XXXVIII

Dnia szesnastego maja 1916 roku aresztowano mnie w Berlinie i zaprowadzono do Prezydium Policji. Cały ten dzień, jak i następny dręczono na badaniach bez końca, a dnia pewnego w czerwcu wysłano mnie z Moabitu142 do c. w.143 X, jako już skazanego na dziesięć lat „Zuchthausu”144.

Gdy zostałem przywieziony na miejsce przeznaczenia, już dawno było po południu. W kancelarii więziennej zapisali mnie aż na dwa nazwiska. Przy aresztowaniu znaleziono przy mnie dwa paszporty. Po dokładnym zrewidowaniu oddano mnie dozorcy więziennemu, który zaprowadził zaraz na czwarty oddział dla niebezpiecznych do przeznaczonej celi nr 227. Następnie dozorca zwrócił się do mnie z zapytaniem:

Verstehen sie deutsch?145

Kiwnąłem głową, że tak.

Niemiec przybrał odpowiednią minę i zaczął mi tłumaczyć, gdzie się znajduję i co za znaczenie ma ten dom. Potem wziął książeczkę, która leżała w celi na stole, kazał mi stanąć pod samym oknem i począł czytać na głos przedmowę, którą powtórzę tu dosłownie w tłumaczeniu. Każde słowo jego tchnęło grozą i zwiastowało śmierć.

„Jesteś więźniem. Żelazne sztaby twego okna, zamknięte drzwi, kolor twego ubioru mówią ci, żeś wolność swoją postradał. Bóg nie chciał ścierpieć, żebyś dłużej nadużywał swojej wolności na dalsze grzechy i nieprawość, dlatego mówi ci: dotąd, ale nie dłużej!... Kara, którą nałożył na ciebie sędzia ziemski, pochodzi od sędziego wiecznego, którego porządek naruszyłeś i przykazanie przekroczyłeś. Jesteś tutaj, by odbyć karę, a każda kara musi być odczuta jako zło, nie zapominaj nigdy, że nikt temu nie winien, prócz ciebie samego.

Ale kara powinna ci wyjść na dobre, powinieneś się nauczyć opanowywać swe namiętności, wyzbyć się złych przyzwyczajeń, być absolutnie posłuszny, szanować boskie i ludzkie prawo, abyś szczerą skruchą zdjęty nad przeszłym życiem, zyskał siły do życia nowego, życia miłego Bogu i ludziom! Więc zegnij się przed potężną dłonią Boga! Zegnij się przed prawem państwa! Zegnij się także przed rygorem tego domu, a co on rozkazuje, musi być spełnione bez wahań, lepiej, że uczynisz to dobrowolnie, niż by twa zła wola miała być łamana!.. Wtedy czuć się będziesz dobrze i prawda słów Jego sprawdzi się na tobie.

Wszelka kara, póki ją odbywamy, wydaje się smutkiem, a nie radością, ale potem obdarza ona kojącym owocem sprawiedliwości tych, którzy przez nią przeszli.

Niech tak rządzi Bóg!”

Jeszcze dużo innych morałów mi prawił, jednak nie słuchałem go wcale. Nie to, co on mi prawił, było mi teraz w głowie. Przed moimi oczyma, oprócz cyfry 10, nic więcej nie widziałem.

Dozorca o wyglądzie prawdziwego typa, jakiego wymaga ta posada, zmiarkował wreszcie, że go wcale nie słucham. Spojrzał na mnie wzrokiem ludożercy i zagadnął, czy go zrozumiałem.

Nie odpowiedziałem mu.

Zbliżył się, szarpnął mnie za rękaw i groźnie zapytał po raz drugi. Tym razem odrzekłem ze złością, żeby mi wpierw dał co zjeść, a później będę go słuchał, choćby do rana.

Pan Aufseher146 przybliżył się jeszcze bardziej, tak że ja, odstępując w tył, plecami dotykałem już ściany. Ujął mnie pod brodę, a drugą ręką groził, pod nosem wymyślając:

Du verfluchter Jude, du bist zu frech, ich schlage dich, dass du umfällst. Bist du, verfluchter Russe, hier fressen blos gekommen?147

— Lorentz! — krzyknął na kalefaktora148. — Wasser149.

Korytarzowy przyniósł mi dzbanek wody.

Hier hast die Kanne voll, kannst essen150 — roześmiał się szyderczo i walnął drzwiami, wychodząc z celi.

Upadłem na stołek, a rękoma chwyciłem się za głowę, w tej chwili przeżyłem na nowo to wszystko, co zaszło ze mną od dnia mojego aresztowania. Uprzytomniłem sobie, że już jest koniec ze mną, że nigdy już wolności nie ujrzę. „Łudzić się teraz byłoby szaleństwem, nigdy stąd nie wyjdę” — myślałem.

Obrzuciłem wzrokiem swój grób, spostrzegłem, że jest podobny do celi, gdzie siedziałem w śledztwie, podobny też do celi rosyjskiego więzienia. Więc dla zbrodniarzy wszędzie jednakowe miejsce jest przeznaczone.

Wszędzie dla nich ten sam teren działania, cztery ściany, a w nich dwanaście stóp długa i pięć szeroka podłoga asfaltowa, okno, ach, to okno — pod samym sufitem, a umeblowanie? Wszędzie chyba, na całym świecie, w pojedynczych celach jednakowo jest, więc po cóż to tu opisywać?

Spojrzałem na kraty w oknie, a przez głowę przemknęła myśl: powiesić się albo uciekać stąd.

Wzdrygnąłem się na widok tej małej, czerwonej karteczki wiszącej w mojej celi, pokrytej kilkoma drobnymi literkami, które były dla mnie groźnym posłem, zwiastunem kajdan, nędzy, głodu i śmierci. Gdy na tym dokumencie spoczęły moje oczy, zdałem sobie wtedy sprawę, że przez dziesięcioletni okres czasu nie wolno mi będzie marzyć o innych potrawach i o żadnych wybrykach wolnego człowieka... Za każdym razem, gdy wzrok mój padał na tę kartkę, własnym oczom nie dowierzałem, że rzeczywistość jak stal twarda, nieubłagana, bije we mnie, aż schyliłem się — do ziemi. Jedynym wybawieniem przed tym, co mnie czeka, jest ucieczka.

Wówczas, gdy patrzyłem na tę straszną cyfrę „10”, serce mocniej uderzało w mojej piersi i miałem wrażenie, że jest już koniec świata i że żadna nadzieja dla mnie nie istnieje. Więc po cóż żyć?

Takie smutne rozmyślania doprowadziły mnie nieomal do wariactwa. Jak zabłąkany ptak, który z wolności wpada do pokoju, tłucze się o ściany, szyby i sufit, chcąc się wydobyć, tak i ja wówczas tłukłem się po mojej celi w prawo i lewo, w strasznej rozpaczy uderzając głową i piersią z rozmachem o cztery ściany mojego grobu, wołałem do jakiejś niewidzialnej siły: wolność, wolność!... Po doszczętnym wyczerpaniu oparłem się o ścianę, stałem nieruchomo, a wzrok wlepiłem w kraty, jak gdyby oczyma można je było przepiłować.

Zaraz po przekroczeniu granicy niemieckiej doznałem gwałtownego niepokoju i zdawało mi się, że grozi mi jakieś wielkie niebezpieczeństwo. A teraz w więzieniu zrozumiałem już, skąd pochodził ten gwałtowny niepokój. Groza stawała mi przed oczyma. Przypomniałem sobie, jak zapoznałem się w Berlinie z kolegami, jak przehulałem wszystkie pieniądze z kobietami i w karty, nie myśląc zupełnie o jutrze, będąc w obcym kraju. Przypomniałem sobie też moje niespodziewane spotkanie się w kawiarence na Grenadierstrasse z dawnym wspólnikiem, tym samym, co to jak wspomniałem poprzednio, siedział cztery lata w Orle, przez którego znów stałem się zbrodniarzem. Stanęło mi przed oczyma, jak to po raz ostatni we czwórkę udaliśmy się na wyprawę na jedną z najruchliwszych ulic w Berlinie. Wyobraziłem sobie, jak to smutnie ona się zakończyła, jak mnie złapano, a wspólnicy, ostrzeliwując się, ledwo uciekli.

Przeżywałem to wszystko po wielekroć razy, co zaszło od chwili mojego aresztowania. Nudne, męczące śledztwo, potem sąd i... dziesięć lat Zuchthausu. Wyrok tak srogi otrzymałem za to, że nie chciałem wydać wspólników. Policja wszelkich sposobów używała, by ze mnie coś wydobyć o wspólnikach i co ja za jeden, gdyż jak wspomniałem, miałem przy sobie dwa paszporty i to oba lewe. Na wszystkie zaś pytania milczałem jak mur. Pewny byłem, że wspólnicy o mnie nie zapomną, tym bardziej że zdążyli ulotnić się z łupem. A gdybym ich wydał, to bym sobie w niczym i tak nie ulżył.

W moim nieszczęściu jedyną pociechą była myśl, że się uda stąd ucieczka z pomocą wspólników z wolności. Bez pomocy i nawet myśleć nie było co. Zdążyłem już poznać rygor i srogość niemieckich więzień.

Słowo nawet ukradkiem zaledwie udało się tu przemówić do towarzysza niedoli. Pukanie w ściany było srogo i często karane, tym bardziej że trzeba było się strzec i wiedzieć, do kogo się puka i kto jest sąsiadem. Jeszcze w śledztwie będąc, próbowałem raz zapukać do sąsiada, a ten dał zaraz dzwonek i zameldował dozorcy, że ja pukam do niego, za co też zostałem ukarany odmówieniem obiadu. Karę tę dostałem jako po raz pierwszy, a za drugim razem grożono mi karcerem.

Na wolnej godzinie też nie było można przemówić, gdyż otwierano cele kolejno i jeden za drugim, po dziesięć kroków od siebie oddaleni, wychodziliśmy z celi i w takim porządku szliśmy z powrotem. A jak znalazł się jaki śmiałek, co przemówił, momentalnie został zauważony. Na razie nic mu nie mówiono, tylko nagle, nieraz na drugi dzień lub za dni kilka, zależało to od tego, czy było wolne miejsce, zabrano go do karceru.

Tak straszne było to życie w więzieniu niemieckim. Do tego trzeba jeszcze dodać głód, który dał się we znaki, grając odwiecznie swego marsza w czasie wojny. Można sobie wyobrazić, jakie życie tam więźniowie pędzili.

Nie chcę rozpisywać się szczegółowo, co tam za tortury przeżyłem, to tylko powiem krótko, że nieraz przypomniałem sobie te dobre czasy z rosyjskiego więzienia, gdy to „Beniek” przynosił mi „byki”, a gdy skwarki wyrzucałem jako hazer. Teraz lizałbym palce po tej kapuście ze skwarkami, która podczas pierwszego mojego pobytu w więzieniu mi nie smakowała. Tu gotowano suszoną kapustę i inne potrawy „głodowego wyrobu”.

Po pierwszej nocy tu spędzonej przebudzenie moje było straszne. Nie chciało mi się wstać, bo po co? Na to, by cały dzień cierpieć głód, patrzeć na cztery ściany grobu, albo tłuc się z kąta w kąt?

Jednak machinalnie na odgłos dzwonka więziennego wstałem w porę. Nie należało i to nawet do mojej woli. Musiałem co dzień wstawać po to jedynie, by zjeść przez cały dzień dwieście gramów chleba, wypić ćwierć litra kawy, zjeść na obiad jeden litr jakiejś zupy, a na kolację trzy czwarte litra zupy i tak codziennie to samo.

Po upływie dwóch miesięcy miałem już tego życia dość. Od chwili aresztowania myśl o ucieczce mnie nie opuszczała ani na chwilę. Tylko ta jedna nadzieja trzymała mnie przy życiu. Gdyby nie to, dawno bym sobie dyndał na kracie albo na centralnym ogrzewaniu, które zdaje mi się, w tym celu jest w więzieniach zrobione.

Przykład, jak się tak pozbawiać życia, dał mi niezadługo sąsiad. Kilka tygodni po moim tu przybyciu, pomimo srogiego rygoru, jaki tu panował, udało mi się z nim parę słów pomówić. Później zaś doskonale się już porozumiewałem pukaniem przez ścianę. Pewnego dnia z rana, gdy zapukałem do niego dwa razy, raz za razem, co miało znaczyć „dzień dobry”, nie odpowiedział mi. Zapukałem trochę głośniej po raz drugi, myśląc, że mnie nie słyszy. Głośne pukanie zaraz sprowadziło „anioła stróża”, a jak nie jego samego, to jego pomocnika, psa, wilka. Ten ostatni za najmniejszym szmerem zjawiał się i stawał pod drzwiami, poszczekując, przez co zaraz sprowadził swego pana. Znów mi nie odpowiedział i zaniepokoiłem się na dobre. Chwilę podsłuchiwałem pod drzwiami i stwierdziłem, że tam u niego w celi już są. Udało mi się też podsłuchać kilka słów. Był to głos felczera więziennego, który objaśnił mi wszystko.

Więzień ten miał lat około trzydziestu pięciu. Był z miasta Łodzi i siedział już dłuższy czas, ciesząc się nadzieją, jak mi mówił, że wojna się prędko skończy i jego uwolnią. Widać doczekać się tego nie mógł i powiesił się na kracie.

Po tym wypadku dłuższy czas spokoju już nie zaznałem. Zdało mi się, jakby ktoś ciągle mnie namawiał, abym poszedł jego śladem. Kto wie, czy bym tak nie zrobił, gdyby w moim życiu nie nastąpił niespodziewany zwrot.

Pewnego dnia zawezwano mnie na widzenie. O! Jakaż w tej chwili radość mnie opanowała, że jeszcze ktoś na wolności pamięta o mnie, ale kto to być może? Serce mi biło. Wywnioskowałem, że to wspólnicy pamiętają i czuwają nade mną. Otucha jakaś na nowo wstąpiła we mnie.

Na widzeniu stanąłem jak wryty. Poznałem od razu piękną siostrę jednego z moich wspólników, u którego jakiś czas mieszkałem. Było to osiemnastoletnie dziecko ulicy. Popłakała się biedna, gdy mnie ujrzała tak nędznie wyglądającego. Dała mi do zrozumienia, że pamiętają o mnie wspólnicy. Teraz już uwierzyłem, że oni myślą o moim uwolnieniu.

Po piętnastominutowym widzeniu wręczyła mi przez dozorcę małe zawiniątko i pożegnała słodkim uśmiechem, wymachując rękawiczką. Co nie mogła dopowiedzieć mi na widzeniu w obecności dozorcy, dopowiedziała rękawiczką, ja jeden tylko to zrozumiałem.

Życie w więzieniu, nikt na pewno nie wątpi, jest straszne, więc tym bardziej każdy zrozumie, jak wielka jest uciecha więźnia, gdy go nagle ktoś odwiedza z wolności, a do tego, gdy dana osoba daje mu nadzieję, że wkrótce będzie wolny. Kto taką chwilę przeżyje, nigdy jej nie zapomni...

Ja też, przyszedłszy z widzenia, skakałem niemal z radości. Więc nie jestem opuszczony przez wspólników, których już posądzałem, że o mnie zapomnieli! Gdybym nawet nagle odzyskał wolność, może by mnie to tak nie ucieszyło, jak ta nadzieja, którą mi dano.

Będąc wygłodniały, zabrałem się zaraz do jedzenia. Prawdę mówiąc, to do jedzenia nie było co. Nie pozwolono podać mi nic. Tylko dziewczyna ze łzami w pięknych oczach uprosiła zezwolenie podania mi tej małej paczki. Prawdopodobnie w czasie pokoju nie było wolno niczego podać, a cóż dopiero w czasie wojny, gdy artykuły spożywcze były na kartki.

Rzuciłem się na to z wilczą żarłocznością. Najpierw ostrożnie zjadłem dwie tabliczki czekolady, później pudełko sardynek i kilka pomidorów. Wszystko oddał mi dozorca pokrojone w kawałki. Następnie zacząłem wędrować po celi, gryząc kawałki cukru.

Przyznam się, że zwątpiłem w to, czy dobrze zrozumiałem, co ona pokazała mi rękawiczką, zrozumiałem bowiem, żebym dobrze uważał przy jedzeniu, że tam coś podano.

Zjadłem już wszystko to, co było można zjeść. Dozorca mi to wręczył i kazał zaraz zjeść. Pozostało mi z trzydzieści kawałków cukru w kostkach i nic takiego jeszcze nie znalazłem. Zacząłem się niepokoić. Może dozorca znalazł to i ona naraziła mnie tylko na niebezpieczeństwo. Wtem ugryzłem cukier i natrafiłem nagle na jakiś przedmiot. Tak, włos angielski151 był już w moim posiadaniu. Ucieszyłem się niezmiernie tym odkryciem. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że należy tego szukać w kostkach cukru. Zacząłem teraz starannie oglądać każdą kostkę cukru. Stanąłem przy samych drzwiach, tak by przez judasza nie mógł mnie nikt podglądać. Odkryłem jeszcze osiem kawałków włosa i „gryps”. To wszystko tak po mistrzowsku było zamaskowane w kostkach, że ledwie po dłuższej obserwacji zauważyłem, w jaki to sposób było włożone. Przeczytałem gryps wielkości bibułki od papierosa. Było tam pismo małymi literami, szyfrem znanym tylko mnie i wspólnikom.

Powtórzę tu dosłownie treść grypsu:

„Staraj się być w karcu na drugi tydzień w czwartek, zrób tam kratę, a gdy zegar wybije godzinę dwunastą, wyleź śmiało. Po lewej ręce w samym rogu parkanu przy szpitalu będzie linka. Czuwaj”.

Zrozumiałem, że muszę tu dobrze znać rozkład tego więzienia i że trzeba się tak urządzić, jak mi kazano. Więc od dziś za kilka dni będę znów wolny? A jak się nie uda?... Nie chciałem w tej chwili myśleć o tym. Wiedziałem już, co mnie czeka, gdyby się nie udało. Zakują mnie w kajdany na nieokreślony termin i dadzą karcer przez cały miesiąc na chleb i wodę. Widziałem takich śmiałków przez okno, gdy ich prowadzono na spacer. Zdawało mi się, że gdyby mi założono te kajdany na ręce i nogi, z samego strachu umarłbym.

Starannie „zamelinowałem” włosy, jedyną nadzieję mojej wolności. Począłem teraz rozmyślać, jak się zabrać do tego. Od jakiego przestępstwa zaczynać, by się dostać do karcu, ale żeby czasem nie przeholować, wtedy bowiem zakują ręce i nogi i nic już nie zrobię w karcu. Tej nocy smaczniej spałem. Nadzieja odzyskania wolności uprzyjemniała mi sen.

Dzień już zaświtał. Słońce powolnie przenikało do mojej celi. Zdrowodajne promienie zakradały się przez żelazne kraty, jakby się wstydziły zajrzeć do tej nory i spojrzeć na mnie pełnym blaskiem. Zdawało mi się, że jestem już wolny, że czerpię pełną piersią wolne powietrze. Doleciał mniej zapach łąk, pól i lasów, a gdy za chwilę ocknąłem się z marzeń, widziałem się znów pośród czterech ścian mojego grobu, przed kratami nie do przegryzienia.

Jednak wstałem tego dnia z większą ochotą do życia. W moim nieszczęściu, mówiłem sobie, jestem jeszcze szczęśliwy, choćby dlatego, że mnie tu umieszczono na czwartym piętrze, w celi, gdzie słońce często, choć ukradkiem, odwiedza mnie, gdzie mogę czasami niepostrzeżenie wyjrzeć na ulicę i oglądać ludzi wolnych, jak i pięknie wystrojone kobiety. Ach! Te kobiety... one są marzeniem więźnia po utracie wolności, one są dla więźnia całym jego wspomnieniem, do nich więzień tęskni aż do bólu fizycznego, przez nie dziewięćdziesiąt dziewięć procent staje się więźniami...

Człowiek, który wegetował długie lata za kratami, ten tylko jest zdolny pojąć i ocenić wartość kobiety. Gdyby nie ona, więzienie byłoby mniej straszne, a wolność mniej ceniona... Zapytywałem razu pewnego więźnia, co by jeszcze zapragnął od życia. Przesiedział on już dwanaście lat, a miał jeden wyrok na bezterminowe więzienie i na dodatek z innych spraw dano mu jeszcze czterdzieści dwa lata. Odpowiedział mi:

— Raz jeszcze... pocałować kobietę, a później umrzeć.

Do tego stopnia kobiety są cenione niemal u wszystkich więźniów, bez względu na charakter przestępstwa, za które pokutują. Ba, nawet żonobójcy piszą tu wiersze o miłości. Zdaje mi się, że zagalopowałem się i zaczynam znów filozofować, gubiąc temat, więc wracam.

Gdy ubrałem się, stanąłem w oknie, patrząc w przestrzeń, w stronę, gdzie stał jakiś komin fabryczny. Wciągnąłem w płuca świeże powietrze, które sprawiło mi ulgę w cierpieniach. Myślałem tylko o ucieczce. Lecz im bardziej zastanawiałem się nad pomysłem, który mi podano, tym trudniejszy mi się wydawał do urzeczywistnienia.

Pomyśleć tylko, że okno okratowane grubymi prętami, że straż czuwa w dzień i w nocy. Drzwi mocno zaryglowane i zamknięte. Walka toczyła się w moim umyśle, czy ten plan, który wspólnicy podali, jest w ogóle wykonalny, czy nie lepiej szukać własnego planu? Chodziło mi o to, że gdy narażę się już na karcer, mogą mnie pomieścić akurat nie tam, gdzie oni mi wskazali. A wtedy co? Po odsiedzeniu już nie pójdę do tej samej celi, z którą się już tak zżyłem. Zdawało mi się, jak i każdemu więźniowi, że właśnie jego cela jest najlepsza i że słońce wyjątkowo tylko do niej zagląda.

W więzieniu staje się człowiek nieufny nawet wobec własnych myśli. Jeden pomysł odpycha drugi, tak, że wreszcie nie jest on zdolny na żadne decydowanie. Dręczy go też przy tym żądza walki.

Takich uczuć i ja doznałem, pragnąłem coś dokonać, bić, mordować. Starczyło jednak, aby pan Aufseher ukazał się w mojej celi, a stanąłem wtedy pokornie jak baranek przy ścianie, nie śmiąc nawet głośno oddychać. O! Jakże wtedy uczułem swoją nicość i niemoc! Jestem tego pewny, że gdyby tak można myślami uśmiercić człowieka, to na pewno ten Aufseher, gdy wszedł do celi opukać kraty czy też na rewizję, albo tak sobie, by mi trochę zagrać na nerwach, nie wyszedłby z niej cały.

Myślami dokonywałem strasznych rzeczy, aby wolność osiągnąć, a ręce wieszały się jednak bezwładnie jak u trupa. Wyrzucałem sobie nieraz własne tchórzostwo, wszakże na nic nie mogłem się zdecydować.

Trzy dni tylko pozostało mi do oznaczonego terminu, był już wtorek, od dnia widzenia upłynęło dni sześć. Przez ten czas ani razu nie wytarłem kurzu. Pragnąłem, aby pan Aufseher wziął mnie na oko.

Tak też było. Rano obejrzał porządek w celi, a czynił to zawsze we wtorek. Robił też często niespodzianki w inne dni. Począł mi pokazywać kurz, to na półce, to na piecu i pod łóżkiem, grożąc mi, że zakuje w kajdany i pośle do karcu, o ile jeszcze raz taki nieporządek zastanie.

Odpowiedziałem mu, że kurz dzisiaj dobrze wytarłem. Naumyślnie to zrobiłem, by go tym podrażnić. Niemiec, zły, pociągnął mnie za ucho do centralnego ogrzewania.

— Co to jest! — krzyknął groźnie, nabierając na palce kurzu, a widząc, że milczę, otarł palce silnie o mój nos.

W mnie krew zawrzała, miałem ochotę złapać mojego stałego prześladowcę za gardło i raz skończyć z tym wszystkim. Jednakże przypominając sobie, o co idzie, że tu w grę wchodzi wolność i że mogę gwałtownością zepsuć całą sprawę, uspokoiłem się.

Tegoż dnia obiadu za karę nie dostałem. Głodny i smutny poszedłem tego wieczora na mój barłóg z postanowieniem, że jutro na nowo muszę coś przeskrobać i z tymi myślami zasnąłem.

Rano na spacerze zacząłem rozmawiać do więźnia, który szedł przede mną. Ten nie odpowiadał mi. Widziałem, że Niemiec mnie już zanotował. Rozmawiałem więc sobie dalej, lecz więzień milczał jak mur. Niemiec, widząc, że rozmawiam bez krępowania się i wyzywająco, krzyknął, bym natychmiast przystanął. Zbliżył się do mnie i groźnie zapytał:

Was hast du gesprochen? Weist du nicht, dass das sprechen verboten ist?152

— Prosiłem, by mi dał popalić papierosa — odparłem głupkowato.

Niemiec aż podskoczył ze złości i krzyknął:

Weist du nicht, dass das Rauchen hier verboten ist, du Lump? Wie lange sitzt du hier?153

— Trzy miesiące — odparłem.

Drei Monate, und weist nicht, dass das Rauchen verboten ist? Im Arrest hast du schon gesessen?154

— Nie jeszcze — odparłem.

Jetzt wirst du sitzen155 — odparł ironicznie i kazał mi iść przed sobą. Zaprowadził mnie tam, gdzie były karce. Karce mieściły się w suterenie, w samym rogu gmachu, o jakie trzy kroki od parkanu.

Zrozumiałem też, że na szczęście trafiłem do ostatniego karcu przy szpitalu, o którym wspólnicy wspomnieli. Było tu sześć karców. Trafiłem, że akurat stały próżne. Wszystko jakby mi teraz sprzyjało, bo nieraz bywało, że sąsiad, słysząc, że ktoś piłuje kratę, zaraz dzwonił, wołając dozorcę. Tu byłem sam oddalony od ogółu.

Za jakąś godzinę zawołano mnie do kancelarii, gdzie dostałem trzy dni karceru i z powrotem odprowadzono mnie do tegoż karceru. Dziwna rzecz, teraz głodu nie odczuwałem, choć byłem od wczoraj bez obiadu i od dziś skazany tylko na czterysta gramów chleba dziennie i na wodę, nie myślałem wcale o jedzeniu. Cała moja dusza i całe moje „ja” było zajęte jednym, żeby jak najprędzej doczekać się jutra dwunastej godziny w nocy. Każda minuta wydawała mi się latami. Zanim zegar wybił kwadranse, pięciominuty, zdawało mi się, że upłynęły wieki całe.

Całą noc nie spałem, nad ranem jednak zasnąłem. Dzień cały, który przeżyłem w oczekiwaniu na noc, wydawał mi się dłuższy niż te dwadzieścia lat, które na świecie przeżyłem.

Nareszcie światło dzienne zaczęło ustępować, a zmrok coraz więcej wypełniał karcer. Tym razem ciemność sprawiła mi większą ulgę. Zbliżała się chwila mojego zbawienia albo też zupełna zguba, gdyby mi się nie powiodło.

Przez cały czas mojego pobytu w więzieniu ani razu nie pomodliłem się. Usta nie chciały wymawiać słów modlitwy, jednakże teraz, gdy zbliżała się tak poważna chwila, udałem się o pomoc do Boga, choć sam nie wiem, czy w ogóle kiedyś w niego naprawdę wierzyłem... Czy człowiek szczerze wierzący w Boga może zostać zbrodniarzem?

W całym swoim życiu, nawet podczas nauki w jeszywecie nie modliłem się tak gorąco i szczerze jak teraz. Modliłem się dość długo, przysięgając sobie, że o ile uda mi się stąd wyjść, stanę się uczciwym człowiekiem i nigdy, przenigdy już z kodeksem karnym nie będę miał nic wspólnego. Zegar więzienny począł wybijać godziny. Podniosłem głowę i nasłuchiwałem. Dziewięć tępych i obojętnych uderzeń zegara odbiło się o moją duszę. „Co się ze mną stanie za trzy godziny?” — pomyślałem. Tak, zbliża się stanowcza chwila zbawienia. A gdy się nie uda? Wtedy straszne, wolne konanie czeka mnie tu przez długie lata, a jedynym ratunkiem, który mi jeszcze wtedy pozostanie, będzie pójść w ślady nieszczęsnego sąsiada...

Należało się wziąć do dzieła. „Włosy” już sobie w dzień przygotowałem, na ich końcach przymocowałem patyczki, o które postarałem się poprzednio. Niepokój mnie teraz ogarnął. Musiałem skupić całą siłę woli, by opanować trapiące mnie zwątpienia. Najpierw należało rżnąć kratę, która oddzielała mnie od okna.

Karcer był urządzony tam w ten sposób: cela miała długości dwanaście stóp, a szerokości siedem stóp. Była przegrodzona na pół żelazną kratą od sufitu do samego dołu. Więźnia wpuszczano tam przez małą furtkę znajdującą się w kratach. Stała tam nara murowana z cementu, dzbanek na wodę, kibel i gałgan do wycierania kurzu. Okno zaś było w drugiej połowie celi. Gdy dozorca wszedł do celi, stał właśnie z tej strony krat, a więzień za kratą wyglądał jakby jakieś zwierzę w menażerii.

Zrobiłem pierwszą kratę, przy której mi pękły dwa włosy, pozostało jeszcze siedem, z przerażeniem pomyślałem, co to będzie, gdy mi wszystkie włosy popękają przed skończeniem pracy. A tu trzeba było oprócz tej kraty przerżnąć jeszcze o wiele grubszą.

Wtem usłyszałem otwieranie bramy żelaznej na korytarzu i kroki rozległy się głuchym, grobowym echem i zbliżyły się ku mnie. Od strachu włosy na głowie stanęły mi dęba. Wszakże byłem na tyle przytomny, że prędko ułożyłem się w pozycji śpiącego, zastanawiając się, co tu się stać mogło, że o tej porze idzie ktoś do mnie. Nasłuchiwałem, ktoś zbliżył się do karceru, stanął przy drzwiach i podsłuchiwał. Potem ktoś walnął pięścią w drzwi, nie odzywałem się, walnął po raz drugi i zawołał mnie po nazwisku.

Po chwili odezwałem się.

Gut, gut, kannst weiter schlafen156 — rzekł do mnie i słyszałem znów, jak kroki oddaliły się.

Domyśliłem się, że to jakiś litościwy Niemiec przyszedł sprawdzić, czy się jeszcze nie powiesiłem, co się często w karcach zdarzało.

Nie było minuty do stracenia. Przelazłem zaledwie przez kraty na drugie pół celi i jak najciszej wdrapałem się na okno. Nasłuchiwałem, co się dzieje na tym podwórku, lecz prócz ciężkiego stąpania straży więziennej nic nie doleciało do mych uszu. Wytężyłem wzrok, lecz nic zobaczyć nie mogłem.

Ostatnia krata była po wielkich trudach zrobiona.

Teraz strach i trwoga mnie ogarnęła, tak że na przejście przez otwór brakło mi już odwagi.

Pomyślałem, co będzie, zanim się dostanę tam do rogu parkanu. Straż więzienna spostrzeże mnie albo, co gorsze, wspólnicy nie dotrzymają słowa, a zbawcza linka nie będzie przerzucona. Co wtedy będzie? Żadna inna myśl nie miała w tej chwili do mnie dostępu. Pot kroplisty zalewał mi oczy, czułem też, że teraz nie ma czasu do namysłu i wahania. O naprawieniu tego, co już się dokonało i położeniu się spać nie mogło być mowy, trzeba było tu przymusowo działać dalej.

Zegar wybijał punktualnie dwunastą.

Zdobyłem się wreszcie na odwagę, wytknąłem głowę za kratę i obejrzałem się po stronach, a następnie, podpierając się całym wysiłkiem rękoma, wysunąłem się na ziemię, która była równo z oknem. Leżałem tak chwilę, potem podniosłem głowę, ale nic nadzwyczajnego nie spostrzegłem. Prędko podczołgałem się na brzuchu do wskazanego mi miejsca i już leżałem przy parkanie. Wszakże bałem się jeszcze podnieść głowę, by zobaczyć, czy jest zbawcza linka, bałem się, żebym czasem nie doznał zawodu. Podniosłem nareszcie głowę i nic, wyżej spoglądałem i tu też nic nie było.

„Przepadłem” — przemknęło mi przez głowę. Chciało mi się w tej chwili krzyczeć, płakać, tłuc głową o ścianę. Przerażenie doszło do tego punktu, że groziło mi utratą przytomności, byłem zgubiony. Jeszcze chwila, a wszystko spostrzegą. Patrzyłem na wartownika, który stał wsparty na karabinie o jakieś dwieście kroków ode mnie, niedaleko latarni. Zdawało mi się, że on wciąż na mnie patrzy. Zamarłem w bezruchu, przylepiony do rogu muru, nie wiedząc, co robić ze sobą. Na szczęście mur był pobielony, a ja ubrany tylko w bieliznę, więc stojąc przy murze, nie mogłem być z daleka widziany. Do tego też końca wartownik nie dochodził, bo tu więźniowie zupełnie nie siedzieli.

Za chwilę usłyszałem poza murami turkot dorożki. Drgnąłem i cały zamieniłem się w słuch, słyszałem, jak stanęła tuż niedaleko. Przez myśl przesunęło mi się, że to na pewno oni, że spóźnili się, a teraz przybywają. Wtem linka uderzyła mnie tak silnie w głowę, że niemal nie krzyknąłem z bólu. Uchwyciłem się kurczowo za koniec linki i w panicznej trwodze, wysilając się, wciągnąłem się. Trzymano ją tam mocno, a co kawałek zrobiony był węzeł. Więc już bez trudności znalazłem się na parkanie i nie patrząc na znaczną wysokość, machinalnie zeskoczyłem na dół i czułem, że wpadłem w jakiś rów.

Za chwilę zarzucono na mnie bez słowa płaszcz i wrzucono do dorożki, która ruszyła momentalnie z miejsca.

Byłem uratowany, w objęciach wspólników. Z nadmiaru szczęścia rozpłakałem się. Wspólnicy zaopiekowali się mną i zawieźli do pewnego domu, gdzie oddano mnie pod opiekę starszej kobiety. Tam też przebywałem trzy tygodnie, zanim przyszedłem do siebie. Potem wyrobiono mi znów „lewy gryps”157 i opuściłem Vaterland, przeklinając w duchu, żem tu przyjechał.

Z wyjazdem do kraju musiałem być bardzo ostrożny. Niemcy porozsyłali za mną listy gończe. Sam tu czytałem o swej ucieczce. Opisano ją zupełnie inaczej niż w rzeczywistości było.

Tak zakończyły się moje krótkie znajomości z Vaterlandem, a kto wątpi w prawdziwość tego, co powyżej opisałem, trudno, nic więcej na razie nie mogę powiedzieć. Wystarczy, że twierdzę, że to jest fakt z mojego nędznego życia. A z jakiego więzienia uciekłem, musi ta wiadomość pozostać tylko dla mnie, bo i tak już zdaje mi się, że za wiele o ucieczce powiedziałem...