Trzeci kur

Jeszcze dzień jeden w Ukrainie

Panował nienawistny Lach,

Jeden, ostatni, szerzył strach

Po Ukrainie i w Czehrynie.

Ale i ten — dzień Makoweja78,

Świąteczny dzień, i ten z kolei

Przeminął wreszcie. Lach i Żyd,

Krwi ludzkiej i gorzałki syt,

Klęli Schizmatyków79, łajali,

Że nic już więcej nie ma brać,

A Hajdamacy wyglądali,

Aż nienawistni pójdą spać.

I legli i nie przypuszczali,

Iż trudno będzie jutro wstać.

Lachy zasnęli, a Żydziska,

Nim stulą jeszcze brudny pysk,

Po ciemku liczą dzienny zysk.

By ktoś czasami nie szedł z bliska.

I ci na złoto popadali

I snem nieczystym zadrzemali.

Niech drzemią... na wieki bodaj zadrzemali!

A księżyc tymczasem obejrzeć wypływa

I niebo, i gwiazdy, i ziemię, i morze,

I spojrzeć na ludzi — co też tam się zrywa,

By z rana coś o tym w ucho szepnąć boże.

Świeci białolicy ponad Ukrainą,

Świeci... a czy widzi sierotę bez doli —

Oksanę z Olszany? Gdzie płacze w niewoli?

Gdzie zbrodnia się znęca nad biedną dziewczyną?

Czy wie już Jarema? Czy serce mu80 boli?

Dowiemy się później, a dziś nie do tego,

Dziś inną wam kobzarz piosenkę zanuci,

Nie dziewki, a licho tańcować się rzuci; —

Niedolę zaśpiewam kraju kozaczego.

Słuchajcież — by synom powtórzyć, co mieli;

By i syny znali, wnukom powtarzali,

Jak Kozacy szlachtę ciężko ukarali,

Za to, że panować dobrze nie umieli.

Zaszumiała Ukraina.

Ach, długo szumiała,

Długo, długo, krew stepami

Ciekła, czerwieniała.

Ciekła, ciekła — wyschła wreszcie,

Stepy zielenieją;

Dziady leżą, a nad nimi

Mogiły czernieją.

I cóż z tego, że wysoko?

Nikt imion ich nie wie,

Nikt serdecznie nie zapłacze,

Nikt nie wspomni w śpiewie.

Wietrzyk tylko cichuteńko

Powiewa nad nimi,

Rosa tylko raniuteńko

Łzami drobniutkimi

Umywa je. Wzejdzie słońce,

Osuszy, rozgrzeje!

A cóż wnucy? Ba i bardzo,

Żyto sobie sieją.

Mnóstwo ich jest, a kto powie,

Gdzie Gonty mogiła, —

Gdzie relikwije męczeńskie

Ziemia przytuliła?

Gdzie Żeleźniak, dusza szczera,

Z dolą wiekopomną?

Ciężko, smutno!...

A o tych nie wspomną.

Zaszumiała Ukraina,

Ach, długo szumiała

Długo, długo, krew stepami

Ciekła, czerwieniała.

I dzień, i noc, gwałt, armaty,

Aż ziemia się chwieje;

Smutno, straszno, a przypomnisz —

Serce się zaśmieje.

O mój białolicy! z wysokości nieba

Schyl się poza górę, bo światła nie trzeba!

Bo strach cię ogarnie, choć ci się zdarzało

Roś widzieć i Altę, — i tam się rozlało

Daremnie, bez celu, krwi morze szerokie,

Cóż teraz dopiero? Ach, wryj się w obłoki!

Uciekaj, mój druhu, bo na cóż się zdało

Na starość zapłakać?

Smutno, smutno, pośród nieba

Świeci białolicy.

Ponad Dnieprem Kozak idzie,

Może z wieczornicy.

Idzie smutny, niewesoły,

Ledwie niosą nogi.

Może dziewczę nie miłuje

Za to, że ubogi?

I dziewczyna kocha jego,

Choć łata na łacie;

Czarnobrewy81, a nie zginie —

To będą bogaci.

Czegóż smutny czarnobrewy,

Że ledwie nie płacze?

Ciężką jakąś to niedolę

Przeczuwa kozacze,

Czuje serce, lecz nie powie

Jakie licho będzie.

Minie licho... Naokoło

Jakby w trumnie wszędzie...

Cicho...ni psa, ni koguta:

Tylko spoza gaju

Gdzieś daleko wycia wilków

Ciszę przerywają.

Co tam! Głupstwo! Idź Jaremo,

Lecz nie do Oksany,

Nie na śpiewki i doświtki —

Na Lachy, na pany,

Do Czerkasów. Kur już trzeci

Piać się tam zabiera...

Wtenczas... wtenczas... Idzie Kozak

I na Dniepr spoziera.

„O Dnieprze mój, Dnieprze, szeroki ta82 duży!

Bez miary ty, ojcze, do morza nosiłeś

Kozaczej krwi; jeszcze poniesiesz, mój druże!

Rumieniłeś sine83, lecz nie napoiłeś;

A dziś się upije. Igrzysko szatańskie

Po wszej Ukrainie tej nocy zawyje,

I wiele, ach! wiele strumieni krwi pańskiej

Z falami popłynie. I Kozak ożyje;

Ożyją hetmani; odmieni się dola;

„Ni Lacha, ni Żyda!” — głos zagrzmi kozaczy —

O Boże mój, Boże, stań się twoja wola —

Niech step Ukrainy buławę zobaczy.”

Tak dumał, wędrując w siermiędze łatanej

Jarema z orężem święconym u łona.

I Dniepr go zrozumiał — i wzbił się w bałwany

I wściekły się rzucił w sitowia ramiona.

Jęczy, wyje, porykuje,

Oczeret nagina;

Piorun huczy, błyskawica

Niebiosa rozrzyna.

Rusza sobie nasz Jarema,

I na nic nie baczy;

Jedna dumka zaśmieje się

A inna zapłacze.

„Tam Oksana, tam wesoła

I w szarej świcinie;

A tu... kto wie, co się stanie?

Może jeszcze zginę...”

A tymczasem kur gdzieś w gaju

Kukuryku wrzeszczy...

„A, Czerkasy!... Boże miły,

Życia dozwól jeszcze!”