Czerwona uczta

Zadzwoniły wszystkie dzwony

Po wszej Ukrainie;

Zakrzyczeli Hajdamacy:

„Ginie szlachta, ginie!

Ginie szlachta! pohulajmy,

Chmura niech się grzeje!”.

Płomień objął Smilańszczyznę,

Chmura czerwienieje.

A najpierwiej Medwedówka

Obłoki ogrzewa.

Płonie Smiła, Smilańszczyzna

Posoką się zlewa.

Płonie Korsuń, płonie Kaniów,

Czehryn i Czerkasy,

Czarnym Szlakiem pożar pędzi

I krwi idą pasy

Aż po Wołyń. Na Polesiu

Gonta bankietuje,

A Żeleźniak w Smilańszczyźnie

Szablicę hartuje, —

Tam, w Czerkasach, i Jarema

Próbuje świętego84.

„Dobrze, chłopcy! nie żałujcie!

Pierwszego lepszego!

Dalej, dzieci!” pośród rynku

Maksym ryczy wściekle;

Wkoło piekło; Hajdamacy

Hulają po piekle.

A Jarema — spojrzeć straszno —

Po troje, po czworo,

Tak i wali. „Dobrze, synu,

Niech ich diabli biorą!

Morduj, morduj: w raju będziesz

Albo pułkownikiem.

Hulaj, synu! hajże, dzieci!”

Dziatwa jednym migiem

Pod strychami, po komorach,

Po lochach85 i wszędzie;

Wszystkich skłuli, wszystko wzięli.

„Teraz chłopcy, będzie!

Zmęczyli się, odpoczniecie!”

Ulice, bazary

Kryją trupy, krew się leje.

„Nie dość, mało kary

Jeszcze trzeba podomęczać,

Żeby nie powstali

Odszczepieńcze klęte syny!”

W rynku się zbierali

Hajdamacy. Ną Jaremę

Żeleźniak: „Hej, Wasze!

Chodź no, chłopcze! Nie lękaj się,

Ja cię nie przestraszę.”

— „Nie lękam się!” zdjąwszy czapkę,

Stoi niezmieszany.

„Skąd ty jesteś? Kto ty taki?”

— „Ja, panie, z Olszany.”

— „Z tej Olszany, gdzie tytara

Psy zamordowali?”

— „Gdzie? Jakiego?”

— „A w Olszanie;

Mówią, że porwali

Córkę jego, jeśli znałeś.”

— „Córkę?... co?... w Olszanie?...

— „U tytara, jeśli znałeś.”

— „Oksano! Oksano!”

Ledwie jęknąć mógł Jarema

I upadł na ziemię.

„Ehe! ot co!... szkoda chłopca,

Przewietrz go, Artemie!”

Ocucił się. „Ojcze! bracie!

Przecz86 ja nie sturęki?

Dajcie noża, siłę dajcie,

Męki Lachom, męki!

Męki straszne, niewymowne,

By aż piekło drgnęło!”

— „Dobrze, synu, noże będą.

Dziś na święte dzieło

Pójdziesz z nami do Łysianki,

Tam to pohulacie!”

— „Chodźmy, chodźmy, atamanie,

Ojcze, ty mój, bracie,

Mój jedyny! Na kres świata

Polecę, dostanę,

Z piekła wyrwę, atamanie...

Na kres świata, panie...

Na kres świata. Och, nie znajdę,

Nie znajdę Oksany!”

— „Może znajdziesz. Jak ci imię?

Jeszcze nie pytałem.”

— „Mnie? Jarema.”

— „A nazwisko?”

— „Nazwiska nie miałem.”

— „Chyba bękart? Bez nazwiska —

Tak i pisz, Mikoło,

Na rejestrze. Niechaj będzie...

Niechaj będzie Goły.

Tak i zapisz!”

— „Ej, paskudnie!”

— „No, to chyba Znajda?...

— I to źle.”

— „No, to poczekaj...

Zapisz go Hałajda.”

Zapisali.

„No, Hałajdo,

Teraz pohulamy.

Znajdziesz dolę... a nie znajdziesz...

Ej, chłopcy, ruszamy!”

I Jaremie dali konia

Z obozu, luźnego.

To zapłacze biedaczysko,

To pieści karego.

Wyjechali za kołowrót;

Czerkasy pałają...

„Wszyscy, dzieci?”

— „Wszyscy, — ojcze!”

— „Hajda!”

Przeciągają

Po dąbrowie, ponad Dnieprem

Kozacze gawiedzie,

A za nimi kobiarz Wołoch,

Kiwając się, jedzie.

Dybie sobie na koniku

I śpiewa dziadulo:

„Hajdamacy, Hajdamacy,

Stary Maksym hula.”

Pojechali... a Czerkasy

Pałają, pałają...

Licho z nimi, ani spojrzą —

Śmieją się i łają

Szlachtę klętą. Ten gawędzi,

Ów kobzarza słucha.

A Żeleźniak jedzie przodem

I nastawia ucha.

Jedzie sobie, lulkę kurzy,

Do nikogo słowa.

Tuż milczący w ślad Jarema.

Zielona dąbrowa

I gaj ciemny, i Dniepr duży

I góry i pola,

Gwiazdy, nieba, ludzie, mienie

I żałosna dola —

Wszystko znikło; nic nie słyszy

I na nic nie baczy,

Jak zabity. Ciężko jemu,

Ciężko, a nie płacze,

Nie, nie płacze. Zła godzina

Łakomie wypija

Łzy gorące, ściska duszę

I serce obwija.

„Oj wy łezki, łezki drobne!

Omyjcież wy jego!...

Zmyjcie rozpacz... Ciężko! tęskno!

I morza sinego

I całego Dniepru nie dość,

By zmyć opętaną,

Duszę chyba zgubić młodą?

Oksano, Oksano!

Gdzie ty? Gdzie ty? Spojrzyj na mnie,

Rybko ulubiona!

Spojrzyj, serce, na Jaremę!

Gdzie ty? Może kona,

Może ciężko płacze biedna

I klnie umierając

Dolę swoję, w pętach pańskich

W więzieniu konając.

Może myśli o Jaremie,

Wspomina Olszanę,

Woła jego: „Serce moje,

„Obejmij Oksanę!

Obejmijmy się, sokole!

Na wieki zamrzemy!

Niechaj. Lachy znęcają się, —

My nie poczujemy!...”

Wieje wietrzyk zza Limanu,

Chyli się topola,

I dziewczyna, pochyli się,

Kiedy gnie niedola.

Posmuci się, pożałuje,

Zapomni... a może.

W kontusiku sama pani;

A Lach... Boże, Boże!

Piekłem skaraj duszę moją,

Męki wylej morze,

Pomstę swoją rozbij o mnie,

Lecz nie takim razem

W pierś uderzaj: rozerwie się

Choćby była głazem.

Dolo moja! serce moje!

Oksano! Oksano!

Gdzie ty jesteś, gdzie, ptaszyno?

I twarz zadumaną

Drobne, wrzące, łezki zlały.

Skąd też one w oku?

A Żeleźniak Hajdamakom

Zwolnić każe kroku.

Ejże, chłopcy! w las! Już dnieje

I konie ustają:

Popasiemy” — i cichutko

Wszyscy w las wjeżdżają.