IV

Po tym zdarzeniu nie chciałem więcej chodzić do tego chederu i za parę dni opuściłem go na zawsze, ażeby wstąpić do osławionego chederu, w którym uczył rebe Jankiel. Uczył on z pięciu ksiąg i słynął z tego, że dzieci bały się go jak ognia.

Jakkolwiek pierwsza młodość i pierwszy cheder nie był szczęśliwy, to dalsze lata mego życia, które spędziłem w kilku chederach, były o wiele smutniejsze, lecz rozpisywać się o tym nie będę, a ogólnikowo powiem, że dziecko żadnego narodu nie przechodzi tak okropnych mąk w szkołach, jak dziecko żydowskie w tych „starotypowych” chederach. A trzeba wiedzieć, iż jeden cheder jest podobny do drugiego, jak dwie krople wody.

Nakreśliłem kilka obrazków z życia w pierwszym chederze po to, żeby czytelnik miał dostateczne wyobrażenie o chederach w ogóle. Przebywałem w chederach do dwunastego roku życia. Przez cały czas mojej nauki nie dowiedziałem się nawet, ile jest części świata. Nigdy mnie o tym nie uczono. Czyż warto jest w takich mądrych chederach, gdzie mowa jest tylko o „Jehowie” i o „narodzie wybranym”, mówić o podobnych głupstwach?

Przez cały czas mojej nauki w chederach ojciec mój ani razu mnie nie odwiedził, ani też się nie zapytał, jak się uczę lub co już umiem. A jednak nie ganił. Matka starała się za to mną interesować i często opowiadała mu o mych postępach w nauce, przy czym zapewniała, że uczę się dobrze, co było poniekąd prawdą, gdyż garnąłem się do nauki.

Po ukończeniu przeze mnie dwunastu lat życia, matka postanowiła mnie wysłać po dalszą wiedzę. Takową miałem otrzymać w osławionym „jeszywecie13 w Ł.14 Ojciec najzupełniej z tym się zgodził, zrezygnowawszy ze wszystkiego, co dotyczy mego wychowania umysłowego. Nie zaniedbał mnie tylko pod względem rozwoju fizycznego. Każdą chwilę wolną, gdy był w domu, bo często rozległe interesy trzymały go poza domem, poświęcał mi, urządzając tak zimą, jak i latem w dni pogodne przejażdżki i spacery. W czasie tych spacerów uczył mnie ćwiczeń gimnastycznych na swój sposób, a także nauczył mnie pływać. Wszystko to dodatnio wpływało na moje zdrowie, które było narażone na szwank przez długie przesiadywanie w brudnych i smrodliwych chederach. A ponieważ byłem nad wiek rozwinięty, a dzięki troskliwości ojca byłem zdrów, przesiadywanie więc w ciemnych chederach niewiele mi szkodziło.

Z tych chwil nauki pamiętam jeszcze to, że czułem zawsze wstręt do wszystkich niesfornych chłopców. Zachowywałem się dość przyzwoicie i wzorowo. Czasu nigdy nie marnowałem, próżnowanie nie było mi wcale znane, gdyż w wolnych chwilach w domu pomagałem matce w sklepie. Kochałem ją nad życie i starałem się jej dopomóc, w czym tylko mogłem. Pokochałem ją jeszcze bardziej od chwili, gdy zaczęła chorować na ataki serca. Choroba ta powstała z przestrachu. Powody zaś owego przestrachu są niepowszednie, więc muszę je tu zanotować.

Liczyłem wówczas lat osiem. W pewien wieczór sobotni, gdy siedzieliśmy przy wieczerzy, w nastroju świątecznym, do pokoju wpadła przestraszona służąca; usta miała rozwarte, jak gdyby chciała coś mówić, ale głosu nie mogła wydobyć z gardła. Nim ojciec zdołał wstać z krzesła, wkroczyło dwóch bandytów z rewolwerami w rękach, i grożąc nimi ojcu pod samym nosem, zażądali wydania pieniędzy. Na widok niespodziewanych gości osłupieliśmy z przerażenia, ojciec tylko zachował zimną krew i zapytał ich, co to ma znaczyć. Odpowiedź brzmiała:

— Żądamy dziesięć tysięcy rubli, bo inaczej wszystkich wymordujemy.

Ojciec zupełnie spokojnie rzekł:

— Tyle nie mam w domu, ale trzy tysiące mogę dać zaraz.

Bandyci spojrzeli po sobie i po chwili zgodzili się na to pod warunkiem, że ojciec o niczym nie będzie meldował policji. Ojciec się zgodził. Wstał od stołu i wskazując na przyległy pokój, dodał:

— Z powodu szabasu przy sobie nie mam pieniędzy, lecz są one w sypialnym pokoju.

Dla nieproszonych gości to bynajmniej nie utrudniało sytuacji, bez namysłu więc kazali się prowadzić do wspomnianego pokoju. My zostaliśmy, nadal odrętwiali, nie wiedząc, co się wokoło dzieje. Nagle w pokoju sypialnym padły strzały. Odgłos ich obudził nas z letargu. Powstał wówczas pisk i krzyk nie do opisania. Matka zemdlała, a brat i siostra, o których jeszcze nie wspomniałem, przytuleni do omdlałej matki, płakali. Ja, jako najstarszy, górowałem krzykiem nad wszystkimi. Służąca pierwsza odzyskała równowagę i energię. Chwyciła lichtarz, podskoczyła do okna i wybijając szyby, zaczęła wzywać pomocy.

W kilka minut później w domu było pełno ludzi, a na czele stał żandarm. Matkę przyprowadzono do przytomności. Twarz ojca była nieco przybladła. Zamieszanie powoli ustało zupełnie i oto okazało się, że ojciec rzucił się z rewolwerem na nieostrożnych bandytów w czasie doręczania pieniędzy. Napaść ojca zmusiła ich do ucieczki, podczas której oddali kilka strzałów. Na szczęście chybili. Powyżej opisane zdarzenie na słabe nerwy matki wpłynęło nadzwyczaj ujemnie i pozostawiło ślad w postaci częstych ataków serca.

Nie od rzeczy będzie, gdy wspomnę, iż po tym napadzie na nas nastąpiły inne w okolicy. Wszystkie były dokonane wyłącznie na domy żydowskie. Prawie cały więc rok 1905 żyliśmy w ciągłej trwodze. Nas, dzieci, gdy tylko ociągaliśmy się z udaniem do snu, służąca straszyła zwykle złodziejami i bandytami. Miało to ten skutek, iż co rychlej udawaliśmy się do swej sypialni.

A jednak los podrwił ze mnie!...