VIII. Chata wieszczki Mary
Jernesta.
W wielkiej izbie ustawione łoże Wieszczki Mary, która leżała chora, dokoła zaś niej były choinowe drzewka, wniesione tu dla balsamu.
I była sama, chwytając powietrze chorymi płucami.
Wspomniała swe dzieciństwo, kiedy malutką dziewczynką stała przed sądem wojennym; i potem, gdy z Ojcem swym na wygnaniu w Kireńsku446 przemyśliwała nocami całymi, jak uczynić coś dla Polski.
Straszne tarakańczyki447 szeleściły ohydnymi gromadami dokoła niej; te wstrętne insekty, których nie wolno było ruszyć, gdyż gospodarze Mordwini448 wynajmowali z tym warunkiem, żeby świętych tarakańczyków nie niszczyć.
Tarakańczyki niejednemu, śpiącemu mocno czy pijanemu, odgryzały nozdrza lub uszy aż do kości, że wyglądał jak dawny katorżni klejmiortyj, i dziewczynka Mara przeraźliwie się ich lękała, w ciemności szlochając w swym łóżeczku.
Tak, nocami tych lat długich myślała nad Polską i zrozumiała w przeczuciu swym, że nic dla niej wielkiego uczynić nie zdoła!
Widziała i znała tych dziwnych ludzi, tych wygnańców, jak Krajewski — melancholik milczący; żył z dala od innych wygnańców, głęboki, najmędrszy z nich.
Ten kochał tylko dzieci, i dzieweczka Mara była jego ulubienicą. Opowiadać umiał cudownie...
Potem już panną dorastającą wieziona z jednego zakładu dla chorych do innego — z Paryża do Kaltenleutgeben, poznała najdziwaczniejsze tajnie życia.
I ową straszną historię z rubinami Księcia de Marny... mieszkała naprzeciw domu, gdzie była ta kobieta, kochanka Księcia...
Fantastyczna, przepiękna dziewczyna Cyganka!
Zabił ją blondyn wymokły, Książę — kazał sobie zrobić rubinowe spinki do mankietów i gorsu. Cały Paryż wiedział o tym morderstwie, lecz Książę stał się najmodniejszym z ludzi w salonach.
Znała w Tyrolu Niemca doktora, przyjaciela Polaków, który miał pokój, zawieszony Grottgerem449.
Wyglądał jak nietoperz, w płaszczu, niziutki. Mówił tylko gwarą tyrolską. Żył samotnie w zamku.
Znała różne potworne historie z obłąkanymi Polkami miłości, silne jak śmierć! lecz mało z nich było tak dziwnych, jak tej góralki Jernesty450, która służyła w Chacie teraz.
W zimie, podczas 26° mrozu, przyszła w białym kaftaniku, w spódnicy niebieskiej letniej. Nie miała serdaka ani chusty. Wszystko przepijał jej Józik.
Była tak limfatyczna z wyglądu, blada, piękna, w stylu Maeterlinowskim, wysmukła, z oczyma niewidzącymi, zda się, nic, zapatrzonymi tylko we własne uczucie, iż stawało się zupełnie nie wiadomo, gdzie mogła się kryć jej szalona, potworna namiętność?
Ubóstwiany Józik było to chłopisko szpetne, pijanica, drągal niezgrabny, co wrócił z wojska i donaszał mundur.
Nie chcieli nigdzie Jernesty trzymać. Nawet to, że była siostrą zbójnika, sławnego Sierotowicza olbrzyma, który większe pół młodego życia przesiedział już na Wiśniczu — nawet takie potężne tarcze nie zasłoniły jej: była we wzgardzie u górali i u państwa.
Wieszczka Mara wzięła ją, zresztą wyborną kucharkę, bo u hrabiów jakichś pomagała kucharzowi, który był pijakiem i więcej spał, niż pracował, za to całej wiedzy udzielił Jerneście.
Ta była cicha, niemowna, jakby indolente451, lecz robota czyniła się sama, w godzinę obiad najwytworniejszy na dwanaście osób umiała podać.
Z góralami była grzeczna, lecz obojętna — z tymi pięknymi przewodnikami, z półbohaterami, jak Jaś Krzeptowski!
Jednego wybrała — i na zawsze już.
Józik był niezły może chłop, lecz dla niego była za tragiczna. Brał od niej datki na wódkę i miał pozwoleństwo przychodzenia jawnie. Wieszczka Mara chciała tę miłość uczynić prawem.
Bywało kilka dni dobrze; nagle ze strychu słychać było łomot zlatującego Józika pijanego, krzyk Jernesty, — i potem wśród lasu nad rzeką jej okropny lament.
Już wtedy na kilka dni nie była zdolna czynić obiadu, lękała się tylko Pana, chory śmiertelnie leżał w zacisznym pokoju. Za to do Wieszczki Mary przychodziła; tuląc się u jej kolan, wszystko jedno, że był to mroki północny — nieprzytomna, ustami coś żuła — gryzła podartą Józika fotografię!...
Pani Mara schylała się, aby ją podnieść, Jerneścia nie dawała się — i tak zostawały obie na ziemi, razem płaczące — modliły się razem za nieszczęsnego Józika, aby go cosik odmieniło.
Kiedy znów uspokoiła się, chodziła wśród pracy domowej, nie widząc nikogo.
Pan Melanchtonius, najwytworniejszy z dżentelmenów w Turowym Rogu, blady też, wysmukły też, wodził za nią oczyma, z zachwytem, mówiąc do Wieszczki Mary:
— C’est une femme! c’est une femme! c’est moi qui vous le dit, Madame452!
Sąd anachorety o tej Manon Lascaut453 był w tym wypadku najwyższą instancją znawstwa.
I teraz Jernesta przyszła, Pani Mara opowiada jej swój sen:
widziała gdzieś, na czarnej przepaści cudne arabeski...
Taki więc dywan czynią razem, Pani Mara rysuje, maluje kulfonikami, Jernesta przynosi włóczki, dobierają razem, tworzą — a wykonywa krawiec, hafciarz od serdaków, idiotowaty góral Dyrula, w którego wmówiła Jernesta, że Pani go kocha! — i on nie tyle dla papirka dziennie, ile dla Pani Wielkomożnej haftuje i naszywa piknie.
Tak powstało arcydzieło — pierwszy haft sztuki stosowanej w Tatrach!
I ten dywan stanowi dumę Jernesty: „zrobiliśmy takie, czego nikt nie zrobił!”.
Łoże Pani Mary zarzucone resztkami włóczek...
Jernesta wyżenia się w końcu.
Ślub smutny, życie stało się już piekłem zupełnym.
Pijaczysko nie wychodził z karczmy.
Chcąc oduczyć od pijaństwa, opychała go słodyczami, robiła mu sławne w Turowym Rogu ciasta Rzymusy, których nauczył ją hrabiowski kucharz. Zawsze u niej, jak na Wielkanoc, było zastawione; Wieszczka Mara czasem zajeżdżała do niej, dziwiła się temu:
— Abo widzi Pani, ja tak chcę Józika nauczyć, że mu w domu najlepiej...
Ale Józik, noc spędziwszy w karczmie, rano pałaszował ciasta, potem drzemał — i znów szedł pić.
Tak przetrwonił całą chudobę, dom porządny, kawał lasu; Żyd karczmarz wziął to mniej niż we dwa lata.
Jest prawo austriackie, które takie długi chłopskie, w karczmie powstałe, bardzo surowo kontroluje i chłopów wydziera z rąk lichwiarza pijawki.
Na skargę Jerneści, miała Pani Mara jej bronić przez Sędziego Zygmunta — ale prosto po tej żałobie Józik poleciał do karczmy, powiedział Żydowi, że go Sędzia weźmie w kluby.
Żyd w nocy pojechał do Nowego Targu; co uczynił?
kogo przekupił? czy tylko od kogo wymógł przyśpieszenie likwidacji — dość, że w parę dni Jernestę wyrzucono; — i tułali się w okropnej nędzy po Krakowie. Jerneścia była już przedtem bita przez Józika za jakiś grzech... teraz poszła drogą kobiety nierządnej... prędko dostała się do szpitala, stamtąd pisała list do pani Mary; był w nim tragiczny wzniosły krzyk:
— Pani nie ma prawa mnie sądzić, bo Pani jest królowa Jadwiga, a ja jestem kobieta!...
Wspomniała, jak noce całe przemodliły się razem! —
I nie sądzono jej zresztą nigdy źle w Turowym Rogu.
Umarła.
Józik wpadł w rozpacz — coś przejrzał.
Teraz wyrzucał sobie, że jakby on był jak się patrzy chłop, a nie pijanica — Jerneścia by nie zatraciła się i nie umarła!
Coś w pół roku i on poszedł za nią.
Został chłopaczyna, szpetny, jak jego ojciec, kochany do szaleństwa przez matkę, póki żyła.
Jerneścia całą majętność swej młodości przemieniła w miłość do tego chłopca, lecz musiała go opuścić, idąc do Matki Ziemi na nowe przeobrażenia.
Taką była Manon Lescaut Turowego Rogu.
Kielo ta pani głupia!
Burgrabią Turowego Rogu był zwariowany góral Gandara.
Chodził se po słonecznych galeriach — przytupywał wesoło; kiedy był rad, śpiewał piosnki z dzikim hipkaniem —
a kiedy głód go dojął i ujrzał Mistrza Teodoryka, pytał:
— Dali wam jeść?
— Dali.
— A mnie nie dali!
Gandara miał się za władcę niepomierzonych obszarów, niby Hamlet, lecz nie zamykał ich w skorupie orzecha. On widział je — on okazywał na całe Tatry: — syćko moje!
Na dzień jeden zaszedł po drodze do Turowego Rogu.
On i wariat Gandara dosyć się lubili, choć Ariaman nie miał dla niego uczuć rzewnych, bo widział w nim jakiś swój prototyp. Usiedli więc.
Raz przed samą śmiercią usiadł z Ariamanem na słonecznej przyzbie i, przyśpiewując, tak gadał Gandara:
— Wicie, jako w Białce kościół zjedli?
— Z jedlinowych balów?
— E, wyście mądrzy, to nie uwierzycie, ale głupi to myślą, że kościół zjedli!
— Wybudowali kościół z pni wielkich jedlanych, hrubych, jak ten skriżal — (ukazał wielki płaski głaz u schodów).
I był taki gazda, co syćko zabijał: barany, owce, woły, ludzi, syćko zadziobywał.
(Tu Ariaman miał widzenie olbrzymiego, czarnego, skrzydlatego człowieka, który syćko zadziobywał!...)
No i było mu już na śmierzć.
Ale jako ta do księdza pójdzie?
Kto mu da rozgrzesynie?
Namówili go przecie. Ksiądz pyta: „no, ile ta może być tego, co zabiłeś?”.
Tak mówi ten zbój:
„Jakbym ze Żaru do Jurgowa zrobił płot, telo by on mógł objąć, com nasabijał”.
To mówi mu Ksiądz: „klęknij w kościele, zrób krydą koło i módl się a nie daj się wziąść złemu”. —
Zostawili go.
Modli się.
Noc — ciemno! żebyś diabłów zjadł, a nie widział.
A tu widzi ogień zaświecił — kuźnia!
Takie pięć pieców bucha ogniem, jako w Hamrach, kie żelazo robią — rude ocziszcają. Kręcą się też różne sieleniejakie duki. Mieli ulać dzwon, a na tyn dzwon wsziscy dawali pieniądze stare, spilki połamane abo i całe — syćką miedź i srybro. Zewsząd ludzie umarci schodzili się, dawali, a Ksiądz dorzucał.
I postawili na tym grzysniku dzwon.
I młotem biją, a taki huk, że jak uderzy młotem, to wszyscy głuchną w Zakopanym.
I tak mu straśnie dzwonili, kując na nim.
Rano nie chce nikt wejść do kościoła — tak się brzydzili grzyśnikiem.
Ale Ksiądz wszeł:
widzi go, iże klęczy w kole.
I nie pytał już więcej, dał mu rozgrzysenie. On wiedzioł, kielo musiał wycierpieć tę noc. To już mu więcej potrza nie było! — —
I śmiał się Gandara do Słońca, które ogromne blaski rozsiewało na lazurowy przepych zimowego krajobrazu Tatr.
Gandary znaną jest historia.
Mędrzec Zmierzchoświt rzekł mu: napisałem o was książkę.
— A co to? — spytał.
— No, jest taki człowiek, nazywa się Gandara.
— Jak śmieliście? to jeno Żydzi wołają Gandara! a ja się zowię Adalbertus Łukascyk z Murza Sichla!
— — — —
Kiedy te słowa Kronikarz Turowego Rogu pisze, wicher okrutny duje za ścianą, — tam idzie Gandara już nieboszczyk:
prosty jak był starzec, wyglądający na młodzika hardy — nieprzystępny.
Kiedy go pokrzywdzili, zabrali mu grunta orne, na których wysiewu miał 23 korce, i łąki szmat, i lasu godnie, i z chałupy wygnali mu dzieci i żonę za jakiś mały dług 3 korcy kartofli, cztery razy zapłaconych u Żyda, a bez kartki —
on leżał po oborach chory z połupaną czaszką od kijów.
Wyszedł jako wariat.
Sąd przysądził mu 4000 za ono pobicie i chorobę, nie miał kto ich pobrać — żona umarła z rozpaczy, synowie byli mali.
Gandara chodził po świecie, czasem bywał ponury i klął.
— Wsy me źreją, katany i obucia ni mam, a syćcy mi rozkazują: ino pracuj! Dość jo się napracował, a jesce pirwej byłem w wojsku — w Nietalii: w Peskierze i Werunii — w Milanie! mój pułk się nazywał Wilam Princ Preis fon Fridlik eśte regiment lunero cwancik! mój generał nazywał się Kostia Ziemania, jedno miał oko gdzie trza, a drugie tu — (pokazywał żuchwę).
W Nietalii syćkie panny chciały się za mię wydać — nie chciałem.
A i tu mówi do mnie ta, co w Kuźnicak: podobacie mi się, Gandaro!
Nie chce was, boście głupia!
— Jakże tak można pannie ubliżać? — pyta Zmierzchoświt.
— No, toć jej tu nie ma, a że ona głupia, to je prawda! —
W ogóle Gandara nie był łaskaw dla kobiet.
W bajce o Adamie i Ewie mówił:
„jesce ta Jadomisko, jako Jadomisko, niezły chłopisko był, pracował ciężko — ale ta!” — tu machał pogardliwie ręką na tę, która wydobyła mysz spod czapki mimo zakazu Boskiego i przez to sprowadziła tyle bidy na świat, ba, i Chrystusową mękę!
Gandara szanował nadzwyczajnie pracę przy ziemi.
Księżniczkę Wisznu chwalił, gdy widział ją pielącą ogród, mówił, że ojciec jej (Pan Oleśnicki) oślepnie od książek, ino ta go zdole utrzymać!
W ogóle jednak kobiety niegodne były jąć się pracy przy ziemi — to nie dla bab!
Widząc, że Wieszczka Mara nie chowa świnek, nie karmi ich własnoręcznie, ogrodów i puszczy Turowego Rogu nie oddaje pod ziemniaczki — mawiał: kielo ta pani głupia!
Wpadał nieraz o zmierzchu straszny, z obłędnym wzrokiem i upominał się:
— Ka454 moje grunta? cemzeście mnie dali oszukać? co wyście za pany?! —
i wielką kosą, wziętą ze ściany, wywijał nad Wieszczką Marą.
Wśród zmierzchu ten wariat z kosą szalejący — i pani Mara nieruchoma na swej kanapie, cichymi słowy uspokajająca! obraz, jak wszystko najlepsze, nienamalowany!
Nachodziła go śmierć, kończyny mu puchły, czerwieniały — wpadłszy w śnieg, nie mógł się już sam wydobyć.
I tak opowiadał o tej utarczce swej ze straszną, bezoką Mocą:
— Kazałem hadwokatowi, aby pisał o śmierzć.
A ten pyta: gdzie jej zamieszkanie?
Jak ci dam w kark, to zaroś będzies wiedzioł, gdzie je ona! —
I chichotał...
Mędrzec Zmierzchoświt zapewnił mu izbę dostatnią, gdzie miał co dzień to, co tak lubił: mliczko i ciepło.
Wzgardził po tygodniu kątem.
— Co ja tam będę robił? babsko je stare, brzyćkie. Takie to dziady!... —
Gandara był strojniś, wybredzał, nim co raczył przyjąć. Umiał do żywego wydrwić niefortunnego ofiarodawcę starych butów lub niewyborowych rękawic zimowych.
Chodziła po nim gawiedź, tj. insekty swojskie, ale dusza jego była krynicą wielkiej mądrości, swobodnego tworzenia swego własnego, z głębin natury chłopskiej wydobytego światopoglądu.
Na św. Szczepan, w ostatni dzień umierającego roku, przyszedł do Wieszczki Mary bardzo smutnej, która była sama. Pijąc nietalijskie, jak myślał, a właściwie dalmatyńskie wino, tak się dziwnie rozwieszczył, że mówić począł w natchnieniu ogromnym, zawierając całą mądrość chłopską w potężnych Ezechielowych wizjach:
— Obłoki się otwierały, jako to u was dźwirze do pokoja, do piątego razu odmykały się do nieba!
A wicie, co to niebo?
Jak sie niebo zamkło, upadł na ziem krzyz.
A ja podniósł ten krzyz, bo żaden nie kciał go dźwignąć.
Telo głupik wte było, co i dziś!
Krzyza to nie miał kto podnieść, to ja go wzion ten krzyz i podźwignon, i poseł z krzyzem po świecie...
A każdy na mnie do dziśka woła: tyś głupi! tyś głupi.
Tak mnie wej wysło!...
A kieś ty mądry, cemuś ty nie wzion krzyza, nie wzion i nie poniós, tylkoś me do śmierci zabił?
„Zje to mój las, zje to mój las, zje to moja ziemia! ” —
A to nie twój las, nie twój las, ani nie mój las, ino Boski, i ta ziemecka święta nie twoja, nie twoja, ani nie moja — ino Boska...
A jak się zamkły obłoki, to tak łupło!
A łańcuch leciał na ziem, a jak doleciał — to zgasnon, bo był tak, jakby z ognia...
—-
A głupi nie wiedzieli, co to niebo wskazywało.
Jeden głupi krzycał: Bedzie mór! — drugi głupi krzycał: — Bedzie wojna! — trzeci głupi krzycał: — Biedzie głód! A to niebo wskazywało skarby: lase, ziemie, wody, sól.
Cicho! cicho ze bądźcie! Nie mówcie nic, coby was głupi nie słyseli! My tu dziś ino sami dwa mądrzy!
Słuchajcie, jako wam powiem: Śrybła, złota człowiekowi nie trza. Śrybło, złoto, to ino z dyjabła, to jest, dyabelska rzecz.
Pan Bóg dał cłowiekowi sytko, sytko, co mu trza.
—-
Słuchajcie ze, jako wam mówiem. Pan Bóg dał człowiekowi te ziem świętom. — W imie Ojca i Syna i Ducha świętego. Jamen. I ku temu dał Pan Bóg cłowiekowi jesce lasy, wody, ziemie i sól — więcej nic nie trza: A ty cierp i pracuj!
A nie trza nigdy ślubować od wódki. Moi ostomilioni! Pamiętajcie! pamiętajcie! Wódka najpotrzebniejsa, bo to z Boskiego daru, ze ziemniacków.
A ściąga żołądek i śmiałości dodaje, ze i do śniega hipnies! A ognia dodaje, choćbyś nic nie zarł... —
W kilka dni później zaziębił się na srogim mrozie, jadąc ku Nowemu Targu do sądu po swe majętności — po te syćkie hale w Tatrak... co je widzicie haw!
Siostra miłosierdzia w szpitalu gdy Gandarze powiedziała, że to już jest to, Gandara rzekł: Kielo razy już o nią pisałem!...
Umarł Gandara, król przestworzy, w przeodzieniu Tomka biednego, Towarzysz Mędrca Zmierzchoświta, który był Królem Lirem Turowego Rogu.
Wszyscy byli Gandarze w życiu radzi i wszyscy byli śmierci jego radzi.
Mędrzec Zmierzchoświt, przynosząc wieść o jego zgonie, śmiał się prawie radośnie, roniąc łzy.
— No, już się stało, droga pani! — rzekł — już naszemu Gandarze jest dobrze!... —
W puszczy.
Chodziła z Mędrcem Wieszczka Mara, idąc ku puszczy. Spotkali tam lwa wspaniałego z grzywą płową, który żył w jaskini z małym, nędznym kundysikiem.
Lew był zmęczony żarem, kładł się, łapy wyciągał, muchy go gryzły.
Obrzydliwa psina targał za uszy — gryzł, wyrywał mu kudły —
lew znosił to ze spokojem królewskim.
Kundys ten był nie do zniesienia, jakiś marny, nudny — i co zmuszało lwa znosić takie towarzystwo?
Potrzeba kontrastu? potrzeba bycia wspaniałomyślnym? czy też wprost — ten fiber serca, który szukał kogokolwiek, cośkolwiek? — —
Jodły były tak rozłożyste w słonecznych srebrzeniach, chmury płynęły tak dalekie od wszelkiej troski na swym błękitnym morzu, że i w serca ludzi wpadała przez jakiś otwór szturmem zdobyty — radość, jakby młody Apollo z mieczem.
Wielkie, posępne skały mroczyły się, zwrócone od słońca, zapadłe w morze.
Straszny jęk dobywał się znad fiordu.
To Otaria utraciła towarzysza!
Miesiące mijały — i to wielkie, wspaniałe zwierzę, pokrewne fokom, nie odchodziło od brzegów, przepływało tylko fiord to tu, to tam —
szybka jak syrena, goniąca okręt Odyseusza na morzu.
— Te zwierzęta są bardzo szczęśliwe — mówił Ariaman, wskazując na głazach rozwalone foki i lwy morskie: — nurzają się w rozkoszy żywiołu Tetydy całym swym jestestwem i tak łatwo mogą zdobyć kontrapunkt radosnego, leniwego wypocznienia na skalistej wyspie!
A potem znów płynąć gromadnie, jak armia, po tych głębinach, z niesłychaną szybkością, w dni kilka przenosić się ze stref polarnych w umiarkowane regiony! Iście Böcklinowski tryton! jakie Odyseuszowe najady!
— Tak, są szczęśliwi — jeśli mogą być szczęśliwi?! — rzekła Wieszczka, dygocąc całym ciałem na rozpaczny głos biednej Otarii, która samotna, niedopuszczająca nikogo w pobliże, wyła przerażająco! milkła tylko, zanurzając się na krótko w ciemną toń.
Przypisek kronikarza piekielnego.
Te wzruszające — hm, hm, opowiadania mogą iść zaiste w zestawienie tylko z kwiateczkami świętego Franciszka... takież bredy! nie razi nas to, że lew znalazł się w Tatrach — akurat w czasie, gdy z mrozu Gandara dostał zapalenia płuc, bo jeśli tyle mułów upasa się na krytyckich preriach różnych stolic, o każdej porze dnia, nocy, roku i stulecia — to czemuż nie miałby się znaleźć i jeden Felis Leo w Tatrach — zimą?... Więc nie to razi nas, ale skąd wjeżdżamy znowu w jakiś elegijny nastrój? skąd ja do tego przychodzę, żebym się miał zajmować cenzorowaniem tych skryptów o bekowisku fok, o wszach Gandary i Rzymusach, które piekła kucharka swemu strażakowi? to ma jakiś zaraźliwy nastrój gromnic i Wielkiego Piątku, Biblii dla ubogich duchem w Milwaukee lub Massachusetts i ostatnich — tamże chrześcijan! Myśleliśmy, że po rozmowie Ariamana z Magiem Litworem o Krisznie — i w kronikach Turowego Rogu zapanuje chłodne, tęgie powietrze, ale nic z tego! na wszystkich Polakach widać, że jest to „nacja przetrącona!” — jak mówi pan Zimorodek.
Koniec przypisku
Pogrzeb.
Nikt nie mógł być na pogrzebie Gandary, jedni byli sami zbyt chorzy, inni za obojętni.
Wieszczka Mara, zapłakując się dniami całymi nie za Gandarą, ale z powodu faktu śmierci, z którą nigdy pogodzić się nie mogła, prosiła Ariamana, żeby ten był na pogrzebie od Turowego Rogu, zanim wróci do swej chaty.
Wybór padł źle.
Dla Ariamana nie było ze strony Gandary śmierci, po prostu zabrakło go, jak jednego z ptaków albo obłoka na niebie, albo przeminionego dnia.
Śmierć mogła się zjawić przed Ariamanem tylko jako otchłań w jego własnym sercu. Lecz serce jego całe było już otchłanią.
I teraz Niniwę niechby ziemia pochłonęła, on ze swymi ukochanymi mógłby trwać w stanie tego badacza meteorologii na szczycie góry Dant, który zapisuje stan psychiczny atmosfery ludzkiej: Zeus +40, burza od Archipelagu Księżniczki Wisznu, Chrystus -12, sucho, obłoki Cirrusowe sceptycyzmu. — Ariaman nie mógł darować Wieszczce Marze tych łez wylanych na próżno, tej boleści, która nikogo widzieć nie chciała, tylko przed Mędrcem występuje z twarzą wesołą, by jemu nie powiększać smutku.
Czyżby zaś Mędrzec cierpiał z powodu, że Wieszczka Mara cierpi?
gdyby Mędrzec Gandara widział te żale nad tym, co już nie istnieje, czy nie powiedziałby znowu: Kielo ta Pani głupia?
Gandara jest lub go nie ma —
a słońce jednako potoczyło się kulą rubinową za kurhan Osobitej i pójdzie zajrzeć w twarze obłąkane tych setek tysięcy, które giną tam — pod murami oblężonego Portu Artura; jednako śnieg cudowną, mocną pokrywą oszrężył bezmiary śnieżne, po których leciał na nartach Ariaman.
Nie znaczyło to, żeby on był wesoły, nie:
ujrzał przy mogile Gandary ohydnie zjedzoną przez raka twarz jego córki, czarownicy, w której czarach był rozkochany. A że nie mowa tu o czarach fizycznych, to się rozumie, lecz o zamawianiu na ciężkie smutki, którego to zamawiania używał niedawno Ariaman, śmigając od granic Kaukazu aż po Ałtaj i szukając duszy świata w barakach umierających — i na polach, gdzie skłębiały się masy ciał od pękających granatów.
Czy użył tego zamawiania z powodzeniem na własną duszę? z większym jednak, niż na swego raka w twarzy biedna Łukascykówna! bo przyniósł moc dzikiej tężyzny.
I był jeszcze tam na tym cmentarzu obmarzłym zachlipły, z nosem czerwonym karzeł Jaś, syn już podstarzały Gandary...
Takie się to obrodziło szpetne potomstwo temu, którego upragnęły syćkie panny w Nietalii i nawet ta z Kuźnic, ino bez to że głupia, to jej nie wziął!...
Tak, jest Polip, który ssie duszę świata:
obrzydłe Przeznaczenie ze skośnymi oczyma handlarza ludzkim towarem, z rurką zamiast nosa, z gębą ukrytą między strasznymi ramionami...
I jakże to nazwać — ten Absolut, tak niepodobny do ciszy lodowców Goethego, do piorunowej na cherubimach toczącej się chmury Mojżeszowego Boga?... Czerwony śmiech — Czarne Maski — Bezdno — jak nazywali autorowie rosyjscy? Karma, jak mówią teozofowie? Czy też „Cosik”, jak nazywała Wieszczka Mara?
Z pól śmiertelnych Mandżurii wyniósł Ariaman życiową wolę walki z tym Przeznaczeniem.
Nie pozwolić, aby od szachrajstwa różnych „Bezobraznych” panów zależały losy kroci tysięcy tego boru ludzkiego.
On czuł się witeziem, który nie żądał już niczego dla siebie.
Nad grobem Gandary rzucił Ariaman kilka jedlin do jamy, rozmyślając, jak innych witeziów w Tatrach przejmie tą samą mocą, jak też Zolimę postawi na straży Tatr, wiedząc, iż bez niej stanie się tu coś potwornego, jakiś drugi Bezobrazow z jakimś nowym Abazą wywołają wielką niepowetowaną narodową klęskę.
Słońce, wracające krwawo do swej kuźni, przypomniało mu północne sagi o rycerzach-bogach prastarej Eddy455 — i o tej kuźni, która jest pod Ornakiem.
Przy kolacji u Wieszczki Mary spotkał księcia Huberta, który mając pewne względy dla Ariamana, chciał koniecznie jednak uczynić go człowiekiem arrivé456.
Gniewało go to, że Ariaman mogąc zdobyć Zolimę, trawi się tajemną męką, zagłuszając ją (tak sądził książę) różnymi metafizycznymi donkiszoteriami.
Jego melancholia nie umie spojrzeć na życie, które jest warte dobrego śmiechu.
Melancholia Hamleta była tylko kolorem głębin. Ale na wybrzeżach swych on pienił się srebrem, szalał setkiem457 tęczowych katarakt.
I to miejsce dramatu:
„Być czy nie być?”
Przez intuicyjnego aktora powinno być omówione podczas rwania krasnych goździków przy oczekiwaniu niespokojnym, kiedy na zegarze zamkowym wybije północ.
Wtedy rozpocznie się najcudowniejsze misterium, jedyna najświętsza msza — obcowanie z własną jaźnią, przybierającą kształt zewnętrzny Ducha starego Ojca.
Potem zaś nad ranem, kiedy Poloniusz pójdzie na nabożeństwo do kaplicy i na grę kostkową w kurdygardzie, Ofelia idąc przez chór kościelny, w jednej z nisz uczuje rękę Hamleta, który obejmie ją wpół i wprowadzi do miłości lub, jak chcą inni — do porubstwa! —
Wieszczka Mara, zbolała pogrzebem Gandary, czuła zamieranie serca; lecz zażywszy walidolu, prędko jęła przychodzić do stanu normalnego pogodnej mądrości.
Lecz niestety, nazwa tego lekarstwa przypomniała ks. Hubertowi sułtankę Walidę z czasów rozbioru Polski i popędził on myślą do tych zacnych krajów, gdzie by wolno było porywać ukochane do haremu —
i przez cudne arabeskowe okna mówić z nimi na tarasie, podsuwając im figi smyrneńskie, rachatłukum, wino Lacrymae Christi i to lepsze jeszcze Lacrymae Veneris z wyspy Cypru...
Ach, obnażyłby ją, taką wysoką, gibką, cudną kobietę o włosach kruczych, z oczyma szafirowymi —
i nie byłoby wtedy mowy, żeby panny miały ślepotę kurzą, nabytą z książek ekonomicznych i nie wiedziały, kim jest Baron de Mangro, handlarz ludzkim towarem, a kim ten, który stoi sam, walcząc ze swym Losem.
Porwać należy!
tak — już nie pieśnią, lecz zbrojnym napadem, tylko zamiast w kilkunastu draba — zjawić się samemu jedynym!
Już nie śmiesznym pieśniarzem, lecz templariuszowym Bafometem458 — głową mądrego mężczyzny brodatego, na czterech łapach zwierzęcia.
Ariaman próbował umitygować księcia, lecz ten rozgrzany winem, okazywał się istnym awanturnikiem z XVI lub XVII wieku, jakimś Kortezem lub Pizarrem, jakimś panem Lisowskim czy Radziejowskim.
Czym dla takich panów były świątynie Peru, czym kolumna Memnona, zasłuchanego w wieczność?
Zwierciadło jaźni tacy powieszą sobie w swej sypialni, gdzie odwiedza ich tabun kobiet.
Mądrość ich — to nowa alchemia, aby według swej anarchistycznej woli sproszkować świat, a potem z niego utworzyć wesoły kulig.
Książę Hubert nie znosił cierpienia i chciał je zewsząd egzulować459.
Na Turów Róg patrzył on jako na jeden z nieopisanych jeszcze przez Dantyszka460 zakamarów piekła, gdzie nad czeluściami, żarzącymi się od lawy, księżniczki Zolima i Wisznu pieką jak uśmiech dziewicy miłe ciasteczka;
Wieszczka Mara, wisząc na krzyżu, wszakże zaprasza, aby jeść wyborne ukraińskie konserwy z berberysu, a do miska dodać śmietany. (Wspaniała Złota poganka, pokutująca w tej wychrzczonej, niestety, Duszy)!
Mędrzec Zmierzchoświt uzbrojony młotem Thora burzy cały ustrój społeczny, a nagim i przygniecionym ruinami ofiarowuje kwiatuszki z jeziora świętych;
Mag Litwor niechże z Indii wydobędzie Kamasutrę, sztukę miłości, a da spokój wszelkim Ofiarniczym Mostom ku nieistniejącej Krainie!
Kiedy Wieszczka Mara wyrzekła, iż dla niej smutek jest tym dłutem, bez którego już nie może się wyrzeźbiać dusza — ks. Hubert aż się wzdrygnął.
Dla księcia była to stęchła zatoka, on sam rwał się na Ocean dziko szalejący, po którym dopłynie w końcu do krainy pełnej najcudniejszych kobiet kapłanek, drzew chlebowych i mądrych mitów, zaklętych w rzezanym kamieniu przy świątyniach Oceanicznego Diabła.
Książę mówił te i tym podobne baliwernie461, obmyślając jednocześnie zagarnięcie zamku Muzaferida w Tatrach i odrodzenie całej Polski z wielkiego źródła nietzscheanizmu.
Wtem Wieszczka Mara wstała, długo nie wracając, ks. Hubert też zabrał się i poszedł.
Zamyślony Ariaman patrzył przez okno. Ujrzał naraz Wieszczkę Marę, która szła z swą śnieżną głową, czarno ubrana, wśród mrocznych drzew, brnąc w śniegu i płacząc.
— Kielo ta Pani głupia! —
Żałobnice.
Częstymi gośćmi były w chacie dwie żałobnie ubrane wdowy. Jedna ze Żmudzi — rumiana, z naiwnym wyrazem twarzy włościanki, lecz z niepożytą siłą duszy, jaka się trafia tylko wyjątkowo. Pasła krowy do 14. roku, potem los jej pozwolił się uczyć i w osiemnastym roku zdała już egzamina z gimnazjum, nauczywszy się zupełnie jej obcych języków: polskiego i rosyjskiego. Pojechała za granicę do Szwajcarii na uniwersytet, chcąc następnie zarabiać na młodego literata litewskiego, w którym się zakochała, a który miał suchoty.
I byli razem w Szwajcarii.
Nędza, niejadanie całymi tygodniami — uczyniła stan literata beznadziejnym. Kiedy żona jego posiadła patent i przyjechała w Tatry zarobkować i kiedy mogła dać ukochanemu człowiekowi wszystkie wygody — on już kończył ledwo zaczęte bezlitośnie twarde, smutne życie. Podobno wszyscy Litwini z ludu, idący ku nauce, dostają tuberkuł462 z powodu nędzy!
Wielka wspaniała głowa poety, z uśmiechem sardonicznym, leżąc na poduszce trumny, zdała się spoglądać wzrokiem zakamieniałej boleści w tę — która klęczała na śniegu cmentarnym, złożywszy ręce, z wyrazem chłopskiego tępego bólu, który pyta Boga pierwszy raz w życiu — i ostatni:
— Czemuś mię tak pokrzywdził?
A może — Ciebie nie ma? —
I to straszne dla dusz głęboko pierwotnych zapytanie wyłoniło się też jako najwyższa waga życia przed tą drugą wdową.
Jej oczy nierozświetlne, postać zdająca się być tylko w czarny jedwab zamkniętą chmurą, jej wyraz przedelikaconej mimozy pytał o to samo.
Weszły one do chaty Wieszczki Mary, zapytując prawie na progu, czy jest Bóg!
Wieszczka Mara naraz uwierzyła, naraz wyciągnęła rękoma po tę władzę, którą miała lub zdawało się jej, iż miała, ukrytą w misteriach duszy na straszną potrzebę.
Potwierdziła, że Bóg jest — i dusze są — i ci dwaj skrzydlaci rewolucjoniści — tam są.
Lecz obie wdowy zaczęły zaprzeczać.
Mąż Żmudzinki był niewierzącym socjaldemokratą i melancholikiem. Dopiero przed samą śmiercią miał wizję słonecznej żmudzkiej ziemi wśród lasu — i było tak szczęśliwie — tak oddychało się pełną piersią — tam był Bóg!...
Lecz mąż drugiej wdowy, bogacz, proletariatczyk, człowiek zdumiewająco zdolny, umierał w spokoju filozofa, mówiąc, iż nie chce księdza — i nie mógł przypuścić nawet na chwilę takiej niedorzeczności jak życie pośmiertne! Żona, która mu towarzyszyła aż do końca w niewierze, zostawszy sama wśród pustych ścian — zaczęła wywoływać jego ducha, słyszała w muzyce swojej tęsknej na fortepianie jego głos za sobą, widziała go w snach, widziała na jawie z otwartymi oczyma, przestała kochać nawet jedynego synka — i szła za duchem, gasnąc, niknąc...
Nocami te dwie wdowy tworzyły seanse, miały widzenia, odpowiedzi duchów.
Więc przyszły wreszcie do Chaty, czując, iż umysł im się miesza, i prosząc tylko o jasne, proste zapewnienie, iż Boga nie ma.
I Wieszczka Mara (kobieta!) uczuła naraz, że Bóg jest!
Zaczęła dawać Go im w płaczu i w wysłuchiwaniu dziwnego ich życia — i w zapomnieniu, iż sama dla siebie doszła do strasznych pewników!...
Żmudzinka była zawsze milcząca, ta druga zaś mówiła tak, jak śpiewają łabędzie — pieśń przedśmiertną.
Krwawej piękności wspomnienia!... w więzieniach Petersburskich, w tych szalenie odważnych drukowaniach na maszynie, szukanej przez całą policję miasta, przez żandarmów, — właśnie, kiedy ruch wydawał się zdławiony —
ta wówczas szczęśliwa kobieta, a zawsze nikła mimoza, drukowała płomienie, rozrzucała je po mieście —
i jeszcze przychodziła do władz, ujmując się za więźniami, grożąc sądem za bicie i wyrzucanie za drzwi kobiet z prośbami.
Jej brat jest na Sybirze! Raz już uciekł i schronił się za granicę, lecz wrócił, wiedząc, iż go szukają, bo musiał i chciał należeć do Rewolucji.
W dzień przyjazdu aresztował go ajent ochrany — przesiedział rok w więzieniu — i chorego z nadpękniętymi do szaleństwa nerwami wysłano na osiem lat katorgi.
— Więc tak po prostu, pytając Drogą Panią i nie męcząc już naszymi opowieściami, czy jest Bóg? —
Poszła na spowiedź do księdza:
potępił rewolucję, potępił też wywoływanie duchów, ale kiedy zaczął mówić o Bogu —
to mówił tylko o którymś paragrafie katolickiego Swoda zakonow. —
Późno w noc przeciągały się rozmowy tych trzech wdów ze sobą.
Wieszczka Mara.
W górach mrocznych Boleści żyje Wieszczka Mara;
w górach osłonionych od świata senną żaluzją chmurnego milczenia;
w tych górach nieznanych, jak były nieznane przez lat tysiące góry Nieba, z których wypływa Nil, jezioro Niasa i Wielka Zambezi;
w tych górach smutniejszych niż lawy księżyca...
w tych górach osamotnionych, jak ponury wulkan Tristan da Cunha, otoczony morzem i z Antarktyku płynącymi górami lodu;
w tych górach przeczuwalnych i wyliczanych w przybliżeniu, jak dziewiąta planeta Neptun, nim ją odkrył potężny teleskop Astronoma;
w tych górach ubłogosławionych, jak Góra Czaszek, kiedy spełniła się na niej ofiara Miłości;
w tych górach, osypanych zwałem wszystkich polskich trumien, jakie były od czasów Króla Popiela;
w tych górach mądrości nieprzewyższonej, dobroci zawsze zawiedzionej — Zniczów nigdy niegasnących, przyświecania lampą wieczną serca nad kaźniami więzień i zesłańcami wśród głuchej mroźnej Nocy syberyjskiej;
tam żyjesz Ty, Wieszczko Maro, najdziwniejsza w Trójkącie Magicznym, Wielki Brahma kobiecy —
wiedząca jak
i wiedząca, gdzie są wysokie Golgoty dla Twych oczu, szukających w mroku niepohamowanym, krzyczącym wśród grobów zamurowanych — bez echa!
Tu — w Twoim królestwie Niemocy Gwiaździstej ogrodziłaś dla dobrych i zaiste dziwnych ludzi w Polsce Turów Róg —
i tu dzieją się cuda wielkie, nigdy nikany nie mające podobnych sobie!
Tu po tatrzańskich puszczach skaczą małpki, które gdzieś ze Surabai i Jawy wieziono i zbiegły — — i te powabne zwierzątka wieszają się nad melancholią olbrzymich smreków, żywiąc się leśnymi jabłkami lub orzechami leszczynowymi, gdy pogonią aż na węgierską krainę...
W tym zwierzyńcu lub, jak pieśniarz żydowski powiedział — w tym Zwierzeniu, istnieją również twory, które wyobraźnia ślepego Sabały463 wyznawała, jako własność mitycznego pana Ofa:
w potoku płyną wielgoryby i turlają się na trawie; wszystkie zwierzęta praojca Adama żyją tu na powierzchni lądu lub w głębinach morza, w podziemnych aż na Oceany ameryckie wychodzących labiryntach Kościeliskiej i Bielskich Tatr.
Tu Wieszczka Mara ugaszcza niezliczonych magnatów ducha, wędrujących z całej Polski, zarówno jak chłopów siermiężnych i gazdów: latem nad zielonym dywanem, usianym w przepych modrych gencjan wiosną — nad łanami zaśnieżonych fioletowych krokusów... Wita radością i sadza na tronach kamiennych z doliny Chochołowskiej Wiecznych Wędrowców, którzy schronili się tu, nim wstąpią w Dolinę Smierci!
Inni, nie znając nawet Wieszczki Mary, przychodzą w nocy wyjącej bez rozelśnień błyskawicowych, stukają do drzwi chaty w ciemnym, nieprzebytym lesie —
i tu w dali za tłumem ohydnej publiki czują się wykopanymi z zimnych, duszących mgieł życiowej głupoty.
Tu przychodzą Witezie z gwiazdą Potęgi Myślicielstwa Polskiego; starcy kapłani dobrodusznie wierzący w „Papiża”; dziewczęta, mające iść rzucić bombę, komuniści, lepiący nieudolnie i niedźwiedziowato swe zbawcze falanstery; tu orli człowiek, biały Tytan, będąc lekarzem swego narodu, wiedzie go, jak Mojżesz, w Tatry!
Tu historycy, przesubtelnieni w wątpliwościach, rozmawiają z założycielami klasztorów; tu powieściopisarze, ogarniający bezkresne, fantastyczne stepy Ukrainy dawnej i mający tę niepożytą zasługę przed narodem, że przyszli z animuszem rycerskim wtedy, gdy naród po powstaniu był jak chory człowiek ze szpitala, storturowany, niewierzący w swą siłę!
Tu geologowie z młotem w ręku rozbijający Mrok tajni Pratatr — i jak zwykle w Polsce, domierający głodem — i suchotami... Staszice młodzi!...
Tu przychodzą spowiadać się ewangeliczni ludzie i natury drapieżne, władcze, nieprzebaczające nigdy zadraśnięcia na herbowych bramach swej skały Pysznej serca; i nade wszystko starzy gazdowie, jak wiekowy ogromny Zych, który rzucał się całym swym ogromnym wzrostem na podłogę i modlił się głośno do swego Boga, w odmiennym z czasów Zbójników i prawie sprzed Chrześcijaństwa pacierzu.
Tu przychodziły Wiedźmy Czarownice, umiejące odczyniać uroki lub rzucać je w formie złowrogich hymnów; — tu dziewczątka góralskie skamlały do zbójnickich opowiadań.
Tu wreszcie do okna przylatał nigdy w Zakopanem niewidziany ptak: Mentyl Pomurnik, tłukł się w okna, krążył swym motylim lotem, wirując dokoła siebie, jakby radował się tą pustelnią świętszą, bezpieczniejszą niż wysokie, nieprzystępne turnie!
Tu nade wszystko przychodził z głębokich, zapadłych tatrzańskich jezior Mędrzec, kapłan i w jednej osobie bóg żmujdzki, stawiający świątynie lub też piorunem bijący w Bagno ludzkie, lęgnące się za Turowym Rogiem!... Ściany belkowań tej chaty uginają się pod nieopisaną boleścią wszystkich spraw Polski, wszystkich duchów, które nocami ciemnymi zaglądają do wnętrza i zastając gorączkowy, obłędu bliski wzrok Wyczekiwania — nie śmią wejść z krużami pełnymi łez narodu, z łachmanami nieurzeczywistnień po strasznych, gorszych niż Maciejowickie, bitwy: zadeptywaniach Ognia!... plwaniu w dar Wieczności!...
Wszystkie chóry zakonnic i świętych oplotły litanią duszę Wieszczki Mary:
Krystyna zwana Dziwną, kryła się w przeręblach, wdrapywała się na szczyty wież i na wirchy gór, w zagęstwia wysokich drzew przed obmierzłym zapachem ludzkiego jestestwa;
Aniela z Foligno, która się radowała, że umaił jej mąż i synowie, bo nic już nie przeszkodzi jej oddać się w pełni Bogu;
Katarzyna ze Sieny pisywała traktaty do papieżów i monarchów, umierając w wieku lat trzydziestu;
Jan XXII — Papieżyca, zdumiewała mądrością, każąc464 przed wyznawcami islamu w grodach Małej Azji —
a niemniej duszę Wieszczki Mary tworzył i straszny Ataman Wychowski, którego pogrobowczynią jest ona; nie rozstaje się też nigdy z cudownym obrazem na kiparysowej desce, w barwach poematu Beniowskiego o świętej Rodzinie; ten obraz wisiał w namiocie zuchwałego hetmana Zaporoża, grożącego nawet swej Macierzy — Polskiej Rzeczypospolitej!
Pogrobowczyni tego strasznego człowieka towarzyszy na Sybir Ojcu; w trudach zesłania na młodość jej padają krwawe zorze Anhellego. —
Kronikarz Turowego Rogu spędzał noce długie, zwane żartobliwie Wsienoszczami, jak są po cerkwiach całonocne nabożeństwa, —
i słuchał epickich opowiadań tej Wieszczki, która powinna by mieć koło rycerskie z obrazów Mistrza Matejki.
Ze swymi śnieżnymi warkoczami włosów, ubrana czarno, robi jednak wrażenie posągu ze złota, który się utworzył z inkrustacji mrocznego strumienia,
płynącego z piekieł polskiej męki. Wydaje się swastyką tajemniczą, a żywą, która leży na grobie Targowicy465 — i Cecory466.
Wszystkie bóle wsiąkły w jej pierś, jakby w ziemię żyzną wiosenną, lecz niemogącą wydać innego ziarna niż ciche słowa — i niemającą innego żniwa nad wielkie Milczenie.
Idzie zgięta pod naręczem drzewa wonnego na ten Znicz467, z którego zacna publiczność będzie kiedyś wybierać węgle do samowara narodowego! lub jeszcze gorzej: gdyż w Polsce wszystko oddadzą trzodzie chlewnej i bezczelnym!
Nie pojmie nikt myśli Kronikarza Turowego Rogu, który za to, iż odczuł żywą piękność Polski — maluje Wieszczkę Marę, jakby królowę Sabę w domu obłąkanych; bo według miary rozsądnych tryumwirów — Ona te niezmierne skarby swoje na wodach cichych przed wschodami z olbrzymich granitów rozsiewa w głębinach, z których nie znurkuje nikt nigdy nikany niczego.
Jest to jakby na szaleńczym i nieistniejącym obrazie Quentin Massysa lub malarza Koronacji N. Marii Panny —
heretycka święta, która nalewa w kielich trucizny, aby ją wypić, nie chcąc obarczyć Boga tym strasznym wyrzutem, że wszystko tak jest, jak być musi, i że łamią się wirchy serc w ciśnieniu potwornego Oceanu Nicości.
Dusza Wieszczki Mary zakwitła, jakby ogród bujny strzelistych Eukaliptusów, uzdrawiających okolicę od maremmy!
(ogród zapadający aż w groty Ornaku — —)
Natomiast zaś tysiącletnie jabłonie rozkwitają deszczem kwiecia nad twarzami Księżniczek Morza i Tatr, nad Wisznu i nad Azudem, gdyż tak Ariaman nazywa Zolimę, nie chcąc wymówić wprost Meduza! najbardziej zaś nad Mędrcem z jezior Tatrzańskich, który jak Orzeł ukryć chce ostatnią godzinę swoją...
Ty ścieżyny czynisz w górach wszystkim dalom Chrystusowym i Dionizyjskim misteriom życia!
Ty, Gromownica, strącasz głazy budowne z wielkich przeznaczeń ku Polsce!
Ty, wieszczko zakrytych bram Ornaku!
Ty, najbiedniejsza z tych, którzy rozdali swe królestwa, Ty, płomienna siostro zmartwychwstać niemogącego polskiego Łazarza — wyczekująca i biegnąca wciąż na spotkanie Pana!
Ty, niemieszcząca się już w Turowym Rogu, lecz idąca wciąż dalej!...
Wciąż potworniej opuszczona, z dziwną Apokaliptyczną literą Człowieczo-boskości na swym sercu, idziesz — aż tam, gdzie, jak Ty osamotniony, czeka Cię kurhan przy ujściu Leny468 do Lodowatego Oceanu — tam, gdzie nie był jeszcze nikt, chyba skrzydlaty duch Eloi!
—-
Na gędziołkach grał, idąc przez Krokusową łąkę, stary ślepiec Sabała — Homer tych miejsc.
Pani Mara, stojąc wśród wschodzącego brzasku, przyzywała starca ręką, lecz on nie widział — i zresztą choć od dziesiątków lat znał, nigdy jej nie widział i zawsze się dopytywał: jak wyglądacie — gdyż był niewidomy.
Raz już konał na jej ręku; a nie chciał Ksiądz szambelan odwiedzić z Panem Bogiem starego zbójnika, zły, iż starzec mówił kiedyś: „Kie bede mówił niezadługo z samym gazdo — nie trza mi pachołka!”. Ale teraz tak wyczekiwał, tak wyglądał, tak prosił Księdza Jegomości...
Ksiądz się zaciął, udawał, że się zbiera... dość niepilno! zaiste!
Wreszcie Sabała nagle porwał się ku słońcu, — i jął biec — jakby skrzydła miał, a ptakiem był... Biegł wciąż, oczy ślepe zwracając ku słońcu, w które zawsze już patrzył źrenicą nieprzymknioną.
I przesłoneczniony wszedł do Turowego Rogu, gdzie wodą życia napojony przechadzał się, nie czując brzemienia grobu, niepoddany złym urokom Wiedźmy Kostuchy.
A w ogrodach Turowego Rogu wśród jodeł drzemały przedpotopowe jednorożce, krzyczały w puszczach pawie, iguanodonty, wielkie jak kościół w Zakopanem, pożerały trawę i drzewa.
I ów straszny w mrokach morza, kryjący się nawet przed blaskiem gwiazd, potwór Kainotherium!
Wielkie cudne gaje wrzosów, jak gigantyczne kandelabry, fosforyzowały kielichami swych kwiatów...
Co by dał teraz Ariaman, żeby naraz wszystko się odmieniło — i on szedł tak z Księżniczką Azudem po tych nieobjętych myślami Górach — i mógł przemyśleć ten cięższy od łańcuchów, na których wiszą Gwiazdy — rachunek życia nowego, które rozpoczyna się z rąk Maga Litwora — polskiego Zaratustry!...
Przypisek kronikarza piekielnego.
Heureka! znalazłem... wiem teraz, dlaczego muszę takie tortury przechodzić, słuchając tych niekończących się litanii uwielbień... Oto jak na palimpseście jest kilka pism — jedno na drugim — tak w Nietocie kilka osób, w różnych epokach, bez porządku chronologii ani wypadków, zapisywało swe Mementa... Kto pisze naiwne franciszkańskie opowiastki, kto suchym tonem chronografa? nie wiem. Małe uwypuklenia sytuacji, jak tam, gdzie będzie mowa o Fauście i Małgosi, będą mego skromnego pędzla. Lecz wiem, iż tam, gdzie się zjawią, jak kościół w Zakopanem wielkie iguanodonty i gdzie krzyczą w puszczach pawie — a panna Zolima staje się obiektem tropikalnego upału — tam, jeśli nie wprost pisał, to cyklonami fosforycznymi myślenia swego wywiewał wszelki zdrowy sens nie kto inny, jeno p. Ariaman. Ważniejsza, kto napisał lub choćby wymyślił hymn na cześć Wieszczki Mary? cóż to za święta in partibus infidelium? wszakże Mara w Indiach oznacza diabła... czyżby to nie był kto z naszych? tedy bym ją nazwał — Précieuse!
I ja jestem patriota polski — lecz chcę widzieć diabłów w Polsce takich, jak Stadnicki, jak sławny Samuel, jak Nietzsche469!... jak Bonaparte470, jak Stieńka Razin, jak generał Nogi471, jak Żelazny Kanclerz!
Obrzydliście mi, kiepska polska narodowości obecna!
Turów Róg nie zbawił Cię, niechby Cię choć piekło uwierzytelniło!
Ja tu za ludzi interesujących Nas uważam tylko Zolimę, księcia Huberta — no i jeśli się okaże podejrzenie me słusznym, owego Mara...
Ale, niestety, muszę zostawić rzeczy ich naturalnemu rozwojowi i dalidiasek — wytrzymać jeszcze będę musiał całą pielgrzymkę odpustową po Turowym Rogu!
Ale co później, to już moje!
Wtedy się trzymajcie!
Chór diabłów w kominie:
— Bo słuchajmy i zważmy to w sobie,
że wedle Czarciego rozkazu,
kto nie kochał się nigdy w diablicy —
ten nie był Diabłem — ni razu!
To!
Jedyna istność, przed którą korzyła się Wieszczka Mara, była Śmierć.
Nie zgadzała się na nią nigdy, choć była przy tylu konających.
Nienawidziła jej za tę potworną pustynię, jaką ta Królowa Przerażeń szerzyła, sama gnieżdżąc się wśród gór boleści najprzeraźliwszych, wśród otchłani łez nigdy niewymarzłych.
Jeśli władczynią Turowego Rogu żyjącego była Wieszczka Mara — rządzicielką tych nieprzeliczonych rzesz, tych co nigdy nie wracają, tych co odeszli w krainę Duchów lub Nicości —
była Śmierć.
Jak dwie siostry, walczące ze sobą — ta miłością i swastyką, tamta milczeniem lub rechotem przedzgonnym w akompaniament dzwonów...
Mówiliśmy o pójściu w krainę duchów lub Nicości.
To łatwe gramatyczne związanie powyższego zdania przez lub — jest właściwie największym kontrastem, jaki stworzyć można!
Śmierć — Muza, chłodząca skronie bohaterom wśród Pól Elizejskich; rozwierająca bramy Nieba i Piekieł Dantejskich; śmierć — Walkiria, potrząsająca włócznią piorunową przed zastępami w Walhalli; śmierć, która staje za Konradem, kiedy on bluźni przeciw Bogu; śmierć, która prowadzi wielkie legiony astralne po niezmiernych pustyniach wszechświata z pochodnią, co rozsiewa sercom mędrców blask: Scio ut credam!
— — — Śmierć, z którą umawia się Chrystus, kiedy idzie przed jaskinię z martwych wznieść Łazarza — ta śmierć nie jest straszną!
Owszem, każdemu śpieszy się przepłynąć przez taki Kocyt, wstąpić na taki wirch Anafielasu472!
Ale my wiemy już na pewno, że śmierć jest inna: Ogromne, prawie aż poczciwe, Nic!
Rozwiązanie zadania żyjącego w formie rzeczypospolitej z kilkudziesięciu milionów komórek w organizmie ludzkim...
Nie daje o tym pojęcia ani zgaszenie lampy, ani opadnięcie liścia.
Jest to zniknięcie tego, który dzień temu, chwilę temu był Absolutem:
dzięki któremu Ocean był Oceanem, Bóg Bogiem, Miłość Miłością, rozwarcie kolan kobiety ukochanej — szczęściem!...
Bez niego nie istniał Byt.
W nim wiązało się, jakby w zworniku, gotyckie sklepienie świata. Śmierć uczyniła zaś z tego cudownego rachunku — zupełny absurd.
Turów Róg takiej śmierci nie uznawał.
Śmierć w Turowym Rogu miała swój zakon i swoją świątynię o trzech kondygnacjach.
Wchodziło się do niej, jak do kościoła w Asyżu: najpierw ciemne nawy z niskimi sklepieniami, tysiące witrażowych lśnień promieniowało na freskach Syna Cieniów, symbole starego Zakonu przed zjawieniem się Mickiewicza — i On — On widzący kres tych katorg sybirskich...
W tym kościele zawsze musiała zwyciężać Moc duszy, prawda polskiego serca i umysłu. Tu był duch Archanioła, kreślący Polsce: In hoc signo — vinces!
W kościele górnym były jasne zielonawe barwy życia tatrzańskiego, na freskach cuda świętego Zmierzchoświta, jego życie wniebowzięte; i księżniczka Wisznu i jej brat, dalej oddzielna kaplica dla przekornego i z różkami, lecz niemniej najukochańszego fetysza — Zolimy!
W kościele podziemnym trzecim — w krypcie ponurej odprawiała się Wieczna Msza, u wejścia stał tam posąg świętych Franciszka i Klary.
Wieczna Msza mówiła wśród bezmiarów głosem tych, dla których wszystkie gwiazdy zmieniły się w dwa płomieniejące serca... oddzielone otchłanią.
I był tam jakiś tak bezbrzeżny czarny ból, jak w grobie Chrystusa, kiedy nad nim legł Rozpaczny, Tryumfujący Mrok.
Tak, w Turowym Rogu były katakumby, były krypty, od których wiał zimny, przerażający chłód.
Wieszczka Mara w dni pewne przeżywała swe Zaduszki, w których nie widział jej nikt — po których postrzegano tylko jej bladą twarz, jakby krew ze serca wyssał jej Wampir. — — —
Ariaman jednak pod wpływem wieczności Tatr i w kontraście do smutku Wieszczki Mary, odzyskiwał swój dawny, inny pogląd na śmierć.
Była dla niego tajemnicą, za tymi zaś potwornymi mrokami wierzył, że jest Najwyższy Sens.
Ten Lohengrin473 i Faust474 w jednej osobie, wypijając życie całą mocą swej wyobraźni, najwyższe światło chował sobie za ten wirch, którym się kończył życia padół.
Nawet spotkanie z Mędrcem Zmierzchoświtem zmusiło Ariamana tylko do zrozumienia najwyższej wagi tego, co jest, albowiem w tej formie za chwilę będzie już niepowrotne.
To, co umarło — umarło na milion wieczności i nie wróci tak, jak nie wrócą wielkie ptaki Moa w Nowej Zelandii!
Przeminęło — oto co stanowi tajemny logarytm duszy Zmierzchoświta.
Istnieje stokroć wyżej, w formie nieujętej dla pięciu zmysłów — wyrastało Ariamanowi z każdego źdźbła.
Gdyż spotkanie z Magiem Litworem, niewątpliwa rzeczywistość mocy proroczej i potęg telepatycznych zmusiła Ariamana do niezadowalania się już tym mrocznym pesymizmem, dla którego jedyną przyprawą była dobroć ludzka.
Ariaman szedł znowu wśród zamieci padających gwiazd. Miewał chwile jasnowidzenia, kiedy widział Jaźń swą jako równą wszechbytowi.
Wprawdzie w metafizyce jego był jeden niewymierny wulkan — serce kobiety.
Spotkawszy mądrą, bezdennie mądrą trzeźwość, miewał chwile zwątpienia w siebie, gdy mgliła się mu pewność, iż jest droga dalsza niż ziemia — gdy chciał jak Jahwe zebrać wszystkie swe światła i oddać mrokom: Fiat Hewa!
I tak z lodowatej bryły mroku narodzić swe ostateczne szczęście.
Ale przychodziła chwila olbrzymich rozświetleń —
i wtedy chciał tylko już Zolimę widzieć wracającą z tamtej strony świateł i tu ogarniającą wielką straż Tatr i utajonych świątyń w podziemiach.
Ariaman zajęty problemami świata nie objawiał tej prostoty uczuć, jakich wymagała Wieszczka Mara.
Toteż z wyrzutem mówiła mu nieraz, iż ma w sobie duszę Cyda Hiszpana, że i chatę w jej ludzkiej realności będzie naprawdę rozumiał, gdy legnie Wieszczka na marach, gdy cały Turów Róg przeprowadzi się na Ornak; wtedy Ariaman zagra na tysiącu organowych trąb ze spiżu i złota, wtedy będzie mógł wyprometeizować tragedię nad tym, co utracił.
I nie przeczył temu Ariaman.
Wiedział w głębi serca, że cały Turów Róg jest dla niego tylko szmerem padających liści, przy których on wsłuchiwał się w głos Mocy Ostatecznej.
— — — —
Od wielu miesięcy nie widział już Ariaman Maga Litwora.
Ten bowiem zniknął tajemniczo, może brał udział w walkach na Wschodzie, może przemawiał do robotników w Zagłębiu?
Lecz tam wszędzie był też Ariaman, nie spotykając Maga, tylko po twarzach wznioślejszych, po uczuciach głębokich znać było, że tam i działał, i zasiewał Mag.
Jakimże dziwem było dla Ariamana, gdy pewnej nocy zastał kartkę na swym rowkowanym ołtarzu dawnych ludzkich ofiar w jaskini —
i kartka ta wieściła ręką Maga Litwora, aby jak najśpieszniej wracał do swego domu w bliskości wysokich fiordów Murza Sichla położonego.
Miał Ariaman iść natychmiast, ale stało się inaczej.
Wieszczka Mara prosiła, aby wstrzymał swe odejście na dni parę, bo ma pewne dane do widzenia wielkiego niebezpieczeństwa grożącego Zolimie.
Ariaman wahał się, komu ulec.
W niewyćwiczonym aż do końca uczniu Maga Litwora pod różnymi formami objawiało się uczucie dla Zolimy.
I teraz na myśl, że Turów Róg tego żąda i że Zolima może wpaść w ręce jakiego życiowego zbira —
wszystko w nim przemawiało, aby zostać.
Nazajutrz miała się odbyć wieczorynka dla młodzieży w Turowym Rogu i Wieszczka Mara miała mieć w ręku wszystkie nici jakiegoś niezwykłego sprzysiężenia.