LIX

Upłynęło parę dni po tych wypadkach. O miłostce z Elką starałem się zapomnieć, próbowałem znów szczęścia, ale jakoś nie szło. Jakby na złość, gdzie tylko udałem się na wyprawę, nic się nie wiodło. Tu ktoś z domowników nagle przebudził się, tam znów spłoszył nas pies, ten największy wróg przestępców, gdzie indziej spostrzegł nas stróż nocny, niemniej groźny. Byłem w rozpaczy i podrażniony. Szedłem już na ślepo ryzykować, jakbym sam chciał się dostać do „Czerwoniaka”.

Wspólnicy spostrzegli moje rozdrażnienie, gdyż oprócz tej roboty na Litwie, jeszcze dwie roboty z mojej przyczyny nie powiodły się. Uznali zgodnie, że mnie pech prześladuje i poczęli stronić ode mnie.

Na drugi dzień po moim tu przybyciu przybyła do mnie fryzjerka i opowiedziała mi, że wie na pewno, iż policja mnie poszukuje z agentem B. na czele. Więc jako jedyna przyjaciółka radziła mi, abym z nią stąd wyjechał.

Zwierzyła mi się też w sekrecie, że jej mąż jest u Niemców konfidentem i że kochając złodzieja, nie chce być więcej żoną konfidenta. Prześladowała mnie na każdym kroku, jak dawniej, ze swoją zmysłową miłością. Nawet groziła mi, że źle będzie, o ile ją opuszczę.

Ja sobie z jej pogróżki nic nie robiłem i jawnie zacząłem jej okazywać swój wstręt. Ona nie ustąpiła, a nawet nie krępując się już przed mężem, przychodziła do mnie na moją „melinę”.

Zrozumiałem, że tak długo być nie może, czy wpierw, czy później naprowadzi policję do mojej kryjówki. Postanowiłem więc wyjechać do Warszawy. Na to potrzebne mi były pieniądze. Sprzedałem zbędne rzeczy, których miałem sporo i szykowałem się do wyjazdu, co też nie uszło jej uwadze.

Dnia 18 maja oświadczyła mi stanowczo, że stąd nie wyjadę, na co wybuchnąłem śmiechem i zauważyłem:

— Proszę cię, raz na zawsze wybij sobie to z głowy, masz męża i dziecko, co więc chcesz ode mnie? Zapomnij, co było między nami, bo ja o tym dawno zapomniałem.

Na te słowa rzuciła się do mnie z pazurami. Odepchnąłem ją lekko, upadła na kanapę i zaczęła zawodzić na cały głos, nie zważając na to, że nie byliśmy tu sami. Chcąc uzyskać jeden dzień czasu, abym mógł następnego dnia wyjechać, zacząłem ją uspokajać. To mi się udało. Odprowadziłem ją potem kawał drogi do domu i wróciłem z postanowieniem, że jutro po obiedzie wyjeżdżam.

Po zjedzeniu kolacji ułożyłem się do snu, długo nie mogłem zasnąć, miałem jakieś złe przeczucie. Dręczyło mnie to tak, że nawet chciałem ubrać się i stąd wyjść, by przenocować gdzie indziej.

„Meliniarka”, u której mieszkałem, widząc mój niepokój i zdenerwowanie, starała się mnie uspokoić i tłumaczyła, że nic mi tu nie grozi, zapewniała mnie, że nikt oprócz fryzjerki nie wie, że tu mieszkam, a ona zanadto mnie kocha, by mogła zdradzić moją kryjówkę i oddać policji.

Nareszcie uspokojony zasnąłem.

Miałem zaraz sen, który do dnia dzisiejszego utkwił mi w pamięci i pamiętam go, jakbym to przeżył na jawie.

Śniło mi się, że płynę okrętem po morzu. Pokład cały jest oświetlony, wielu ludzi, a między nimi przeważnie piękne i wystrojone kobiety, tańczą wokoło mnie, jest bardzo wesoło. Muzyka pięknie gra. Wtem słyszę jakiś wybuch, światła pogasły i robi się ścisk i zamieszanie. Okręt zaczyna tonąć. Widzę, jak ludzie przeraźliwie wymachują rękami, wołając o pomoc. Muzyka nie przestaje jednak grać, tylko zamiast skocznych marszów jak przedtem, gra marsz żałobny. Ja stoję na pokładzie i wsłuchuję się w dźwięki smutnych tonów muzyki. Okręt już do połowy zatonął, stojąc już do połowy w wodzie, rozglądam się wokoło i dziwię się, że ludzie wszyscy stąd znikli. Jestem tu tylko sam. Okręt się zagłębia. Woda sięga mi po szyję. Czuję, że już ostatnia chwila nadchodzi. Wtem spostrzegam w pobliżu ląd, rzucam się do morza. Płynę, a ląd się zbliża ku mnie, myślę, żem uratowany. Jeszcze pozostaje mi kilkanaście kroków, natężam siły i już, już jestem przy brzegu morza, gdy nagle wyrósł i stanął przede mną wysoki mur, na podobieństwo muru „Czerwoniaka”. Zbieram resztę sił i zaczynam płynąć wzdłuż tego muru. Może się skończy? Daremnie, płynę, płynę i czuję, że siły mnie opuszczają, a mur ciągnie się coraz dalej i dalej, myślę, śmierć nadchodzi, nie widzę znikąd ratunku. Czuję skurcz i bezwład w członkach. Wtem spostrzegam, że blisko mnie na murze siedzi jakaś kobieta i daje mi znaki, abym się zbliżył, zbieram resztę sił, patrzę, linka się zwiesza z muru, a koniec jej jest tuż przy mnie. Więc chwyciłem się rękoma za zbawczy sznur. Odpocząłem chwilę, oddychając ciężko, i zaczynam się wspinać po ścianie. Kobieta, trzymając linkę, zachęca mnie, abym się wdrapywał w górę, a będę uratowany. Wtem poznaję tę kobietę, to ona... Zachichotała nagle szatańskim śmiechem i czuję, że sznur urywa się, a ja lecę i lecę w jakąś otchłań...

Budzę się, cały zlany potem i zastanawiam się chwilę, zanim mogłem się zorientować, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, słyszę wkoło siebie jakiś hałas i głośną rozmowę. Przecieram oczy, jakbym chciał odpędzić przykry widok. Patrzę przed siebie i to, co ujrzałem i poczułem w tej chwili, niepodobna jest opisać. Uczucie, którego doznałem, było jednym z najstraszniejszych, jakich kiedykolwiek zaznałem w życiu. Ciemno mi się zrobiło w oczach i jak przez mgłę widziałem dwie lufy rewolweru skierowane w moją stronę. Wszystko nareszcie zrozumiałem. Serce ścisnęło mi się i dreszcz przeszedł wskroś ciała, tak jakby śmierć stanęła obok mnie i zajrzała mi w oczy.

— Jazda, ubieraj się — zabrzmiał szyderczy głos.

Drgnąłem na te słowa i spojrzałem, odzyskując już przytomność umysłu. Był to agent B. Oczy nasze spotkały się. W jego oczach był triumf i duma zwycięzcy.

Nie zdążyłem się namyślić, gdy drugi agent szarpnął mnie za ramię, ściągając ze mnie koc.

— Ubieraj się prędko — mruknął mi jeszcze groźniej niż B.

Zacząłem się ubierać. Ubrania moje były już dokładnie zrewidowane, a całe mieszkanie wyglądało tak, jakby tu Tatarzy przeszli. Było tu aż kilkunastu z policji, zrywano w podejrzanych miejscach podłogę i wszystko przewrócono do góry nogami. „Meliniarka” stała w nocnej bieliźnie, tylko chustę miała zarzuconą i cała drżała, a jej troje dzieci, trzymając się jej za koszulę, płakało na głos. Ubrałem się, z płaczem żegnała mnie ta biedna rodzina, nałożono mi kajdanki i wyprowadzono z mieszkania.

Gdy mi się to śniło, agenci już stali nade mną i wtedy zrewidowano cały dom, znaleziono moje przybory, które jeden z agentów w skórzanej walizie z ledwością dźwigał za mną.

Po drodze śmiali się ze mnie, że się już teraz nie wymknę z ich rąk i że dość już nabroiłem. Najwięcej drwił agent B. i dawał mi dwuznacznie do zrozumienia, że to żona fryzjera ich tu sprowadziła, czego się i tak sam domyśliłem. Tak, zemściła się strasznie nade mną. A raczej jej mąż ją do tego nakłonił, jak się to później okazało. Przyprowadzono mnie na policję. Tam dopiero oprzytomniałem zupełnie, aby zdać sobie sprawę, że jestem zgubiony.

Oj! Jak chciałbym się w tej chwili zapaść pod ziemię. Gdzie tylko spojrzałem, spostrzegłem wzgardę i potępienie. Ten sam agent B., który z tych, co mnie aresztowali, najwięcej ode mnie brał łapówek, teraz szydził ze mnie i napawał się moim upadkiem...

Spisano tu na razie protokół i wzięto mnie w „krzyżowy ogień pytań”, potem całość dopełniona została kilkoma porządnymi kułakami i kopniakami, wśród szyderczych uwag przedstawicieli sprawiedliwości zostałem popchnięty po schodach do kozy. Drzwi żelazne, podwójne dla niebezpiecznych, z hałasem się za mną zamknęły.

Zakuty jeszcze za ręce, upadłem na brudne nary i zacząłem łkać. Tu, między czterema ścianami celi mogłem swobodnie rozpaczać. Nikt tu tego nie widział i ja nie widziałem nikogo. Czułem żal sam do siebie, do całego świata, do Boga, do wszystkiego, co tylko istnieje, że stałem się tym, kim jestem.

Dzień już zaczął się przedzierać przez kraty do mojej celi. Byłem aresztowany o drugiej w nocy. Tym razem światło dzienne budziło we mnie tylko lęk. Myślałem o strasznej przyszłości, która mnie czeka. Nie wiedziałem wprawdzie, za co mnie aresztowano, ponieważ przez te sześć i pół miesiąca, gdy byłem na wolności, dużo nabroiłem. Zrozumiałem jednak, że jestem zgubiony.

Zacząłem biegać po celi, przypominając sobie przestępstwa od pierwszego do ostatniego, aby sobie zdać sprawę, za co mnie właśnie aresztowano i co mi grozi.

Doszedłem sam do wniosku, że jestem strasznym potworem i sam siebie się zląkłem, że przez taki krótki okres potrafiłem aż tyle nabroić. Nawet sam musiałem w duchu przyznać, że już najwyższy czas byłoby mnie unieszkodliwić. Straszne, straszne było moje położenie. Powiesić się! — zabłysła mi myśl w głowie, mimo woli obejrzałem się po celi, wzrok mój padł na kraty. Tak! Powieszę się, pomyślałem. Przyszły mi na myśl kiedyś przeczytane przeze mnie słowa filozofa Otto Weiningera235, który twierdzi: „Każdy przyzwoity człowiek sam powinien zadać sobie śmierć, gdy czuje, że staje się absolutnie zły”. Ale byłem już na tyle podły, że do samobójstwa zabrakło mi odwagi. Potem wyczerpany rzuciłem się na gołe nary i zasnąłem. Obudziło mnie silne szarpnięcie za nogi. Wstałem. Przedstawiono mnie komisarzowi policji, który był mi znany z opowiadań kobiet kontrolnych, że lubił się z nimi często zabawiać. Popatrzył na mnie podejrzliwie, zadał kilka pytań i rozkazał dwóm policjantom odstawić mnie natychmiast do „Czerwoniaka”.