XXXIX

Wrześniowego dnia 1916 roku przybyłem do Ojczyzny z silnym postanowieniem poprawy, jak mi się wtedy przynajmniej zdawało. Nic jednakże na świecie nie jest tak kruche, jak postanowienie człowieka o słabej woli. Przekonałem się o tym, że Talmud słusznie mówi: „Ejzeu gyber akejwejsz es jicrej” — „Ten jest silny, co potrafi siebie opanować”. Ja zaś, pomimo silnej budowy i siły fizycznej, tego nie potrafiłem. Z całą chęcią pragnąłem siebie zwalczyć, wszakże dokonać tego nie mogłem. Ileż to razy przysięgałem sobie raz na zawsze rzucić życie występne i dążyć ku poprawie. Nigdy długo nie wytrzymałem. Gdy nawet zdążyłem już zrobić jeden krok ku poprawie, to za to zrobiłem później dziesięć kroków ku złemu. Jakże boleśnie nieraz to odczuwałem, a jednak do walki ze sobą czułem się zupełnie niezdolny.

Więc i teraz obietnica poprawy, którą przyrzekłem sobie, modląc się w krytycznej chwili w karcerze, nie posunęła mnie ani kroku naprzód.

Dziwna to jest natura ludzka, że zawsze prędko zapomina o strasznych chwilach, gdy trochę lepiej się człowiekowi powodzi. Sam byłem najpewniejszy poprawy, gdy znajdowałem się tam za kratami, głodny i przygnębiony, bez żadnego widoku lepszego jutra. Czułem, że gdy się wydostanę na wolność, to już na pewno zerwę z życiem występnym. A teraz jeszcze dwa tygodnie nie upłynęło, jak przybyłem do kraju, a już porobiłem znów świeże znajomości z tym światkiem, co go się wyrzekłem i znów zszedłem na bezdroża i mam już, znów, powabną kochankę przy ulicy Niskiej w Warszawie.

Przeniosłem się bowiem teraz do Warszawy, myśląc, że w wielkim mieście będę mógł się prędzej ukryć przed okiem policji niż w małym. Obawiałem się wciąż, że Niemcy mnie poszukują. Miałem już sporo przyjaciół, ponieważ czuli, że miałem jeszcze trochę pieniędzy, które otrzymałem od wspólników przy wyjeździe z Niemiec. Co prawda nic tu jeszcze takiego nie zrobiłem, ale czułem, że długo to nie potrwa. Pieniądze prędko mi topniały, a kochanka, którą już zdążyłem sobie zwerbować, była bardzo wymagająca i dość „cwana”.

Na tyle była ona cwana, że potrafiła ze mnie wydobyć większą część pieniędzy, które posiadałem. A w zamian za to dała mi to, co każdy mężczyzna mógłby od niej otrzymać za pewną opłatą...

Sam diabeł nie mógłby wytłumaczyć tego, jak to się stało, że zostałem jej kochankiem. Znajomość nasza datowała się od pewnej nocy, którą tam przebyłem jako zwykły śmiertelnik, ofiarowując piętnaście marek za noc, a zostałem już ubóstwianym jej kochankiem, jak ona mnie zapewniała.

Nie byłem co prawda na tyle naiwny, bym w to zupełnie wierzył, gdyż jak wiadomo, miałem sporo doświadczenia pod tym względem. Tylko po prostu wyznam, że nie miałem nic do stracenia. Byłem tu obcy i potrzebowałem znajomości i miejsca zamieszkania, więc udawałem zakochanego. Jednakże zdaje mi się, że oboje doskonale się zrozumieliśmy.

Mieszkała ona razem z dwiema innymi dziewczętami, dużo młodszymi od niej. Dziewczęta te były dla niej tym, czym ja kiedyś, na początku kariery złodziejskiej, byłem u „Cwajnosa”. W tym fachu też są „koniki”. Ona sama, jako zawodowa i doświadczona, była „gospodynią”. Prawie przed samym wybuchem wojny przyjechała z Buenos Aires, gdzie była kilka lat, a wyjechała tam jako szesnastoletnia dziewczyna. Nazywała się Liza i była o jakieś sześć lat starsza ode mnie, chciała koniecznie, bym się z nią ożenił. Tak mnie opanowała, że słuchałem ją we wszystkim oprócz namów do żeniaczki, tych nie bardzo słuchałem. Imponowało mi zresztą to, że ona jest moja, gdyż tam na bruku była znana jako niedostępna „grandesa”, a przez stosunki z nią byłem również przyjęty w odpowiednie towarzystwo.

Pewnego dnia z wieczora, gdy przybyłem do domu, ledwie tylko przestąpiłem próg, zauważyłem, że jakaś kobieta pomknęła do drugiego pokoju i drzwi prędko za sobą zamknęła. Zainteresowało mnie to. Kto tam być może?

Zapytałem się Lizy, ta jakoś niewyraźnie mi tłumaczyła, więc chciałem tam zajrzeć. Jednakże Liza mi tego stanowczo zabroniła, mówiąc, że tam jest taka osoba, której mnie nie wolno widzieć. Tym bardziej jeszcze zaintrygowała mnie tym. Pociągnąłem więc za drzwi, jednakże były zamknięte. Począłem też stukać, by mi otworzono. Nikt się nie odezwał. Prosiłem po raz drugi Lizę, żeby kazała otworzyć. Ta jednak stała na swoim158, że to nie jest mój interes. Ze złością uderzyłem całą siłą plecami, a drzwi momentalnie otworzyły się.

Obrzuciłem spojrzeniem pokój, na razie nic nie widziałem, jednak za chwilę stanąłem jak wryty. W samym kącie stała ta dziewczyna, którą znałem od dziecka. Ta sama, co ją broniłem, gdy Srulek chciał ją wtedy wpakować do kufra i nam pokazać, jak to się ludzie żenią.

Widziałem ją po raz ostatni przed wyjazdem do stryja w roku 1913. Poznałem ją jednak od razu. Była to typowo piękna dziewczyna o kształtach wykwintnych, wysoka, o włosach złocistych i kędzierzawych. Patrzyła na mnie, mniej zdziwiona niż ja. Widać wiedziała, że tu jestem, uśmiechnęła się do mnie szyderczo, a zarazem wstydliwie. Płonęła cała. Nareszcie, po chwili milczenia, przemówiłem:

— Co ty tu robisz w tym domu? — zapytałem, postępując krok naprzód.

Nic nie odpowiedziała, tylko wybuchnęła płaczem. Liza podskoczyła do mnie.

— To nie twój interes — krzyczała ze złością. — Wynoś mi się zaraz stąd!

Obrzuciłem ją takim pogardliwym spojrzeniem, że od razu zamilkła i zbliżyłem się bardziej do dziewczyny.

— Słuchaj mnie, Belka — rzekłem tonem rozkazującym — masz natychmiast jechać do domu, ja nigdy na to nie pozwolę, abyś tu była, słyszysz!

Spojrzała na mnie swoimi pięknymi oczyma i odparła wyzywająco:

— A ty co tu robisz? Jak tobie wolno, dlaczego mnie nie wolno?

— Ja, ja jestem mężczyzną, a ty... zastanów się i opowiedz mi, w jaki sposób aż tu się znalazłaś?

Liza, zła, stała teraz w pozycji tygrysicy, której chcą odebrać dziecię. Myślałem, że rzuci się na mnie. Przez cały czas, blisko dwa miesiące, co mnie znała, widziała mnie zawsze uległym, więc myślała, że i teraz nade mną zapanuje, a gdy zobaczyła moją gniewną postawę, nie śmiała już nic mówić, tylko wzroku swojego od nas nie odwróciła.

Belka przyszła do siebie i prosiła, bym się z nią przespacerował, a na ulicy to ona mi wszystko o sobie powie. Zgodziłem się, pomimo protestu Lizy, która obawiała się, że wyrwę ofiarę z jej rąk, a zarazem widziała w niej groźną rywalkę dla siebie. Stanowczo zabraniała mi wyjść z nią, jednak nie usłuchałem i oboje wyszliśmy na ulicę.

Na ulicy przytuliła się do mnie z całym zaufaniem, znaliśmy się od dziecka i wiedziała, że ja jej żadnej krzywdy nie uczynię. Był to już koniec października i zauważyłem, że jak na zimę jest nieodpowiednio ubrana i że trzęsie się z zimna. Szliśmy tak aż do ulicy Okopowej bez słowa. Oboje na pewno myśleliśmy o tym, że w ładny sposób spotkaliśmy się i że oboje mamy się co wstydzić.

Pierwszy znów odezwałem się:

— Belka, powiedz mi o sobie, chcę wszystko wiedzieć i dopomogę tobie we wszystkim, co tylko będzie w mojej mocy. Powiedz, w jaki sposób ty trafiłaś aż do tego domu i dlaczego chowałaś się przede mną. Skąd wiedziałaś, że tu jestem?

Ociągała się dłuższą chwilę z odpowiedzią i nareszcie zaczęła cichym, ledwie dosłyszalnym głosem opowiadać o sobie.

— Za późno już, by mnie uratować — rzekła. — Już teraz mi nic nie grozi.

Tu uśmiechnęła się do mnie smutno, a ten jej uśmiech dopowiedział mi wszystko...

— Zaraz, jak wojna wybuchła — ciągnęła w zamyśleniu — umarł mi ojciec, zostało nas sześcioro dzieci, matka też zaczęła chorować. Ja, jako najstarsza, musiałam wszystkimi się opiekować. Później nas wygnano z miasteczka, a mnie gwałtem porwał oficer, który twierdził, że się we mnie zakochał. Trzymał mnie dwa tygodnie, później wyjechał na front, nie pożegnawszy się nawet ze mną. Co miałam robić? Wróciłam do Białegostoku, gdzie odnalazłam rodzinę, przyjęto mnie jednak tam tak, jak ciebie twój ojciec przyjmował, gdy wróciłeś do domu z więzienia. Długo też tam nie wytrzymałam i wyniosłam się, byłam tu i tam. Z początku nie mogłam się przyzwyczaić do tego życia. Ale teraz mi obojętne. W Warszawie jestem już dłuższy czas. Byłam w kilku miejscach, wszędzie wykorzystano mnie. Wszystko zabierała „gospodyni”, a ja mam tylko to, co na mnie widzisz — uśmiechnęła się gorzko. — Dwa dni temu poznałam Lizę, namówiła mnie, bym do niej chodziła, więc przyszłam. Wiedziałam o tym, że ty też chodzisz po złej drodze, ale że cię tu spotkam, nigdy się tego nie spodziewałam. Dopiero tu dowiedziałam się od Lizy, że ona ma kochanka z moich stron i pokazała mi fotografię. Nie poznałam. Dopiero, gdy cię przez okno zobaczyłam, od razu cię poznałam i chciałam się ukryć, wstydząc się ciebie, ciebie, który mnie znasz, wiesz, z jakiego domu pochodzę, a teraz w tym rynsztoku... Tak samo byłam przekonana, że ty też nie życzysz sobie, bym ciebie tu widziała. — Po chwili dodała: — Nie warto było mnie bronić wtedy, gdy to Srulek chciał mnie pakować gwałtem do kufra... Czy ty to pamiętasz? To było już moje przeznaczenie — zakończyła smutno.

Myślałem, że mi serce pęknie z żalu, gdy słuchałem jej wyznania. Momentalnie stanął mi obraz z dzieciństwa, jakby to było dopiero wczoraj. Widziałem siebie, jako małego chłopca w chederze. Przed oczyma stanął mi cały obraz i zdarzenie z kufrem. Teraz stoi tu ta Belka przy mnie, w obcym, wielkim mieście, jako dorosła, złamana kobieta, narzekająca na los i ludzi. Ja, jako złodziej, a ona prostytutka...

Chciałem się rzucić jej na szyję, całować ją jako towarzyszkę niedoli i przeznaczenia. Ona, której ojciec był zamożnym i szanowanym człowiekiem! Kto by to pomyślał o tym, że tak się stanie z jego córką.

Szliśmy tak w milczeniu jeszcze przez dłuższą chwilę, potem, widząc, że ona drży z zimna, zaproponowałem zajść do znajomej kawiarni przy ulicy Pawiej.

Za chwilę już siedziała przy stoliku przy mnie, gdzie kazałem podać coś do jedzenia, przyznała się bowiem, że jest głodna.

Tutaj obserwowałem ją uważnie przez cały czas i pomyślałem sobie, że taka naiwna i szczera nawet na prostytutkę się nie nadaje. Znałem dobrze ten rodzaj kobiet, co za oddanie się zamiast pieniędzy otrzymują zawsze szturchańca. Znałem to życie. Postanowiłem się nią opiekować i namówić, by pojechała natychmiast do domu, by nie dać jej zupełnie upaść.

Pomimo, że mi się podobała, nie pomyślałem nawet, by skorzystać z tej sytuacji. Dla mnie nie była ona materiałem do nabycia i zepsutą kobietą. Widziałem ją jako małą, niewinną dziewczynkę. Doskonale ją rozumiałem.

Tego samego wieczora kupiłem jej palto ciepłe i dużo innych fatałaszków i postanowiłem ją wyprawić do domu. Jednak ona była więcej uparta, niż ja to sobie myślałem. Do domu w żaden sposób wrócić nie chciała, twierdząc, że tam ją będą w miasteczku wytykać palcami i pluć w jej stronę, że woli tu już pozostać.

Próbowałem tłumaczyć, jednak ustąpiłem. Ja to doskonale znałem i wierzyłem, co ją czeka w tym zacofanym, żydowskim miasteczku.

Liza patrzyła na tę moją opiekę jak wściekła i podejrzewała ją, że została już moją kochanką. Na wszelkie wymówki nic nie odpowiadałem. Belkę umieściłem w pewnym miejscu, dałem jej pieniądze i kazałem się wystarać o jakąś pracę. A nawet sam się wystarałem dla niej o miejsce kelnerki w cukierni na pewnej ulicy. Gdy ją powiadomiłem o tym, ze łzami w oczach dziękowała mi i zaraz też objęła posadę.

Upłynęło z tydzień czasu po objęciu posady. Postanowiłem ją raz odwiedzić. Zakazałem jej bowiem przychodzić do Lizy na spotkanie ze mną. Po pierwsze nie chciałem, by Liza wiedziała, że się jeszcze nią opiekuję, a po drugie obawiałem się, że nie wytrzymam i Belka zostanie naprawdę moją kochanką. Byliśmy oboje za młodzi i za wielcy przyjaciele, byśmy sobie jeden drugiemu czegoś podobnego mogli odmówić...

Pewnego dnia, gdy zaszedłem do tej cukierni, jak wielce się zdziwiłem, gdy jej tam nie zastałem. Próbowałem zapytać o nią. Tu dopiero dowiedziałem się, że od trzech dni jej tu nie ma. Gdy próbowałem się dowiedzieć coś więcej, jedna z kelnerek odwołała mnie na stronę i powiedziała mi, że agent policji obyczajowej zabrał ją i już nie wróciła. Z filuternym uśmiechem dodała:

— Na pewno znajdzie ją pan na Książęcej ulicy w „łabaju”.

Zrozumiałem teraz wszystko, Liza zemściła się na niej i oddała w ręce policji obyczajowej, a ta ją aresztowała. W ten sam dzień jeszcze zerwałem z Lizą, zabierając wszystko co moje. Przyznała mi się bezczelnie sama, że to ona zrobiła mi na złość, bym nie miał kochanki. Dodała również, że szkoda, iż ona nic nie wie takiego, by mogła i mnie oddać policji, jednak już się o to postara. Gdy mi tak groziła, tym bardziej postanowiłem od niej zaraz odejść i zerwałem z nią raz na zawsze.

Dowiedziałem się, że w „łabaju” na Książęcej można te pensjonarki159 odwiedzać dwa razy na tydzień. Pewnego dnia zrobiłem zakupy i udałem się tam na widzenie. Podałem się za krewnego. Za chwilę ujrzałem ją na sali widzeń. Ubrana była w krótki szpitalny chałat i drewniane trepy na nogach. Była też blada nie do poznania. Nie śmiała na mnie spojrzeć. Nareszcie delikatnie ją spytałem o zdrowie i za co ją tutaj zamknęli i jak długo ją będą tu trzymać. Obiecałem, że nie zapomnę o niej i że często ją będę odwiedzał.

Podniosła głowę, popatrzyła na mnie chwilę i wybuchnęła płaczem, po czym bez słowa wybiegła z sali. Czekałem jeszcze długo, myślałem, że wróci, nie wróciła jednak, musiałem iść do domu.

Nie mogłem zrozumieć jej dziwnego zachowania się. Byłem naprawdę gotów wszystko zrobić dla niej, by ją stamtąd wydostać. Nawet zdecydowałem się na to, by ją wziąć za narzeczoną, dowiedziałem się bowiem, że o ile ktoś podpisze, że ta kobieta jest jego narzeczoną lub weźmie ją za żonę, to ją zwolnią. Jednakże zanim ten plan urzeczywistniłem, sam znalazłem się za kratami.