XVI
Do stacji K. jechaliśmy całą noc, popasując po drodze w kilku miejscach.
Nad ranem stanęliśmy przed zajazdem. Po ulokowaniu się poszliśmy z ojcem na ranną modlitwę do bóżnicy. Po powrocie i spożyciu śniadania udaliśmy się na stację. Po wykupieniu biletu ojciec wręczył mi go wraz z dwunastoma rublami, pouczył mnie jeszcze, jak się mam zachować w podróży, udzielił mi również kilku rad życiowych, przy czym dopiero teraz wyjaśnił mi, dlaczego jadę tak daleko.
Ojciec wiedział o moich wszystkich występkach, zaczynając od Turka, a kończąc na romansie z moją opiekunką.
Tym razem więc on był inicjatorem, żeby mnie wysłać do innego jeszywetu, przy czym powiedział mi, że matka o niczym nie wie, a nie opowiada jej tego, bo nie chce jej smucić, a z naciskiem dodał: „Czuję, że te pieniądze, co wydaję na ciebie, abyś został rabinem, są jakby rzucane w błoto”. To pożegnanie z ojcem było dla mnie nader przykre, jednak ucałował mnie, co mnie tak wzruszyło, że na głos rozpłakałem się.
Nareszcie pociąg ruszył z miejsca. Stałem przy oknie, patrzyłem na ojca, jak oddalał się szybko, widziałem dłuższy czas jego wysoką postać wyróżniającą się między ludźmi, w chwilę potem i on zniknął. Zrobiło mi się przykro, a stojąc przy oknie, rozmyślałem o matce, ojcu i swym rodzinnym mieście.
Po chwili usiadłem, rozglądałem się, czy nie zobaczę kogoś z „naszych”. Niestety, sami goje tam byli. Opanował mnie jakiś strach, ściskałem więc nerwowo swe walizki i siedziałem nieruchomo.
Nareszcie minęła pierwsza stacja, a mnie się nic złego nie stało między tymi ludźmi, ba, nawet jeden zaczął mnie wódką częstować, a był bardzo niezadowolony, że nie chciałem pić. Gdy natarczywość z jego strony nie ustawała, ze strachu wypiłem trochę, przy tym wyjąłem klopsa, dar matki, częstując go wzajemnie. Uprzedziłem go, gdyż zamierzał już poczęstować mnie szynką.
Nareszcie o godzinie dwunastej w nocy pociąg stanął na miejscu przeznaczenia. Nie zdążyłem wysiąść z wagonu, gdy usłyszałem, że ktoś mnie woła po imieniu. Rozglądając się, zobaczyłem tego, co mnie wołał, witając mnie, przedstawił się jako kuzyn. Po odebraniu bagażu rozglądałem się ciekawie, on zawołał na dorożkę i pojechaliśmy do miasta.
Kuzyn był ubrany po europejsku. Wyglądał na lat dwadzieścia cztery. Ze swej powierzchowności nie wyglądał wcale na przyszłego rabina. Po drodze zapowiedział mi, że mam go słuchać bezapelacyjnie, co mi się trochę nie podobało, ale nic nie odrzekłem. Nazajutrz wystarał mi się o stancję. Zamieszkałem u samotnej kobiety, której mąż był w Ameryce. Miałem swój pokój, stołowałem się na miejscu za wynagrodzeniem trzech rubli tygodniowo. Było mi tam dobrze. A jednak, gdy przyszedł mnie odwiedzić mój opiekun, chciał natychmiast mnie stamtąd zabrać, nie wiem, co mu się nie spodobało, lecz tej nagłej decyzji stanowczo się sprzeciwiłem.
Od chwili przyjazdu czułem, że mój opiekun nie był zadowolony z mego przybycia. Później się dopiero dowiedziałem, że z powodu swych miłostek nie miał czystego sumienia, nie chciał, by o tym w domu wiedzieli. Z tego powodu przyjazd mój nie był mu na rękę, a jednak później doskonale się zrozumieliśmy, wychwalaliśmy w listach jeden drugiego jak najlepiej.
Po kilku tygodniach uczęszczania do jeszywetu zabrałem się gorliwie do nauki, co pozwalało mi zapomnieć o samotności i rodzicach.
Większa część uczniów uczyła się samodzielnie. Było kilku „prusim” (takich, którzy opuścili żony, a nawet dzieci, by zagłębiać się w Talmudzie). Był także jeden „iłu”50 między nami. Przepowiadano mu większą karierę na polu rabinowskim, a nawet twierdzono, że będzie cadykiem. Był to fanatyk w wieku około dwudziestu pięciu lat, nadzwyczaj wynędzniały, przygarbiony skutkiem stałego schylania się nad Talmudem. Oczy iskrzyły mu się fanatycznie jakimś blaskiem, umartwiał swe ciało dwa razy tygodniowo, a nieomal po całych nocach można go było widzieć stojącego nad pulpitem z oczyma wpatrzonymi w Talmud. Za spanie starczało mu, gdy głowę oparł na księdze i zdrzemnął się trochę. Tylko w sobotę spał całą noc i jadł, jak należy.
Jedyny raz miałem sposobność z nim rozmawiać, mowa jego była łagodna, mówił stale o śmierci i o nicości tego świata. Lubiliśmy go wszyscy słuchać, lecz on nader niechętnie się wynurzał. Po sali przechodził cicho jak cień, starając się zawsze być najmniej widzianym, chował się w kącie przy samym ołtarzu i tam rozmyślał. Tylko w sobotę i święta opuszczał swe miejsce, by świętować według przykazań.
Do jeszywetu uczęszczało nas stu pięćdziesięciu. Mój kuzyn trzymał mnie przy sobie, objaśniając mi to, czego nie mogłem zrozumieć. I żeby nie on, to nie zostałbym ze swą wiedzą jeszcze tam przyjęty. Było jednak przyjęte, że starsi słuchacze trzymali na swą odpowiedzialność takich jak ja.
Jeszywet mieścił się opodal Dniepru. Rosajszywe był podobny do swego kolegi w Ł. jak dwie krople wody. Mazgijach51 był o piorunującym spojrzeniu, a szames dopełniał składu administracji tego domu.
Wykłady odbywały się raz na tydzień, czasami ten iłu wykładał „muser”52, wszyscy wtenczas ze łzami w oczach go słuchali. Gdy mówił, był raczej podobny do człowieka biblijnego niż z XX wieku. W wolnych chwilach zbieraliśmy się jak zwykle u szamesa, który sprzedawał te same smakołyki co w Ł. Można było dostać wszystko, zaczynając od gotowanego grochu, a kończąc na wątróbce gęsiej, nad program można było nabyć pieczone kartofle i placki gryczane. I tu było dużo uczniów bez „dnia”. Jednym słowem znalazłem się w tym samym środowisku, które niedawno opuściłem. Na podwórzu jeszywetu stała stara rudera, w której jedna połowa była przeznaczona dla ludzi bez „dnia” i nocy. Mogli oni tam na brudnym barłogu przenocować. Drugą połowę zajmował od wielu lat szewc, łaciarz, który za pięć kopiejek reperował obuwie przyszłym zbawcom Izraela.
Był to niegroźnie dziobaty, czterdziestoletni Żyd, bieda panowała u niego niezwykła, żona była podobna do niego, dzieci na szczęście nie mieli. Tym razem Bóg był sprawiedliwy, bo dziecko nigdy nie wychowałoby się w tym smrodzie. Był on gorliwym chasydem i zwolennikiem cadyka z Libawy, który obsadził go na tym stanowisku nadwornego szewca, nie zważając na biedę. Był zawsze wesoły. Żona jego prała biedniejszym uczniom bieliznę, handlując przy tym nadgniłymi owocami.
W domu nie posiadał żadnego sprzętu oprócz połamanego warsztatu, stołka i stołu, jakiejś skrzyni i kupki barłogu w kącie, umiał za to opowiadać o różnych cudach, jakich cadyk dokonuje, o czym ma się rozumieć lubiliśmy słuchać, jako przyszli zastępcy cadyków.
Pamiętam, jak go raz zapytano, dlaczego, gdy tak wierzy w cuda, nie prosi Boga lub cadyka, by stał się bogaty. Na to pytanie uśmiechnął się smutno i z przekonaniem odpowiedział nam:
— Nie jestem wart jego łaski.
Wówczas zażartowałem, stawiając mu takie pytanie:
— Reb Lejzer — (tak się nazywał) — gdyby cadyk z Libawy kazał wam stać się złodziejem, czy byście go usłuchali?
Spojrzał na mnie, a odkładając zabłocony chodak, który trzymał w ręku, po chwili namysłu odrzekł stanowczym tonem:
— Wszystko, co by cadyk rozkazał, bez wahania uczyniłbym.
Przerwałem mu:
— A nawet i hazer jeść?
Wszyscy się roześmiali.
— Tak — odrzekł. — Jednym słowem, wszystko najgorsze uczyniłbym, gdyby on rozkazał, nawet w ogień wskoczyć! A wiecie dlaczego? Bo on już najpierw wie, co z tego wyniknie, dlatego to, co rozkaże, jest na pewno dobre, choćby na razie wyglądało, że jest złe. Ot — dumał — gdybym miał teraz trochę czasu, opowiedziałbym wam o jednym wypadku.
My wszyscy, a było nas z dziesięciu, gdyż w piątek to było, a każdy tego dnia ma wolny czas, zaczęliśmy nalegać, aby nam opowiadał, więc ustąpił i kazał nam wierzyć, że to, co powie, jest prawdziwy fakt. Daliśmy mu słowo, że wierzymy we wszystko, co tylko opowiada i że śmiało może opowiadać, co też uczynił.