LIII

Przyjechawszy do Wilna, postanowiłem trzymać się ostrożnie, nie zadawać się po pierwsze z kobietami i wystrzegać się policji. Miałem tu jednego znajomego po fachu, który zamieszkiwał na Zawalnej. Miał już markę wyrobioną. Zaraz też zostałem przyjęty do spółki. Jednakże tego zaszczytu odmówiłem. Mając pieniądze, chciałem trochę sobie odpocząć i prowadzić życie spokojne. Ale koledzy, czując u mnie pieniądze, nie dali mi spokoju i znów wciągnęli w różne pijatyki i awanturki z „kobietami”, których miałem w moim awanturniczym życiu wiele i o których nie myślę się rozpisywać. Jedna miłostka była podobna do drugiej i zawsze kończyła się tak samo... Do kobietek tej sfery, w której przebywałem, przystęp był łatwy, jak wejście do sklepu. Nawiązywałem do tego czasu przeważnie znajomości z kobietami z półświatka, niestawiającymi oporu dla płacących. Więc po cóż tu opisywać rzeczy nieprzynoszące nic nowego. O jednej tylko z tych kobiet jednak muszę tu wspomnieć.

Pewnego wieczora w hotelu, gdzie mieszkałem, numerowy dał mi do zrozumienia, że o ile mnie samemu się nudzi, to może mi przyprowadzić towarzyszkę i to bardzo ładną. Przystałem na to pod warunkiem, żeby to było coś nadzwyczajnego.

Za jakąś godzinę zapukano do moich drzwi.

— Wejść! — krzyknąłem w tonie wielkiego pana.

Słyszałem, jak drzwi się po cichu otworzyły i ktoś wszedł, ja jednak udawałem, że czytam książkę, nie patrząc wcale na wchodzącego. Za chwilę obojętnie podniosłem głowę. Przy piecu kaflowym ujrzałem młodą kobietę, obserwującą mnie bacznie. Po chwili, cicho i nieśmiało wymówiła:

— Czy to pan posłał po mnie?

— A kto panią tu sprowadził?

— Numerowy, proszę pana.

— Dobrze — odparłem. — Może się pani rozgościć jak u siebie.

Kobieta ze smutkiem patrzyła na mnie, aż żal mi się jej zrobiło i znów zapytała:

— Czy pan chce mnie na chwilę, czy też na całą noc?

Zarumieniła się przy tym. Musiała niedawno rozpocząć swój „fach”.

— Zobaczymy — odparłem — na razie może zjemy kolację.

Zawołałem na numerowego i zabraliśmy się do zjedzenia kolacji. Jadła z apetytem, przyznając mi się, że jest głodna. Zachęcałem ją do jedzenia i picia, za co dziękowała oczyma. Po kolacji nieśmiało prosiła, żebym powiedział, czy ma tu zostać i na jak długo.

— Czego pani tak śpieszy? — zapytałem.

— Bo widzi pan — odparła — nam wolno chodzić po ulicy tylko do dziesiątej, więc za godzinę już mi nie będzie wolno iść z powrotem do domu.

— Pani tu zostanie, o ile zechce, do rana.

— Dobrze — odparła zadowolona i zaczęła rozpuszczać piękne blond włosy, po czym posłała łóżko, obserwowałem ją. Była bardzo wytworna w ruchach i zacząłem wypytywać ją, jak długo się już puszcza i czy ma rodzinę. Zawsze lubiłem tego rodzaju kobiety wypytywać, by sobie wyrobić własny sąd, co je do tego doprowadziło, litowałem się bardzo nad nimi.

Dla tego rodzaju kobiet miałem zawsze dużo serca. Bywało, że nieraz oddawałem ostatnie pieniądze, aby ich nie skrzywdzić. Najczęściej, jak przekonałem się, popychała je na tę drogę nieszczęśliwa miłość z winy mężczyzn i warunki społeczne.

Ta kobieta mogła mieć z górą lat dwadzieścia trzy i opowiadała mi, że na imię jej Jadzia i że jest córką fabrykanta, tam ją pracownik zwabił i zmusił do uległości, obiecując się z nią ożenić. Później ją bił i znęcał się nad nią, gdy upominała się o obietnicę. Przechodziła różne koleje, zanim zdecydowała się zostać „kontrolną”. Mówiła, że została dlatego kontrolną, aby mogła wychować dziecko, które miała i by nie była zmuszoną oddać się każdemu łobuzowi pod groźbą, że ją zamelduje.

— Teraz — mówiła — mogę zarobić dla mnie i córki, a wpierw robili mi „manifesty” jeden za drugim i często mnie pobili. Teraz boją się policji.

Słuchając jej, przykro mi się zrobiło i postanowiłem nie tknąć jej wcale. Przewróciłem się w łóżku zaraz twarzą do ściany, by zasnąć. Za chwilę odwróciłem głowę, by zobaczyć, co ona robi, zauważyłem, że płacze. Przekręciłem się i spytałem:

— Dlaczego pani płacze?

Nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do mnie.

— Pan taki młody i taki dobry dla mnie — mówiła.

Chciałem ją delikatnie odsunąć, gdyż żądza zaczęła mnie opanowywać i myślałem, że jej tym sprawię przykrość... Przycisnęła się do mnie bardziej.

— Czy pan gardzi mną? — spytała cicho, urywanym głosem.

— Nie gardzę, bardzo ładna jesteś — odparłem — tylko nie chcę ci przykrości robić.

— Takiego jak pan, ach, chciałabym całe życie mieć — odparła i sam nie wiem, jak to się stało, że zwarłem się z nią w uścisku miłosnym.

Rano prosiła mnie, abym ją odprowadził do domu i zjadł u niej w domu śniadanie.

Zgodziłem się i wyszliśmy z hotelu, by się udać do jej mieszkania. Mieszkała za zielonym mostem, dosyć przyzwoicie, w dwóch pokojach i kuchni. Prosiła, bym usiadł, po czym z sypialnego pokoju wprowadziła małą, pięcioletnią dziewczynkę, była to jej córeczka, owoc pierwszej miłości... Dziecko było nad wiek rozwinięte fizycznie i umysłowo. Dziewczynka widać zwykła widzieć tu często obcych mężczyzn, zaraz wdrapała mi się na kolana i zadawała różne pytania, po czym zwróciła się do matki, która w lustrze poprawiała sobie włosy.

— Mama, czy dziś idziesz do kontroli? Bo ja też pójdę.

— Cicho mi bądź — odparła matka.

Ta jednak dziecięcym głosikiem wołała dalej:

— Ja sobie też podmyję i zrobię zastrzyk — szczebiotała sama do siebie.

Matka, widząc moje zdziwienie, tłumaczyła mi, że tu mieszkają jeszcze dwie jej koleżanki, również kontrolne, więc dziecko, słysząc często te rozmowy, powtarza je, nie rozumiejąc ich znaczenia.

Pomyślałem, że cud wielki będzie, gdy ta dziewczyna, wychowana w tym środowisku, wytrzyma w cnocie do lat dziesięciu. Zauważyłem też, że jest za śmiała jak na jej wiek. Za chwilę przyszły wspomniane koleżanki z nocnego połowu, obie sublokatorki weszły z głośnym śmiechem, a gdy mnie ujrzały z dziewczynką na kolanach, stropiły się, patrząc pytająco na Jadzię. Ta im tłumaczyła, że jestem jej przyjacielem i zaznajomiła mnie z nimi.

Podano zaraz śniadanie i w towarzystwie trzech kobiet i małej dziewczynki zasiedliśmy do jedzenia. Przy jedzeniu jedna z nich zaczęła opowiadać, jak spędziła noc w hotelu, nie krępując się wcale moją obecnością, widać uznała mnie za swojego.

— Co ty powiesz, Jadziu, pierwszy raz trafia mi się taki frajer, że nie chciał wcale... tylko mnie namawiał, że mi zrobi „po francusku”. Dałam się namówić. Wiesz, że frajer potrafił mnie tak rozdrażnić, że dobrze mnie przy tym zmordował. Doprawdy nigdy nie uwierzyłabym, że to sprawia tyle przyjemności. Zaproponował mi też, żebym dała się psu, w podobny sposób, a on będzie na to patrzył. Tego to już nie chciałam spróbować, pomimo że dobrze płacił.

— Ha! Ha! — wybuchnęła śmiechem — ci mężczyźni mają czasami dziwne gusta!

Małe dziecko słyszało wszystko.

Druga koleżanka zaczęła jej uwagę zwracać, że nie należy przy obcym mężczyźnie opowiadać podobnych głupstw. Mówiła to, patrząc na mnie.

— Mnie to obojętnie — odparłem — są rozmaite zboczenia na świecie, a ludzi chorych nie ma co brać pod uwagę i traktować tak jak wszystkich mężczyzn.

— Masz rację — odparła Jadzia. — Przeważnie są to ludzie chorzy, a o ile chcesz, to ci opowiem, co mnie się raz zdarzyło.

— Chętnie słucham — odparłem.

— Pan lubi takie opowiadania, co? — śmiała się ta sama, co opowiadała o mężczyźnie, a na imię jej było, jak się później dowiedziałem, „Władka z dużymi cyckami”. — To działa na zmysły — dodała. — Jadzia, opowiedz nam, będzie on miał lepszy apetyt do ciebie — i znów śmiała się.

— Przestań już klepać, co ci na język przyjdzie — odparła Jadzia i zaczęła opowiadać.

— Pewnego wieczora w kilka dni po otrzymaniu „książki”220, na rogu jak zwykle, spacerując tam i z powrotem, szukając sobie zarobku zauważyłam, że za mną krok w krok idzie jakiś mężczyzna elegancko ubrany. Obejrzałam się parę razy w jego stronę, uśmiechając się, by mu dać do zrozumienia i ośmielić go. Ten nie dał po sobie poznać, tylko kroczył uparcie dalej za mną. Nareszcie mnie to już zgniewało i zwróciłam się do niego z pytaniem, dlaczego tak uparcie mnie śledzi, po co za mną tak chodzi i czego sobie życzy. Stanął przy mnie, kłaniając mi się za każdym słowem, i niezrozumiale przepraszał mnie. Zaczęłam mu tłumaczyć, że może śmiało ze mną mówić i przedstawić, czego chce. Wówczas ukłonił mi się do samej ziemi, mówiąc mi takie komplementy, jakich nigdy jeszcze od nikogo nie słyszałam. Pomyślałam, że jest to człowiek nie z naszej sfery. Jak wiadomo, mężczyzna z naszej sfery z takimi kobietami jak my nie robi żadnej „ceremonii” i od razu przystępuje do rzeczy. Ale z elegantem to rzecz inna, trzeba z nimi ostrożnie, trzeba wysłuchać wpierw kupę komplementów i zachwytów, zanim półsłówkami daje do zrozumienia, o co mu chodzi. Ten tak samo, po dłuższej wspólnej przechadzce zaproponował mi dopiero, abym na drugi dzień o godzinie dziesiątej w nocy przybyła do jego domu na ulicę D... pod nr X, gdzie mieszka i tam ma do mnie pewien interes. Wyjął przy tym dwadzieścia pięć rubli, mówiąc: „Niech pani będzie tak łaskawa na razie to przyjąć, a jak pani dotrzyma słowa, to jeszcze trzy takie banknoty dopłacę”. Obiecałam mu, że na pewno przyjdę. Sto rubli nie chodzi piechotą, pomyślałam i akurat to było na samym początku, jak się puściłam i potrzebne mi były pieniądze.

Na drugi dzień wieczorem o umówionej godzinie przyszłam do niego. Drzwi otworzył mi ten sam jegomość, ubrany był cały na czarno. Wziął mnie zaraz od progu pod ramię i poważnym krokiem przywiódł mnie przez poczekalny pokój, pchnął potem drzwi do bocznego pokoju i zaraz na progu stanęłam przerażona. Cały pokój był również ubrany na czarno, nawet umeblowanie. Na środku stał stół, okryty na czarno, a na nim stała wielkiego rozmiaru trumna. Nad stołem zwieszały się dwa pałąki z płomiennymi świecami, a w wezgłowiu trumny stały też dwa lichtarze z zapalonymi świecami. On, widząc moje wahanie i przerażenie, objaśnił mi błagalnym przerywanym głosem:

— Proszę się nie obawiać, nic złego nie myślę pani tu uczynić i nic się pani tu nie stanie. Widzi pani — tu zniżył głos, żem go ledwie zrozumiała — ten obraz kobiecy wiszący naprzeciw trumny, to była moja ukochana żona, z którą żyłem zaledwie pięć miesięcy i umarła. Pani ma pewne podobieństwo do zmarłej. Za podobizną taką już od dłuższego czasu się uganiałem, ale zawsze było to daremne, aż nareszcie panią znalazłem. Błagam panią, aby pani się rozebrała zupełnie do naga i położyła w trumnie, tam jest wyścielone bardzo wygodnie i... wtedy wyobrażę sobie, że mam stosunek z nią. Niech pani mi tego nie odmówi, błagam, zlituj się pani nade mną, wiele pani tylko zechce, zapłacę i proszę mi zupełnie zaufać.

Widząc, że faktycznie mi nic złego tu nie grozi, zgodziłam się pod warunkiem, że tylko jeden raz... Nie zdążyłam przekroczyć progu do tego żałobnego pokoju, jak mnie uchwycił uradowany i wniósł delikatnie do tego pokoju, posadził na kanapę, a następnie pomógł mi się rozebrać. Przy zdjęciu pantofli obsypywał mi nogi namiętnymi całusami, że mnie aż wstyd było. Gdy już byłam na pół naga, podał mi jedwabną, krótką koszulkę, prosząc, abym to na siebie włożyła, po czym uchwycił mnie wpół, czego mu nie broniłam i złożył w trumnę. Strach mnie ogarnął, gdy się do mnie zbliżył. Twarz jego wykrzywiła się z namiętności. Podczas aktu miłosnego wciąż mnie całował. Czułam już obrzydzenie, a zarazem litość do tego człowieka. Ten musiał naprawdę kochać swoją żonę aż do obłędu...

Tu zamyśliła się chwilę, patrząc w dal. Słuchaliśmy jej dziwnego opowiadania z zainteresowaniem, a słuchaczka przezwana „Władką z dużymi cyckami”, podrażniona tym opowiadaniem, pierwsza przerwała milczenie i nagle zawołała:

— No, dokończ, co się z tobą dalej stało?

Jadzia, jakby przebudzona ze snu, spoglądała na nas, jakby dopiero co zobaczyła nas i po ciężkim westchnieniu odparła:

— Co się miało stać ze mną? Nic złego on mi tam nie zrobił. Odprowadził mnie potem do drzwi z honorami, prosząc, abym raz na miesiąc go odwiedzała, co też przez czas jakiś chętnie czyniłam. Zarobek od dziwnego człowieka dał mi możność wyżywienia i nie potrzebowałam wychodzić na róg ulicy.

Aż pewnego dnia z wieczora, gdy tam przybyłam, ujrzałam przed jego domem grupkę ludzi, rozpowiadali coś między sobą półgłosem. Coś mnie tknęło i poczęłam się dopytywać, co tu takiego zaszło. Dopiero dowiedziałam się, że on tegoż dnia po obiedzie zastrzelił się, co było do przewidzenia. Zaraz też zawróciłam do domu, obawiając się jakiegoś śledztwa. Nikt jednak o mnie nie myślał.

— Tak — dodała — straciłam dobrego gościa, sto rubli to nie żart, no i był bardzo dobry dla mnie, robił mi różne podarki — zakończyła, uśmiechając się smętnie.

Teraz nastąpiły stawiane przez obie koleżanki pytania i uwagi.

— Wiele razy tam byłaś? — spytała Władka.

— Pięć razy wszystkiego.

— Stary to był człowiek? — pytała druga.

— Nie tak stary — odparła Jadzia — mógł mieć lat czterdzieści z górą.

— A co on był za jeden? — dopytywała się Władka. — Czy też był bogaty?

— Tego nie wiem — powiedziała. — Ale ładnie mieszkał, miał lokaja, więc musiał być i bogaty, mówił mi też, że jest wojskowym i na lato miał wyjechać na Kaukaz do swoich dóbr.

— O! O, żeby on był biedny — odparła Władzia — nie chciałoby mu się takich wariackich wybryków i nie płaciłby po sto rubli naraz. Ja bym chciała takiego frajera złapać, co tak hojnie płaci — dodała, trącając mnie przy tym kolanem.

Trzecia koleżanka, już nie pierwszej młodości, bardzo skromna na wygląd, też chciała coś o sobie opowiedzieć ciekawego i już otworzyła usta. Wtem dało się słyszeć silne pukanie w drzwi frontowego pokoju. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie. Władka skoczyła, by tam otworzyć. Zanim jednak otworzyła, spytała wpierw, kto to śmiał nam przerwać przyjemne pogadanki.

— Policja — brzmiała odpowiedź, która od razu mnie poderwała z miejsca.

Jadzia spojrzała na mnie przestraszona, widząc, jakie te słowa zrobiły na mnie wrażenie. Nie zdążyłem się zorientować, co mam czynić, gdy wtem do pokoju wpadło kilku mężczyzn, jeden za drugim, z wielkim hałasem.

— Jeden tu już jest — krzyknął barczysty agent do towarzyszy.

— Ręce do góry i ani rusz! — krzyknęło do mnie kilku naraz, a dwóch skierowało lufy rewolwerów w moją stronę.

Zaraz mi jeden agent zrewidował kieszenie. Kobiety stały wylęknione tym nagłym przybyciem policji, nie śmiały się ruszyć z miejsca.

Policja przeprowadziła rewizję we wszystkich pokojach. Ja zaś znalazłem się tu bardzo głupio. Po pierwsze nie wiedziałem, czy to właśnie mnie poszukują, po drugie myślałem, że może wpadłem zbiegiem okoliczności w jakąś paskudną sprawę, której skutki zwykle stają się gorsze niż za czyny popełnione.

Tak myśląc, chciałem wyczytać w tych marsowych twarzach, jak daleko i o co mnie tu posądzają. Wtem nagle jeden agent krzyknął z drugiego pokoju:

— Mam to, co szukałem!

Na te słowa zdębiałem i spojrzałem w tę stronę. Agent trzymał w ręku jakąś flaszkę, obwąchał, po czym podawał ją z ręki do ręki i wszyscy agenci to samo uczynili.

Nic już z tego nie rozumiałem.

— No, kawalerze — zawołał agent — prosimy z nami.

Drugi agent znów bez słowa założył mi łańcuszki na ręce.

— Panowie, o co tu chodzi? — zawołałem.

— Dowiesz się później — odparł agent.

— Nie bądź taki ciekawy — dodał drugi rosły agent, który uporał się z Jadzią, nie dając jej wyjść za nami.

Po drodze rozważałem swoje położenie, robiąc rachunek sumienia. Nic takiego jeszcze na bruku tutejszym nie popełniłem. Przed nikim też słowem jednym nie zdradziłem się o mojej ucieczce i smutnej przeszłości.

„Więc co to być może — myślałem — i co ta flaszka ma znaczyć?” Daremnie próbowałem zrozumieć, co tu zaszło, wszak jedno tylko zrozumiałem, że o ile zaczną poszukiwać, kim właściwie jestem, będę wtedy zgubiony. Wtem cały orszak zatrzymał się przy jakimś sklepie i za chwilę wprowadzono mnie, a widząc tam dziurę w suficie, wszystko zrozumiałem.

Wkrótce przybył właściciel, obejrzał mnie uważnie, a jeden z agentów spytał go:

— Czy pan tego ptaszka widział kiedy? Przypatrz mu się pan dobrze.

— Nie, nigdy tego człowieka na oczy nie widziałem.

— Zobacz no pan tę flaszkę — zawołał agent.

Właściciel obejrzał podaną mu flaszkę na wszystkie strony i odparł:

— Takie wino co prawda jest u mnie, ale tak samo i w innych firmach można takowe nabyć.

Agent mu przerwał.

— Ta flaszka pochodzi z pańskiego interesu, a to jest bez wątpienia ten złodziej, co pana dziś w nocy okradł. Zastaliśmy go w dobrym miejscu, gdzie z pewnością całą noc pili, a przez zapomnienie zostawili tę jedną tylko flaszkę.

Jadzia, pomimo zakazu policji, przybyła tu za mną i słysząc to, poczęła krzyczeć, żem nie winien i że ona wskaże tego człowieka, który dwa dni temu tam przyniósł tę flaszkę wina i że jeśli o to chodzi, wskaże, gdzie ja byłem całą noc.

Słysząc jej obronę, uśmiechnąłem się do niej, uspokajając ją, że mnie się nic nie stanie, bo nie jestem tym, za którego policja mnie bierze. Starałem się to wymówić jak najspokojniej i naprawdę teraz byłem już pewny siebie.

Za chwilę policja, widząc, że poszkodowany nie chce kłamać i wywrzeć na mnie zemsty za swoją stratę, której było, jak sam mówił, na kilkanaście tysięcy marek, zaprowadziła mnie na posterunek. Tam zrewidowano mnie powtórnie i mieli już, jak widziałem, ochotę brać mnie w „ogień krzyżowych pytań”, gdy wtem weszła Jadzia z numerowym hotelu, gdzie oboje nocowaliśmy. Ten doręczył komisarzowi książkę meldunkową. Komisarz, Niemiec, zwrócił się z pytaniem:

— Która godzina mogła być, gdy ten oto człowiek przyszedł do numeru i o której go opuścił? Proszę mi dokładnie powiedzieć, czy nie mógł wychodzić wśród nocy z hotelu, a nad ranem dopiero niepostrzeżenie wrócić.

— Nigdy! — odparł numerowy. — Ja mam swoją dyżurkę przy samych drzwiach i nikt bez mojej wiedzy nie może ani wejść, ani wyjść z hotelu.

Komisarz, widząc, że ofiara mu się wyślizguje z rąk, zaczął z innej beczki.

— Skąd właściwie jesteś? — zawołał.

— Z Warszawy, proszę pana — odpowiedziałem — proszę się przekonać w paszporcie, który mi tu zabrano.

Rzucił na mnie chytre spojrzenie i wypytywał mnie, jak się nazywam, ile mam lat, jak rodzice moi się nazywają itd. Patrzył przy tym w paszport, który trzymał w ręku i dalej zapytał:

— Co wy tu jednak robicie w tym mieście i po co tu przyjechaliście?

— Mam tu stryja i do niego właśnie przyjechałem.

— Na której ulicy ten stryj mieszka i jak się nazywa?

— Mieszkał kiedyś przy ulicy Wielkiej Stefańskiej, a teraz jest w Rosji, o czym wczoraj dopiero się przekonałem.

— Więc go tu nie ma w Wilnie — zauważył, przy tym patrzył na mnie podejrzliwie.

— Nie, nie ma go już dawno, wyjechał razem z Rosjanami.

— Skąd wy znacie tę kobietę, co z wami nocowała w hotelu?

— Nie znałem jej, tylko przypadkowo na ulicy zapoznałem ją.

— Aha, a jak ja was teraz zwolnię, dokąd się udacie?

— Pojadę do domu, nie mam tu nic do roboty, o ile stryja nie zastałem.

— Skąd macie ten sygnet i zegarek? — zawołał, pokazując na stole moją własność.

— Jak to skąd? — udawałem zdumienie. — Mam to jeszcze od lat przedwojennych, ojciec mi kupił w Rosji.

Widziałem, jak komisarzowi oczy się świeciły do tych rzeczy, a wiedziałem z doświadczenia, że gdy Niemcom dostał się jaki złoty przedmiot w łapy, to już było ciężko go z powrotem wydostać.

Obawiając się, żeby przez ten zegarek i pierścionek mnie tu nie zatrzymał, dodałem:

— Pan komisarz może go zatrzymać i sprawdzić, ja mam na to świadków, że to jest moja własność.

Komisarz zamyślił się chwilę i powiedział:

— Więc dobrze, zwalniam was, a za trzy dni przyjdziecie po paszport i te rzeczy.

Zanotował nazwiska osób, które miały zaświadczyć, że to moja własność. Nazwiska podałem, jakie mi na myśl przyszły. Wolałem stracić rzeczy niż wolność. Potem w towarzystwie Jadzi opuściłem komisariat.

Jeden dzień bawiłem jeszcze u Jadzi, którą z żalem musiałem pożegnać, i wyjechałem z powrotem do Ł.