LX
Pierwszą osobą, która mnie tu przywitała w kancelarii więziennej, był nie kto inny jak Ról. W życiu już zawsze tak bywa, że tych ludzi, których się nie chce oglądać, zawsze pierwszych się na swej drodze spotyka. Przywitał mnie od samego progu groźnym warknięciem:
— Lump!
On mnie przyjął, ponieważ był to dzień jakiegoś święta, a zastępował tu wszystkich.
Pisarek więzienny spisywał i załatwiał formalności przyjęcia. Na pytania pisarza, jak się nazywam i czy już kiedy siedziałem w więzieniu, zamiast mnie Ról odpowiadał. A widząc, że zaprzeczam co do imienia i nazwiska, chciał mnie już bykowcem przeciągnąć, jednak policjanci, którzy byli jeszcze obecnie ze mną, twierdzili, że się już tak nie nazywam i że wtedy siedziałem na lewe nazwisko.
Ról, słysząc to, pogroził mi pięścią i zawołał groźnie, że on mnie teraz nauczy rozumu.
— Los!
Wyprowadził mnie z kancelarii do centrali. Prowadzony przez długi korytarz, gdzie po obu stronach mieszczą się cele ogólne, mające drzwi kratowe, słyszałem za sobą, jak jeden więzień do drugiego szeptał:
— Patrz, Nachalnika już przytachali.
Ujrzałem też kilka znajomych twarzy przy kratach — patrzono na mnie z politowaniem.
Ról zaprowadził mnie, o dolo, pod tę samą celę, z której tu wyszedłem pół roku temu na wolność. Przemówił do mnie w swoim stylu. Jeszcze raz mi pogroził, że tym razem wie już dobrze, kto to taki i walnął złośliwie drzwiami, wychodząc z celi.
Gdy się tu ujrzałem sam między czterema ścianami, w znanym mi pokoju, skoro Ról przekręcił klucz w zamku, zrobiło mi się śmiertelnie ciężko i słabo, w głowie mi się kręciło. Pomyślałem: zapadło wieko mojej trumny, w której pochowano mnie i moją młodość. Przedstawiłem sobie tu przyszłe życie w całej żywotności i okropności. Skończyło się wszystko, zamarła moja wola, przestałem być sobą. Stałem się od tej chwili tylko martwym, nic nieznaczącym numerem. Dusza moja z chwilą, gdy przekroczyłem próg więzienny, została mi odebrana i włożona wraz z portfelem do depozytu, a tu tylko rzucili kadłub. Zgnębiony i skołatany, stałem chwilę pośrodku mojego grobu. Powietrze było duszne, czuć było wilgoć i stęchliznę jak w piwnicy i dobrze mi znaną woń więzienną. W każdym więzieniu, mimo czystości korytarzy, w celach pojedynczych panuje okropny odór, który nowo przybyłego, zanim się oswoi z tym zapachem, przyprawia nieomal o mdłości.
Woń ta na pewno jest gruźlicza, skraca zbyt długoletnią karę, mierzoną hojną ręką sędziego. Otworzyłem wąski lufcik, owionęła mnie fala chłodnego wiatru, który odświeżył mi twarz. Powoli wracała mi zupełnie świadomość cierpienia. Głód dokuczał, przybyłem tu po obiedzie, więc już byłem na to przygotowany, że pójdę głodny spać. Stojąc zaś przy oknie, myślałem:
Dziś 19 maja, jak pięknie jest na dworze, a ja tu będę gnił, kto wie jak długo. Przypomniałem sobie, z jaką to uciechą przywitałem ten miesiąc, myśląc, jak to lato 1916 i 1917 roku przesiedziałem w więzieniu, a obecnie będę się wygrzewał na słońcu, na wolności, a tymczasem...
Uświadomiłem sobie zupełnie, że od dnia dzisiejszego skonała moja wolność, wszystkie pragnienia i plany. Odwróciłem głowę od okna, opuściłem ją na piersi bezwładnie i zapłakałem. Były to łzy człowieka krzywdzonego przez los, pochowanego żywcem w trumnie, co wie dokładnie, jakie męki go tu czekają. Czy warto cokolwiek opłakiwać więcej niż wolność?
Na korytarzu rozległ się znany mi już od dawna okrzyk: „Kalefaktorzy”. To Ról zwoływał po kolację — gdy tylko to czarodziejskie jedno słowo zostało z jego ust wyrzucone, ze wszystkich stron po schodach biegli korytarzowi, a echo drewnianych trepów roznosiło się po ponurych korytarzach i odbijało o dusze więźniów. Więc zaraz dostanę kolację, po której to człowiek zaczyna czuć się głodniejszym niż przedtem, kolację, której widok wywołuje łzy w oczach. O! Niejedną łzę wypiłem wraz z taką kolacją. A potem, potem aż do rana siedemnaście godzin leżeć głodny na swoim barłogu, przewracać się z boku na bok, wsłuchując się w odgłos własnych kiszek, wygrywających marsze, jakby umieszczony tam był jakiś gramofon — to straszne. Słyszę trzaskanie drzwiami, zbliżające się coraz bardziej do mnie. Stoję z miską w ręku przy drzwiach, już rozebrany. Drzwi się otworzyły, a na widok dymiącego cebra pragnienie i głód stokrotnie się powiększyły, coś brunatnego koloru wpływa mi do miski. Wystawiam stołek z ubraniem i drzwi z hałasem zapadają.
Stoję pośrodku celi, patrzę na miski i rozpacz mnie ogarnia na widok tego płynu nieokreślonego koloru. Nic dziwnego, pierwszy dzień dopiero jestem w więzieniu, więc nie śpieszę się. Ale po chwili piję zawartość i spostrzegam, że na dnie jest trochę mułu od pietruszki.
Głód po tej kolacji, jak przewidywałem, tylko się zwiększył. Zacząłem biegać po celi tam i z powrotem. Przyszły, jakby na złość wspomnienia, jak to niedawno siedziałem u Czecha... przy obficie zastawionym stole z jedzeniem, które mi usłużny kelner dostarczał na kiwnięcie palcem. Chciałem o tym nie myśleć, ale głód stale kierował moją myśl ku jedzeniu.
Na korytarzach więzienia panowało głębokie milczenie i cisza, tylko z cel od czasu do czasu dolatywały ciężkie westchnienia. Zbliżyłem się do okna, bo usłyszałem rozmowę ludzką. To więźniowie, ci odważniejsi i niedbający już o swoją skórę, po całodziennym milczeniu zaczynają ze sobą rozmawiać, gdyż Ról z dozorcami rozeszli się do domu. Nadsłuchuję z natężeniem, gdyż usłyszałem i moje przezwisko — zmiarkowałem, że to więźniowie o mnie mówią.
— Janek! Janek! Ty! Słyszysz?
— No, gadaj!
— Ty wiesz, kogo tu przyprowadzili?
— Nie wiem.
— Ty! Słyszysz? Kalefaktor mi mówił, że „Nachalnika” przyprowadzili, wiesz, ten Żyd, wspólnik Staśka, ten sam, co mu Franię odbił.
— Aha! Wiem już, to ten sam, co niedawno stąd wyszedł.
— Tak!
— Gdzie go „wychlali”236?
— Tego jeszcze dobrze nie wiem, ale podobno „zasypany” jest na dobre.
— Stasiek już wie o tym?
— Nie wiem tego, ale Maniek, jego wspólnik siedzi nad tobą, zapukaj do niego.
Za chwilę usłyszałem i poznałem głos Mańka, brzmiał jakoś smutno.
— Kto mnie woła?
— To ja! — odparł ten sam, co kazał do niego zapukać w ścianę.
— Ty! Maniek, słyszysz? „Nachalnika” przyprowadzili.
— To być nie może — odparł Maniek żywiej. — Gadaj, kto ci o tym powiedział?
— Kalefaktor.
Słysząc głos Mańka, chciałem się odezwać, ale wstrzymałem się, aby słyszeć, co on myśli o mnie. Wtem wartownik przechodził pod oknem i nakazał milczenie.
Po chwili, gdy wartownik oddalił się, znów zaczęto z sobą rozmawiać, ale tym razem głosy rozmawiających zwiększyły się, padały różne pytania i odpowiedzi co do mojej osoby. Czyjś nieznany mi głos o mnie się tak wyraził:
— Czy to ten sam Żyd, co przechodził z Franią tu pod murem?
— Tak — odparł ktoś.
— Ja, będąc Staśkiem — odezwał się tenże głos — takiego wspólnika bym...
Kilka głosów to potwierdziło, tylko jeden Maniek tak się odezwał:
— To był dobry chłopak i fest z niego urke, a w to, co jest między wspólnikami, nie ma nikt prawa się wtrącać. A pod jaką celą on siedzi?
Na te słowa żal mi się zrobiło tego biednego Mańka, który był zawsze dobry dla mnie i nie wytrzymałem, wlazłem na stół i czepiając się kraty, zawołałem go po imieniu.
— Jak się masz, brachu? — odezwał się. — Ty tu?
— Tak, bracie, to ja.
— Za co cię wtrynili?
— Sam jeszcze nie wiem za co.
— To jeszcze gorzej, bo pewno masz tyle grzechów, że nie wiesz, za które cię „wypili”237, co?
— Tak i mnie się zdaje, trudno, co robić, przyjdzie się „pokiwać”.238
— Co słychać na wolności? — zapytał jakiś głos.
— Co ma być słychać — odparłem — kto ma forsę, ten pije, je i bawi się.
— Tak jak było zawsze — zawołał ktoś smutno.
— A wojna skoro konczytsja239? — rozległ się jakiś basowy głos po rosyjsku. Widać, był to jeniec wojenny.
— Mówią, że tak — odpowiedziałem — ale nie wiem jeszcze nic pewnego.
Ten sam głos chciał jeszcze o coś zapytać, ale ktoś mu przerwał.
— Dajcie wspólnikom najpierw pomówić, później my pogadamy.
— Tak, ma rację, cicho tam bądź — zawołał ktoś.
— Źle, bracie, żeś ty przyszedł i ja teraz będę siedział bez kawałka „koksu”240 — powiedział Maniek smutno.
Tu muszę zaznaczyć, że tego dnia, kiedy było wolno podawać „wałówkę”, pamiętałem o Mańku. Więc nic dziwnego, że żałował, iż ja tu wpadłem.
— Co robić, brachu, może ty będziesz wolny ze sprawy?
— O nie, trzy wiosenki ja i Staśku mamy jak w banku, o ile nie więcej.
— Stasiek gdzie siedzi? — zapytałem nie bez obawy.
— Stasiek ma się dobrze, jest kalefaktorem na lewym skrzydle z drugiej strony.
— Ma pewno żal do mnie, co?
— Ty sam najlepiej o tym wiesz, podobno i od ciebie „brykła”.241 Doprawdy, nie wiem, że i ty dałeś się zbajerować taką „szlają”.
— To już nie wróci, nie ma o czym mówić — powiedziałem, nie chcąc tego drażliwego dla mnie tematu poruszać.
— A Wojtek gdzie tu siedzi?
— Wojtek — zaśmiał się gorzko — leży już, a nie siedzi.
— Jak to leży?
— Tak, „zakitował” już miesiąc temu — odparł obojętnie.
— No i dobrze zrobił — dorzucił ktoś nade mną — nie będzie się tu mordował więcej.
— A ty, Maniek, się trzymasz?
— Ja jeszcze na razie oddycham, ale jak Szwaby tu dłużej będą, to też pojadę.
— Tak, tak — odezwało się kilka głosów z rezygnacją. — Jak te Szwaby będą dłużej, to wszyscy „kojfniem”.
— Jak ten Ról cię przyjął? — zapytał nagle Maniek.
— Ten gad nas wszystkich pomorduje — dorzucił ktoś.
— Zeks! Poruta!242 — zawołał ktoś przytłumionym głosem.
— Lustig już nas i tak wszystkich sporutował243 — dodał ktoś.
— Ról będzie miał jutro robotę — zauważył drugi.
Nastąpiło milczenie przez chwilę, chciałem też zejść z okna. Wtem ktoś głośno krzyknął:
— Mat’jewo job i tak nas wszech wie ta mendewoszka zapisał244. — Był to ten sam głos, co pytał o wojnę.
— Tak — zawołał Maniek — teraz możemy już grebsować245 choćby do rana, i tak pójdziemy jutro do mamra246.
— Ról groził mi, że mnie teraz nauczy rozumu — odezwałem się po chwili.
— Tak, tak, on nas wszystkich nauczył tu rozumu. Ale że się też nie znalazł jeszcze taki, co by jego na wolności nauczył rozumu, jeszcze mu się kłaniają, gdy go widzą — rzekł z żalem Maniek.
Chciałem mu odpowiedzieć, gdy wtem ktoś zaczął walić w moje drzwi i musiałem zejść.
Tak samo słyszałem, jak walono do innych drzwi i wszystko potem ucichło.
Położyłem się na łóżko. Myślałem o Wojtku, któremu już Ról nie jest zdolny nic zrobić i w tej chwili nawet zazdrościłem, że on już żadnego cierpienia teraz się nie lęka. Przez głowę przesuwały się obrazy przeżyć od chwili, gdy ten ponury grób opuściłem, pierwsza spędzona noc u „Kosej Mańki”, aż do chwili obecnej. Zdawało mi się, że nie ja jestem winien, iż stałem się tym, kim jestem. Czułem się strasznie pokrzywdzony przez los i przez szeroki świat, że dla mnie więcej nie ma miejsca na nim niż dwanaście stóp długości i pięć szerokości. Żal miałem do losu, że nie pokierował mnie na inną drogę. Tak rozmyślając, głodny, zasnąłem snem gorączkowym.
Wydawało mi się, że pracuję w piekarni i wypiekam okrągłe, pachnące bochenki chleba. Biorę jeden chleb, kroję, smaruję go masłem i jem z wielkim apetytem. Mytrofan patrzy na mnie ponuro i tłumaczy mi, że zachoruję od tak gorącego chleba. Wzywa, abym natychmiast przestał jeść. Ja go wcale nie słucham, jem i jem z coraz większym apetytem. Wtem wpada właściciel piekarni, wyrywa mi chleb z ręki, krzycząc, abym się stąd natychmiast wynosił. Zaczynam go błagać, ażeby mi dał się najeść, gdyż jestem głodny. On każe mnie wyrzucić z piekarni. Mytrofan i jeszcze jakiś pucołowaty czeladnik chwytają mnie wpół i wyrzucają z piekarni do „Brystolu” i budzę się.
Usiadłem na łóżku. Pierwsze, co sobie uświadomiłem, gdy otworzyłem oczy, to fakt, że jestem w „Czerwoniaku”. Tylko jakoś nie umiałem sobie tego wytłumaczyć, w jaki sposób się to stało. Zakłopotany, patrzyłem dłuższą chwilę po celi, zanim zrozumiałem wszystko. Nie chcąc o tym rozmyślać, zmęczony zamknąłem oczy, by znów wpaść w przyjemny jakiś sen. Ale usnąć już nie mogłem. Ten sen powiększył mi głód. Byłem wtedy gotów na wszystko, aby zdobyć jeden jedyny kęs chleba. Głód niestety jest najstraszniejszy, gdy ciągle o nim się myśli. Rozmyślałem teraz nad tym snem, chciałem odgadnąć jego znaczenie.
Dla więźnia sny są naprawdę balsamem w jego cierpieniu, bo gdyby nie to, życie długie lata w więzieniu stałoby się nie do zniesienia. Sny pozwalają więźniowi bujać po tak upragnionej na jawie wolności. Po części działają kojąco na więźnia, urozmaicając mu jednostajne życie. Sny podają mu świeże tematy do myślenia. Każdy więzień na swój sposób przewiduje ze snów dalsze wypadki swego życia. Więźniowie po długoletnim pobycie w murach, śledzą sny z dokładnością i zainteresowaniem. Dochodzą w tym kierunku do takiej wprawy, że na podstawie tego, co sam nieraz słyszałem od wielu więźniów, opowiadających co im się śniło i przepowiadających, co z tego wyniknie, muszę przyznać, że w większości wypadków, może zbiegiem okoliczności, przepowiednia sprawdzała się. W każdym bądź razie, lepiej odgadują niż to czynią autorzy senników arabskich, egipskich itp.
Tej nocy już oka nie zmrużyłem.
Zaraz z rana po kawie i po zjedzeniu siedemdziesięciepięciogramowej porcji chleba, złożył mi wizytę Ról i za nocną rozmowę tak mnie zbił, że upadłem na asfalt niemal bez przytomności. Każdemu z rozmawiających dostało się po trosze. „Niezłe przyjęcie jak na początek” — pomyślałem.
Zaraz po wyjściu Rola zabrał mnie „Hausvater” do przebrania. Poszedłem w milczeniu za nim.
Przeszedłszy przez długi korytarz, doszliśmy do schodów prowadzących na górę, gdzie były magazyny z ubraniami. Tam wziął dla mnie tradycyjny mundur tegoż domu i bieliznę, drewniane trepy i zaprowadził do łaźni, którą ja kiedyś pomagałem budować. Tu wykąpano mnie i wyparowano, nie obeszło się też bez szturchańców, które oberwałem, nie chcąc iść pod zimną wodę, potem prowadził mnie z powrotem do centrali. Tam mnie znów przyjął Ról, czystego, jak nowo narodzonego i wyznaczył mi celę aż na czwartym piętrze pod numerem 187, w samym rogu lewego skrzydła.
Niemcy zwykle tak praktykowali, że gdy któremuś nie ufali, dawali go na samą górę, myśląc, że tak wysoko utrudniona będzie ucieczka.
Gdy Ról prowadził mnie przed sobą do przeznaczonej celi, ujrzałem na korytarzu Staśka. Udawał, że mnie nie widzi. Serce zaczęło we mnie uderzać prędzej. Akurat pod jego rękę popadłem.
Trzeba wiedzieć, że u Niemców taki „kalefaktor” był panem położenia i los więźnia był w jego rękach. No, pomyślałem, teraz odegra się za Franię. Drzwi zapadły się i słyszałem jeszcze, jak Ról coś tłumaczył Staśkowi o mnie. Tu muszę też zaznaczyć, że Stasiek włada dobrze językiem niemieckim, gdyż jego matka wyjeżdżała często na sezonowe roboty przed wojną do Niemiec, a brała go, jako dziecko „zarobione”, zawsze ze sobą. To mu się teraz tu przydało. Myślałem, jak on się teraz będzie ze mną obchodził. Chodziłem z kąta w kąt. Nagle usłyszałem łoskot drzwi, pośpiesznie otwierających się wzdłuż galerii. Spacer, pomyślałem, a po chwili i moje drzwi otworzyły się. Wysunąłem się z mej nory razem z innymi, wykręcając się twarzą od drzwi i oczekując na komendę.
Nareszcie padła komenda i automatycznie powlekliśmy się po schodach jeden za drugim, w pewnym odstępie, aż stanęliśmy w takim porządku w centrali. Tu zrewidowano nas i znów powlekliśmy się w tym samym porządku na półgodzinny spacer, na tak zwane przez więźniów „rajskie podwórko”. Zaczęliśmy bezmyślną wędrówkę z rękoma założonymi w tył. Jeden od drugiego szedł w odległości dziesięciu kroków, kręcąc się w takt ospale dokoła. Jedni byli strasznie chudzi, istne szkielety, inni zaniedbani i niechętni do życia. Tam znów widać pewno niedawno tu przyjętego w gościnę, rozglądającego się jeszcze wokoło, widać, jak on tęskni jeszcze za wolnością, którą niedawno stracił. Drugi znów czyha, by mógł ukradkiem bąknąć towarzyszowi niedoli kilka słów i usłyszeć mowę ludzką. Wszyscy zresztą są prawie podobni do siebie, tylko oczy, ach, te oczy bezsilnego człowieka błyszczą jakimś przygnębieniem, a ruchy są automatyczne.
Wszyscy równi, nie odróżnisz tutaj mordercy od gorzelnika, koniokrada od takiego, co bochenek chleba przeszmuglował, by nakarmić rodzinę. Wszyscy połączeni są wolą wszechwładnego Róla, który z miną władcy wschodu spaceruje sobie tam i z powrotem, uzbrojony w rewolwer za pasem, z bykowcem w ręku i z dużego rozmiaru fajką w zębach, z której puszcza dym jak z komina fabrycznego. Na ten ostatni przedmiot są skierowane pożądliwe, zazdrosne oczy palących.
Gdym patrzył teraz na to wszystko, więzienie stało się dla mnie prawdziwym grobem i zrobiłem się obojętny na własne bóle, widząc, co się z innymi wokoło mnie dzieje.
Wracając z przechadzki, na schodach zdążyłem ukradkiem zamienić parę słów. Kilku więźniów pytało mnie, czy nie mam co „podulić”, wiedzieli bowiem, żem dopiero z wolności przybył, więc na pewno trochę tego zakazanego owocu tu przeszmuglowałem. Niestety, nie jestem palący — odpowiedziałem.
Byli tacy więźniowie, co za tytoń swój chleb kalefaktorowi oddawali, ten dawał im pół prymki lub parę niedopałków, które zbierał po dozorcach w spluwaczce na korytarzu. Znałem jednego, który pomimo głodu ani razu chleba nie jadł przez półtora roku, a oddawał go za prymkę, był to istny szkielet i też po długim konaniu zmarł.
Gdy wszedłem do celi, za mną wpadł Stasiek. Patrzyliśmy na siebie chwilę i myślałem, że rzuci się na mnie, byłem przygotowany na to. Ale jak wielce się zdziwiłem, gdy wyciągnął do mnie rękę, mówiąc:
— Jak się masz, kochany bracie? — a widząc moje wahanie, dodał. — Tu żalu do ciebie nie mam, bądź o to spokojny. Stałem się teraz innym człowiekiem. Tylko szkoda, że ty tu wpadłeś.
Wyciągnąłem do niego rękę i nie wytrzymałem, oczy napłynęły mi łzami i zaszlochałem. On też zapłakał i pocieszał mnie, że o mnie tak samo nie zapomni, jak ja o nim na wolności nie zapomniałem. Tylko mówił, żebym się strzegł, aby Ról nie dowiedział się, że on jest moim wspólnikiem.
Opowiadałem mu o sobie, a on zadawał mi różne pytania, gdy począłem mówić o Frani, ręką mi zamknął usta, nie dając ani słówka mówić dalej.
— Na wolności o tym pomówimy — rzekł, uśmiechając się smutno — o ile tu nie „zakitujemy”.
Był u mnie w celi jakieś pół godziny, przyniósł mi ze dwa funty chleba i sera, potem zamknął celę, zapewniając mnie, że głodny u niego nie będę.
Zamki przy drzwiach są tam urządzone w ten sposób, że do otworzenia drzwi jest potrzebny klucz, a do zamykania wcale się tu klucza nie używa, tylko rączkę przy zamku się naciska, a drzwi są zamknięte. Toteż kalefaktor czy to podczas rozdawania jedzenia, czy podczas powrotu ze spaceru sam cele zamyka. Z tego też powodu dozorcy wybierali sobie z więźniów jako pomocników ludzi zaufanych. Przez to czasami mocno się mylili, wszelkie kombinacje oni załatwiali.
Naturalnie, że kalefaktor musiał człowieka znać, bo mógłby się narazić na degradację i, co gorsze, w razie zawodu Ról mu życie obrzydził i niekiedy bez powodu wpadł do takiego „wykolejeńca” do celi i bił go bykowcem, gdzie popadło.
Stasiek, mając mnie na swojej galerii, narażał się na zdegradowanie i przez to postanowiłem jak najmniej go używać. Po jego wyjściu z celi zrobiło mi się lżej na sercu i nabrałem otuchy co do przyszłości, myśląc, abym tylko tu głodu nie cierpiał, to o reszcie się pomyśli.