XLII
Minął tak cały miesiąc. Pewnego dnia zostałem zawezwany do prokuratora Lichnera. Gdy stanąłem w jego gabinecie, siedział on pochylony nad papierami, podniósł głowę i utkwił we mnie wzrok, aby zobaczyć, z kim ma do czynienia. Był to oficer w średnim wieku, wysokiego wzrostu, o nieprzyjemnej twarzy, z nosem czerwonym, nosił binokle. Cała fizjonomia i ruchy jego przypominały lisa. Po chwili obserwowania rozpoczął badanie.
— Proszę sobie dokładnie to przypomnieć, gdzie wy byliście wieczorem o godzinie dwunastej dnia drugiego listopada. Muszę to dokładnie wiedzieć — dodał stanowczym, chrapliwym głosem.
— Ja? Tak, przypominam sobie. Właśnie o tej godzinie byłem tu, w Łomży i okradłem prowianturę, za co już otrzymałem od sądu wojennego dwa lata Gefangnis167 — odparłem śmiało.
Prokurator zerwał się ze swego miejsca, stanął, kilka razy zdejmował binokle, to znów je nakładał, przypatrując mi się bystro i z całym natężeniem. Starałem się wytrzymać jego wzrok i nie zmieszać się przed jego badawczym spojrzeniem, po chwili mnie zapytał:
— Wiele168 wam już lat?
— Dwadzieścia lat — odparłem.
— Wiele razy byliście już karani?
— Pierwszy raz — odparłem śmiało.
Znów mi się przypatrywał i rozkazał swojej sekretarce, która siedziała obok przy maszynie, żeby to zanotowała, następnie niespodziewanie mnie zagadnął:
— Czy wy byliście kiedyś w miasteczku T.?
Tu tak bystro wpatrywał się oczyma we mnie, jakby mnie chciał nimi przebić na wylot.
— Tak, znam to miasteczko — odpowiedziałem.
— Jak dawno, jak wy tam byliście?
— Może dwa lata, a może już więcej, dokładnie już tego nie pamiętam.
Sekretarka na maszynie pisała moje odpowiedzi.
Znów przypatrywał mi się chwilę, uśmiechnął się i kazał mi usiąść, co też nieśmiało uczyniłem, następnie poczęstował mnie cygarem, które przyjąłem, myśląc w duchu, że za nie dostanę od kucharzy „dolewkę”.
Zadał mi jeszcze inne pytania, które nie miały nic wspólnego ze śledztwem, co bardzo mnie dziwiło, ale o tym tu się rozpisywać nie myślę i będę tylko mówił, do czego on dążył.
Trzeba tu wiedzieć, że ten sam prokurator był od początku, gdy tylko Niemcy zajęli miasto, panem sprawiedliwości, sędzią śledczym, sędzią i prokuratorem, wszystkim w jednej osobie, istna „chodząca sprawiedliwość”. Gdy dał komu wyrok, śmiał się, że o ile mu się nie podoba, to może apelować do pana Boga. Opowiadało mi o tym kilku więźniów, którzy zostali przez niego skazani, a z którymi spotykałem się w ustępie albo rozmawiałem przez okno, kiedy stał „dobry” żołnierz na posterunku.
Zrozumiałem od razu, o co mu chodziło, a udawałem, jakbym się niczego nie domyślał.
Wtem niespodziewanie znów zagadnął mnie:
— Czy wiecie, że w miasteczku T. okradziono w nocy drugiego listopada Bauamt169 i zabrano tam ogromną sumę pieniędzy przygotowaną dla trzech tysięcy robotników pracujących przy budowie mostów, szosy itd.?
— Nic o tym nie słyszałem — odparłem. — Mówiłem, że tej nocy okradłem prowianturę i zostałem zaraz aresztowany.
Uśmiechnął się do mnie szyderczo i odparł:
— Nie przyznałeś się do tej kradzieży, więc ty tam może nie byłeś?
— Jak to? A dwa lata za co dostałem? O ile nie byłbym winien, sąd niemiecki na pewno by niewinnego nie skazał.
Zdaje się, że nawet uśmiechnąłem się wtedy przy tej odpowiedzi, a on zagryzł wargi, co doskonale zauważyłem.
— A jednak wiem, że ty byłeś w T. i to jeszcze z dwoma z Warszawy, gdy okradziono Bauamt. Ja już jestem na śladzie — dodał.
— Panie prokuratorze — rzekłem śmiało. — Czarodziejem nie jestem, bym był widziany i bym mógł się przenieść z miejsca na miejsce, o ile dostałem dwa lata za to, że o godzinie mniej więcej dwunastej w nocy do drugiej dokonałem tu kradzieży, nie mogłem dokonać o tej samej porze kradzieży w miasteczku T., które, jeśli się nie mylę, jest stąd oddalone o pięćdziesiąt wiorst, a wiadomo, że koleje ani samochody tam nie kursują, a aeroplanem tam na pewno nie przybyłem — dodałem.
Prokurator, widząc, że nie daję się złapać, coś na ucho szepnął sekretarce. Ona się roześmiała, a później zwrócił się do mnie z zapytaniem, czy nie jestem głodny, czy w więzieniu dają dosyć jeść?
Zrozumiałem znów, do czego dąży i odparłem:
— Pan prokurator lepiej wie ode mnie, że w więzieniu puchną i umierają z głodu.
— Ach, tak — odparł. — Ja o tym nie wiedziałem, a ty, widzę, dobrze wyglądasz, od dziś każę tobie przynosić obiad z kasyna, o ile macie pieniądze.
Własnym uszom nie dowierzałem. Albo żartuje, albo go źle zrozumiałem. Jednak powtórzył to po raz drugi.
— Tak, mam sześć i pół marki i dwieście dwadzieścia trzy ruble, które odebrano mi przy aresztowaniu.
— Te pieniądze są skonfiskowane — odparł — ale jak wam podadzą pieniądze z domu, to pozwolę wam codziennie z kantyny dostarczać obiad.
— Nie mam domu i nikogo, żeby mi podawał obiad — odparłem.
Popatrzył na mnie chytrze i zapytał:
— A narzeczona z Warszawy może wam podawać?
Drgnąłem. Czyżby on wiedział o Lizie? Ona coś działa na pewno źle na moją stronę. Tu przypomniały mi się jej groźby, gdy się z nią rozszedłem.
— Nie mam tam żadnej kobiety, a ta, którą miałem, każdy ją może mieć — odparłem.
— Ach tak? Wcale o tym nie wiedziałem. Ale szkoda mi was, chciałbym wam pomóc. Wiem, że niewinnie zostaliście skazani na dwa lata. — Tu znacząco spojrzał na mnie i ironicznie uśmiechnął się. — Więc słuchaj, co powiem, potrzebny mi jest zdolny człowiek w więzieniu, na którym mógłbym polegać, a dostanie on dubeltowe życie i codziennie dwie godziny Freistunde, o ile dobrze się wywiąże z tego, co mu zaproponuję, postaram się także o łaskę i wolność dla niego. Wiem, że wy jesteście niewinny. — Tu odchrząknął. — No jak, przystajecie na to, co wam teraz powiem?
Myślałem, co on może chcieć ode mnie, na pewno chce dostać mnie w łapy za ten Bauamt, postanowiłem być ostrożnym, nawet na myśl mi nie przyszło to, co od niego usłyszałem.
— Słuchajcie uważnie — rzekł do mnie, przy tym kazał mi przybliżyć się do siebie. — Wiem, że jesteś mądry chłopak i ja takich lubię i mam nadzieję, że się akuratnie wywiążesz, a wtedy pomyślę o tobie... Chcecie być agentem w policji? — niespodziewanie zapytał.
Drgnąłem. Ja i agent, śmierci spodziewałbym się prędzej niż tego pytania, ale nic nie rzekłem, chcąc wysłuchać, do czego on właściwie dąży i kiwnąłem głową, a on ciągnął dalej:
— Wsadzę was do jednej celi do pewnego więźnia, a wy od niego starajcie się dowiedzieć, za co on siedzi i kto z nim był na tym napadzie i jakie jeszcze napady zrobił i gdzie. Wy dacie znać sierżantowi, a on mi już zatelefonuje. Wtedy was zawezwę do siebie, a gdy dobrze się wywiążesz z tej sprawy, to cię zwolnię i zrobię agentem. Tak zrób, żeby on się nie zmiarkował, że ty go śledzisz, ty możesz mu też opowiedzieć naumyślnie o kradzieżach, tak aby mieć jego zaufanie, zrozumiałeś?
— Tak, panie prokuratorze — odparłem, zapalając się do jego polecenia — ale pan prokurator zapomniał, że o ile on będzie wiedział, iż ja dostaję dubeltowe porcje i Freistunde, czego żaden więzień nie dostaje, to od razu się zmiarkuje i nie będzie do mnie nic mówił, a nawet może mnie zabić, o ile to jest bandyta.
Prokurator roześmiał się.
— Tak, jesteś mądry, dobrze mówisz, ja o tym nie pomyślałem, że masz Judas-Kopf170. Z ciebie będzie dobry agent. Więc teraz zrobimy w ten sposób, że jako skazany z sądu wojennego możesz dostać spacer, a podczas spaceru będziesz mógł zjeść obiad w dyżurce, a nikt o tym się nie dowie. Gdy się już dowiesz, co nam potrzeba, to znów pójdziesz do osobnej pojedynki, a tam będzie ci mógł sierżant podawać, dopóki cię nie zwolnię. Myślałem, tyś mądry, a ja też niegłupi, to co myślisz, już na początku przejrzałem.
Dał mi jeszcze kilka wskazówek i zostałem z powrotem odprowadzony do więzienia.
W więzieniu „Zdrajca” uśmiechnął się do mnie poufnie, pomimo że już przedtem zdążyłem dwa razy dostać od niego kilka bykowców za rozmowę przez okno. Teraz u siebie nasmarował mi kawał chleba z masłem, przełożył kiełbasą i podał kubek kawy. Rzuciłem się na to, a on przy jedzeniu bacznie mnie obserwował, klepiąc przyjaźnie po plecach. Następnie zaprowadził mnie do celi nr 253, gdzie siedział rzekomy bandyta, z którego miałem wydobyć zeznanie.
Lokator celi nr 253 bardzo się ucieszył, gdy mnie spostrzegł, przywitaliśmy się, miał około trzydziestu lat, był wysokiego wzrostu, o chytrym spojrzeniu, dla sprawnego oka przestępcy wystarczyło, by poznać w nim zawodowego agenta tajnej policji. Teraz tym bardziej utwierdziłem się w moich domysłach, do czego pan prokurator dąży.
Niemcy często praktykowali to, że wsadzali agenta na parę dni do celi, ten czy się coś naprawdę dowiedział, czy też nie, świadczył potem, jak prokurator chciał. Więc obawiałem się, że choć nic mu nie wyznam o okradzeniu Bauamtu, jednak może na lewo opowiadać, żem się do tego przyznał. Usiadłem na łóżku, rozmyślając, co mi należy uczynić. Towarzysz niby był trochę zakłopotany, następnie zwrócił się wesoło do mnie:
— Nie martw się pan, teraz we dwoje171 będzie nam klawo, a za co pana wtrynili?
— Za kradzież!
— Czy już po sprawie? — badał dalej.
— Tak!
— A wiele panu dali?
— Dwa lata przez sąd wojenny.
Tu zrobił wesołą minę.
— Co to jest dwa lata, mnie czeka ot to — tu pokazał ruchem na gardło — i się nie martwię. Raz się człowiek urodził i raz kojfnie. Ale cieszy mnie choć to, że już niejednego wyprawiłem na tamten świat — dodał tajemniczo.
— A za co pan teraz siedzi? — starałem się zapytać spokojnie.
— Za pięć napadów, ale jeszcze na to dość czasu, by opowiedzieć. Tylko nie smuć się — dodał cicho — mortusu172 tu nie będziem mieli, mam zaszyte pieniądze, a żołnierze przyniosą wszystko do jedzenia.
Myślałem, trudno, trzeba parę dni tu siedzieć i zobaczyć, co będzie dalej, a wtedy ja się z nim tu załatwię i śmiać mi się chciało w duchu z tego kawału, zobaczymy, kto kogo w butelkę nabije. Trzeba tymczasem skorzystać z okazji i trochę się podreperować. On ma forsę, a ja wiedziałem już od drugich więźniów, że za pieniądze, o ile stoją dobrzy żołnierze, to sprzedają chleb, marmeladę i inne rzeczy. Więc postanowiłem się nie zdradzać, że wiem, kim on jest.
Za jakąś godzinę po obiedzie przyszedł „Zdrajca”, przyniósł papier i odczytał, że jako skazanemu przez sąd wojenny przysługuje mi Freistunde dwie godziny dziennie i że od jutra od godziny drugiej do czwartej będę spacer dostawał.
Udawałem, że bardzo się ucieszyłem tą nowiną. Zauważyłem też, jak „Zdrajca” z moim towarzyszem zamienili porozumiewawcze spojrzenie ze sobą.
Gdy wyszedł z celi, towarzysz mój wyciągnął spod siennika ze dwa funty kiełbasy, chleb i miód i kazał jeść, jakby swoje.
— Dziś wieczorem — mówił — to mam świeże dostać. Dałem Niemcom dziesięć marek. Wszystko będzie dobrze, porozmawiamy sobie, a mam dobry pomysł, który nam obu się przyda.
Przy jedzeniu opowiadał mi o sobie i dał mi do zrozumienia, że stąd można „najechać”173 i wyłożył mi swój plan. Następnie zaczął mi opowiadać swoje zbrodnie z przeszłości.
Myślałem, że trzeba jemu też coś „zalać” i opowiedziałem mu zmyśloną kradzież, której rzekomo dokonałem w Warszawie. Wypytywał mnie dokładnie o szczegóły. Zachęcał do jedzenia i tak zabawiliśmy do wieczora na rozmowie, na której czas prędko przeleciał. Postanowiłem nie nalegać tak bardzo i mieć się więcej na baczności.
Na drugi dzień nastąpiły pytania jeszcze więcej natarczywe niż poprzednio. Widać, że nie chciał długo tu ze mną siedzieć. Miałem ochotę w nocy tego gada wziąć i udusić, bo w otwarty sposób nie dałbym mu rady.
Jednakże postanowiłem być ostrożny i nie zdradzić się z tym, że wiem, kim on jest, iż jest szpiegiem. Odpowiadałem na pytania najspokojniej, co mi się ledwo udało.
Tak upłynęły trzy dni, na spacer nie poszedłem, nie chciałem skorzystać z tych przywilejów, bo wiedziałem, że dziś, jutro i tak mnie przymkną. W czwarty dzień objaśnił mi towarzysz, że miał dobry sen i że może dziś zawezwą go na śledztwo.
Tak też było, on doskonale wiedział, że go zwolnią. Po obiedzie zawołano go i już nie wrócił. Spodziewałem się tego. Przypomniałem sobie całą rozmowę z nim od pierwszej chwili i byłem zadowolony z siebie, że nic takiego mu nie powiedziałem.
Na drugi dzień rano przyszedł „Zdrajca” do celi i udawał zdziwienie, że tu siedzę sam. Uśmiechnął się i popatrzył na mnie bystro, po czym poczęstował mnie cygarem, mówiąc, że podobam mu się i jak chcę, to mi da Żyda do celi, żeby mi się nie przykrzyło.
Zapytałem go śmiało, czy też bandyta, roześmiał się i powiedział, że tym razem nie bandyta, że tylko szmugler. Jednak prosiłem go, by mi pozwolił siedzieć samemu.
Od dnia tego stał się „Zdrajca” dla mnie bardzo względny, nawet schwycił kilka razy na oknie i nie bił mnie. Wiedział, że ze mną mu się nic nie udało, był zadowolony.