XV

Po roku nieobecności znów przyjechałem na święta Paschy do domu. Wszyscy byli ze mnie zadowoleni, nawet siostrzyczka, która przyszła na świat w czasie mej nieobecności, też zdawała się uśmiechać do mnie. Matka patrzyła na mnie jak na jaki skarb, ciesząc się, żem dość poważny jak na swój wiek, tym bardziej, że dobra opinia przyszła za mną z jeszywetu. Widziałem, że czuje się szczęśliwa, patrząc na mnie. Ach, biedna matka, nie domyślała się, jakie syn wówczas już prowadził życie. Dobroć i zaślepienie macierzyńskie nie pozwoliły jej spostrzec zła, które już we mnie zapuściło swe korzenie. Pamiętam, jednego razu coś zbroiłem i siostra matki poczęła mnie strofować. Słysząc to, matka natychmiast upomniała się za mną. Wtedy tamta odpaliła:

— Ty mu za dużo pozwalasz. Zobaczysz, że wychowasz go jeszcze na katorżnika.

Boże, co to wówczas było, matka rzuciła się na nią i gdyby ona nie uciekła, kto wie, na czym by się ta awantura skończyła. Po tym zajściu dłuższy czas ze sobą nie rozmawiały. Tak broniła mnie matka przed jakimkolwiek zarzutem.

W domu naszym, o ile pamiętam, zawsze najweselszymi świętami była Pascha. Jeździliśmy wówczas w gości do krewnych, a ja do znajomych ojca, wyznania nieżydowskiego, dokąd też nieraz nosiłem dla poczęstunku macę i wino, za co w zamian otrzymywałem ładne owoce i jaja pomalowane na różne kolory.

Pamiętam dobrze ten podniosły nastrój, jaki panował u nas w pierwsze dwa dni świąt przy obrządku „sejder” (uczta wieczorna). Ojciec siedział zawsze na honorowym miejscu, oparty na śnieżnobiałych poduszkach, w pozycji półleżącej, według wymagań. Matka, jako królowa tego święta, cała w bieli, siedziała po lewej stronie ojca, my zaś, dzieci, na pół śpiące, siedzieliśmy przy nich, śledząc każdy ich ruch z zaciekawieniem i naśladując w wykonaniu. Po każdym kilkuminutowym opowiadaniu ojca o wyzwoleniu z niewoli „egipskiej” popijaliśmy smaczne wino. Ach! Piękne to wspomnienia z lat dziecięcych, lat bez troski, lat, które nigdy już nie wrócą... Wiele takich wspomnień mam przed oczyma, ale po cóż je wygrzebywać z pamięci i czuć się jeszcze więcej nieszczęśliwym niż obecnie. Wszystko zostało stracone bezpowrotnie.

Jedno jeszcze zdarzenie z lat dziecięcych wygrzebuję z pamięci. A było to tak:

W roku 1905 podczas świąt Paschy bawiłem się z nierozłącznym towarzyszem zabaw Frankiem i jego siostrą Władką. Częstowaliśmy się przy tym specjałami świątecznymi.

W pewnym momencie zapadła decyzja, iż urządzimy zabawę w rodzaju wojny polsko-rosyjskiej. Naturalnie Franek mianował się dowodzącym wojsk polskich, składających się z około dwudziestu dzieci żydowskich i gojów. Ja musiałem przynieść z domu kilka skrzynek po drożdżach, z których porobiliśmy szable. Do reszty skrzynek przywiązaliśmy sznurki i zaprzęgliśmy „konie”. Miały one służyć za wozy do amunicji, którą znowu zastępował piach i kamienie. Jedną ze skrzynek napełniliśmy macą mającą imitować niedostępne suchary, bo Franek uznał, że to na wojnie jest koniecznie potrzebne.

Od Wodza dostałem rozkaz zamienienia się w konia i to nie zwykłego, lecz dla wodza. Byłem z tego zaszczytu naprawdę dumny, na dowód czego rżałem na całe gardło i wyrzucałem nogami tak, że wódz chwalił mnie i ledwo mógł mnie utrzymać za kantar48, który założony miałem na szyję. Dowództwo nad obozem rosyjskim objęła Władka, blondynka o wesołym, łobuzerskim spojrzeniu. Trzymała nas dość krótko, tak że jednogłośnie powierzono jej to stanowisko, nie zważając, że jest dziewczyną.

Terenem, na którym się miała odbyć wojna, był obszerny rynek. Nareszcie po kilkugodzinnym szykowaniu się z obu stron, na co spoglądały nieomal wszystkie starsze dzieci z miasteczka, zawrzał przed wieczorem bój. Po kilku minutach obrzucania się nawzajem kamieniami i piachem ruszyliśmy do ataku na Rosjan. Powstał krzyk, pisk i tumult. W rezultacie Władka razem ze swym koniem, za którego służył jej niestety także Żydek, została wzięta do niewoli, z chwilą tą cała jej zdezorganizowana armia dostała się też do niewoli. Franek jeździł dumnie, a ja, chcąc udawać, jak przystoi na konia, wodza i zwycięzcę, rzucałem głową, nie mogąc ustać na jednym miejscu.

Po skończeniu bitwy Franek zaśpiewał: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ja, mimo zakazu Franka, że jako koń nie mogę się posługiwać mową, tak byłem upojony tą zabawą i zwycięstwem, że zacząłem mu wtórować, sam nie rozumiejąc, co za znaczenie posiadają te słowa.

Wtem pieśń się urwała, ktoś za mną krzyknął z bólu. Uczułem, żem jest wolny od cugli. Nie zdążyłem się wszelako oglądnąć, co się stało, gdy ktoś mnie ciągnął, bijąc po plecach. Krzyknąłem z bólu i upadłem na ziemię.

Leżeliśmy obaj z wodzem, a ktoś okładał nas batem. Był to strażnik Matwiej, postrach naszego miasteczka.

Po wymierzeniu nam kilku nahajek podniósł nas brutalnie i uchwyciwszy za kołnierze zaprowadził do domu, spisując protokół, a gdy rodzice wręczyli mu rubla, zniszczył go, zapowiadając rodzicom, by nas pouczyli, że podobnych pieśni nie wolno śpiewać. Zastrzegł przy tym, że gdy jeszcze raz zaśpiewamy, to nas zastrzeli.

Tak się zakończyła nasza wojna. Zamiast ogłoszenia nas zwycięzcami, zhańbiono nas batem... Oprócz tego mój ojciec, jak i Franka, musieli zapłacić za kilka szyb, które w czasie naszej wojny kamieniami wytłukliśmy.

Za motyw do naszej zabawy posłużyły nam manifestacje, które kilka dni temu odbyły się w naszym miasteczku, zorganizowane przez patriotów polskich, a przede wszystkim przez ziemiaństwo, które poubierane w stroje narodowe, chodząc śpiewało pieśni narodowe.

Po niejakim czasie policja miejscowa i żandarmeria, która stała w naszym miasteczku z powodu bliskości granicy niemieckiej, rozpuściła pogłoskę między Żydami, że Polacy zabierają się zrobić pogrom na Żydów, dlatego przyjdzie pułk kozaków, by do tego nie dopuścić. Było to wierutne kłamstwo, gdyż współżycie nasze było nader życzliwe. Jak się potem okazało, pogłoskę tę rozpuścili jedynie dlatego, by uzyskać sprzymierzeńców w rzekomych walkach z Polakami.

Polacy jednak, nie zwracając uwagi na pułk kozaków, zwołali powtórny manifest, tym razem o wiele większy. Podczas pochodu kozacy stali w pozycji wyczekującej, lecz nie zaczepieni przez nikogo, sami bali się sprowokować manifestantów. Później jeszcze było wiele manifestacji, po których Rosjanie kilku zacnych obywateli wywieźli w głąb Rosji, a między innymi i hr. K. Wszystkie te manifestacje ze względu na swój charakter utkwiły mi w pamięci, choć wówczas liczyłem dopiero osiem lat życia.

Drugiego dnia po świętach poszedłem z ojcem do kancelarii gminy, gdzie mi wydano dowód osobisty (paszport). Na moje pytanie, do czego mi będzie służył, ojciec wyznał wreszcie, że tymczasem pojadę do jeszywetu w B.49, by uzupełnić dotychczasowy zasób wiedzy.

Po powrocie do domu matka wezwała mnie do siebie. Podczas rozmowy zwróciła mi uwagę, że obecnie rozpocznę życie z dala od domu, bez opieki rodziców, zmuszony więc będę przyzwyczaić się do życia samodzielnego. Zaznaczyła przy tym, że do tego jeszywetu uczęszcza kuzyn, pod opieką którego będę pozostawał i który będzie mi pomagał w nauce.

W dwa dni później ojciec odwiózł mnie koniem do stacji K., skąd już sam rozpocząłem podróż do miejsca przeznaczenia. Miałem więc uczęszczać do słynnego jeszywetu utrzymywanego ze składek amerykańskich.

Pożegnanie moje z matką było nadzwyczaj serdeczne, ściskała mnie mnóstwo razy. Żegnając się, rzewnie płakała, wyczuła, że mnie już więcej nie zobaczy. Ostatnie słowa, jakie słyszałem od niej, to były ostrzeżenia:

— Pamiętaj, abyś był człowiekiem...