LXI
Dnia 6 czerwca wezwano mnie na śledztwo. Tu dopiero do reszty oprzytomniałem, zarzucano mi aż cztery kradzieże z ciężkim włamaniem. Dowiedziałem się też, że na mnie „kapuje” jakiś Kamer, który twierdził, że byłem z nim razem na robocie, gdzie on został złapany, a ja rzekomo miałem się ostrzeliwać i uciekłem. Nic z tego nie rozumiałem. Śledczy trzymał mnie kilka godzin, po czym wróciłem przygnębiony smutkiem do obrzydliwej mojej celi. Stasiek zaraz przybiegł do drzwi.
— No i co, gdzie ty byłeś?
— U śledczego byłem — odparłem przygnębiony.
— Co nowego ci mówił?
— Źle, bracie, ze mną, nie przypuszczałem wcale, o co mnie oskarżają, czy ty nie znasz tu jakiegoś Kamera?
— Tak, znam, to ten sam, co przyprowadziłem go wtedy do ciebie i miał należeć do tej ostatniej naszej roboty, a ty wówczas go nie chciałeś. On teraz tu siedzi na drugim oddziale, jest strasznie pobity, złapano go na gorącym uczynku.
Teraz oświetliło mi się w głowie i powiedziałem:
— Czy ty wiesz o tym, że on mnie bierze do sprawy? Ja go wcale doprawdy nie znam i z nim nigdzie nie byłem. On dał pierwszy powód, by mnie aresztowano.
Stasiek patrzył na mnie, chwilę nie dowierzając, i odparł:
— To być nie może, przecież to stary urke, on by tego nigdy nie zrobił, może się mylisz?
— Ja się się wcale nie mylę, tak jest, on bierze mnie do sprawy. Odegrał się widać za to, że go nie chciałem wziąć wtedy na robotę.
— Ja się będę starał dowiedzieć o tym — rzekł Stasiek i zamknął moją celę.
Nazajutrz zawołano mnie znów do śledczego, a za mną wprowadzono tego Kamera. Był to olbrzymi chłop lat czterdzieści pięć. Mówił mi w oczy, że z nim tam byłem. Chciałem z rozpaczy rzucić się na niego, ale zaraz nas rozłączono.
Od tego dnia zrozumiałem, co mnie czeka, zacząłem uparcie myśleć o ucieczce. Stasiek mnie zapewniał, że o ile jemu się nie uda „zwiać”, gdy pójdzie na sprawę, to obaj stąd „brykniemy”, a plan, mówił, ma już gotowy. Nalegałem, aby mi o tym planie mówił. Bardzo mi się on podobał i od tej chwili we śnie i na jawie marzyłem tylko o ucieczce. Oprócz planu Staśka układałem sobie własny.
Stasiek o mnie nie zapomniał, rano, gdy podałem dzbanek na wodę, nalał mi tam zupy, którą dla mnie naszykował od obiadu z jednego dnia na drugi, bo inaczej nie można było zrobić. Gdy zaś dostawał „wałówkę” z domu, większą część dla Mańka i dla mnie rozdzielił, a resztę sobie zostawił. Miałem tylko jedyny raz sposobność od tego czasu widzieć Mańka. Nie poznałem dawnego wesołego chłopaka, teraz wyglądał strasznie, gdyż często zadzierał z Rólem i więcej siedział w lochu niż w celi. Żal mi się go zrobiło, gdym myślał o tym, że może wkrótce podążyć za Wojtkiem.
Zarobiłem też z rana siedem dni karcu znów za rozmowę przez okno, a z powodu braku próżnych karców zabrano mi z celi siennik i koc i żyłem o czterystu gramach chleba dziennie i o wodzie. Taka kara była gorsza od karcu, bo tam przynajmniej była nara zbita z desek, na której można się było położyć, a tu w celi żelazne pręty łóżka wrzynały się w ciało i w żaden sposób nie można było ani chwili uleżeć. Wyczerpany musiałem się ułożyć na gołej, asfaltowej podłodze, od której, mimo że było lato, strasznie ciągnęło.
Niemcy już od dawna praktykowali karanie w ten sposób za rozmowy lub wyglądanie oknem. Kara ta jednak nic nie pomagała, nie było dnia, aby ten przeklęty Lustig nie dostarczał Rólowi takich ofiar. Ja sam nie mogłem się opanować, by nie wyjrzeć na słońce, które tu do mnie nigdy nie dochodziło i usłyszeć głos ludzki. Ach! Co za męki cierpiałem tu, w tym grobie, podczas takich pięknych, dłuższych dni czerwcowych, siedząc bez żadnego zajęcia i książek. A co gorsze, stosunek władzy więziennej do mnie stał się nad wyraz przykry. W mojej ponurej celi nie pozostało mi teraz nic innego do roboty, jak wyglądać oknem i śledzić z daleka przechodnia albo obserwować ptaka przefruwającego przez podwórze więzienne.
Nieraz ze śmiertelnych nudów liczyłem cegły czerwonego parkanu albo cegły muru z prawego skrzydła. Co ja tam nie wyrabiałem. Dla urozmaicenia sobie czasu codziennie postanowiłem złapać pewną ilość much i co dziesiątą muchę znaczyłem własną krwią, którą przez ukłucie igłą puszczałem sobie z palca, potem puszczałem je żywe przez okno. Później codziennie przy łapaniu świeżych much oglądałem, czy nie ma na której mojego znaku.
Much to tu było tyle, że usnąć nie było można. W żadnym więzieniu nie spotkałem tyle much, co tam. Tłumaczyć to trzeba różnymi zaraźliwymi chorobami, które tam panowały.
Oknem najwięcej rozmawialiśmy po apelu, który zawsze był o godzinie czwartej po południu. Ról za to przestępstwo urozmaicał nam kary, to karał karcerem, to znów zadowolił się, gdy wyliczył kilkanaście bykowców, a kiedy indziej znów skopał nogami i nie dał obiadu. Widać dbał o to, aby nas nie przyzwyczaić do jednego rodzaju kary, obawiając się, że ta kara nie będzie już działać. Jednym słowem, Ról był co do tego trochę psychologiem i wszystko naprzód już przewidział.
Stasiek z Mańkiem poszli jednego dnia na rozprawę. Tegoż dnia biegałem jak szalony po celi, nie mogąc się doczekać ich powrotu, byłem bardzo zdenerwowany, z jednej strony życzyłem Staśkowi, aby mu się udało „bryknąć”, z drugiej strony pomyślałem, co się ze mną stanie, jak Staśka tu nie będzie, będę znów głodny.
Gdy tak rozmyślałem, nareszcie przed wieczorem drugi kalefaktor przyszedł pod drzwi i opowiedział mi, że obydwaj dostali po cztery lata i że próbowali zwiać, ale nie udało im się, więc siedzą już zakuci na ręce i nogi w lochu.
Ta nowina uderzyła we mnie jak piorun. „Przepadłem teraz” — pomyślałem i z rozpaczy zacząłem biegać po celi jak zwierz raniony. Co robić? Przypomniałem sobie słowo ojca: „Będziesz żałował, ale już poniewczasie”. Właśnie teraz przekonałem się, że miał rację. O! Jak teraz ubolewałem nad samym sobą, że go wtedy nie usłuchałem i nie wróciłem do domu. Teraz, teraz wszystko przepadło bezpowrotnie. Po kolacji wlazłem na okno, całe więzienie było poruszone nieudaną ucieczką. Teraz dowiedziałem się jeszcze szczegółów, opowiadano sobie różnie o tym.
Dla więźnia siedzącego w celi bez żadnej nowiny, wystarczy uchwycić jedno słowo o jakimś wypadku, a już resztę sam dodaje.
Tak i teraz, pomimo że tu nikt nie ruszył się ze swej nory i tyle wiedział, co i ja, jednakowoż sobie o tym opowiadali, jakby byli tam obecni i spierali się ze sobą. Rezultat był taki, że Lustig znów zapisał mnie razem z innymi do ukarania. Tym razem rozmawiałem już na złość do jakiej dziesiątej godziny, nie mając już nic do stracenia.
Ułożyłem się do snu ze smutną myślą, że jutro czeka mnie kara i, co gorsze, dzbanek nie przywędruje z zupą, gdyż nie ma już Staśka. Długo nie mogłem zasnąć, rozmyślając o ucieczce. Umrzeć albo uciekać stąd, z tą jedną myślą tym razem zasnąłem.
Pod koniec czerwca zostałem znów zawezwany do sędziego śledczego. Wszedłem, dręczony jakimś nowym, przewidywanym nieszczęściem. Tam w jego pokoju przy kancelarii więziennej siedziała jakaś dama, obejrzała mnie uważnie, po czym kazał mnie śledczy odprowadzić do celi, nie mówiąc ani słowa.
Zrozumiałem, że to była konfrontacja, ale o co mnie oskarżają teraz, naprawdę znów nie wiedziałem. Upłynęło parę smutnych, długich dni. Myślałem, że zwariuję z nudów, zacząłem układać teraz wiersze i igłą wydrapywałem je po ścianach, aż nauczyłem się na pamięć. Wtedy zatarłem i pisałem inne. Muszę niektóre z moich wierszy pisanych w takim nastroju tu zamieścić.
Nikt mi ran serca nie goił,
Powiedzieć to mogę śmiało.
Żółcią jam bliźnich poił,
Tej mi do woli zostało...
Czy to w zimie, czy to w lecie,
Jednaki mam w duszy ból,
Gdy tak pięknie jest na świecie,
Ja nie widzę lasów, pól.
Świat mój to kamienne mury,
Radość dla mnie nie istnieje.
W grobowcu krążę ponury,
Z rozpaczy dusza szaleje.
Między kraty wciskam głowę,
By się przekonać, czy jest świat.
Chcę uchwycić ludzką mowę,
Czy tam istnieje człowiek, brat!
Jest to mój pierwszy wiersz, który utworzyłem za kratami, a potem nastąpiły inne, które umilały mi smutne życie w więzieniu i za które Ról wyliczał mi bykowcem odpowiednie honorarium autorskie, gdy spostrzegł, że na ścianie mojej celi są jakieś bazgraniny. To tak poskutkowało, że wziąłem się jeszcze gorliwiej do klepania wierszy, mając takiego odpowiedniego wydawcę.
Więźniowie pomimo nędzy i głodu nieraz lubili przez okno zażartować ze sobą, a niektóre żarty nie były pozbawione humoru. Tak na przykład raz słyszałem taką rozmowę:
— Ty skąd przyjechałeś?
— Od Ostrołęki.
— Wiele masz siedzieć?
— „Koło”247.
— Tylko tyle, a za co?
— Za głupstwo!
— Ciekaw jestem, za jakie głupstwo już dają taki wyrok.
Drugi więzień dorzucił:
— Pewnie pogłaskał kogoś patykiem.
— To było tak — odparł zagadnięty — zabrałem chłopu krowę, ten mnie złapał, a ja go w łeb, potem krowę przyprowadziłem do „Machabejbusa”248, a ten, psiakrew, niechrzczona dusza, dał znać do policji. No i za to mi dali „koło”.
— No, brachu — zauważył jeden poważnie — tyś bardzo źle zrobił. Można było to zrobić, ale odwrotnie, dać krowie w łeb, a przyprowadzić chłopa do „Machabejbusa” , a na pewno nie dostałbyś tyle.
Na ten dowcip kilku więźniów naraz roześmiało się głośno. Między nimi i ja byłem. Drugim razem znów podsłyszałem, jak więzień wychodzący na wolność żegnał się z towarzyszami, mówiąc:
— Żegnam was, chłopaki! Życzę wam też wkrótce wolności.
A jeden filut, podając mu rękę, życzył mu:
— No, idź z Bogiem, a przyjdź z policjantem.
Trafne życzenie, które się też wkrótce sprawdziło. Sam widziałem tego samego więźnia między więźniami spacerującymi na „rajskim podwórku”, zaledwie dwa tygodnie po jego zwolnieniu.
Mimo nędzy i głodu prawdziwy wisielczy humor tu nieraz panował. Gdybym chciał opisać tragedię życia więźniów w całej jej okrutnej rzeczywistości na podstawie szczegółowych, codziennych wydarzeń, nie mógłbym nigdy tego doprowadzić do skutku. Trzeba by tym zapełnić całe tomy. Zaznaczam przez to, że w pierwszym tomie pamiętnika mam na celu przedstawić tylko swe życie w streszczeniu i życie w niemieckim więzieniu, ujęte w formie krótkiej. Piszę wszystko to, co uważam, że zasługuje na baczniejszą uwagę. O szczegółowym zaś życiu w więzieniu we wszystkich jego przejawach, opiszę obszernie w drugim tomie Pamiętnika.