XVII
„W jednym dużym mieście w Polsce żył chasyd bardzo bogaty. Miał kilka fabryk i własny bank. Co roku na Jonim noroim (święta nowego roku i sądny dzień) jeździł do swego cadyka, któremu przekazywał poważne sumy na humanitarne cele, tak upływały lata. Pewnego roku przyjechał bardzo smutny na święta do cadyka. Po świętach miał już odjechać, gdy cadyk go błogosławił, rozpłakał się i zaczął mu opowiadać, że źle stoi w tym roku: stracił bardzo dużą część majątku i prosił o radę, w jaki sposób poprawić stan rzeczy. Cadyk spojrzał na niebo, a następnie przemówił do niego w te słowa:
— Słuchaj, Chaim, ja mam dla ciebie radę, że znów będziesz bogaty, ale wiem, że ty tego nie będziesz chciał zrobić.
Chaim odpowiedział:
— Rebe, o ile ja nie będę chciał uczynić tego, to ja nie chcę o tym wiedzieć...
Pożegnawszy się, wyjechał z powrotem do domu.
Na drugi rok znów przyjechał i rzucił się do nóg starca.
— Rebe, ratuj! Już większe pół majątku straciłem, co robić?
Cadyk kazał mu wstać i rzekł:
— Mówiłem ci, że mam jedno wyjście dla ciebie, ale przekonany jestem, że ty tego nigdy nie uczynisz, więc lepiej, żebyś nie wiedział o tym.
Chaim, ciągle smutny i przygnębiony, wrócił do domu.
Po roku znów przyjechał, wyglądał bardzo wynędzniały, upadł do nóg rebego.
— Rebe, już straciłem cały majątek, żona i dzieci wołają o chleb, nędzarzem jestem, ratuj!
Cadyk mu odrzekł:
— Przecież mówiłem ci już i mogę to powtórzyć!
— Rebe — wołał Chaim — rozkazuj, a wszystko zrobię, by nie umrzeć z głodu.
— Dobrze — odrzekł cadyk — więc słuchaj: Jedź do domu i stań się złodziejem!
— Złodziejem mam być? — krzyknął. — Nigdy, przenigdy, umrę z głodu z żoną i dziećmi, a złodziejem nie będę...
— Powiedziałem ci — mówił rebe — że nie będziesz chciał tego zrobić, więc trudno, innego ratunku nie widzę dla ciebie.
Chaim wyjechał smutny i załamany z postanowieniem, że raczej zginie, a ręki nie wyciągnie po cudzą własność.
W domu upłynęło mu już dwa tygodnie od przyjazdu, żona i dzieci prosiły o chleb. Co robić? A tego by nie zrobił, ale żona, dzieci, cóż one winne? »Dla nich to muszę zrobić — myślał — nie mogę patrzeć na ich łzy«. Ale tu powstało u biedaka pytanie: »Jak ja się wezmę do tego, przecież na ulicy pieniądze nie leżą, żeby można było ukraść, więc nawet gdybym już zdecydował się, to nie potrafię... Ale cóż, trzeba próbować«. Najpierw pomodlił się, a później ubrał się odświętnie w pozostałą kapotę i sznurek rytualny do opasania się. Poszedł na strych, wynalazł kawałek gwoździa i czekał do północy. »Trudno, spróbuję«.
O północy, gdy udał się na wyprawę, całe miasto już spało. Czaił się przy murach domów, nareszcie z bijącym sercem zaczął przy jednym sklepie obmacywać zamek, nie wiedząc nawet, co robi. Wtem zamek się otworzył, wszedł więc do środka i wyciągnął z bufetu szufladę. Pełno tam było złotych, srebrnych i drobnych monet. Wyszukał miedziane pięć kopiejek i tak powiedział: »Boże! Pożyczam te pięć kopiejek na chleb, a gdy się wzbogacę, to oddam«. Z tym opuścił sklep. Rano, gdy właściciel wstał, narobił krzyku, gdyż zastał drzwi otwarte. Przybyła policja i okazało się, że brakuje tylko pięciu kopiejek. Policja łamała sobie głowę, co to może być.
Na drugą noc tak samo i tak po kolei, krzyk po mieście powstał, że co noc włamanie do innej firmy i nawet z żelaznych kas ginie tylko miedziane pięć kopiejek. To doniosło się do generała-gubernatora. Rozkazał on, by przy każdym sklepie postawić żołnierza na wartę, lecz i to nic nie pomogło. Pięć kopiejek jak ginęło przedtem, tak i teraz, a sztaby i zamki były otwarte. Generał-gubernator wydał rozkaz, żeby osobiście do niego przyprowadzić na śledztwo żołnierzy, co stali na warcie przy okradzionych sklepach. Żołnierz taki zaklinał się, przysięgał, że czuwał bezustannie, a nikogo nie zauważył. Generał postanowił rzecz sam wybadać. Wieczorem przebrał się za nocnego złodzieja i wyszedł na zwiady. Kroczył po bogatych ulicach, gdzie zwykle dokonywano pięciokopiejkowe kradzieże, nic nie spostrzegł. Już wracał do domu, gdy ujrzał Żyda, jak śmiało podchodził do sklepu jubilerskiego, żelazne drzwi momentalnie ustępują, a on wchodzi do środka.
Więc generał podążył za nim, widział, jak otworzył kasę ogniotrwałą, wyszukał pięć kopiejek i powtarzał jak zwykle, że pożycza tylko na chleb. A gdy się wzbogaci, to odda z procentem. Generał wsunął się po cichu za nim i kładąc mu rękę na ramieniu, rzekł:
— Nie lękaj się, ja też jestem złodziejem, więc jesteśmy koledzy po fachu i mnie nie powinieneś się obawiać.
Widząc, jak ten się przeląkł jego przybyciem, ciągnął dalej:
— Widzę, że potrafisz zamki otwierać, więc zróbmy spółkę. Na co ci brać po pięć kopiejek, nie bądź głupi. No, zgoda?
Żyd nie chciał się zgodzić, tłumaczył, że on nie jest żaden tam złodziej i że tylko pożycza i chciał wyjść. Generał wtedy rzekł do niego:
— O ile nie weźmiesz mnie za wspólnika, to cię wydam policji, jak wolisz?
Przy tym ujął go za kołnierz, ten nie chciał być skompromitowany, zgodził się pod warunkiem, że z tego sklepu nic więcej nie weźmie. Generał się roześmiał.
— Ja mam lepszą robotę, jak się tym razem uda, to będziemy najbogatszymi ludźmi w mieście, a więc słuchaj: już dawno szukam takiego jak ty, żeby potrafił być niewidzialnym i potrafił wszelkie przeszkody usunąć! Otóż znalazłszy ciebie, mój dawny plan wykonamy. W naszym mieście mieszka, jak ci wiadomo, generał-gubernator, bardzo bogaty. U niego w skarbie leży samą gotówką milion rubli, a drogich kamieni bez liczby, więc idźmy razem. Ja tam znam każdy zakątek w pałacu i wiem, gdzie skarbiec. Dostaniesz się do niego niedostrzeżony przez żołnierza, który pilnuje tego skarbu. Podzieliwszy się, zostaniemy bogatymi raz na zawsze, zgoda?
Żyd nie chciał się z początku zgodzić, lecz uległ pod różnymi groźbami. Udali się więc do pałacu. Po wejściu do środka generał wskazał mu drogę do skarbca, a sam został i przytuliwszy się do muru ogrodzenia, czekał jego powrotu. Po upływie pół godziny Żyd wrócił z niczym. Generał ze złości go spytał, co to ma znaczyć. Na to mu Żyd odrzekł:
— Byłem już przy samym skarbcu, wtem usłyszałem, jak człowiek wyglądający na lokaja rozmawiał z żołnierzem, który stał na warcie: »Gdy generał przyjdzie — mówił pierwszy — to mu dam herbaty lub kawy z trucizną. A później okradniemy skarb i uciekniemy za granicę«. Żołnierz się na to zgodził. Więc co ja miałem zabrać? Nie, nie mogę, lepiej napisać do generała, by nie pił herbaty. Wszak generał jest dobrym człowiekiem. Żal mi go...
Generał próbował jeszcze nalegać, by udał się z powrotem, ale nadaremnie. Nareszcie rzekł do niego:
— Ja z takim głupim złodziejem nie chcę już mieć nic wspólnego. — I rozeszli się.
Gdy generał przyszedł do pałacu, już dniało, wszedł do swego gabinetu i zadzwonił na lokaja, żeby mu dał coś do napicia. Lokaj zapytał, co generał sobie życzy: herbaty czy kawy?
— Herbaty — odrzekł generał.
Za chwilę podał mu herbaty, wówczas zapytał lokaja, czy ona jest dość słodka.
— Tak, jest — odrzekł lokaj, a generał, przeglądając niby papiery, rzekł niedbale:
— Skosztujcie!
Lokaj zawahał się, generał spojrzał na niego i groźnie wydał rozkaz, żeby skosztował. Ten chciał cofać się do drzwi. Generał krzyknął, na to wezwanie wpadło kilku żołnierzy, którym kazał natychmiast lokaja okuć w kajdany razem z żołnierzem, co stał przy skarbcu, a następnie podał psu trochę herbaty, by przekonać naocznych świadków. Pies nie zdążył połknąć, gdy momentalnie padł martwy na podłogę. Po tym zajściu generał wydał rozkaz, żeby posłać kilku żołnierzy po tego a tego Żyda, gdyż wiedział już, gdzie zamieszkuje. Gdy go prowadzili przez ulice, zakutego w kajdany, nikt ze znajomych nie mógł się domyślić, o co tego cnotliwego człowieka posądzają. Nikomu nie przyszło nawet na myśl, że jest to pięciokopiejkowy złodziej, którego policja tak długo tropiła. Gdy przedstawili go generałowi, rozkazał go rozkuć i spytał, czy go poznaje, ten odrzekł, że nie. Wówczas generał zwrócił się do niego z tymi słowami:
— Pamiętasz, dziś w nocy to ja byłem tym złodziejem, a następnie nadałem ci tu robotę u generała, którym jestem, chciałem cię wypróbować, to mi uratowało życie. Żeby nie ty, te łotry by mnie otruły, więc tobie zawdzięczam ocalenie. Za to ode mnie masz pół tych pieniędzy, to jest pół miliona rubli, tak jakbyśmy to ukradli do spółki.
Wręczył Żydowi zaraz te pieniądze i od tego dnia stał się on bogatszy, niż był przedtem. Pooddawał wszystkie pożyczki po pięć kopiejek z wysokim procentem.
Oto cel cadyka, który kazał mu stać się złodziejem. Już przewidywał, co z tego wyniknie. Przeto, gdy on rozkaże, co robić, choćby to chwilowo wydawało się niedobre, trzeba jednak bezzwłocznie wykonać”.
Wszyscy byliśmy zachwyceni tą opowiastką i mnie utkwiła ona w pamięci tak, że dosłownie ją powtórzyłem. Takie różne historyjki nam często opowiadał, a naiwnych słuchaczy nigdy mu nie brakowało.