XLIII

Przyszedł rok 1917. Zaraz po Nowym Roku więzienie objęły niemieckie władze cywilne. Główne więzienie, dwa skrzydła pojedynek męskich były już gotowe i poczęto nas przebierać w ubrania aresztanckie. Przesadzono każdego do pojedynki. Zaraz od pierwszego dnia poznałem rygor, jaki się zaprowadza. Przyjechał tu z Niemiec Oberaufseher174 Schreiber i dozorca Ról175. Oni to zaczęli wprowadzać rygor jak w niemieckich więzieniach. Nieraz więźniowie żałowali rządów „Zdrajcy”, bo co teraz nastąpiło, było wprost nie do wytrzymania.

Za rządów „Zdrajcy”, gdy na warcie stali dobrzy żołnierze, można było przez okno rozmawiać. Ze względu na kobiety, z którymi oni romansowali, dali i nam spokój. Kobiet wtedy w całym więzieniu było siedem. Chodziły po całych dniach na spacerze. A w nocy, gdy udawałem się do ustępu, sam kilka razy widziałem, że karabin tylko stał oparty o celę zamiast wartownika, a Niemiec był w środku i...

Jak już wspomniałem, co czternaście dni zmieniała się warta, a żołnierze chodzili do cel kobiet, nie krępując się nami. Niejednemu z więźniów kobiety podawały palenie, które było srogo zabronione i ujmowały się za nami. Przypomina mi się też heca o palenie, o której muszę tu wspomnieć.

Obok mnie siedział jeden więzień, postarał się od kobiety o papierosa, nie zdążył jeszcze popalić, gdy „Zdrajca” wpadł do jego celi, pociągnął nosem i zadał mu pytanie po polsku, gdyż nauczył się już kilku słów:

— Palić?

— Nie, panie.

— Palić! — krzyknął groźnie.

Więzień nie przyznawał się. „Zdrajca” zaczął tego więźnia rewidować i odkrył papierosa palącego się w ręce.

— Palić? — pytał go teraz, pokazując mu dym od papierosa snujący się z jego ręki.

— Nie, panie.

Niemiec począł go okładać bykowcem i krzyczeć, jakby go ze skóry darli.

— Palić! Palić!

Więzień nie przyznawał się.

Nareszcie „Zdrajca” bierze papierosa z jego ręki, przykłada mu pod sam nos i krzyczy:

— Co to jest?

— Nie wiem, panie.

Niemiec, myślałem, że się wścieknie, jednak Bończuk, bo tak się nazywał, nie przyznał się. Zbił go niemal do utraty przytomności i wyszedł z celi, przeklinając upartość Polaków.

Jednakże od tego dnia „Zdrajca” sam mu dawał czasami papierosa i prymki176, a kazał mu również dawać „dolewkę”.

Zaraz po objęciu więzienia przez władze cywilne zmniejszono nam porcje chleba do siedemdziesięciu pięciu gramów dziennie. Spacer zaczęto dawać po piętnaście minut dziennie. Spacer ten to tylko była okazja, by mieć za co karać i bić więźniów.

Wiadomo, że więzień mimo zakazu starał się przemówić do drugiego podczas spaceru, a to srogo karano, jednym słowem stało się gorzej. Nie ja byłem tam wyjątkiem, wszyscy więźniowie przewracali się wprost z głodu.

Podczas spaceru Ról stał pośrodku „Rajskiego podwórka”, a trzydziestu więźniów partiami kręciło się wkoło niego, jeden od drugiego o dziesięć kroków. Ręce musiał mieć więzień założone w tył. Co parę minut Ról podawał nam komendę:

Achtung177!

Więźniowie momentalnie musieli stać, a nie daj Boże, by odstęp nie był równy, bił on wtedy więźnia do utraty przytomności, gdy zaś więźniowie stanęli, podawał znów komendę:

Mütze ab178!

Wszyscy jednocześnie zrywali czapki z głowy.

Mütze auf179!

Więźniowie wkładali czapki.

Tak codziennie podczas piętnastominutowego spaceru w kółko szukał on okazji, by do kogoś się przyczepić.

„Zdrajca” był w porównaniu z Rólem człowiekiem litościwym. Wyobrażam go sobie tak, jakby „Wampir z Düsseldorfu”180 był jego synem, albo jakby on sam nim był. Wyglądał na lat czterdzieści, słusznego wzrostu, brunet, wąsy nosił po angielsku. Chodził z fajką w ustach, sztywny, jakby kij połknął, a twarz jego zdawała się zawsze wyrażać zdziwienie. Mówił chrapliwym głosem.

Bił strasznie i torturował więźniów za byle jakie przewinienie. Z jakąś sadystyczną rozkoszą upajał się jękami katowanych. Podczas egzekucji mierzył w najboleśniejsze miejsce. Oczy jego iskrzyły się wtedy jakimś osobliwym, niedającym się określić blaskiem. Szatański uśmiech wykrzywiał wtedy jego zwierzęce usta. Brak mi słów, by tego potwora w ludzkim ciele określić. Wystarczy, jeżeli powiem, że ten niemiecki nasz wychowawca podczas egzekucji był raczej podobny do średniowiecznego kata niż do człowieka z dwudziestego wieku i do tego urodzonego „w kulturalnym Vaterlandzie”.

Nie! Tu zupełnie nie przesadzam w określeniu go. Do dziś dnia na samo wspomnienie, co więźniowie od niego wycierpieli, dreszcze mnie przechodzą po całym ciele. Nieraz bił mnie do utraty przytomności, do dziś dnia noszę na sobie ślady jego katowskiej dłoni, mam bębenek w lewym uchu pęknięty.

Jestem tego zdania, że więzień, który przesiedział rok podczas okupacji w więzieniu, piekła się już nie zlęknie. Ról tu był naprawdę samowładnym panem życia i śmierci, był też i naczelnik, ale nikt z więźniów go nie widział nigdy, nawet kary dyscyplinarne przysyłano więźniowi zaocznie, nie pytając go ani słowa.

O ile czasami więzień próbował hardo się postawić, czując się skrzywdzonym, natychmiast zlatywała się ich cała gromada, a wtedy był bity i kopany do utraty przytomności, o czym na własnej skórze się przekonałem. A jeżeli więzień umarł po takiej kaźni, pewno pisali w raporcie, że powiesił się, co się często tu zdarzało. Nie było nawet tygodnia, by się ktoś nie powiesił. Nikt się już nigdy o tym nie dowiedział, w jaki sposób niektórzy umierali. Grube mury „Czerwoniaka” i lochy podziemne potrafiły wchłonąć w siebie tę tajemnicę śmierci, nie dzieląc się tym z nikim. Straszne, włosy mi teraz dęba stają na głowie, gdy to piszę. Moje oczy patrzyły na tę bezradną mękę.

Ról przychodząc na służbę rano, przynosił pęk witek moczonych w wodzie, a do wieczora miał wszystkie potrzaskane. Gdy bił, starał się bić po twarzy, jęki katowanych i wołanie „o Jezus” było słychać niemal co chwilę z innych cel. Przed Rólem drżeli niemal dozorcy, Polacy, których było tam już kilku. Ci ostatni starali się ulżyć więźniom, w czym tylko mogli.

Muszę tu także wspomnieć ze wstydem, że było tam dwóch podłych dozorców Żydów, a nawet po nazwisku muszę tu tych nazwać: Lipszyc i Lustig. Ten ostatni to był istny typ „Judasza”, miał służbę tylko po nocach, od apelu wieczornego do rana. Więźniowie zadowoleni, że Róla nie ma, wieczorem często ryzykowali oknem wyglądać. A Lustig po cichutku podchodził do judasza i zapisywał numer celi. Przez tego gada i ja kilku obiadów nie dostałem i kilka razy siedziałem w karcu po siedem dni.

Co prawda wolałem być w karcu niż w celi, tam przynajmniej dostawałem ze czterysta gramów chleba i wody.

Trzeba było się kłaść spać o godzinie czwartej po obiedzie, musieliśmy leżeć do dziewiątej rano, siedemnaście godzin i to o głodzie w zimnej celi, co za męki przechodziłem, a gdy więzień próbował wstać, to Lustig go zaraz sobie zanotował, a kara była już pewna.

Rano dawano nam ćwierć litra kawy, a na obiad litr śmierdzącej kapusty, o godzinie czwartej kartoflanka, albo raczej woda od kartofli i siedemdziesiąt pięć gramów chleba, na raz ugryźć. Wystarczy, gdy powiem, że do oddziału, gdzie siedziało sto osób, garbaty więzień nosił chleb dla wszystkich w małej skrzynce, na sznurku przez ramię przewieszonej. Jak cień garbus ten przesuwał się od lufcika do lufcika w drzwiach, gdzie chleb kładł bez słowa. Przy kolacji zaraz musiał więzień wypić zupę i wyłożyć łyżkę i ubranie, łyżkę, którą teraz już każdy miał.

Tak przyszedł luty i pewnego dnia Ról otworzył niespodzianie drzwi mojej celi i zapytał, czy chcę groch przebierać. Oddech mi zaparło, myślałem, że on drwi ze mnie, groch przebierać, dopiero bym się tu najadł — pomyślałem. Ról zapytał po raz drugi, na co naturalnie przystałem. Za chwilę przyniesiono mi cały worek grochu, który w przeciągu dwóch tygodni miałem przebrać. Nie zdążył jeszcze zupełnie przymknąć celi, a pomimo jego zakazu, bym nie jadł grochu, bo będzie ważył go przy odbiorze, dopadłem do worka i całą garść grochu sypnąłem do ust. Groch był twardy, więc sobie na noc wsypałem do miski i nalałem wody, a rano groch był miękki.

Nastał teraz dla mnie lepszy czas, głodny już nie byłem. Nie mogłem też wytrzymać, bym nie poczęstował towarzyszy niedoli i nie podawał im grochu. Na tym oddziale, gdzie byłem, na trzydzieści pojedynek kilku nas tylko dostało groch do przebierania.

Niemcy, gdy dali komu pracę, to szukali takiego więźnia, który by był dobrze zbudowany, nawet do przebierania grochu. Wyjątku nie robili. Ponieważ jeszcze źle się nie trzymałem, zostałem wyróżniony i dano mi groch.

Wychodząc na spacer, ukradkiem towarzysze błagali mnie o groch, podając mi chusteczki, a ja z prawdziwym poświęceniem podawałem każdemu, kto mnie tylko prosił, nie patrząc, co będzie później. Nie mogłem patrzeć na tych ludzi wyniszczonych, ledwo włóczących nogami. Gdy zaś byłem w celi, pukano do mnie ze wszystkich stron, bym podał grochu.

Wieczorem z cel nade mną leżących spuszczano „windy” i woreczki, a ja podawałem, ile tylko mogłem. Tak z worka dwa i pół cetnarowego pozostało mi na drugi tydzień zaledwie z ćwierć worka. Tak źle i tak niedobrze – pomyślałem — i tak będzie brak przy wadze, więc rozdałem niemal wszystko. A gdy pewnego dnia usłyszałem, że Ról chodzi już zbierać groch, cały zadrżałem. Co prawda nabrałem sił trochę od grochu i byłem gotowy na wszystko...

Za chwilę drzwi się u mnie otworzyły.

Erbsen181! — krzyknął groźnie Ról. Twarz miał zeszpeconą, gniewną. Przeklinał, że u drugich już brakowało po trzydzieści funtów do wagi.

Słysząc to, nie wiedziałem, co mam robić, niemalże traciłem przytomność umysłu.

Ról widząc, że nie ruszam się z miejsca, zrobił krok do celi i krzyknął po raz drugi. Instynktownie przytuliłem się do kąta, tak żebym mógł się skryć przy ścianie, gdyby mnie chciał bić. Ról spojrzał na mnie strasznym wzrokiem i krzyknął:

Du verfluchter Jude, bist du noch frech? Wo sind die Erbsen?182

Wtem spojrzał na stół, tam w worku było zaledwie dziesięć funtów grochu. Twarz Róla w tej chwili wyrażała więcej zdziwienia niż gniewu i bez słowa zaczął mnie okładać bykowcem. Podniosłem taki krzyk, że z kancelarii wszyscy urzędnicy przybiegli. Ról musiał zaprzestać egzekucji i tylko ograniczył się do tego, że natychmiast zakuł mnie na ręce i nogi i tak rzucono mnie do karcu.

Więźniowie byli tak przygnębieni, że słysząc, iż kogoś biją, nie śmieli się wcale odezwać. Ci, co mi pomagali groch zjeść, nawet nie odezwali się, gdy mnie katował. Skończyło się na tym, że czternaście dni siedziałem w karcu, a Ról miał mnie już odtąd na oku.

Właścicielem tego życiodajnego grochu, jak się później dowiedziałem, był pewien ziemianin niedaleko mieszkający. On to dał na początku sto cetnarów do przebierania za pewną opłatą, a odebrał tylko pięćdziesiąt cetnarów, resztę zjedli. Po tym wszystkim groch dano do przebierania tylko kobietom, których już teraz było sporo, bowiem przyszedł transport kobiet z „Pawiaka”.

Raz na miesiąc prowadzono też nas do łaźni, która była oddalona ze trzy wiorsty od miasta. Dzień ten był wielkim świętem dla nas, bowiem krewni i znajomi aresztantów odprowadzali każdą partię tam i z powrotem. A gdy byli dobrzy żołnierze, pozwalali podawać nam coś do jedzenia. Tego dnia niemalże każdy podjadł sobie, bo jeden drugiemu udzielał, gdyż i tak nie było wolno do więzienia brać. Żołnierze pilnowali, by ze sobą nic nie brać, obawiając się kozy.

Tu trzeba przyznać żołnierzom niemieckim, że niemal każdy posterunek niemiecki, co nas prowadził do łaźni, a było ich z piętnastu na jedną partię, pozwalał rozmawiać i przyjmować jedzenie. Bardzo współczuli nam.

Łaźnia trwała niemal cały dzień. Wychodziliśmy z więzienia o godzinie dziesiątej rano. Tam dopiero więźniowie na zmianę pompowali wodę, potem dopiero była łaźnia.

Niemcy, którzy obsługiwali łaźnię, byli bardzo złymi ludźmi, bili też więźniów za byle co. Ubrania wszystkie zostały wzięte do parowania, a gdy więzień nie odnalazł na czas ubrania z pieca albo nie podał prędko, oberwał zawsze szturchańca.

Najgorzej zaś było, gdy musieliśmy zaraz z łaźni wyjść na mróz i stać, zanim stu ludzi ustawiono w szeregi po czterech. Co prawda, mieliśmy koce ze sobą, jednakże jeden więzień się przeziębił i umarł po tej łaźni.

Taki tryb życia prowadziliśmy w tym przeklętym „Czerwoniaku”.

Trzeba przyznać, że ubranie więźniowie dostawali dobre, podobno zostało po Rosji. Bieliznę dostawaliśmy co tydzień, skarpetki, chustki do nosa i chustki na szyję, a nawet ci, co pracowali, otrzymywali ciepłą bieliznę. Ale głód był straszny.

Naczelnikiem był oficer niemiecki, nazywał się Ring, ten mało co interesował się więźniami. Czasami tylko urządzał sobie małą rozrywkę w ten sposób: zachodził do próżnej celi, kładł aresztancką czapkę na głowę i wyglądał oknem, wołając różne imiona. Gdy zaś który się odezwał, zapisywał go, by ukarać karcem.

Później, gdy się więźniowie połapali, kto to woła: Stasiek, Franek, Maniek, nie odpowiadali już na wołanie, a trzeba wiedzieć, że tam skrzydła pojedynek stoją naprzeciw siebie, więc dlatego, gdy włożył czapkę aresztancką, myśleli, że to więzień.

Pewnego razu przebrał się nawet w ubranie aresztanckie. Idąc do łaźni, musieliśmy przejść przez korytarz, skąd prowadziły drzwi do kancelarii. Naczelnik w przebraniu wkręcił się niespostrzeżenie między nas, owinięty kocami na głowie. Wszakże fortel mu się udał, ale niezupełnie. Korytarzowy ostrzegł nas, a my żołnierzy, by nie dopuszczali nikogo do nas. Dopiero gdy stanęliśmy na miejscu, zrzucając z siebie koce, krzyknął na więźnia, by mu ściągnął więzienne ubranie, stanął w swojej całej okazałości, ze szpicrutą w ręku, wodząc dumnie oczyma wokoło nędznych więźniów, jakby tym dokonał wielkiego czynu bohaterskiego.

Następnie wypadł z łaźni, zawołał kilku Niemców i kazał aresztować wszystkie baby, które oczekiwały na nas. Popędził wszystkie do więzienia, może z pięćdziesiąt osób trzymał ze dwie godziny w jednej dużej celi, a gdy podniosły krzyk, wypuścił.

Ten sam pan naczelnik co chwila zmieniał sobie kucharkę, którą wybierał z kobiet aresztantek. Rzecz naturalna, że brzydkich kucharek nigdy nie brał. A miał z czego wybierać, bo kilka kobiet było bardzo urodnych, ale o tym jeszcze później wspomnę.