LXII
Do najsmutniejszych dni w miesiącu należała niedziela, kiedy to przyjmowano wałówki. Co prawda nie spodziewałem się tu kogoś ujrzeć z wolności, bo kto by tam o mnie pamiętał. Tym bardziej, że i wspólnicy, „Szofer” i Antek tu już zamieszkiwali. Po moim aresztowaniu i oni zostali aresztowani do mojej sprawy. Jednakowoż w owym dniu nie zaznałem spokoju. Zaraz od samego rana do wieczora stałem wytrwale przy drzwiach i nasłuchiwałem, czy i mnie czasami nie zawołają. Słysząc wywoływane przez dozorcę nazwiska tych szczęśliwców, słuchałem z natężeniem. Przy każdym wywołanym nazwisku, którego końcówka podobna była do mojego, zdawało mi się, że to właśnie mnie wołają.
Serce wtedy głośniej uderzało. Niestety, do tego czasu doznałem tylko rozczarowania. Razu pewnego wydało mi się, że nie omyliłem się i że mnie na pewno wołali. Nasłuchiwałem, tak, to do mnie zbliżają się kroki dozorcy rozlegające się po galerii. Słyszę je coraz bliżej mojej celi, tak, to do mnie. Myślałem, że serce wyleci mi z radości, zacierałem z zadowolenia i z radości ręce, jak to mam w zwyczaju i z rozkoszą wsłuchiwałem się w kroki dozorcy zbliżającego się coraz bardziej ku mnie, jak w dźwięki muzyki. Już czuję, że jest przy mojej celi. Słyszę już brzęk jego kluczy i po chwili klucz zgrzytnął w zamku. Odskakuję od ściany na przepisowe miejsce pod okno. Słyszę wyraźnie zgrzyt klucza. Wtem drzwi się otworzyły, ale nie u mnie, tylko u sąsiada.
Jakiego bólu doznałem w tej chwili z rozczarowania, niezdolny jestem tego wyrazić słowami. Nie zdawałem sobie co prawda sprawy, kto to ma być ten, co ma mi podać wałówkę albo odwiedzić. Ale byłem pewny, że ktoś taki musi być. Nawet marzyłem niewyraźnie, że gdy się z domu dowiedzą, iż tu siedzę, to przyjadą.
Tak mnie zastał pierwszy lipca. I tym razem od rana na najmniejszy szmer z dołu przylegałem do drzwi. Nie wiem sam, dlaczego tegoż dnia miałem przeczucie, że dziś na pewno coś będzie. Nareszcie o godzinie dziesiątej wołano na widzenia. „Już zaraz będzie obiad” — pomyślałem. Widzenia są już na ukończeniu, a mnie nikt nie myśli wołać. Ze smutkiem więc zjadłem obiad. Nastąpiła godzina trzecia, kiedy to Ról wraca z obiadu, wołając po wałówki. Nasłuchiwałem dalej, jedna partia już wróciła, wywołują nowe nazwiska. Zdaje mi się, że znów mnie wołali, ale boję się już myśleć o tym, aby później nie rozpaczać tak samo jak wtedy. Słyszę teraz wyraźnie zbliżające się kroki. Już, już jest przy mojej celi, myślę, że na pewno znów do sąsiada. Słyszę już klucz w drzwiach. Jeszcze nie dowierzałem, myśląc, że się łudzę. Wtem, gdy popchnięty zostałem drzwiami, dopiero odskoczyłem pod okno.
— Jazda na dół po wałówkę.
Nie ruszyłem się z miejsca, własnym uszom nie dowierzałem.
Dozorca powtórzył:
— Co, nie chcecie jeść? Jazda po wałówkę.
Miałem wtedy ochotę rzucić mu się na szyję i uściskać go z radości.
Za chwilę wróciłem, przyciskając pieszczotliwie pół bochenka razowca, ze dwa funty sera i kubek masła. W drugiej połowie osiemnastego roku wolno było już podobne rzeczy podawać. Podałem też zaraz Mańkowi z tego część, a sam zabrałem się gorliwie do pracy.
Więc jeszcze nie wszystko stracone? Ktoś pamięta o mnie. Ale kto to być może? Nie mogłem w żaden sposób się domyśleć. Może to „fryzjerka”, przeleciało mi przez głowę. Na tę myśl przez moment przestałem jeść. Nigdy bym od niej nic nie przyjął.
Czekałem teraz z cierpliwością dnia piętnastego. W nocy z czternastego na piętnastego nie mogłem zasnąć. Zaraz rano stanąłem na posterunku przy drzwiach. Może dziś będę miał widzenie, myślałem, pierwsze śledztwo już ukończone, to dostanę widzenie. Dręczony różnymi domysłami doczekałem się chwili, gdy wołano na widzenia. Usłyszałem teraz najwyraźniej w świecie wywołane moje nazwisko. Serce mi oddech zaparło ze wzruszenia, tak że myślałem, iż upadnę. Znów słyszę zbliżające się kroki i drzwi mojej celi otworzyły się. Był to ten sam dozorca, Polak, których tu teraz z dnia na dzień więcej przybywało.
— Jazda na widzenie — zawołał.
Poszedłem za nim, nogi pode mną się uginały i cały drżałem. „Kogo ja tam ujrzę?” — pomyślałem. Nareszcie stanąłem u klatki, oczekując na osobę, którą wpuszczą. Wtem drzwi się otworzyły i usłyszałem w korytarzu głośne łkanie. Właśnie ta, co łkała, została wepchnięta do tej przegródki naprzeciw mnie. Przede mną stała jakaś młoda kobieta, zasłaniając sobie twarz chusteczką i łkała. Nie poznawałem.
— Do kogo pani? — spytałem. Ta odkryła twarz i to, co ujrzałem, zelektryzowało mnie całego. Przede mną stała Elcia. Nie mogła słowa wymówić, tylko łkała. Mnie zaś na ten widok łzy stanęły w oczach i zawołałem wzruszony:
— Elciu! Proszę cię, przestań. Piętnaście minut mamy tylko na rozmowę. Mówże, co masz do mnie, bo nas zaraz rozłączą.
Spojrzała na mnie załzawionymi oczyma, a przypatrując mi się chwilę, rzekła:
— Boże! Jak ty strasznie wyglądasz!...
— Mniejsza o mnie, powiedz, co tu robisz?
Zamiast spodziewanej odpowiedzi wybuchnęła głośnym płaczem. Widząc to, zacząłem ją błagać, aby mówiła, a płakać ma czas w domu. Oprzytomniała i zaczęła mi opowiadać.
— Trzy tygodnie temu dowiedziałam się dopiero, że ciebie aresztowano i natychmiast przyjechałam, i już pozostanę. Nie opuszczę cię. Moje miejsce — zakończyła — jest tu, przy tobie.
Serce krajało mi się z rozpaczy, doznałem litości nad moją nędzną osobą ze strony najmniej spodziewanej, ze strony tej, którą zhańbiłem.
— Elciu — błagałem wzruszony — wróć do domu, co ty będziesz tu robiła?
— Nie martw się o mnie, już postarałam się o posadę sklepowej, mam trochę pieniędzy z domu i nie zginę, tu muszę cię ratować.
— Co twój ojciec i ludzie na to powiedzą? — spytałem po namyśle.
— Ojciec? — mówiła w zamyśleniu. — Któż tu jest temu winien, co się ze mną stało, jak nie on, a ludzie mnie wcale nie obchodzą.
Zrozumiałem znaczenie i gorycz tych słów i powiedziałem ze łzami w oczach, widząc, że już rozłączają nas:
— Żegnaj, kochana, chyba że stąd nigdy nie wyjdę...
Nie dokończyłem, gdyż Ról wpadł i rozłączył nas. Łkając, pożegnała mnie.
Przyszedłem do celi, cały wzruszony, złamany moralnie i fizycznie. Od razu przestałem myśleć o jedzeniu i cała moja myśl krążyła wkoło tego, co się stało. Więc ze wszystkich przyjaciół i przyjaciółek, dla których kradłem i ryzykowałem życie, tylko ta, którą skrzywdziłem i traktowałem jako przelotną miłostkę, ma dla mnie aż tyle serca? O, jakbym wtedy pragnął upaść jej do nóg i błagać o przebaczenie!
Nie mam słów na wyrażenie tego, jakiego na jej widok doznałem wrażenia. Przysiągłem między czterema ścianami mojej celi, mówiąc głośno sam do siebie, że o ile stąd wyjdę, to zostanę jej dozgonnym przyjacielem i wiernym do grobu. Wyobraziłem sobie ten jej smutek, jaki często gnębić ją musiał i krzywdę, jaką jej wyrządziłem, więc głęboko mnie trawił niepokój.
Po obiedzie tegoż dnia przyniesiono podanie. Mimo głodu nie tknąłem go. Na wołanie mnie po apelu na okno nie odezwałem się. Coś mnie dusiło w gardle. Wreszcie zapłakałem i to mi ulżyło. Pomodliłem się tego wieczora po raz pierwszy od chwili mojego tu pobytu i zmęczony rzuciłem się potem bez kolacji na siennik i zasnąłem.
Rano, gdy obudziłem się, odczuwałem silny ból głowy i taką gorączkę, że ledwo mogłem się trzymać na nogach. Wszystko mnie bolało. Meldowałem też dozorcy o moim stanie. Przyszedł felczer, którym był, jak już wspomniałem, „błogosławiony” Ról. Pierwsze jego słowa były:
— Lump, du hast sich tot gefressen249!
Nie odpowiedziałem.
Obracał mnie, opukał i rzekł, że mi nic nie jest i kazał natychmiast łóżko podnieść i ubierać się, po czym łóżko zamknął na klucz, zawołał też „kalefaktora” i rozkazał mu zabrać wszystko, co mam do jedzenia. Patrzyłem smutno na tę grabież i nic nie mówiłem.
Od tego dnia zacząłem wątpić w sprawiedliwość ludzką i w mojej duszy zakorzeniło się pragnienie zemsty i chęć odwetu. Poczułem też z tego powodu nienawiść do wykonawców wszelkiej sprawiedliwości. Dnia następnego wszelkie dolegliwości ustały. Po jednodniowym poście głód mi dokuczał, ale nie miałem co do jedzenia, zabranego z celi pożywienia już więcej nie widziałem.
Pierwszej soboty po widzeniu się z Elcią, przed wieczorem, wołano mnie po imieniu poza murami. Wdrapałem się więc do okienka i uczepiwszy się kraty usłyszałem głos kobiety. Poznałem ten miły głos. Więźniowie rozmawiający oknami nakazali jeden drugiemu milczenie, a ja zacząłem z nią na odległość rozmowę. Na szczęście tego wieczora mieliśmy dobrych żołnierzy na warcie, więc nie przeszkadzali nam. Elcia, bo to była ona, pocieszyła mnie naiwnie tymi słowami:
— Nie martw się, na drugi tydzień będziesz z pewnością wolny, bo ja się o to staram.
Uśmiechnąłem się gorzko sam do siebie i odparłem:
— Dobra, dobra, ale zdaje mi się, że trochę dłużej to potrwa, zanim mnie zwolnią.
— Co, ty mi nie wierzysz? Patrz!
Przy tym pokazała mi jakiś papier.
— Co to za czarodziejski papier, że mam być z tego powodu wolny? — zapytałem ironicznie.
— Pisałam prośbę do prokuratora — rzekła.
— Aha! I co tam piszesz? — spytałem.
— Piszę, że ty wcale nie jesteś winien i żeby cię zwolnili.
Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu i zawołałem:
— No, w takim razie będę na pewno wolny.
— Już możesz dać garnitur do odprasowania — zaśmiał się mój sąsiad.
Więźniowie po oknach wybuchnęli też śmiechem na te jej naiwne wnioski, jeden się odezwał:
— Do kogo ta frajerka tu mówi i do kogo tu przyszła?
— Ty bądź cicho — ostrzegł go drugi — ona do urki tu przyszła i mówi do „Nachalnika”.
Porozmawiała z pół godziny ze mną, posiedziała jeszcze do zmierzchu za murem i pożegnała mnie, posyłając całusy.
Od tego dnia niemal codziennie przed wieczorem przychodziła pod mur, a w sobotę niemal cały dzień przesiedziała tu z książką w ręku i od czasu do czasu wpatrywała się smutno w moje okienko.
Nie była wyjątkiem, przychodziły pod mur matki, żony, siostry, kochanki i narzeczone, jak na cmentarz w dzień zaduszny, przypatrując się żywemu grobowcowi, gdzie biło dla nich kochające serce.
Więźniowie siedzący na czwartej galerii mogli z powodu bliskości parkanu rozmawiać i to nawet nie bardzo głośno i patrzeć na bliskich bez wytężenia wzroku. Niejeden te widzenia i rozmowy przez okno przypłacił życiem. Wsadzano za te wykroczenia do ciemnicy, głodzono, bito i kuto w kajdany. Ja sam byłem parę razy karany karcem i bity do utraty przytomności. Jednakże nie wytrzymałem, gdy usłyszałem jej wołanie za murem, momentalnie znalazłem się na oknie.
Bywało, że na rozmowę sobotnią dostałem się do karcu, a wtedy moja niedzielna wałówka została skonfiskowana. Przeto ostrzegłem ją, że zanim poda do bramy, niech najpierw przyjdzie pod mur, a gdy ja pokażę się w oknie, to znak, że może podać. Więc tak robiła. Ja wtenczas krzyknąłem jedno tylko słowo: „tak”, wtedy szła do bramy, by oddać wałówkę. Jednakże nie zdążyłem jeszcze zeskoczyć ze stołu, a już Ról stał przede mną w celi i za chwilę już mieszkałem na dole w karcu.
Straszny był wtedy mój żal, spodziewałem się zaspokoić głód, a tu masz tobie. Gdy dowiedziała się o tym, co ja cierpię przez to okno, przestała przychodzić, zaklinałem ją wtedy, żeby przychodziła. Wolę wszystko znosić, abym mógł tylko ją widzieć.