LI

Pewnego dnia byłem trochę podpity, a Frania namówiła mnie, bym się z nią udał na spacer, jak twierdziła, na świeże powietrze, aby wytrzeźwieć. Wzięła mnie pod ramię i zaprowadziła pod sam „Czerwoniak”. Więźniowie wyglądający oknami poczęli wołać na Staśka, że tu Frania przyszła z kochankiem pod jego okno. Oprzytomniałem od razu.

Stasiek począł robić mi wyrzuty, że nie dość, że mu ją zabrałem, ale jeszcze pod więzienie przychodzę z nią, by mu się pokazać, a nie patrzę na jego cierpienia. Frania, śmiejąc się cynicznie, zadawała mu pytania, czy mu się tam nie przykrzy bez kobiet. Inni więźniowie, widząc to i słysząc jej szydercze uwagi, poczęli na głos wołać:

— Kur... do wórka!

Pociągnąłem ją za sobą, robiąc jej w drodze wymówki, że mnie aż tu zaprowadziła. Śmiała się tylko do mnie, mówiąc:

— Jak ty tam będziesz za kratami siedział, to też przyjdę pod okno z drugim kochankiem, co ty mi wtedy zrobisz, będąc za kratami?

— Frania! — próbowałem ją skarcić — jak ty możesz tak mówić? Twe kaprysy stają się wprost już nie do zniesienia, wystrzegaj się — próbowałem jej pogrozić.

— Co ty mi zrobisz? Gwiżdżę na was wszystkich — odparła i poczęła sobie naprawdę wygwizdywać melodię swojej ulubionej piosenki: „Moja mama, daj mnie za mąż, rym-cim-cim. Jak ja męża nie dostanę” itd.

Pobić jej nigdy nie mogłem, gdyż momentalnie wszystko zamieniała w żart. Niepodobna było też na nią długo się gniewać. Lubiłem słuchać jej śpiewu, śliczny miała głos i przy tym akompaniowała na gitarze. Gdy czuła, że przeciągnęła już strunę ze swoimi kaprysami i że jestem naprawdę zły, zabierała się wtedy do śpiewu i tym mnie momentalnie rozbrajała. Żadna kobieta, którą znałem do tego czasu, tak mną nie władała jak Frania. Byłem gotów za nią, jak to się mówi, w ogień skoczyć.

Taki stan rzeczy trwał ze sześć tygodni. Frania była nienasycona fizycznie, a ja będąc zmysłowo zakochany i obawiając się, by nie skierowała swoich względów w inną stronę, dotrzymywałem jej kroku i stale byłem przy niej. Znosiłem jej kaprysy z pewnym zrezygnowaniem. Ale ponieważ pod słońcem nie ma nic trwałego, więc i ja zbuntowałem się i zacząłem ją zaniedbywać.

Co prawda winna tu była pewna Żydóweczka, którą wówczas zapoznałem, chociaż była to brunetka i mężatka, w czym nie gustowałem. Wszakże ona to potrafiła mnie do siebie zwabić.

Znajomość nasza datowała się od pewnego dnia, kiedy wstąpiłem do fryzjerni jej męża, by się ogolić. Pomagała mu nieraz w pracy, gdy było dużo gości. Sama też, jak twierdziła, była z zawodu fryzjerką, jak się zaś później przekonałem, robił to jej mąż z pewnym wyrachowaniem, by zwabić tu młodzież za pomocą młodej i pięknej żony.

Każdy niemal z gości tak się kierował, by ona goliła. Na początku co prawda krępowało mnie to, gdy ona mnie goliła. Jednak po niedługim czasie tak mi się ona spodobała, że niemal codziennie chodziłem się golić, choć nie miałem co.

Pewnego razu, któregoś zimowego dnia przed wieczorem, zaszedłem do tej wspomnianej fryzjerni i dobrze trafiłem; gości tu nie było żadnych, a co lepsze i męża tu nie było. Przywitała mnie bardzo, jak na mężatkę, przychylnie, po zamienieniu kilku słów, raczej dlatego, by coś mówić, niż z potrzeby, usiadłem na krześle i poczęła mnie swoją ręką mydlić. Robiła to jakoś dłużej niż zwykle, po czym przystąpiła do golenia. Przy tej czynności zauważyłem, że jakby naumyślnie stawia swoją nogę między moje. Czułem ciepło jej kolan i... tak, że nie mogłem usiedzieć.

Nareszcie skończyła, wyjąłem prędko pieniądze, by już zapłacić i chciałem się wynosić. Czułem, że ona zmiarkowała, co się stało, gdy swoje kolano przycisnęła do najdrażliwszego miejsca. Wstydziłem się tego, myśląc, że może przez nieuwagę to uczyniła.

— Co pan się tak śpieszy? — zapytała.

— Ja, ja nie mam czasu — odparłem, kładąc dwie marki na stole.

— Mam dwa, mogę jeden panu odstąpić — odparła, śmiejąc się, po czym dodała: — Niech pan pozwoli na chwilę do mieszkania. — I otworzyła drzwi do pokoju, który łączył się z fryzjernią.

Wszedłem.

Wskazała mi krzesło, a sama wzięła dziecko z wózka i dała mu pierś.

Zauważyłem, że ona chce, bym widział, że ma białe, ładne, pełne piersi.

— Dlaczego pan nic nie mówi? — zapytała mnie po chwili krępującej ciszy.

— Doprawdy nie wiem, o czym mówić — odparłem, patrząc na nią, jak mieniła się na twarzy pod moim wzrokiem.

— Czy pan żonaty? — zapytała nagle.

— Nie jeszcze.

— A dlaczego pan się nie żeni? Taki przystojny kawaler łatwo dostanie żonę.

Spojrzałem na nią, nie rozumiejąc, do czego zdąża, i odparłem:

— Nie spotkałem jeszcze kobiety, bym ją naprawdę pokochał.

— A Frania? — odparła.

— Jaka Frania? — próbowałem nie rozumieć.

— No, ta Frania, pańska kochanka.

— Skąd pani wie o tym?

— Ja jeszcze coś więcej wiem — dodała tajemniczo.

Mierzyliśmy się chwilę wzrokiem.

— Czy pan wie, że jestem akuszerką?

— Skąd bym miał o tym wiedzieć? — odparłem. — Mnie akuszerki nie są potrzebne — śmiałem się.

— Wiem, że panu niepotrzebne, ale komu innemu, kto jest blisko pana, może być potrzebna.

— Nic nie rozumiem — odparłem.

— Tym lepiej — rzekła i przysunęła się bliżej mnie.

— Pan wiele ma lat?

— Dwadzieścia jeden.

— Pan bardzo lubi kobiety?

— To zależy — odparłem, nabierając odwagi.

— Pan musi być straszny kobieciarz, że może dogodzić takiej wymagającej, jaka jest Frania.

— Skąd pani o tym wie?

— Mówiłam już panu — odparła — że jeszcze więcej wiem, niż mówię.

Chwila przerwy. Myślałem, co ona chce z tymi zapytaniami? Byłem wtedy jeszcze za głupi pod tym względem, bym się znał na różnych kobiecych sprawach i na myśl mi nie przyszło, że Frania była kiedyś jej klientką, nareszcie spytałem:

— Dlaczego mnie pani o to wszystko pyta?

— Dlatego, że mnie pana żal — odparła. — Pan się tylko zmarnuje z tą „siksą”.

— Kiedy nie mam innej — odparłem. Prędko zaś dodałem: — O, żebym miał taką kobietę jak pani, czułbym się szczęśliwy.

— Dlaczego pan nie może takiej mieć, i to Żydówki — mówiąc to, patrzyła mi uparcie w oczy i rumieniła się.

— Za późno panią poznałem — odparłem — pani należy już do innego, pani ma męża.

— Czy to panu przeszkadza? — spytała, wykręcając głowę w inną stronę.

Dłużej nie wytrzymałem, wszystkie te jej pytania zapaliły we krwi mojej żądze, nie mogłem oderwać wzroku od białej jej piersi, zerwałem się z miejsca i zbliżyłem się do niej, uchwyciłem ją za ramię.

— Niech pani położy dziecko!

— Dlaczego? — próbowała się słabo bronić.

— Niedobrze jest przyzwyczajać dzieci na rękach stale nosić. — I podniosłem ją z krzesła, popychając lekko w stronę wózka.

Machinalnie położyła dziecko, a ja przycisnąłem ją namiętnie do siebie, nie broniła się, tylko urywanym głosem zawołała:

— Przecież ja mam męża... Co pan chce robić?

Nie odpowiedziałem, tylko uchwyciłem ją za ręce, po czym zaniosłem do drugiego pokoju i złożyłem na łóżku. Nie stawiała oporu, tylko prosiła, abym drzwi od fryzjerni zamknął na klucz, by ktoś nie wszedł.

Żal mi było przerwać ten czarowny moment, jednakże zrozumiałem, że ktoś nieproszony może nam przeszkodzić, więc wykonałem prędko polecenie i wróciłem. Ona leżała jeszcze w tej samej pozycji, w jakiej ją położyłem, chciałem się dobrać do miodu, jednak reformy przeszkadzały. Prosiłem, by je zdjęła, a ona urwanym głosem prosiła: „Ach, rwij pan... prędzej...” No i podarłem, droga stała otworem. Dała się posiąść bez oporu, szepcąc tylko błagalnie: „Proszę cię tylko, żeby cztery oczy o tym wiedziały. Od dziś, kiedy tylko zechcesz, jestem twoja...”

Naopowiadała mi strasznych rzeczy na Franię, chcąc mi ją obrzydzić, i po zapewnieniu z mojej strony, że będę ją często odwiedzał, wyniosłem się.

Od tego dnia byłem wzięty w dwa ognie. Frania poznała od razu, że ją zaniedbuję, pilnowała, bym się nigdy na krok nie oddalał. Jednakże pod pozorem udania się na robotę, odwiedzałem fryzjernię.

Dawała mi często znać, kiedy męża nie ma w domu. Umawiałem w różnych miejscach spotkania, była tak samo „wymagająca” jak Frania. Co do mnie, doszło do tego, że ledwo na nogach się trzymałem i począłem odczuwać do nich wstręt, gdy je ujrzałem. Przypadek też zdradził nas przed jej mężem, który domyślił się wszystkiego. Było to tak:

Kilka dni potem zostałem aresztowany, trzymano mnie pięć dni, byłem nieomal zadowolony, że trochę odpocząłem, zaraz też po zwolnieniu zaszedłem na swoje nieszczęście do tego fryzjera, by się dać ogolić. Ona zaś wiedziała o tym, że byłem aresztowany, więc gdy mnie ujrzała, podskoczyła nagle do mnie:

— Co, jesteś, mój ko... — i urwała.

Słysząc to, mąż zbladł, ona zaś połapała się, że sama się zdradziła, chciała wszystko naprawić i obrócić w żart, jednak to się jej nie udało, sama się „wsypała”. Co prawda w spodniach ona chodziła, a nie mąż, jednak źle się stało.

Od tego dnia czułem, że mąż śledzi mnie. On już dawno domyślił się, do jakiej branży należę. Ten romans też wkrótce mnie zgubił, o czym później będę mówił.