II

Siedzi ojciec w końcu stołu,

Na rękach pochyły,

Ciężko duma, bo staremu

Boży świat niemiły.

A opodal siedzi matka

Na dębowej skrzyni,

Cichym głosem gromi córkę

I wyrzuty czyni:

«Kiedyż przyjdzie, moja córko,

Wesele do chaty?

Gdzie są drużki, starostowie?

Gdzie weselne swaty?

Idź na Moskwę, tam cię czeka

Godowa gromadka;

Ale nie mów dobrym ludziom,

Żem ja twoja matka.

O, przeklęta ta godzina,

Co cię na świat zsyła!

Czemum ciebie z jasnym wschodem

W rzece nie topiła?

Nie przyszłoby na niesławę

I na hańbę w świecie...

Moja córko! moja córko!

Mój różany kwiecie...

Hodowałam jak ptaszynę,

Jak krasną jagodę;

Na cóż teraz, na cóż przyszły

Twoje lata młode?

Idź na Moskwę szukać teści6,

Idź sobie za morze!

Nie słuchałaś mojej rady,

Jej posłuchasz może.

Idź, przywitaj — oni ciebie

Przyjmą najgoręcej.

Idź na Moskwę, bądź szczęśliwa,

Lecz nie wracaj więcej.

Ruszaj sobie w cudzą stronę,

Na kraj świata boży...

Lecz któż tutaj moją głowę

Do trumny położy?

Kto zapłacze łzami dziecka

Nad matką rodzoną?

Kto posadzi na mogile

Kalinę czerwoną?

Kto choć jeden pacierz zmówi

Za mą grzeszną duszę?...

Och!... idź, córko nieszczęśliwa,

Ja wyrzec się muszę!»

Kończy mówić, łzy ociera,

Coraz bardziej blada.

Błogosławi... i na skrzynię

Bezprzytomna pada.

«No! — powiada ojciec stary —

Gotuj się do drogi!»

Katarzyna, płacząc, padła

Pod ojcowskie nogi:

«Och, przebaczcie nierozumnej

Młode jej swawole!

Przebacz, ojcze, mój gołąbku,

Mój jasny sokole!»

«Niech twa dola dobrych ludzi

Do litości wzruszy!

Módl się, córko, i idź z Bogiem,

Będzie lżej na duszy!»

Córka wstała, pokłon dała,

Wyszła, milcząc, z chaty:

Już sierotą stara matka

I ojciec brodaty.

Wyszła z chaty i do Boga

Modlitwę posyła,

I rodzinnej szczyptę ziemi

W szkaplerzu7 zaszyła.

«Och, nie wrócę już, nie wrócę

Ani tutaj blisko!

W cudzej stronie cudzy ludzie

Dadzą przytulisko.

Swojej ziemi choć garsteczkę

Ja zabiorę rada:

Niech o mojej gorzkiej doli

Ludziom rozpowiada.

Nie mów, synu, gdzie się zwrócę,

Szanuj me ukrycie...

Ot, kto powie — sad wiśniowy,

Żem ci dała życie.

Ja ucieknę, wpadnę w rzekę

Zalać piersi strute;

Ty sieroctwem za me grzechy

Odbędziesz pokutę!»

Idzie wioską nieszczęśliwa

Szukać doli w świecie;

Na jej głowie biała chustka8,

A na ręku dziecię.

Wyszła z wioski — iść potrzeba

O chlebie żebraczym...

Obróciła nazad oczy

I ryknęła płaczem.

Wyszła w pole i stanęła

Jak samotne drzewa,

I jak rosa przed jutrzenką

Łzami się zalewa.

A dziecina jak aniołek

Nie zna swej niedoli,

Jedną rączką piersi szuka,

A drugą swawoli.

Słońce zaszło za dąbrowę,

Niebo pokraśniało,

Ona z łez otarła oczy,

I wędruje śmiało.

A na wiosce, jak na świecie,

Bajali, co chcieli;

Ale ojciec, ale matka

Tych słów nie słyszeli.

Tak na świecie, na tym świecie

Bywa zawsze prawie:

Ludzie ludzi rżną i topią,

I gubią na sławie.

Za co? za co, miły Boże,

Te brzydkie obmowy?

Świat szeroki, ale nie ma

Gdzie przytulić głowy.

Jeden w świecie ma obszary

Szerokie i szumne,

Drugi miejsca tylko tyle,

Gdzie zakopać trumnę.

Gdzież ci ludzie, co to serce

Dla nich się odsłania,

Żyć by chciało, bić ogniście

I topnieć z kochania?

Jest na świecie dola,

Ale któż ją zbada?

Jest na świecie wola,

Lecz któż ją posiada?

Są na świecie ludzie,

Którym świat się dziwi,

Syci srebra, złota,

Ale nieszczęśliwi.

Żupan9 ich podszyty

Ciernistymi igły10,

Szarpie ból ukryty,

Ale łzy zastygły.

Bierzcie srebro, złoto,

I bądźcie bogacze:

Dla mnie żal z tęsknotą,

Ja tylko zapłaczę.

Zatopię niedolę

Moją łzą niebogą,

Zadepcę niewolę

Moją bosą nogą!

Bogatszym11 od króla,

Próżność mnie nie łechce,

Kiedy serce hula,

Jako samo zechce.