V

Minął tydzień — drużki młode

Korowaj 153miesiły,

Stary ojciec, jeżąc brodę,

Krzątał się co siły.

To podwórko swe przykrasza154

Z pracą i zachodem155,

To podróżnych wciąż zaprasza

Na gorzałkę z miodem.

Na wesele sprasza gości

W wesołym zapale.

Naturbował stare kości,

A nie czuje wcale.

Na co biednej stać chudoby,

Wskazał jak na dłoni;

Na dziedziniec wnieśli żłoby

Dla gościnnych koni.

Obcy czyszczą ściany chaty.

Gdzież się dziewka chowa?

Ona, wziąwszy kij sękaty,

Poszła do Kijowa.

Na modlitwę chęć ją bierze

Z pielgrzymów gromadką,

Choć jej starzec prosił szczerze

Być na ślubie matką.

Błaga Marko, aby przecię156

Powstrzymała drogę.

«Przebacz, Marko, drogie dziecię,

Ja tu być nie mogę.

Oni ludzie, hej, bogacze,

A ja sługa licha,

Między nimi cóż ja znaczę?

Śmieliby się z cicha.

By was Pan Bóg miał w opiece,

Pójdę do Kijowa,

Wszystkim świętym was polecę

I powrócę zdrowa.

Służyć będę choć bez płaty157

Całe moje życie,

Nie porzucę waszej chaty,

Chyba wypędzicie158».

I dziadkowi pokłon dała,

I weselnej rzeszy.

Przeżegnała, zapłakała

I w pielgrzymkę śpieszy.

Rwą podkówki, grzmi muzyka

W gwarze weseliska.

Krążą czarki u stolika,

Miód, gorzałka tryska.

Dziewka idzie w czarnej szacie,

Gdzie ją oczy wiodą,

Aż w Kijowie, w miejskiej chacie,

Stanęła gospodą159.

Najęła się wodę nosić

Wiadrem sporej miary,

Byle grosza stało160 dosyć

Na mszę u Barbary161.

I chodziła do spowiedzi,

Czciła świętych twarze,

I dla Marka obraz z miedzi

Kupiła w pieczarze162

I czapeczkę poświęconą

Świętego Iwana,

Biła pokłon przed ikoną,

Zginała kolana;

A dla młodej Marka żony,

Jak obyczaj stary,

Krzyż kupiła poświęcony

I pierścień Barbary.

Gdy w domowych stronach stanie,

Popełniwszy wota,

Wybiegł Marko swoją nianię

Spotkać aż za wrota.

Wyszła żona Katarzyna,

Wiodą w chatnie progi,

Postawili miodu, wina,

By ugościć z drogi.

I pytają o Kijowie163,

Cieszą się, weselą,

I troskliwi o jej zdrowie

Miękką pościel ścielą.

«Za co dla mnie to kochanie?

Tak mnie czci to stadło164?

Ot, już może niespodzianie

Serce ich odgadło!

Ej, nie zgadli tajemnicy,

Ale dobre dzieci!»

I w sierocej jej źrenicy

Jasna łza zaświeci.