XLIX
Rano wstałem pełen apatii i zniechęcenia, zrozumiałem, że między mną a Staśkiem jeszcze nie koniec.
Przed południem przybył do mnie Maniek, zgrał się w karty, a wiedząc, pod jakim numerem stoję w hotelu, przyszedł mnie odwiedzić. Maniek był moim przyjacielem od pierwszego razu. Jak już wspomniałem, był on zawsze wesoły, czy to z pieniędzmi, czy bez nich.
Muszę też tu wspomnieć, że marnie skończył, został on zastrzelony w dwudziestym roku podczas ucieczki z więzienia wojskowego przy Dzikiej w Warszawie.
— Co słychać, Maniek? — spytałem go po dokładnym zamknięciu drzwi.
— Co ma być słychać? — odparł wesoło — „blaty”215 przegrałem, trzeba starać się już o świeże. O której godzinie dziś jedziemy?
— Wcale już nie jedziemy — odparłem.
— Jak to, a to dlaczego?
— Dlatego, że Stasiek już nie jest moim wspólnikiem, a jeszcze co i z wami wszystkimi zrywam i odjadę dziś do Warszawy.
— Nic, brachu, cię nie rozumiem — odparł i zrobił wielkie oczy.
— Zaraz zrozumiesz wszystko, brachu — odparłem i opowiedziałem mu całe zajście u Frani.
— Źle, bardzo źle, a wszędzie, psiakrew, kobieta. Co teraz będzie? — zapytał smutno. — Myślałem — ciągnął w zadumaniu — że już teraz się dobraliśmy, chłopaki jak należy, jak jeden mąż, a tu masz tobie — zakończył roztargniony.
— Trudno, tak się stało — odparłem. — Mnie już i tak tu duszno, a do „Czerwoniaka” się dostać, by mnie Ról na nowo przywitał, nie życzę sobie. Wiesz, jak my zaczniemy między sobą zadzierać, to wszyscy tam powędrujemy. Więc ja wam ustąpię — dodałem.
— Ależ zlituj się — zbliżył się do mnie. — Ja akurat wszystko przegrałem, a Wojtek tak samo. Bez ciebie, wiesz, tej roboty nigdy nie zrobimy. A doprawdy tam można się porządnie podreperować, tak że nawet kraść więcej nie będzie nam trzeba. Teraz dzień przed pierwszym. Wszystkie „blaty” będą na miejscu. Zrób to dla mnie i Wojtka — prosił.
— Dobrze, więc ja się zgadzam — odparłem. Stanęły mi przed oczyma różnej wielkości paczki z pieniędzmi i cyfry. — Pojedziemy tam we trzech, a „dolę” damy mu i tak. Tylko statki są u niego, trzeba, abyś je odebrał.
— Nie, tak nam to nie pójdzie bez Staśka. Wiesz sam, że takiego chłopaka do roboty, jak on, trudno znaleźć. Ja was pogodzę, to będzie najlepiej — dodał już weselej.
— Mnie on już nie bardzo potrzebny — dodałem. — Nie zapominaj, że tym razem nie udajemy się po „hołotę”, a przy tej robocie on prawie nic nie rozumie — dodałem ironicznie, czując się nad nimi wyższym pod względem techniki złodziejskiej.
— Tak, to prawda — odparł. — Ale diabeł czasem nie śpi, kto wie, czasami po cichu może nam się nie udać, a trzeba będzie robotę zrobić na „stój”, a wiesz przecież, że do tego Stasiek jest specjalistą.
„Ma on rację — pomyślałem — tę robotę trzeba zrobić na razie jeszcze z nim, a potem stąd umykać. B. jakoś tajemniczo uśmiecha się do mnie, gdy mnie widzi, a to niedobry znak”.
— Słuchaj, co ci teraz powiem. Przede wszystkim powiedz mi, brachu, czy już jadłeś obiad, bo pewno przegrałeś i obiad? Przyznaj się.
— Tak, nie tylko obiad przegrałem, ale i śniadania jeszcze dziś nie jadłem — uśmiechnął się szczerze.
— Więc nie traćmy czasu — odparłem — i chodź ze mną na obiad do Czech... Tam porozumiemy się i muszę pomyśleć nad tym. Wiesz, że tam są dobre obiady i doskonale to działa na uspokojenie. Kelner mnie tam zna, a głodny nie wyjdziesz stamtąd. Pokażesz mu palce, a on już wie, to jest mój znak, wiele „frajerskich obiadów” ma dla mnie razem złączyć. Co do mnie — dodałem — pokażę mu trzy palce. A ty zaś, brachu, wiele?
– Powiedz mi — odparł, śmiejąc się — co tam ten twój kelner podaje, gdy wskażę mu jeden palec? Wtedy będę wiedział, wiele palców mam mu pokazać, bo jestem tak głodny, jak gdybym wyszedł dziś z twojego „Czerwoniaka”.
— Palec jeden oznacza jedną porcję obiadu. Więc kotlet, szklanka rosołu, trochę jarzynki, trzy kartofelki i kufel piwa, wiesz, po „frajersku”.
— W takim razie — odparł — muszę wskazać mu całą rękę, myślę, że to mi wystarczy — dodał wesoło.
Za chwilę wyszliśmy razem, by się tam udać na obiad.
Po obiedzie, wychodząc z restauracji, spotkaliśmy się oko w oko z Wojtkiem. Ten, o niczym nie wiedząc, już był gotowy do drogi i nas poszukiwał.
Po przywitaniu się powiedziałem mu, co zaszło. Po raz pierwszy ujrzałem go rozmownego. Zaczął mnie prosić, tłumaczyć, że on bierze wszystko na siebie, pójdzie po Staśka, przyprowadzi go i że musi nas pogodzić. Po chwili namysłu przystałem na to, a Wojtek po umówieniu się z nami, gdzie mamy się spotkać, udał się do Staśka. Wojtek doskonale znał Franię, będąc przyjacielem Staśka i wiedział, że go tam spotka.
Przed wieczorem, około piątej godziny, wraz z Mańkiem udaliśmy się za miasto, a za nami w pewnej odległości podążyli Stasiek i Wojtek. Ten ostatni dźwigał walizkę ze statkami. Za chwilę nadjechał nasz pojazd. Usadowiliśmy się na furmankę, a ta, zaprzągnięta w parę dobrych koni, ruszyła galopem.
Po drodze cały czas trwała przykra cisza. Żaden z nas nie odzywał się ani słowem. Tylko furman, starszy już wiekiem Żyd, podśpiewywał sobie pod nosem stary, popularny „Majufes”216.
Myślałem sobie, kto wie, czy Stasiek się nie nosi ze złym zamiarem zemsty na mnie i postanowiłem mieć się tu na baczności.
Na miejscu występku stanęliśmy około godziny dwunastej. Stanęliśmy w lesie pod szopą na pół rozwalonej smolarni, żywej duszy tam nie było. Tam ustawiono konie i dano im obroku. Po wypiciu dwóch butelek wódki, by się rozgrzać, i zjedzeniu zakąski, której Stasiek odmówił, udaliśmy się do „roboty” oddalonej stąd o jedną wiorstę.
Była widna, gwiaździsta noc. Ubrani byliśmy lekko, ale ciepło, uszliśmy może ze dwadzieścia kroków, a Maniek, który szedł ze mną na przedzie, szarpnął mnie nagle za rękaw, abym przystanął.
— Niech oni idą na przedzie — mówił do mnie z jakimś drżeniem w głosie. Przystanąłem.
Stasiek i Wojtek zbliżyli się ku nam i również przystanęli. Chwilę tak patrzyliśmy na siebie. Wtem Maniek prędkim ruchem wydobył rewolwer i krzyknął do Staśka:
— Ręce do góry i ani słowa, bo kulę w łeb.
Ja, widząc to, tak samo skierowałem lufę rewolweru w tym kierunku. Stasiek po chwili wahania podniósł ręce do góry, z szyderczym uśmiechem na ustach. Wojtek sięgnął zaś ręką do kieszeni futerka i wyciągnął mu rewolwer.
— Teraz, koleżko, jesteś wolny — odezwali się obaj ze śmiechem. Stasiek stał chwilę i ze złości zaczął mi grozić, że musi mnie zabić, jak nie dziś, to jutro na pewno. Wywiązała się między nami kłótnia. Dopiero teraz dowiedziałem się, że Stasiek miał mnie zabić w lesie, do czego też namawiał Wojtka. Ten bez mojej wiedzy umówił się z Mańkiem, by go rozbroić. Słysząc, co mi tu groziło, zawróciłem zaraz do furmanki.
— Ja już nie idę z wami na tę robotę — objaśniłem głosem stanowczym.
Żyd, słysząc nasz spór, zbliżył się ku nam.
— Co się tu stało? — spytał przelękniony, widząc stojących nas przed sobą, uzbrojonych.
Maniek opowiadał mu, o co chodzi i że przez dziewczynę chcemy się pozabijać.
Żyd, weteran zbrodni, wybuchnął szyderczym śmiechem.
— Ładni z was złodzieje i bandyci, idą ryzykować życie i o spódniczkę im chodzi — wypluł z dziesięć razy z pogardą w naszą stronę. — Kto chce, niech siada. Nie chcę z wami mieć od dziś nic wspólnego, dosyć „za Rosji” się nasiedziałem, a już na stare lata nie chcę gnić w „Czerwoniaku” — zakończył i podążył w stronę furmanki.
— Co teraz będzie? — odezwał się pierwszy Maniek, łapiąc Żyda za kołnierz.
Żyd szarpnął się, przeklinając takich złodziei „powstańców”, jak mówił o nas pogardliwie i groził, że nas tu zostawi. Teraz Maniek i Wojtek groźnie zwrócili się do Staśka, widząc, że ja i furman zabieramy się i gotowi jesteśmy do odjazdu.
— Jak ty się nie uspokoisz, to wpierw ciebie zabijemy, niż ty to jemu zrobisz.
Maniek też prosił Żyda i po krótkiej naradzie postanowiono, że Stasiek pozostanie przy furmanie, a my we trzech udamy się na roboty, a co do doli, otrzyma on na równi z nami.
Stasiek, chcąc nie chcąc, musiał zostać przy furmance, a my zaś w trzech udaliśmy się na robotę.
Jak została ta robota wykonana, tego opisać nie mogę...
Po północy dopiero wróciliśmy z łupem, a już nad ranem byliśmy w mieście, każdy ze swoją dolą w kieszeni. Rozeszliśmy się, jakby nigdy nic, każdy do meliny.
Po tej robocie krzyk był wielki. Policja szukała na wszystkie strony. Po mieście, na rogach ulic, nalepiono ogłoszenie: „Pięć tysięcy marek nagrody, kto coś powie, by można natrafić na ślady zbrodniarzy”. Ja, widząc ten ruch, postanowiłem na razie wyjechać, tym bardziej, że obawiałem się zemsty zakochanego Staśka i na drugi dzień wyjechałem do Warszawy.
W Warszawie nie bawiłem dłużej niż dwa tygodnie. Przyznam się, że mając ogromną sumę pieniędzy przy sobie, przez ten cały czas spokoju nie zaznałem. Koledzy i koleżanki na krok mnie nie opuszczali, dopiero gdy dowiedzieli się, że przegrałem niemal wszystko w karty, dano mi wtedy odetchnąć.
Złodziej, gdy ma pieniądze, rozum traci, a gdy odzyska rozum, nie ma już pieniędzy. Mówię to z praktyki, a mało zaś jest złodziei, którzy by potrafili zrobić użytek ze zrabowanych pieniędzy. Przysłowie dotyczące złodziei: „Lekko przyszło, lekko poszło” niezupełnie jest trafne. Należy raczej mówić: „Ciężko przyszło, a lekko poszło”.
Zdrowie i krew, których ubywa podczas „roboty” i śmiertelny lęk, który złodziej przechodzi, nie dadzą się przywrócić za żadne pieniądze. Ludzie zaś mają bardzo mylny sąd o tym, że złodzieje działają śmiało i bez obawy. To jest nieprawda.
Przy każdej robocie cierpią oni okropne męki. Dziewięćdziesiąt procent recydywistów twierdzi stanowczo, że idą wtedy kraść, gdy są już goli, a grosz zarobiony uczciwie więcej u nich znaczy niż złoty kradziony.
Ten zaś idzie z lekkim sercem i śmiało do „roboty”, co jeszcze nie siedział w więzieniu, nie myśli o karze dlatego, że jej nie zna. W naszym świecie jest nawet o tym przysłowie. O ile ktoś zbyt śmiało postępuje przy robocie, mówią: „Ten ma frajerską parę”. Znaczy to, że jeszcze się nie oparzył i nie zna skutków, jakie za sobą pociągnąć może.
Każdy recydywista jest ostrożny, bardzo ostrożny i idzie kraść jedynie dlatego właśnie, że jest recydywistą. Kto bowiem pracę takiemu da? A jeść codziennie musi i „recydywista”, jak każdy najporządniejszy człowiek pod słońcem. Nawet twierdzę, że każdy recydywista czuje wstręt do swego rzemiosła, jedynie warunki życiowe zmuszają go do dalszej kradzieży. Nie ma on bowiem już nic do stracenia. Są i zwyrodnialcy, ale bardzo ich mało.
*
Belki szukałem również po różnych „domkach” i dopytywałem się o nią w wielu miejscach. A nawet z Lizą starałem się nawiązać znów przyjaźń, by się coś dowiedzieć od niej. Jednakże wszystko było daremne, wszelkie po niej ślady w szpitalu po trzech miesiącach zaginęły. Do dziś dnia nic o jej losach powiedzieć nie mogę. Może też być, że padła ofiarą sutenerów, którym nie chciała ulegać, albo też umarła w rynsztoku, niepoznana przez nikogo.
Po upływie dwóch tygodni wróciłem do Ł. Coś do Frani mnie tam ciągnęło i nie dawało mi spokoju. W ten sam dzień jeszcze, wieczorem, udałem się do Frani. Pochodziłem tam wpierw pod oknami, by przekonać się, czy nie ma Staśka, przed którym przyznać muszę, stchórzyłem, potem wszedłem do mieszkania.
— Boże! Pan jest tu?! — krzyknęła jej matka, gdy stanąłem na progu, po czym prosiła mnie dalej. Ojciec jej przywitał mnie serdecznie, jak zazwyczaj mrugając do mnie lewym okiem. Rozejrzałem się ciekawie po mieszkaniu, a potem spojrzałem na drzwi pokoju Frani, matka jej podchwyciła moje spojrzenie, zakłopotana z pobożnym westchnieniem rzekła:
— Frania zaraz tu przyjdzie, wyszła biedna niedawno trochę na świeże powietrze — i znów westchnęła.
Zrozumiałem, że w czasie mojej nieobecności zaszło tu coś nadzwyczajnego. Jednakże nie śmiałem o to spytać. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może Stasiek ją zamordował i nie chcą mi tego powiedzieć. Widząc przygnębienie i przykrość, którą, jak mi się zdawało, spowodowałem swoim przybyciem, zapytałem:
— Co tu zaszło, że pani taka smutna?
Kobieta spojrzała pytająco na męża, który kończył wieczerzę, obgryzając zawzięcie wielką kość, a ten, zauważyłem, mrugnął do niej lewym okiem. Po chwili odparła:
— Boże, jak go bili...
Tu nie wytrzymałem i spytałem porywczo:
– Kogo i gdzie? Proszę mi wyraźnie mówić, o kim pani to mówi, nic nie rozumiem.
— Jak widzę, to pan o niczym nie wie. O kim miałabym mówić, jak nie o naszym Staśku. Biedy Staśku! — dodała z westchnieniem i ciągnęła dalej: — Będzie temu już trzeci dzień, jak on nieborak siedzi w „Czerwoniaku” razem ze wspólnikami. Przy aresztowaniu tak Staśka zbili, że ledwo żyje biedak — dokończyła, załamując ręce.
Począłem wypytywać o szczegóły, myśląc, że siedzą za tę wspólną naszą robotę. Cieszyłem się przy tym w duchu, że nikt mi teraz nie przeszkodzi w moim zamiarze względem Frani, a z jej strony, odczuwałem, łatwo mi to pójdzie.
Do tej pory zawierałem stosunki z kobietami w sposób łatwy, a rozstawałem się z nimi po krótkim czasie w sposób jeszcze łatwiejszy. Więc byłem teraz niemal pewny wygranej. Gdy zaś dowiedziałem się, że Stasiek został schwytany na gorącym uczynku w pewnej firmie manufaktury i do tego za opór wobec policji, nie dał się bowiem aresztować, pomyślałem: pięć wiosenek murowane. Byłem niemal zadowolony, chcąc przerwać panujący tu smutek, przywołałem zaraz siostrę Frani, która obserwowała mnie z boku i posłałem po obfite trunki i zakąski, prosząc ją zarazem, by odszukała siostrę.
Za jakieś pół godziny obie wróciły, Frania przywitała mnie jak starego przyjaciela, wydawała mi się ładniejsza niż wtedy. Szelmowskie oczy świeciły zdrowym, wesołym blaskiem, a policzki rumiane od mrozu wabiły mnie do pocałunku. Pociągnęła mnie też zaraz za sobą do swojego pokoiku.
— Kiedy pan przyjechał? — rzuciła pytanie, grożąc mi paluszkiem. — Żyd zawsze jest tchórzem i pan stchórzył przed Staśkiem — dodała po żydowsku. Nie zważając na moje zaprzeczenie, ciągnęła dalej:
— Pan już na pewno wszystko wie, co tu zaszło, nareszcie jestem panną na wydaniu — zakończyła wesoło, a nawet za wesoło.
Mierzyłem ją chwilę badawczo, bo uraził mnie jej lekko traktujący ton i zapytałem:
— Czy pani odwiedza choć Staśka?
— Co, ja? — zapytała. — Jego matka go odwiedza, cóż on mnie teraz obchodzi? Ja lubię chłopców, gdy są przy mnie — dodała kapryśnie. — Zresztą po tym zajściu z panem już go nie kochałam, zaczęłam z nim zrywać, zanudził mnie na śmierć swoją zazdrością, jestem zadowolona, że mnie policja uwolniła od jego osoby — zakończyła. — Czy pan też jest zazdrosny? — zwróciła się do mnie kokieteryjnie po chwili milczenia.
— Ja, ja sam tego nie wiem — odparłem. — Ale gdybym miał taką kobietę jak pani, nie ręczę za siebie.
Zakrzątnęła się przy tym do przyszykowania przyniesionej wypitki, a siostra jej pomagała. Potem wzięła dwie butelki napojów, zakąskę i kazała siostrze podać ojcu i matce w kuchni. Ja widząc to, zaprotestowałem i prosiłem, by razem z nami wypili, na co po krótkim wahaniu się zgodziła. Zaczęła się biesiada.
Dziwiło mnie to, że przy rodzicach nie krępowała się zupełnie i rzucała mi coraz więcej dwuznacznych półsłówek. Nareszcie ojciec i matka zrozumieli, że są tu już zbyteczni, zawołali też młodszą córkę i wynieśli się. Ojciec podał mi rękę i wychodząc, mrugnął do mnie, pokazując na córkę. Frania teraz, rozmarzona i podniecona alkoholem, usiadła mi na kolanach.
— Co, ciężka jestem, to zejdę?
— Nie, chciałbym całe życie ten ciężar nosić, aż do grobu — odparłem ośmielony.
Wybuchnęła śmiechem.
— Wy, wszyscy mężczyźni tak zawsze mówicie na początku, a później stajecie się wprost nieznośni. O, ja was znam dobrze — dodała, grożąc mi pięścią pod samym nosem.
— Pani mnie jeszcze nie zna — zaprzeczyłem gorąco. — Nigdy nie opuściłbym pani... — Tu próbowałem przycisnąć ją do siebie.
Momentalnie zerwała się i wyprostowała.
— Jak widzę, pan sobie za dużo pozwala, pan już mnie liczy za zdobytą? O, nie tak prędko się Franię zdobywa — dodała dumnie. — Na moje zawołanie, jakbym tylko zagwizdała, to będą za mną chłopcy latali jak psy. Pan sobie myśli, że za kieliszek Frania się już oddaje? O nie, mój panie, gdy pan tak myśli, to pan się okropnie myli — zakończyła nieomal ze złością.
— Proszę o mnie tak źle nie sądzić, ja o tym wcale nie myślałem, niech pani mi wybaczy, ale pokochałem panią od pierwszego spojrzenia. Wyjechałem stąd nie dlatego, że obawiałem się Staśka, tylko że jako wspólnikowi nie chciałem i nie mogłem tej przykrości robić. Jednakże po oddaleniu się od pani przekonałem się, że żyć bez niej nie mogę i przyjechałem, by ujrzeć panią i starać się o jej względy.
Gdy zaś skończyłem swoje wyznanie, ze wzruszeniem jednym tchnieniem wypowiedziane, ona patrzyła na mnie chwilę i wybuchnęła niepohamowanym śmiechem, siadając mi znów na kolanach.
— Tylko ręce proszę trzymać na razie przy sobie — rzekła, śmiejąc się jeszcze.
Myślałem, do czego ona właściwie dąży, ta kapryśna dziewczyna, kroplisty pot wystąpił mi na czoło, żar od niej bił jak z rozgrzanego pieca. Były momenty, że chciałem ją gwałtem rzucić na podłogę i zmusić do uległości, ale świadomość, że za drzwiami są rodzice, powstrzymała mnie od tego szalonego zamiaru i postanowiłem opanować namiętność i czekać końca. Wiedziałem, że ona się tylko drażni, a myśli i dąży do tego, co i ja.
— Frania, najdroższa — począłem błagać — zlituj się nade mną, zejdź mi z kolan lub pozwól się ucałować!
— Dobrze — odparła — pozwolę się pocałować aż dwa razy, gdy staniesz na stole i trzy razy krzykniesz, że jesteś we mnie zakochany i że się przechrzcisz, zgoda?
Jednym susem wskoczyłem na stół i wołałem jej słowa tak długo, aż sama uznała, że już dosyć i kazała mi znów usiąść. Sama usiadła na moje kolana i rzekła:
— Teraz pocałuj mnie, byś miał dowód, że dotrzymuję zawsze słowa.
Wykonałem polecenie, w głowie zawirowało mi, a wypite trunki zaczęły działać we mnie wspólnie ze zmysłami i nie patrząc już na nic, objąłem ją wpół.
Zręcznym ruchem uwolniła się.
— Jak nie będzie pan spokojny, to wyproszę za drzwi — groziła — i słuchaj pan, co dalej powiem: — Kochasz mnie pan?
— O, tak! Bardzo panią kocham — odparłem prawie że nieprzytomny, robiąc ruch, jakbym chciał ją uchwycić.
— Więc dobrze — odparła — oddaj mi pan portfel na dowód, że mówisz prawdę.
Oprzytomniałem od razu.
— Aha! Teraz widzę, że pan kłamie — rzekła, śmiejąc się, skoro spostrzegła moje wahanie. — Dobranoc — dodała — może mnie pan pożegnać.
Pokazała przy tym w kierunku drzwi.
Stałem chwilę niezdecydowany jeszcze, wydała mi się szatańsko piękna i machinalnie wręczyłem jej portfel.
— Zobaczymy, czy on czasem nie jest próżny — zaśmiała się i zaczęła wykładać zawartość na stół.
— Oho! Pan ma dużo forsy, ale na to, żeby posiąść Franię — rzekła — jest to jeszcze trochę za mało; oddaj pan tu swój zegarek.
Zdjąłem bez słowa zegarek, chcąc się przekonać, do czego ona dąży.
— Zdejm pan teraz pierścionek, który pan nosi na palcu, zobaczymy czy mi pasuje.
Wykonałem i to polecenie.
Popatrzyła z natężeniem na mnie dłuższą chwilę, rozglądając się po pokoju, po czym podskoczyła do ściany i zdjęła krucyfiks.
Czekałem z zaciekawieniem, co ona teraz zrobi, wtem zbliżyła się do mnie.
— Jeszcze daj mi ostatni dowód, że mnie naprawdę kochasz, masz tu, pocałuj krzyż.
Zawahałem się chwilę, chciałem już i to uczynić. Wtem odskoczyła nagle w bok, wieszając krzyż na swoim miejscu i śmiejąc się, wybiegła z pokoju. Pomyślałem, że na pewno zwariowała i już chciałem zbierać swoje rzeczy i portfel, który zostawiła na stole, gdy wtem z powrotem wpadła, uchwyciła mnie w objęcia, obsypując całusami, po czym posadziła mnie na kanapce, tłumacząc, że o ile ją kocham i zostanie moją kochanką, to niejeden jej kaprys będę musiał wypełnić. Przyrzekłem, że wszystko to uczynię.
Byłem tak oszołomiony jej urokiem, że gdyby w tej chwili wymagała, abym popełnił nawet zabójstwo, kto wie, czy oparłbym się. Korzystając teraz z jej przychylności dla mnie, delikatnie objąłem jej kibić i zaproponowałem nieśmiało, by udała się ze mną do hotelu.
— Dlaczego do hotelu? — filuternie zapytała. — Czy tu ci źle ze mną?
— Tu przecież nie można — odparłem, pokazując na drzwi, za którymi byli rodzice.
— To mi wcale nie przeszkadza — odparła. — Tylko powiem ci prawdę... dziś nie mogę...
— Dlaczego? — nalegałem, przyciskając ją namiętnie do siebie.
Tu szelmowsko szepnęła mi do ucha: „Mam m... więc trochę zaczekaj”.
Wziąłem to za wykręt z jej strony i począłem nalegać.
— Więc dobrze — rzekła po chwili namysłu — położymy się spać do mojego łóżka, ale daj słowo, że mnie nie dotkniesz — śmiała mi się cynicznie w oczy.
— Co do tego, nie obiecuję. Powiedz sama — mówiłem, przyciskając ją do siebie z całych sił — czy to byłoby możliwe z tobą, rozebraną, leżeć w jednym łóżku i nie tknąć cię? To jest nad moje siły — dodałem.
Roześmiała się.
— No, lubię cię za szczerość — rzekła — więc prędko rozbieraj się.
Mnie tego nie trzeba było dwa razy powtarzać i za chwilę oboje byliśmy rozebrani w łóżku.
Zauważyłem przy zgaszeniu przez nią lampy, że jest zupełnie naga, po chwili oboje zwarliśmy się w drżącą całość...
Nie jestem tu zdolny opisać wyrafinowanych sztuczek miłosnych i potwornego cynizmu mojej kochanki. Rozkoszna noc, którą z nią przeżyłem, przewyższała wszystkie przygody tego rodzaju, com kiedykolwiek przeżył w swym burzliwym życiu.
W ciągu nocy, którą spędziłem w jej łóżku, nie dała mi ani na chwilę wytchnienia i spokoju. Wyrabiała ze mną, co jej się tylko spodobało. Tkwiły w niej jakieś siły piekielne. Nie pomogły moje zapewnienia i prośby, że umieram ze zmęczenia. Ona, nie patrząc na to, wyprawiała ze mną istne podrygi szatańskie.
Myślałem sobie w duchu, żeby już dzień jak najprędzej przyszedł, a zostałbym od niej uwolniony. A zarazem czułem, że opanowała mnie zupełnie. Fizycznie byłem nasycony, ale zmysły w dalszym ciągu na mnie działały i chciałbym, aby nigdy to się nie skończyło... Rano pokazała mi na ścianie jakieś kreski wydrapane paznokciem i kazała przeliczyć.
Naliczyłem, nie bez dumy, osiem kresek, na które ku memu zdziwieniu rzekła:
— To wszystko, mój kochany, mało; jesteś niedołęgą. Takiego kochanką nie zostanę, chyba że powoli się wprawisz.
Rano, przyznam szczerze, ledwo stałem na nogach, razem też zjedliśmy śniadanie, po czym już tu zamieszkałem.
Powodzenie każdej kobiety u mężczyzny, uważam, zależy od pierwszej miłości, pierwszego zbliżenia się. O ile kobieta potrafi jakimś niedającym się określić wyczynem czysto fizycznym mężczyznę zadowolić, zostanie on już na pewno jej niewolnikiem. Tak było ze mną. Podlegałem zupełnie jej woli i codziennie inne jej kaprysy i zachcianki musiałem spełniać.
Przez współżycie z nią miałem dużo wrogów między złodziejami, a nawet grozili mi „dintojrą”. Mówili, że to nie jest „po złodziejsku”, o czym ja sam dobrze wiedziałem, zabierać kochankę wspólnikowi, gdy ten wpada do więzienia. Ja to, jak wyżej nadmieniłem, doskonale wiedziałem, że źle postąpiłem, ale Frania była zbyt rozkoszna i warta grzechu, bym ją miał opuścić. Z dnia na dzień też stawała się więcej panią mej woli.
Dla zaspokojenia sumienia, spotykając nieraz matkę Staśka, dawałem jej pieniądze dla niego na „wałówkę”. A nawet kilka razy „zblatowałem”217 pewnego dozorcę, który nosił papierosy do więzienia dla Staśka.