościach — wtem ryk pantery!
Wszyscy stanęli w trwodze.
Usłyszeli krzyk straszny walki i w agonii umierającego człowieka...
Nieostrożny podróżnik, jakim był Notowicz, nie miał przygotowanej broni — ta była niesiona przez któregoś tragarza. Gdy rozpalono światło, ujrzano na konwulsjami targanym Indusie wspaniałą panterę...
Notowicz wycelował karabin, pantera już miała się rzucić — lecz odmieniwszy nagle zamiar, wyrwała kawał ogromny ludzkiego ciała i uciekła w las.
Tak drogo trzeba nieraz opłacać ewangelie!
Ta opowieść jest więcej warta od całej ewangelii Issy!
Pantera w mrokach nocy rozszarpuje i pożera wędrowca, idącego po „wieczne” światło.
Wszakże tego Indusa-Arię, „człowieka wiary”, nikt nie uchronił! dobry Purana Bhagawat nie zeszedł na pomoc synowi! lub raczej przyszedł w postaci tygrysicy?
Świat jest pobojowiskiem ścierających się sił.
— My jednak, ludzie, którzy jesteśmy wierzchołkiem ziemi, powinniśmy wybierać moc najwyższą — rzekł Litwor.
— Moc moją zdobędę w niszczeniu Ariamana, człowieka wiary — rzekł ten, który się mienił sam tak długo Ariamanem.
Kiedy wzniósł oczy na Maga, myśląc, iż ujrzy w nim święty zagniew, z dreszczem podziwu ujrzał tragiczną zadumę Leonardowskiego Wieczernika.
Mag Litwor przyszedłli341 wypełnić otchłanie Lucyfera?
Brzask się tworzył.
Mag Litwor i Ariaman chodzili wśród łąk, okrytych krwawymi makami, gdy dokoła zaczarowane szczęściem wznosiły się wielkie jodły, ożyny kwitnęły różowymi pąkami, a w błękitach przelatywały ptaszki.
Kilka drzew wiśniowych migało swymi rubinami.
Była to wyspa, na której mógł się urodzić Zeus z cichej, tajemniczej Semele.
Tej nocy Ariaman narodził sam siebie.
Teraz poznał do głębi, iż wiele w nim było zbudowane na leniwych zwątpieniach i że Polska tkwi jeszcze w samym środku bagna, gdzie dokoła latają błędne ogniki.
On, który niegdyś kochał nad wszystko Chrystusa, teraz myślał, iż musi rozejść się z Nim —
iż należy w wiecznie istniejących burzach tworzyć swe przeznaczenie.
Prosił Ariaman swego Mistrza, aby tu mogli pobyć dzień jeden nad źródłem, które wypływało ze skały.
I spędzili tu dzień, żyjąc chlebem przywiezionym i miodem, który znaleźli spływający po korze drzew przepełnionych miodem dzikich, leśnych czarnych pszczół.
I mówił jeszcze o swym życiu Ariaman.
— Badałem różne drogi tajemnej wiedzy: i przeraził mnie ten obmierzły kabotynizm literacki, który epatuje paru znakami astrologicznymi i tym żydowskim pentaklem z wielkim imieniem Jahwe, okazującego swym prorokom — tył.
Ach, te witrynowe figury, ten niedorzeczny żargon mumii, piszących grube tomy bredniowego astro-chiro-papugomantyzmu!
Te różne Madame de Thèbes342...
W czasach wieku XVII ukryte koła czerwonych i białych zróżniczkowały się przez wylew Rewolucji: jakobini owładnęli tłumem, filozofia ateistyczna stała się przyziemna i zbrodnicza; iluminaci rozwijali się pod wodzą Fabre d’Olivet343 i Eliphasa Lévy; Wroński344, Vaillant, Alcide Morin — niestety nie zawsze oddzielający wiedzę istotną od przywidzeń. Potem Stanisław Guaita345 obudził tradycje Swedenborga, Martineza Pasqualis, Boehma346, Saint Martina, Paracelsa, Rajmunda Lulla, Agrypy, Khunratha i Flamela.
Teraz widzimy we Francji potężne wpływem koła masonów i udające wpływ literackich wibrionów.
Stanowi ogólną wadę ich — wiara w martwe słowo, wiara, iż jakieś zaklęcie, jakieś słowo kabalistyczne lub matematyczna formuła sama przez się rozwiera skały przeznaczenia. Ich mesjanizm, ich Muzy Czarne, świątynie Lilithy, ich Róże Mistyczne pełne są martwych kości — i, doprawdy, szkoda było namiętnej poetyckiej wiary Stanisława Guaity na badanie potrójnego sensu: literalnie, symbolicznie, hieroglificznie słowa Nahasz, które w tekście Wujka znaczy Pokuśnik. W sensie pozytywnym Nahasz ma być upojenie żądzą, wiodące do zła; symbolicznie — Nahasz jest światłem astralnym, wysokim czynnikiem mroków Goecji347; w znaczeniu najwyższym Wąż Nahasz wyobraża egoizm pierwotny — Ja, ciągnące ku Mnie samemu.
Brnięcie w labirynt kabalistyki jest wybraniem drogi przez Absurd. Wiedza kabalistów dawnych plącze się w takich rozumowaniach, że np. Sokrates znaczy mur żelazny, bo so jakoby znaczy mur, a krato żelazo; błogosławiony biskup Voragine, autor Legenda aurea, tak samo w wieku XIII objaśnia słowa, np. Agathę — aga znaczy czysta, a tha święta.
Znam Żyda kabalistę, który niezmiernie trafnie odgaduje przyszłość na zasadzie zupełnie fałszywych danych kabalistycznych.
Mówi przez niego nieświadoma moc profetyczna, zaś umysłowi jego wydaje się, iż zawdzięcza to zagmatwanym i dziecinnie przekalkulowanym rachunkom. —
Ariaman zatrzymał się i zaczął słuchać — tam z podziemi dochodziły dzwony —
usłyszał jakby śpiewy religijne —
wstrząsnął się —
to w jego duszy jeszcze coś tak śpiewało chwałę Ukrzyżowanemu.
Wraz z imieniem Jakuba Voragine348 przemknęły te rozmodlone postacie świętych, te jedenaście tysięcy kobiet, mistycznie nastrojonych, które w Bretanii szły za św. Urszulą — — okręty zaniosły je w trzy dni prądem rzek aż do Kolonii, stamtąd szły aż do Rzymu, wyszedł na ich spotkanie papież i szedł wraz z nimi, mimo zgorszenia kleru watykańskiego...
Tak szły, aż były wymordowane i umęczone przez Hunów wszystkie, prócz Korduli, która ukryła się naprzód, a potem, zawstydziwszy się, iż przeżyła swe towarzyszki, wydała się barbarzyńcom na śmierć — —
„Jak trudno jest naprawdę wyrosnąć nad swe serce — pomyślał Ariaman — kiedy mój umysł szuka innych świateł, moje serce jest zasłuchane ciągle w Ostatniej Wieczerzy”.
I, aby wykrysztalić swe myśli, zaczął znowu snuć swe zwątpienia o Jezusie:
— Wszakże i to jest fakt niemały, iż świat myślicieli greckich i rzymskich nic nie wiedział o takim Bogu: Tacyt, Swetoniusz, nawet Juliusz Flawiusz! Domniemany morderca niewiniątek, Herod, postrach wieków zbyt wierzących — kiedy był głód w Judei, sprzedał dobra swe i meble drogocenne, aby ulżyć męczarniom narodu.
Za to istotny morderca i potwór, Konstantyn, nosi przydomek Wielkiego.
— Ludzkość, zamiast pojąć naukę Jaźni z życia Jezusa, urobiła sobie twarde intelektualne dogmaty — rzekł Mag.
A wszakże jeszcze na krzyżach z V wieku Chrystus wyobrażony był żyjącym z odkrytymi oczyma i bez oznak fizycznego bólu. Było to bowiem światło z krzyża, który w najdawniejszych symbolach Egiptu, Peru czy Indii — oznaczał zawsze reinkarnację, ewolucję, czyli pierwiastek niezniszczalny życia.
Jezus wiódł uczniów... męką swych skrzydeł astralnych.
Nie trzeba na to było cudów.
Gdyby cuda były, poszedłby za Nim cały ambitny żydowski naród.
Łatwo stopiła się nauka Kriszny indyjskiego z życiem rabi Jeszua.
Rozproszeni po świecie apostołowie prędko weszli w atmosferę orientalną mitów i cudów; jeśli święty Jozefat wziął na się historię królewskiego pacholęcia Buddy, — tym łatwiej imię Jeszua stopiło się z indyjskim epitetem Kriszny, to znaczy Wysłaniec Boga, oraz z wyrazem greckim Pomazaniec.
Nie zapominajmy bowiem, iż czasy, w których tworzyła się legenda życia Chrystusowego, były czasami, kiedy panował gnostycyzm: Filon349, Szymon Mag, Menander ze Samary350, Dozyteusz351... Ich idee rozwijane były w II i III wieku przez Bazylida352, Saturnina z Antiochii353... Orygenes354 uczył indyjskiego przedistnienia dusz i czasowości piekła.
Apostołowie i kościół tych mistrzów swych uznali za heretyków. —
I rzekł Ariaman:
Historia bywa mistrzynią, lecz zbyt późno, jak w życiu jednostek — nagłe i przerażające doświadczenie często tylko jest błyskiem piorunu, który wprzód zdruzgotał okręt, nim płonącymi masztami jego rozświetlił drogę!...
W moim życiu lat temu dziewięć byłem już na ścieżynie wolności i przemyślenia.
Lecz zwróciłem się w manowce mistycznej wiary, dzięki męce serca, które wybuchło z głębin — męce, która mi dała skrzydła astralne...
— Wspomniałeś, Ariamanie, z żalem, iż wszedłeś niegdyś w manowce mistycznej wiary. Wiara Twoja była przeczuciem Istotności. Teraz jedyną największą pracą w Tobie powinno być oddzielenie fantazmatów wiary i fantazmatów zwątpienia od najgłębszej realności. W głębiach bowiem wszystkiego — jest Duch.
Teraz, jak i zawsze, każdy może się stać wybrańcem, który, jak mówi Manu355, rzuci zapaloną strzałę w potężne bastiony przesądu i omyłki.
Lecz ta zapalona strzała może się okazać sama błędem, jeżeli tylko ociemnia wzrok i zgasi wiecznych ogni słupy...
Dusza Ariamana płynęła jak morze wzburzone —
krążyła nad przepaścią, żyjąc w tchnieniach żywicznych lasów nad pradawnym świętym morzem.
Leżał, zatopiony w woniach żywicy tych koniferów356 z długimi igłami, pachnącymi jak fiołki; wśród olch, czarnych klonów, trzciny i traw macierzanek.
Fale wyrzucały na brzeg dziwne twory głębin: kraby, zagrzebujące się w mokry piasek, przystosowane barwą do żwiru, tak że można było je wziąć za kwadracik nadbrzeża poruszający się; zielonawe algi w formie gąbek lub podobne wstęgom wygiętym falisto czy rozchwianym w krzewy; modre przecudne łódki z kryształowym żaglem, fyzalie. Raczki skaczące nikłe, zdające się pchłami, czyniły jamki w piasku, małe jak ukłucie cierniem.
W miejscach suchych modre i zielone żuki toczyły z komicznym uporem bryłkę ptasiego nawozu, wyrywając ją sobie, jeden najtęższy pchał tylnymi łapkami, starając się uciec z nią od natrętnych towarzyszów.
Lecz oto rozegrał się nowy dramat: wielki metalicznie czerwony żuk usiadł na wybrzeżu — dwa haczyki wydobyły się spod piasku i wparły tak nagle i tak potężnie w żuka, iż ten po kilku drgawkach zamarł. Wygrzebał się z piasku lew mrówczany, obrzydłe, piaskowej barwy, pręgowane, podobne do hieny zwierzątko z wielkimi hakami wydzielającymi jadowitą i cuchnącą ciecz —
począł korzystać ze zdobyczy, wysysając.
Wyskoczył drugi lewek — zaczęła się śmiertelna walka, pierwszy legł zatruty i ciało jego wnet przybrało barwę siną.
Nad morzem wśród skał latały orły morskie, zanurzając pazury w wodę, gdy widziały pląsającą na powierzchni rybę.
Tak więc, dusza Wtajemniczonego powinna absolutnie zdawać sobie sprawę z realności zewnętrznej i nią władać!
Znużenie bezsenną nocą dało się wreszcie odczuwać.
Położył się pod cienistym, czarnym klonem. Zasnął.
Wielki bezmiar nocy zasiewał już świecące hieroglify wieczności — haftował wtajemniczenia na wzruszonych, modro-ciemnych głębinach.
Mag Litwor, nachyliwszy się nad Ariamanem, zbudził go wolą, nie dotykając.
— Ty, Mistrzu, czyś wypoczął?
— Nim pszczoła jedna zdążyła wyssać wszystkie kwiaty na tej lewadzie — byłem już po moim śnie.
— I to wystarczyło?
— Pewien rodzaj spania więcej wzmacnia, niż zwykły sen. Teraz nie mamy już czasu, wiatr zrywa się wieczorny, musimy dogonić podmorski statek księcia Huberta.
— Wszakże tu jest pełne morze!
— Ja widzę w dali tego człowieka — —
i widzę jeszcze torpedowiec rosyjski, z którym musimy się spotkać. —
Nie pytał już Ariaman, pomógł założyć żagle, wysunęli łódź na fale, grzmiące potężnie wraz z nocnym przypływem.
Wiał chłodny wiatr, łódź, pochyliwszy się na bok, z świstem zaczęła pruć wody. Góra na wyspie wyrastała wciąż — olbrzymiała w mroku, aż w nim zatonęła.
Już był nad nimi tylko rozpięty haftowany gwiazdami namiot nieba. Mrok nocy magnetyzował; tężyzna fal udzielała się Ariamanowi. Myślami krążył, jak olbrzymi albatros, wśród chmur nad wzdętym morzem.
Mijały godziny.
Bez słowa, w milczeniu płynęli.
Ariaman wracał myślami do ubiegłej nocy, wśród której on, król wyspy Thule, rzucił bajeczną czarę miłości do morza.
Czasza ofiarna dla żywiołu, z której nikt nie wypije już nigdy.
I w tej dumie żałował, iż, jak Aleksander Wielki, nie pochodzi od matki czarownicy, która nie wiadomo z jakim demonem poczęła syna!
Aleksander, nie uważając się za syna Filipa, mienił się synem Amona, boga słonecznego w Egipcie.
Takich matek Olimpiad liczy historia tylko na jednostki.
Słowacki ułożył modlitwę dla matek o syna geniusza.
Ariaman sam teraz był swą matką i czuł, jak rozskrzydlają się w nim czarne, mroczne zadumy.
Wtem ujrzał mknący błyskawicznie po wodzie ogień.
„Nie może być łódź tak szybko pędząca — pomyślał — nie jestli to jakiś pocisk nowego systemu — światło zbliża się, zakaty! wychynęła podmorska łódź!” —
Istotnie, zahamowała się w tak wściekłym rozpędzie, jak lecący siłą paru tysięcy koni parowych torpedowiec. Miała motor aeroplanowy, przyczepiony do wierzchołka masztu, o ile szła na powierzchni morza — i nadający jej ten bajeczny pęd.
Rozwarły się stalowe klapy.
W łodzi elektrycznej oświetlonej stał wysmukły, w płaszcz otulony człowiek.
Widząc dżentelmenów, dotknął biretu, salutując — i zapytał:
— Czy nie znajdę towarzyszów wyprawy na Wielki Wir, który tworzy się koło Murania każdego przedranka? Moja łódź jest podmorska i możemy odkryć ów tajemniczy pod Tatrami prąd!... —
Mag Litwor zaprzeczył głową.
Ariamanowi zrobiło się żal sposobności, spojrzał na Maga. Lecz ten, jakby nie widząc spojrzenia, przeszedł do elektrycznej szalupy i skinął na Ariamana.
— Jak to, nie chcecie jechać na Malsztrem i wstępujecie do mojej Jo357, która nosi nazwę bohaterki, co miała odwagę przepłynąć wielką drogę od bogini do krowy — rzekł dżentelmen, sięgając nieznacznie w zanadrze — zapewne, aby mieć pod ręką rewolwer.
— Mamy na razie rzecz inną do uczynienia, skoro los nam ciebie zsyła, książę Hubercie — odrzekł Mag Litwor. — Musimy jechać pod granicę Tatr i spotkać okręt, jadący z Kaukazu i Batumu. Tam jest plan walki, przygotowany przez jednego rosyjskiego kapitana; sztafetą ma być wysłany dalej, aż na Dwór. Jest to z niesłychaną precyzją obliczona możność wygrania walki przez Rosję na Dalekim Wschodzie z Japonią —
— Jak to? — zapytali obaj naraz: książę i Ariaman — walka Rosji? — nic o tym nie wiemy.
— Jest już w powietrzu, zaraz się pojawi na ziemi. Kapitan Czibisow należy do tych ludzi, co nasz Przewalski Mikołaj: uwielbia absolutyzm i służy mu całym geniuszem, rozległością wspaniałej wiedzy i młodością. Lecz Rosja musi być pokonana dla jej własnego dobra i dobra ludów. —
Nie odrzekł na to już nic właściciel Jo, spojrzał tylko bystro i oddał koło sterowe Magowi, sam zaś spokojnie wyjął małe pudełko i podał uprzejmie Ariamanowi wraz z koszykiem kolczastych fig, zwanych indyjskie.
— Haszyszu? trzeba jednak wprzódy zakąsić, choćby tym owocem!
— Z trudem doszedłem do otrzeźwienia — rzekł Ariaman.
— I ja też. Lecz powierzyłem łódź mą w dobre ręce i pewno na dłużej.
Kto panowie jesteście, nie pytam, wolę mieć do czynienia z nieznajomymi, choć już robi mi niemiłą różnicę, że ten straszny pański towarzysz zdaje się mnie znać.
Co zaś dotyczy statku, wiozącego plan walki, to mam tu aparat telegraficzny bezdrutowy — oddaję do rozporządzenia. —
Książę Hubert powtórzył swe usługi Magowi, lecz były nieprzyjęte.
Mag siedział w skupieniu najgłębszym i to był zapewne jego sposób przyjmowania wrażeń z całego świata.
Książę Hubert, wchłonąwszy dwie bryłki haszyszu, zapadł w rodzaj letargu, lecz nie minął kwadrans, gdy dotknął ręki Ariamana, wstrząsnął nerwowo i rzekł cichym, natchnionym głosem:
— Mój druhu, bracie krwi, przelanej w jedną czarę — czy widzisz te piętrzące się wschody z granitu? tam musisz iść. Tam żyje Prometeusz zła — nad kraterem wulkanu, skąd wychodzą wyziewy siarczane.
Węże dwa pożerają mu plecy. Okuty łańcuchem w tym wiecznym mroku on żyje, ślepiony duch — który niósł światło.
Ja byłem tam. A ty masz skrzydła białe Perłowicza — tyś jest witeziem, który zmógł niegdyś Króla Wężów w Tatrach.
Dziś ty się tułasz... jam twój brat — i jam jest twój wróg Janosik358.
Tak, byłem kiedyś hersztem. Dziś jestem wielkim, nudzącym się panem.
Lecz widzę mój los — na mym pękniętym sercu, jakby urnie z brązu,
która, w rozpaleniu aż do krwi, jest rzucona w mroźną dolinę zgonu.
Na tej urnie rozerwana pieczęć Salomona, Duch wyleciał w objęciu tysiąca kobiet.
Geniusz był to może straszliwych potęg?... Biada, com ja uczynił — com ja uczynił z mą wieczną sześcioskrzydłą duszą? —
(Książę Hubert w rozpaczy najgłębszej uderzał głową o powietrze, a zdało mu się zapewne, że tam są skały Kaukazu.)
Książę ręce rozpostarł na przestworze nieba zasianym grozą milczących gwiazd.
Ariamanowi zdało się, iż dokoła pędzącej błyskawicznie łodzi, skaczącej na falach, jak nietoperz w locie — wiją się błękitne, karminowe, żółte Muzy, srebrne Peri359, czarne Walkirie360 — on zaś, jak Dżalaleddin Rumi361, odrzuca wszystkie czary, idąc w płaszczu derwisza362 po drogach samotnych.
Mag Litwor powstał, dłoń przyłożył do czoła księcia Huberta — i ten otrzeźwiał naraz.
Ariaman nie potrzebował wytrzeźwienia; patrzył z zimnym uśmiechem na księcia, myśląc, iż to jest jakby jego sobowtór, używający życia i biorący par force363 wszystkie przeszkody, u których on legł, jak u mirażowych gór.
— O jedno was proszę — rzekł już zupełnie innym tonem książę Hubert. — Na torpedowiec wiozący plan walki, pozwólcie, bym wstąpił ja sam. Byłem lejtenantem marynarki wojennej i rozumiem się na wzięciu w ręce różnych delikatnych spraw, zresztą znam osobiście kapitana Czibisowa. Widzę na horyzoncie odblask krwawy z komina. Przetniemy drogę i ja pomówię z kapitanem. —
Lecz na to nie zgodził się bezwzględnie Mag Litwor.
Ujrzano pędzący torpedowiec.
Książę Hubert wywiesił latarnię reflektorową i sygnalizował wstrzymanie.
Torpedowiec, lecący z szybkością kurierskiego pociągu, zwolnił pęd.
— Czego? — zabrzmiało gniewne zapytanie.
— Ważna rozmowa sam na sam z kapitanem — rzekł Mag Litwor.
Opuszczono drabinkę sznurową, Mag Litwor wszedł na pokład odymionego, buchającego parą żelaznego potwora. Zniknął wraz z krępym miczmanem364.
Ariaman nie zmieniał zadumy, książę Hubert rozmawiał wesoło z oficerami.
Po kwadransie wyszedł Mag Litwor.
Popłynęli.
Torpedowiec od razu wziął pęd najwyższy i zniknął w parę minut za widnokręgiem.
Mag Litwor usiadł w łodzi, głowę złożył w ręce i płakał.
— Teraz i my nie traćmy czasu — rzekł książę Hubert — kapitan umierający może lada chwila spostrzec, iż podłożyłeś mu pan inny papier na miejscu owych planów. —
— Kapitan Czibisow oddał mi je dobrowolnie, gdym mu ukazał inne w głębinie ludzkości — światło. —
Mag Litwor podniósł głowę i ze wzgardą spojrzał w księcia.
Ten jednak wytrzymał spojrzenie i rzekł:
— Tak czy owak nie minie nas dobrze wycelowany wystrzał armatni. Zakrywam hermetycznie łódź. Zapadniemy w głębię. —
Był ostatni czas, bo nagle reflektory torpedowca, jak potworne świecące macki, zaczęły latać po powierzchni morza.
Torpedowiec znowu ukazał się na horyzoncie i gnał prosto ku łodzi.
Lecz ta już się zanurzyła. Huk armatni wstrząsnął powietrzem i był to ostatni odgłos ze świata dźwięków, bo płynąc w głębinie kilkunastu metrów, nie słyszeli już nic.
Wszystko jednak, nie jak w chaotycznym śnie, lecz wiązało się w głęboką, rozległą skalę Wtajemniczeń myśli i czynu.
Ariaman patrzył przez zwierciadlaną szybę w mroczne tonie rozświetlane elektrycznością. W niemej otchłani snuły się pająkowate głowonogi, i znowu mrok — tylko mignął podobny do stalowej deski z zębami piły, z miną hipokryty — rekin.
Mag Litwor palił w ogniu plany i memoriał kapitana Czibisowa.
Rozległ się dźwięk aparatu telegraficznego. Książę Hubert zaczął odczytywać depesze.
— To przepływa eskadra rosyjska — zapytuje fortecę przy Bosforze, czy nie zechce rząd Otomański jej przepuścić — chcą płynąć przez Sueski kanał, zapewne do portu Artura! —
— Wszystko jedno, nie zdążą — rzekł Litwor.
Te trzy noce będą ważne w dziejach świata.
My robimy rzecz najwspanialszą, jakiej można dokonać:
olbrzymowi wysłoneczniamy jego myśl.
Rosja może zatryumfować, ale inaczej.
Kapitan Czibisow jest już przekonanym naszym druhem. Powiedział to swemu oficerowi, lecz ten kazał torpedowcowi nas ścigać. Kapitan dogorywa — jest suchotnikiem. Duch jego z tamtego brzegu wkrótce spojrzy i pobłogosławi. Nie płaczę już.
A teraz, panowie, czas spocząć wam. Ja zostanę jeszcze przy sterze. Wracamy do kraju. Bądźcie spokojni — maszyna do wytwarzania powietrza nie ustanie. —
Książę Hubert ułożył Ariamana w krześle wygodnym, zmieniającym się w otomanę.
Wkrótce cisza absolutna. Mag Litwor zgasił reflektor, oświetlający głębiny i drogę przed łodzią. Widać ufał swym zmysłom magnetycznym, iż go ostrzegą przed rafą zdradziecką lub tonącym statkiem, z którym łódź mogłaby się zderzyć. Tak mijały ciche godziny nocne w tajemniczych głębinach.
Nareszcie łódź wychynęła na powierzchnię. Mag Litwor uchylił klapy stalowej.
Morze było zmienione w karmazynowy ogród ruchomych gorejących klejnotów. Lub nie, raczej były to potoki krwi na mrocznych, piekielnych głębinach.
Wielkie, jak tarcza Achillesa, słońce wytoczyło się już nisko nad fale i jęło odbijać swe proroctwa w lśniących od morskich kryształków ścianach fiordu między Łomnicą365 i Bialskimi366 grotami w Koperszadach367.
Morze zmieniło się w krew. Tam, gdzie był cień, mroczniał nieprzejrzany Hades.
Wjeżdżali we fiordy Tatr. Regle świeciły, jakby miały na sobie korony złote.
Mag Litwor nie budzi swych towarzyszów, bo ci nie śpią. Milczą wszyscy. Jakżeby mogli przespać tę noc Misteriów, kiedy tam w oddali toczyły się tak straszne przygotowania do Wielkiej Rzezi — kiedy oni sami musieli wykonywać posiew słońca na mogiłach.
Ariaman i Mag Litwor zmierzali do Turowego Rogu. Książę Hubert368 miał ich podwieźć, a sam płynąć do swego zamku. Uczuli się zaprzyjaźnieni przez jedną noc, wspaniałą w myśli, wielką w marzenia i w czyn.
Płynęli fiordem doliny Jaworowych Sadów, pustynnym i straszliwym; potem, mimo boskiej przełęczy nad Litworowym Jeziorem; minąwszy fiord Białej Wody, skręcili już dość późno pod Morskie Oko. Dla szybkości tę drogę przepłynęli w łodzi, korzystając z fiordów.
Książę Hubert płynął do swego pałacu.
Na koniec było radośnie Ariamanowi deptać te Góry ojczyste wielkie, ukazujące duszy jej własny majestat.
Szli przez dzień cały Tatrami, gdyż Mag Litwor wiódł drogą nie najbliższą — uczył Ariamana, gdzie są ukryte skarby dawne oraz jaskinie naturalnych ametystów. W ten dzień widział Ariaman tyle klejnotów, jak gdyby zeszedł po lampę Aladyna do czarnoksięskich podziemi.
I teraz nieznużeni, lecz jakby uskrzydleni, Mag i jego Epipsychidion369 toną w kontemplacji potężnego cudu, który przedstawia o zachodzie słońca Morskie Oko.
Rzekł wtedy Mag Litwor słowa, które przeszyły jak miecz o siedmiu astralnych płomieniach serce Ariamana:
— Mam lat już sto — rzekł Mag — mimo iż wyglądam jak ty, młodo. Moc, która mnie utrzymuje, nie jest zależna tylko ode mnie i może już prędko wybije mój dzwon mogilny.
Pamiętaj, Ariamanie, że musisz teraz całą duszę swą wytężyć, by dosięgnąć Odrodzenia.
Musisz moim być pomocnikiem — winien też jesteś wspomnieć o dziedzictwie twym — Zamku Krzyżtoporskim370.
Zali371 Cię nie znam, Witeziu, który ukryłeś się pod swobodną, lecz straszliwie bolesną maską Ariamana?
Dzwon mój może każdej nocy uderzyć. Jeśli odejdę — a Ty nie pochwycisz żagwi płonącej bez dymu —
biada Polsce!
biada i duszy Twojej, witeziu!
Niewidzialne już za horyzontem Słońce zagasłe — prześwietla rubinowym diademem granity dzikiego zwału Siedmiu Granatów372, fortecę niezmierną Żabiego, spadzistą otchłań Rysów373.
Migocą te potworne skały, jakby wewnętrznym płomieniem tlących się kruszców, czerwienią, jak żelazo w ogniu, złocą się, jak prastare bizantyjskie Madonny w ponurym podziemnym kościele, gdy rozżarzone węgle rzucą na ich twarze krwawy połysk przez chmurę kadzielnic; — zalane falą fioletową, jak obrzeże szat rzymskich dam we freskach Pompei — wstępują w epokę niesłychanej, wywalczonej przez duchy groźne ametystowej potęgi imperatorów. Królują na tronach kamiennych wysoko nad światem — lecz z mrocznym natłokiem rozpaczy u nóg swych — z bladą nicością nieba, w którym nie ma bogów. Wreszcie poczynają stawać się bure, jak opadłe jesienne liście, zmyte nawałnicami i szrężogą374.
I nagle przybierają bladość zamarzniętej twarzy — siną, z białymi wypiekami, jak trupy Anhellego, Eloi i Szamana375, zapatrzone w śnieżną bezbrzeż Sybiru.
Małe ducki na powietrzu odprawiają miłosne gody, topnieje różowa ambrozja, drzewa wyśnionego raju zanurzają się listkami rozkoszy w mroczne, wzruszone fale jeziora i ono poczyna mienić miriadą modro-fioletowych ogni.
Króle gór próbują się ożywić, lecz już niezdrowym ceglastym rumieńcem: rozpadliny skurczone i sczerniałe od niewymownej męki zatapiają się wciąż głębiej w zadumę piekieł — niebo srebrzy jak całun.
Pora to najstraszniejsza w zmierzchu olbrzymów. Toń, a raczej dusza Morza, zamkniętego wśród skał — oczarowana ostatnim pocałunkiem umierającego gdzieś w zaświatach słońca — obłąkana, uwiedziona chwilą nieziemnego wyzwolenia —
jak naga kochanka, zarzuciwszy na siebie żałobny aksamitny z katafalku kir — poczyna szlochać, miękkim, pieszczotliwie tulącym się ciałem pluska o nieubłagane jak tajemnica — więzienie skał.
I wtedy — w jęku fal, które się stają groźne i złe jak Meduzy; w srebrno-kryształowym dzwonieniu siklaw, które rozbiegły pod ogromne głazy i harfami nawołują czarne duchy ziemi; — w straszliwym zapadaniu morza mroków na te świątynie Lucyfera — dźwignięte przed milionami lat jako tryumf wiecznego ognia, który jeszcze w łonie ziemi trwa — słychać ton trzeci, najgłębszy, rwących się nieziemnych strun.
Na potwornej, sczerniałej piramidzie Miedzianej376 turni, zatopionej w mroku jeziora, granią wspartej o gwiazdy — wśród pustynnego cmentarza rozbitych w gruzy jakichś niewiadomych prastarych istnień — występuje Widmo: wyrzeźbiła je lawina, tocząca się tu po niedostępnych wirchach, upłazach, żlebach i na krzesanicy.
Widmo idzie przez ogromną pustynię głazów, zarosłych kosodrzewiną — w mroku świecąc życiem okropnym, rozmachem genialnej fantazji szaleńca.
Idzie:
z piersią wzniesioną, ciało wysmukłe, gibkie podawszy w tył — jakby młoda pieśń wielkiej muzyki i wielkiego światła, wyśpiewana przez huragan nad otchłaniami gór!
cudowne łono dziewicze wystąpiło naprzód, zapłodnione przez Mrok —
mknie ku najgłębszej dali ruchem nóg gwałtownym, złowieszczym, nieprzepartym, jak Furia, idąca do szturmu. Wlecze — wlec musi u nóg swych nieforemne, rozsypane trumny.
Tak idzie — ku niezmiernej, rzuconej poza wszelkie horyzonty, płomieniącej na siedmiu wulkanach, Jutrzni! — — —
Szumią bory złowrogą, nieprzejednaną, z mrocznych głębin ziemi wypływającą nienawiścią — protestem głuchym Życia przeciw miażdżącemu gwiazdy:
Niewiadomemu!