XL

Dnia dziewiątego listopada 1916 roku znów aresztowano mnie w Ł., gdzie chwilowo zatrzymałem się, pod zarzutem dokonania włamania do prowiantury wojskowej, o której pojęcia nawet nie miałem. Pojechałem tam na moje nieszczęście, kiedy tu szukano złodziei. Jako obcy zostałem tam aresztowany za „gościnny występ”, a że znaleziono przy mnie przybory złodziejskie, od razu domyślano się, kim jestem i przypisywano mi wszystkie kradzieże, jakich tylko dokonano w okolicy. Akurat z tej nocy, której okradziony został magazyn, nie mogłem wykazać, z wielu tylko mnie znanych powodów, swojego alibi. Wzięto mnie przez to, słusznie, za tego złodzieja. Zaraz też znalazł się jeden Żyd, co twierdził, że tego samego wieczora widział mnie w towarzystwie dwóch jegomościów, jednego małego, grubego, a drugiego wysokiego i cienkiego i że kręciłem się po tej ulicy, gdzie mieścił się magazyn, co wcale nie było prawdą.

Dziś, po tylu latach jeszcze, gdy sobie o tym wspomnę, co wtedy ze mną na komendanturze robiono, bym się przyznał i wydał wspólników, dreszcze mnie przechodzą.

Komendant, który był sierżantem niemieckim, nie mogąc ode mnie nic wydobyć, nawet tego, co się tyczy mojej osoby, mało że się nie wściekł ze złości. Chwytał się różnych forteli. Ja jednak milczałem, gdyż naprawdę o niczym nie wiedziałem w tym przedmiocie, o który mnie pytano.

Na drugi dzień komendant kazał mnie znów prowadzić przed siebie i wzięto mnie tam w „krzyżowy ogień pytań”. Ostatnia to próba, której się chwyta policja chyba na całym świecie. Jednakże po tych „pytaniach” nic więcej ze mnie nie wydobyli, jak tylko trzy zęby, które pozostawiłem na podłodze.

Po upływie trzydniowego znęcania się nade mną, wygłodniałego obudzono mnie o północy i kazano wyjść z celi. Wyprowadzono mnie na podwórze, tu założono mi kajdanki na ręce i komendant razem z pięcioma żołnierzami umieścili nas w samochodzie i wywieźli za miasto.

Myślałem, że pewno wiozą mnie na karę śmierci. Ręce zaczęły mi drętwieć, gdyż kajdanki były tak ciasno przyciśnięte, że krew przestała krążyć.

Poznałem tę szosę, po której jechaliśmy. Myślałem, że mnie wiozą do fortu, by rozstrzelać i że odkryli, kim jestem. „Przepadłem — pomyślałem sobie — może z Niemiec mnie poszukują”.

Komendant kazał przystanąć, zwrócił się do mnie, bym wyszedł. Zbladłem, myśląc, że ostatnia moja chwila wybija, wojna, pomyślałem, u Niemców wszystko jest możliwe. Kto się kiedy dowie, że mnie tu zabito. Zawahałem się na chwilę, czy nie wyznać, gdzie byłem tej nocy i wykazać moje alibi, wyznać wszystko. Zrozumiałem również, że Niemcy podejrzewają mnie też o szpiegostwo, więc powiem lepiej, kim jestem i skąd pochodzę. Jednak odrzuciłem prędko tę myśl, gdyż za moje alibi groziłoby mi więcej niż za tę kantynę i postanowiłem milczeć, cokolwiek by się stało. Przecież niemożliwe, pocieszałem się w duchu, by za kradzież rozstrzeliwali. W Niemczech miałem sto razy gorsze sprawy, a nawet mnie nie tknięto. A może oni wiedzą o mojej ucieczce? Tu dreszcze mnie przeszły. Nie, to niemożliwe.

Komendant zwrócił się do mnie i po polsku zaczął mi tłumaczyć, że o ile nie powiem prawdy i nie wskażę wspólników, to mogę pożegnać się z życiem.

— Teraz jest wojna — mówił — nie mamy czasu bawić się z wami. Pomyśl, żal mi cię, jesteś jeszcze tak młody i na pewno masz rodziców, którzy będą płakać po tobie i wstydzić się, że syn nie umarł jak bohater na placu boju, tylko został rozstrzelany jako zbrodniarz.

Tu wyciągnął zegarek, a żołnierz przyświecił latarką.

— Patrz, za dziesięć minut piąta, pięć minut więc daję ci do namysłu. A potem... — I tu zrobił ruch w kierunku żołnierzy, którzy stali w pogotowiu oparci o karabiny. Zapytał mnie też, czy chcę zapalić i nie czekając na odpowiedź, podał mi cygaro, którego nie przyjąłem.

Nie jestem zdolny tu opisać, jaka walka odbywała się we mnie, czy przyznać się do niepopełnionego przeze mnie przestępstwa, czy nie. A gdy nawet przyznam się, kto wie, czy tym bardziej mnie nie rozstrzelają za kradzież rządowych pieniędzy, ale czyż to naprawdę możliwe, żeby za to przestępstwo skazali mnie na śmierć i to tak bez sądu? Tu znów przypomniało mi się, jak oglądałem plac boju, gdzie leżało tylu zabitych. Co więc mogę znaczyć, tylu ludzi, którzy nigdzie nie kradli, zamordowano zupełnie niewinnie, dlaczegóż by ze mną nie można tak zrobić? Co prawda, jestem niewinny, ale za co innego należy mi się kara. Więc obojętnie, za jakie przestępstwo mnie ukarzą, dość że otrzymam zasłużoną karę. Tu znów otucha wstąpiła we mnie. Nie, to niemożliwe, oni mnie tylko próbują. Takie i inne myśli podobne krążyły mi po głowie przez pięć minut danych mi do namysłu.

Był zimny, listopadowy poranek, spojrzałem na niebo, jakbym tam szukał ratunku. Dziwna rzecz, że w groźnych zawsze dla mnie chwilach mimo woli zwracałem się do nieba, choć nie bardzo wierzyłem, że tam coś jest. Żal mi było naprawdę umierać w dwudziestym roku życia, ale cóż, trudno, widać taki już mój los.

Pięć minut upłynęło.

Komendant zwrócił się znów do mnie z zapytaniem, czy przyznaję się, bo nie ma czasu, a pięć minut już minęło.

— Nie znam żadnych wspólników i o żadnej kradzieży nic nie wiem. Nie jestem żadnym złodziejem — rzekłem niepewnym głosem, uśmiechając się smutnie.

Niemcy spojrzeli porozumiewawczo po sobie.

Los! Los! — krzyknął komendant i popchnięto mnie w stronę lasu, który ciągnął się po obu stronach szosy.

Tu przywiązano mnie linką do drzewa, żołnierze naładowali broń, a komendant zwrócił się po raz ostatni do mnie:

— Patrz — mówił — jak piękny jest świat, żal mi cię, wiedz o tym, że my nie żartujemy. Powiedz prawdę, to cię puszczę zaraz wolnym, a jak nie, to za chwilę będzie z ciebie tylko trup.

Słuchałem ze spuszczoną głową i nic nie odpowiedziałem.

— No trudno — mówił komendant — jak nie chcesz żyć, to mi tam za jedno.

Przykuli mi teraz ręce w tył wokoło drzewa, tak że stałem przykuty do pnia. Zrobiłem się obojętny na wszystko, tylko by to się już jak najprędzej skończyło.

Znów zapytano mnie, czy oczy zawiązać.

Nie odpowiedziałem.

Pięciu Niemców stanęło naprzeciw mnie gotowych do strzału.

— Ostatni raz ci się pytam — zwrócił się do mnie jeszcze — przyznajesz się czy nie?

Parę sekund złowroga cisza.

Einz! Zwei! Drei!

Padła salwa i o moje uszy odbił się przeraźliwy śmiech, jakby wszyscy diabli w piekle roześmiali się tam na moje przybycie.

Nie jestem w możności opisać wrażenia, jakiego wówczas doznałem, trzeba być wielkim artystą, by móc wrażenie to opisać. Na początku, gdy usłyszałem huk i zarazem śmiech, a nie czułem żadnego bólu, zapytywałem siebie w duchu: „czy ja jeszcze żyję, czy już nie żyję?” A ponieważ jeszcze nigdy nie byłem zabity, pomyślałem, że może właśnie po śmierci człowiek tak się czuje, więc może jestem już naprawdę zabity? Bałem się oczy podnieść, by spojrzeć, co się wokoło mnie dzieje i zwiesiłem cały korpus. Potem czułem jakby atak serca, a nareszcie poczułem, że mi ktoś wlewa wódkę do ust.

Za chwilę odwieziono mnie i rozkuto zupełnie z kajdanek. Posadzono znów w samochód. Komendant poklepał mnie wesoło ręką po plecach, śmiejąc się z żołnierzami:

Guter Dieb, die Russen sind gute Diebe160.

Poczęstowano mnie też chlebem, konserwami i rumem, po czym przywieziono z powrotem do Łomży. Oddano mnie w ręce Feldpolicji161, a stamtąd, po ponownym śledztwie, powędrowałem prościuteńko do „Czerwoniaka”.