LII

Piątnica, przedmieście Ł.218, przedzielona dwoma mostami nad Narwią, leży dwie wiorsty od Ł. Przy drugim moście na Piątnicy stał zawsze za Niemców posterunkowy i sierżant niemiecki, którzy kontrolowali paszporty i przepustki, furmanki i przechodniów. Bardzo surowo odbywała się „za Niemców” ta czynność.

Zmuszony i ja byłem często przez te mosty przechodzić. Po pierwsze, jeden z moich już świeżych wspólników tam mieszkał. Wspólnik ten był żonaty i figurował tam jako handlarz koni i stąd wybieraliśmy się zawsze na wyprawę. Po drugie, po tej stronie najwięcej grasowaliśmy, bo było tam bliżej granicy niemieckiej.

Raz wieczorem o godzinie dziewiątej, odprowadzony przez Franię do pierwszego mostu, pożegnałem ją i udałem się do wspólników, skąd mieliśmy wyruszyć na pewną wyprawę. Gdy stanąłem przy budzie, gdzie sierżant przeglądał paszporty, zauważyłem, że ściślej się tym razem to czyni niż zwykle. Przebiegłem w myślach, czy nie mam czego na sumieniu, co by tu policja już wiedziała. Nic takiego sobie nie przypomniałem. Zbliżyłem się i wyciągnąłem pas, sierżant obejrzał go na wszystkie strony, potem popatrzył na fotografię, to znów na mnie. „Źle — pomyślałem — jestem zgubiony”. Nim zdążyłem pomyśleć o ratunku, gdy sierżant zwrócił się do mnie grzecznie, żebym szedł z nim na posterunek.

— Co to ma znaczyć? — próbowałem spokojnie zaprotestować.

— Nic takiego — odparł — tylko, że znaleziono paszport na podobne nazwisko, więc chcemy tylko tam sprawdzić i zaraz pana zwolnimy.

Zrozumiałem, że to jest tylko pozór, aby mnie dostać na posterunek. Co robić? Uciekać? Na nic to się nie przyda, z jednej strony jest most, a z drugiej posterunek, który za mną zaraz podąży. Machinalnie szedłem za sierżantem. Była bardzo ciemna noc, a posterunek mieścił się o jakieś pięćdziesiąt kroków od mostu.

Po drodze sierżant starał się ocierać o moje ramię tak, by mnie czuć przy sobie. Zauważyłem też, że w ręce coś trzyma, na pewno rewolwer, pomyślałem. Wtem nagłym ruchem rzuciłem w stronę wody rewolwer, który miałem przy sobie, a za który groziła mi kara śmierci. Sierżant uchwycił mnie zaraz za ramię.

— Co tam rzuciłeś?

— Chleb — odpowiedziałem.

I tak trzymał mnie już za rękę, dopóki nie weszliśmy na posterunek.

Otoczony zostałem tu przez żołnierzy i za chwilę zjawił się oficer, sam komendant posterunku, z listą w ręku. Przyglądał mi się bacznie, po czym na głos czytał nazwiska poszukiwanych przez policję. Wyczytał też moje nazwisko, na które siedziałem w Niemczech, nie zatrzymując się, czytał dalej. Odetchnąłem z ulgą.

Spojrzał też na mój paszport, mojego nazwiska tam nie było, potem zaczął fotografię oglądać. Zapytał mnie też, co ja wyrzuciłem podczas aresztowania do wody.

— Chleb — odparłem.

Uśmiechnął się i kazał mnie zrewidować.

Nic takiego u mnie nie znaleziono, oprócz jeszcze jednego paszportu

— Czyj to jest? — pytał.

— Kuzyna mojego — wyjaśniłem — zapomniał o nim i zostawił u mnie.

Znowu począł szukać, czy tego nazwiska nie ma na liście. Po przekonaniu się, że nie, zwrócił się do żołnierzy.

— Który z was podejmie się odprowadzić go do Ł. na Feldpolizei? To musi być dobry ptaszek. Tam mają fotografie i sprawdzą, co on za jeden.

Ich219! — zasalutował średniego wzrostu żołnierz.

— Dobrze — odparł komendant — możesz się szykować, tylko uważaj, gdy popróbuje uciekać, możesz go zabić, nic ci za to nie będzie.

Mówił po niemiecku i patrzył na mnie, jakie to wrażenie na mnie zrobi.

— Po co mi uciekać — zauważyłem — nie jestem żaden złodziej.

— Zobaczymy — odpowiedział i odszedł.

Za jakieś piętnaście minut stanął przede mną Niemiec w pełnym rynsztunku bojowym i pokazał mi pod sam nos karabin.

— Wiesz, co to jest?

— Karabin — odrzekłem.

— A to, wiesz co jest? — tu pokazał na medal na swojej piersi.

— Nie wiem.

— To jest medal za strzelanie, ja nigdy nie chybię, możesz uciekać. — Roześmiał się.

Żołnierze, obserwując nas, klepali go po ramieniu, śmiejąc się, a jeden żołnierz, widać Polak, odezwał się do mnie po polsku:

— Możesz uciekać i spróbować, czy Franc dobrze strzela — i mrugnął do mnie znacząco.

Ja doskonale zrozumiałem, że on by nie wiem co dał, abym zwiał temu Niemcowi. Więc postanowiłem uciec, żeby się nie zawiódł na mnie.

Franc pod samym moim nosem ładował karabin, pokazując mi przy tym kule, i jeszcze raz mnie napomniał groźnie, że za najmniejszym ruchem zastrzeli mnie.

Los! — zakomenderował i ruszyliśmy w drogę.

Żołnierze rzucili Francowi dwuznaczne słowa, żeby dobrze na mnie uważał. Muszę tu zaznaczyć, że „za Niemców” cywilnym nie wolno było przechodzić przez mosty od godziny dziesiątej wieczór do czwartej rano.

Przeszliśmy pierwszy most, gdzie żołnierz nas przepuścił, a następnie drugi most, po czym zmuszeni byliśmy z powodu błota na szosie iść z boku po ścieżce wydeptanej przez przechodniów. Niemiec od czasu do czasu przyświecał mi drogę lampką, trzymał się równo ze mną, tak że starał się ocierać o mnie. Wyczułem drżenie w jego głosie, kiedy po przekroczeniu drugiego mostu począł mnie wypytywać, skąd jestem i czy mam żonę lub narzeczoną. Pytał także, czy mam siostrę i czy ładną. Starałem się spokojnie mu odpowiadać. Mówił mi też, że na Feldpolizei tylko sprawdzą coś i zaraz mnie uwolnią.

Myślałem gorączkowo, jak mu tu „najechać”. Już pół drogi przeszliśmy i nic jeszcze nie postanowiłem. Wiedziałem o tym dobrze, słysząc na liście moje nazwisko z Niemiec, że gdy zajdę tam na Feldpolizei, jestem zgubiony.

Droga od Ł. do mostu jest sypana groblą na wysokość dwóch metrów, a w niektórych miejscach i więcej. Z obu stron w pewnej odległości od siebie stoją drzewa. Starałem się nieznacznie popchnąć go do brzegu, udając, że tu nie mogę iść w błocie.

Niemiec, nie orientując się zupełnie, do czego dążę, kazał mi przejść na drugą stronę do szosy, a sam szedł przy brzegu grobli. Serce mi biło tak gwałtownie, że począłem głośno rozmawiać, by się nie zdradzić z myślami. Wtem niespodziewanie wymierzyłem mu z całej siły cios w twarz, tak że momentalnie potoczył się w dół i zacząłem uciekać, będąc pewnym, że tu po drodze nikogo już nie spotkam. Przy samym mieście dopiero zwolniłem kroku i podążyłem na jedną z „melin”, gdzie przespałem się do rana. Rano posłałem po Franię i kazałem sobie przynieść inny garnitur i palto, mówiąc jej, że muszę wyjechać na kilka dni.

Próbowała się dowiedzieć, co to ma wszystko znaczyć. Jednakże nic jej nie opowiadałem i wyjechałem tym razem do Wilna.

Dawno już nie filozofowałem. Nie wiem naprawdę, co jest ze mną, czuję to sam, że ostatnie moje rozdziały jakoś źle opisuję. Już od przeszło trzech miesięcy przestałem pisać swój pamiętnik, z którego, przyznam szczerze, nie jestem zadowolony. Dręczy mnie trochę brak wymowy w języku polskim.

Wiem to i rozumiem, że teraz, żyjąc w samotności, w murach więziennych, przemyśliwując po raz setny swoją przeszłość, gdyż nic do roboty tu nie pozostaje, zawsze będę tu sam, a ze mną tylko moje zbrodnicze wspomnienia. Zdawało mi się, że mam pewną zdolność, o której do tego czasu nie pomyślałem, to jest, usiłowałem opisać historię mojego nędznego życia, które mnie kiedyś tak pociągało, a któremu nie umiałem się oprzeć. Teraz, gdy mam trzydzieści pięć lat, budzi się we mnie tylko wstręt do przeszłości. Sam nie traktuję swojej bazgraniny zupełnie poważnie. Wiem to z przekonania, że ludzie po długoletnim pobycie w więzieniu dziecinnieją lub wariują. Więzienie to kraj ludzi chorych na manię wielkości. Jeden sobie marzy w celi pojedynczej o zdjęciu gwiazdy z nieba, drugi obmyśla dokonanie jakiejś genialnej zbrodni po wyjściu na wolność.

Tu, w ciszy pojedynczej celi więziennej ma on czas, by po raz setny przemyśleć swoją przyszłą zbrodnię z matematyczną dokładnością, zanim jej dokona. Wszystkie rekordowe przestępstwa, dokonane wprost genialnie, są obmyślane starannie i szczegółowo w pojedynczej celi więziennej. Pojedynka jest matką zbrodni.

Tu też po dłuższym czasie staje się on filozofem, poetą, wynalazcą, artystą, a nareszcie idiotą lub „Kürtenem, upiorem z Düsseldorfu”.

Podlegając temu prawu, podczas pierwszego pobytu w pojedynczej celi już zacząłem pisać wiersze. Z braku jednak materiału piśmiennego, który był wówczas srogo wzbroniony dla więźniów, drapałem wiersze na ścianie i uczyłem się ich na pamięć. Teraz, po kilkuletnim pobycie za kratami w pojedynczych celach, próbowałem niepewną ręką pisać nowele i powieści, oparte na materiale osobistych przeżyć. Nieraz spłodzę i wiersz niedołężny. No i nareszcie wziąłem się do napisania pamiętnika. Wątpię tylko, czy znajdę dla niego chętnych czytelników.

Ale cóż mam robić?

To nie jest moja wina... Winna jest ta przeklęta jedynka. Ona to zrobiła ze mnie nieuleczalnego grafomana. Przyznam się szczerze, że zniszczyłem już kilka razy swoje nieszczęsne utwory, wszakże spokoju nie zaznałem, dopóki nie pozbierałem tych podartych arkuszy i nie zlepiłem, by je przepisać na nowo.

Nieraz bierze mnie chęć, by spalić i połamać materiały piśmienne. Wtedy to skupiam całą siłę woli, by tego nie uczynić, znając siebie, że nie przeżyłbym tej straty. Na przykład, z pamiętnika swego już przy końcu roku 1930 miałem napisanych trzydzieści rozdziałów na czysto i cóż? Popadłem w taki szalony moment, któremu nieomal każdy więzień ulega, i podarłem to wszystko. Na razie poczułem jakby pewną ulgę, trwało to jednak zaledwie do wieczora, zbierałem na nowo strzępy papieru, by skleić i znów na nowo przepisać. Pracowałem następnie cały tydzień nad ułożeniem kawałków i nic mi z tego nie wyszło. Ze złości chciałem to już wyrzucić, jednakże znając i swoją słabą stronę, złożyłem starannie i zabrałem się na nowo do pracy.

Czy to nie są już pewne oznaki obłędu?

Otóż dziś, po trzymiesięcznej przerwie zabieram się znów do pisania. Na nic się nie zdało słowo, które dałem sobie, że raz na zawsze zerwę z grafomanią. Wmawiałem nawet sobie, że czuję wprost wstręt do pisania i że się wezmę lepiej do nauki i będę starał kształcić się w tym względzie, tak bezlitośnie zaniedbany przez zacofany cheder. Dłużej wszakże niż trzy miesiące nie wytrzymałem i zasiadam teraz znów z zapałem, by powiększyć napoczęte przeze mnie utwory grafomanii.