V
W 1910 roku, gdy rozpocząłem trzynasty rok życia, zasób mej wiedzy obejmował tyle, iż znałem dobrze, jak mnie zapewniali, Pięcioksiąg, Księgi proroków, początki Talmudu i różne inne jeszcze mądrości, które są dostępne tylko dla syna wybranego narodu. Umiałem także pisać po żydowsku i hebrajsku. Z nauk świeckich znałem cztery działania, co ma wystarczyć Żydowi w jego życiu na tym świecie. Tego wszystkiego uczyli w chederze bez żadnego planu, bo i czegóż mieli mnie więcej nauczyć, gdy jestem pewny, że sam rebe nie znał gramatyki, a nawet żargonu. Jednak po studiach, jakie otrzymałem w chederze, uchodziłem w miasteczku za półmędrca, wobec tego rodzice postanowili po dalszą wiedzę wysłać mnie do wspomnianego już poprzednio słynnego jeszywetu w Ł.
Po ostatecznej decyzji co do dalszych mych nauk, pewnego dnia zapanował w domu nastrój bardzo podniosły. Matka promieniała z radości, że jej marzenia stopniowo się realizują. Jej pierwszy syn idzie po drodze tej, która prowadzi do zostania rabinem, a nawet cadykiem. Sama przymierzała na mnie dwa garnitury i palta, które domowy krawiec przyniósł już gotowe do podróży. Służąca, na której rękach wychowywałem się, krzątała się około mnie i znosiła różne specjały i łakocie, umieszczając je w mojej podróżnej walizie, a naznosiła tyle, że aż matka musiała ją powstrzymać w zapale, gdyż nie dałoby się to wszystko zapakować.
Brat, o dwa lata młodszy ode mnie, patrzył na mnie z zazdrością. Maskując swe uczucia, wraz z dziewięcioletnią siostrą oglądał każdą rzecz, zanim została umieszczona w walizie. Przygotowania do niedalekiej podróży czyniły wrażenie, jakbym miał się udać na drugą półkulę świata, a nie o dwadzieścia jeden kilometrów od domu.
Nareszcie nastąpiła chwila mego wyjazdu. Biedna matka ostatnią noc nie spała, spędziła ją nad mym łóżkiem, całowała mnie i ze łzami rozczulenia udzielała praktycznych uwag, jak się mam zachowywać w życiu, ażeby Bóg i ludzie byli ze mnie zadowoleni.
Pamiętam, już dniało, gdy objęła mnie za głowę i patrząc mi czule w oczy, chciała coś powiedzieć, lecz nie miała odwagi, po chwili pocałowała mnie w czoło i puściła z objęć. Wpatrywała się nadal we mnie, tak że nie mogłem jej wzroku wytrzymać i opuściłem głowę. Raptem złapała mnie za rękę i zmienionym ze wzruszenia głosem przemówiła w te słowa:
— Synu mój... Zapamiętaj sobie dobrze to, co ci teraz powiem. Wiesz i rozumiesz, że cię miłuję i kocham nad życie, dlatego pragnę powiedzieć ci to, czego może inna matka na moim miejscu nie powiedziałaby dwunastoletniemu chłopcu, ale ja wiem i przeczuwam, że jesteś nad wiek umysłowo i fizycznie rozwinięty i nie jesteś brzydkim dzieckiem, więc pamiętaj: wystrzegaj się mieć do czynienia z kobietami, bo z tej strony wyczuwam dla ciebie największe nieszczęście, a gdy dorośniesz do lat osiemnastu, dam ci piękną dziewczynkę, która warta będzie twojego serca, a do tego czasu omijaj każdą kobietę! Omijaj!... Rozumiesz? Po pierwsze, jest to śmiertelny grzech, a po wtóre, można także zachorować na taką chorobę, na którą nie ma żadnego lekarstwa i trzeba w bólach, wśród mąk potem umierać. Staraj się natomiast dobrze się uczyć, ażebyś wyszedł na człowieka. Pamiętaj, bym się na tobie nie zawiodła, bobym tej hańby nie przeżyła, gdyż wiesz, że ojciec się z nas podśmiewa, staraj się, żeby on nie triumfował nad nami. Twój ojciec jest dobry i pragnie tak samo jak ja twego dobra, lecz on mnie nie rozumie wcale. O, patrz — dodała, pokazując mi fotografię jej ojca, która wisiała nad mym łóżkiem — to jest twój dziadek. Niech spoczywa w spokoju. Dobrocią i uczciwością odznaczał się od innych. Znał Talmud na pamięć. Idź też w jego ślady, a duch jego niech czuwa nad tobą i strzeże od złego i od wszystkich pokus tego świata. — Dalej ucałowała podobiznę swego ojca, a następnie podała ją mnie do pocałowania.
Dziś, gdy rozmyślam nad tym, że tak pobożna kobieta, jaką była moja matka, nie omieszkała mi wyjaśnić jako niespełna trzynastoletniemu chłopcu, jak groźne są nieraz skutki przygodnych miłostek i wreszcie udzieliła pod tym względem przestróg, zmuszony jestem wierzyć w to, że matka musiała zapewne w natchnieniu odczuwać, skąd jej dziecku największe grozi niebezpieczeństwo. I rzeczywiście moje wykolejenie w dużej mierze przypisać należy kobietom.
Tak, matko droga, twoje ostrzeżenia były trafne, ale na nic nie zdały się, ja, marnotrawny syn, twoich proroczych słów nie uszanowałem... Przebacz więc, kochana mamo, że dopiero będąc dorosłym człowiekiem, zdaję sobie teraz sprawę z tego, czego jako trzynastoletni chłopiec nie rozumiałem...
Na dworze już gościł poranek i słońce zaglądało do okien, gdy drzwi do mojego pokoju roztworzono i na progu ukazał się mój ojciec — zastał nas w rozczuleniu. Uśmiechnął się tylko ironicznie, odzywając się zarazem do matki: „Może już dosyć będzie tych wskazówek, niechaj się szykuje, bo za godzinę wyjeżdżamy”.
Ubrałem się prędko, a matka odeszła przygotować śniadanie. W czasie spożywania owego ojciec bacznie mnie obserwował, a gdy śpieszyłem się w jedzeniu, upomniał mnie lakonicznie, że powinienem od dzisiaj spokojnie i taktownie zachowywać się przy stole, gdyż będę stołował się u obcych ludzi, przy czym zwrócił mi kilka uwag, dotyczących zachowania się przy stole w obcym domu. Nim ukończyliśmy śniadanie, bryczka była już gotowa do odjazdu.
Ojciec wstał od stołu i począł się szykować do podróży, poszedłem i ja wkrótce za jego przykładem. Do bryczki zaprzęgnął chłopiec stajenny pięknego bułanka, ulubionego konia ojca. Domownicy i sąsiedzi otoczyli nas kołem, żegnając nader życzliwie, a kilku kolegów z chederu żegnało mnie wprost ze łzami w oczach. Matka pod pretekstem, że zapomniała mi coś dać, odwołała mnie na stronę i doręczyła mi małe zawiniątko. Żegnała zaś w te słowa:
— Synku mój, masz tu jednego rubla na drobne wydatki, a w papierku dziesięć rubli w złocie. Schowaj je sobie na pamiątkę od twej matki i żebyś nigdy ich nie wydał, chyba w większej biedzie. Kiedy wrócisz do domu, to zawsze mi je pokażesz: będzie to dla mnie znakiem, że szanujesz mą wolę.
Na ostatku, błogosławiąc mnie, obsypała pocałunkami. Czułe to pożegnanie przerwał dopiero ojciec, nagląc do wyjazdu. Szlochając w głos, wsiadłem do bryczki, a ojciec ledwo zdołał odsunąć żegnających się ze mną. Nareszcie, wśród okrzyków pożegnalnych i przesyłanych pozdrowień chusteczkami, wyjechaliśmy za miasto.