XXII
Tak upłynęło parę tygodni. W domu tym czułem się więcej skrępowany niż w domu B. Panowała tu sztuczna powaga, jaką zwykle daje się zauważyć u dorobkiewiczów, małpujących arystokrację. Złośliwi szeptali sobie na ucho, że pan L. przed laty pracował u ludzi i że przez jakąś nieczystą spekulację doszedł do posiadania majątku pewnego szlachcica.
Piękna córka Sonia, osiemnastoletnia blondynka, jak przystało na latorośl dziedziców dużego majątku, nosiła się pysznie i chodziła sztywno, jakby „kij połknęła”.
W domu rozmawiała tylko po rosyjsku lub po francusku, tak przynajmniej domyślałem się, gdyż języka francuskiego wówczas jeszcze nie słyszałem. Jednak muszę przyznać, że duma i powaga, jakimi się przyoblekła, „pasowały” do jej osoby. Była jakby urodzona na wielką panią. Nikt by na pierwszy rzut oka nie powiedział, że jest semickiego pochodzenia. Wybitnej urody, jaką się odznaczała, nie powstydziłaby się niejedna księżniczka.
Przy stole zawsze siedziałem w pobliżu niej. Obserwowała mnie nieraz swymi dużymi, czarnymi jak węgiel oczyma, przed siłą ich spojrzenia musiałem zawsze rumienić się. Często też z tego powodu odchodziłem od suto zastawionego stołu głodny, gdyż sądziłem, że nie dość taktownie zachowuję się przy stole i że ona to zauważa.
Jak się spodziewałem, okazja do rozmowy z Sonią rychło się nadarzyła. Przychodziła bowiem często do pokoju, w którym uczyłem się, by korzystać z biblioteki tam się znajdującej. Pamiętam, gdy po raz pierwszy do mnie przemawiała, zapytując się o jakąś książkę, czułem się jak wniebowzięty. Później to zadowolenie miałem coraz częściej. Razu pewnego nawet zaprosiła mnie do swego pokoju, chcąc zapewne pokazać przepych, z jakim był urządzony. Poszedłem za nią nieśmiało i faktycznie zostałem olśniony tym, co zobaczyłem. Pełno tam było drogich dywanów, haftowanych poduszek i innych fatałaszków, nazwać ich nie potrafiłbym. Pośpieszyła Sonia objaśniać mnie, iż pokój jest urządzony w stylu wschodnim. Widząc zaś mój zachwyt, zapragnęła jeszcze bardziej zadowolić swą próżność, zaprosiła mnie więc, bym usiadł na jednej z poduszek.
Nie śmiąc odmówić, spełniłem jej życzenie i usiadłem „po turecku”. Śmiała się. Zaczęła żartować i nagabywać mnie dwuznacznikami. Jako nauczyciel religii udawałem, że nic z tego nie rozumiem, przeto milczałem.
Za chwilę wszedł student. Posypały się tłuste dowcipy jeszcze gęściej. Część z nich była skierowana pod moim adresem, które, chociaż częścią56 po francusku były wypowiadane, zrozumiałem z dość dużo mówiących gestów i mimiki.
Zdziwiony i zażenowany tym, co widziałem, siedziałem na tureckiej poduszce, nie śmiąc się ruszyć z miejsca. Jeszcze raz mogłem się przekonać, że pozory często mylą. Powaga i duma Soni były tylko udane.
Od tego dnia często już miałem możność rozmowy z obiektem mojej sympatii. Jeszcze bardziej zainteresowała się mną Sonia po wypadku, jaki się zdarzył wkrótce potem.
Obiad. Siedzimy wszyscy przy stole, wtem sługa wprowadza podróżnego. Spojrzałem w stronę przybyłego i... oniemiałem. Poznałem w nim leśnego kupca z naszego miasteczka, częstego bywalca i przyjaciela naszego domu. Zaraz też wzrok jego spoczął na mnie. Stał chwilę, niemniej ode mnie zdziwiony, a potem jak nie krzyknie:
— A ty co tu robisz?
„Nu — myślę — zginąłem!” Czułem, jak blednę i ciarki po mnie przechodzą. Przybyły zbliżył się i podał na przywitanie rękę. Uścisnąłem ją, nie pozbywając się wszakże jeszcze strachu.
Wszyscy ze zdziwieniem, w milczeniu obserwowali tę scenę. Nareszcie gospodarz go zagadnął:
— Skąd pan zna naszego nauczyciela?
— Jak to? — odparł zagadnięty. — Ja bym Szmula syna nie znał?
I tu zamiast zdemaskowania mnie, jakiego oczekiwałem, wyniósł mnie, jak to mówią, pod niebiosa, rozgadał się o moim pochodzeniu, o zamożności ojca, wspomniał nawet, że jako dziecko na rękach mnie nosił, jednym słowem z jak najlepszej strony przedstawił moją osobę słuchającym.
W trakcie tego opowiadania spojrzałem na Sonię. Spotkałem, jak mi się zdawało, jej wzrok taki serdeczny, ciepły i szczery, że aż mi serce zamarło z błogości uczucia...
Gdy minęło pierwsze wrażenie z tak nieoczekiwanego spotkania, skorzystałem ze sposobności, by rozmówić się z kupcem na osobności. Prosiłem go nade wszystko, by zamilczał o mojej ucieczce i okradzeniu ojca. Obiecał to, jednakże strofował za ucieczkę i za to, że do tego czasu nic nie napisałem ojcu. Opowiedział przy tym, że ojciec bardzo się martwi, lecz zapewne mi przebaczy, jeżeli go o to poproszę. W przeciągu paru dni, które tu spędził, potrafił mnie przekonać o konieczności napisania do ojca listu. Przyrzekłem, że to uczynię.
Wypadek ten spowodował, że wszyscy zaczęli na mnie inaczej patrzeć, uchodziłem bowiem dotychczas za sierotę niemającego rodziny. Co zaś najbardziej mnie uradowało, to widoczna przychylność, jaką zdradzała względem mnie Sonia.
Stosownie do danego przyrzeczenia zabrałem się do napisania ojcu listu. Włożyłem w pracę tę wszystkie swe zdolności pisarskie, jako też i tyle uczucia, że, zdawało się, kamienie by wzruszyć musiał, a cóż dopiero ojca. Dwa dni go potem nosiłem, nim zdecydowałem się wysłać. Czyż jestem w stanie opisać, z jaką niecierpliwością oczekiwałem odpowiedzi? Zapomniałem zupełnie, co mnie otacza, tylko o tym myślałem, jaka to będzie odpowiedź od ojca i czy w ogóle nadejdzie. Aż tu pewnego dnia, w tydzień potem przybiega do mnie rozpromieniona Sonia i wręcza list.
Drżącymi rękoma rozerwałem kopertę i cały zatopiłem się w czytaniu. Sonia przez ten czas usiadła obok i obserwowała mnie bacznie, chcąc z mojej twarzy wyczytać, jakie wrażenie wywrze na mnie treść listu. Wiadomość była dobra, więc podzieliłem się z nią.
Od tej chwili przyjaźń nasza z Sonią jeszcze bardziej się zacieśniła. Nie mówię już o tym, że i na jej rodzicach firmowa koperta wywarła dodatnie wrażenie, więc zyskałem na powadze.
Chodziłem już teraz często z Sonią na spacer. Przezywała mnie żartobliwie „rebe”. Przy stole nie krępowałem się już zupełnie i jadłem do sytości. W ogóle traktowano mnie w tym domu jako domownika. Nie od rzeczy będzie, gdy przytoczę tu następujący fakt.
Pewnego piątku zaszedłem do kuchni. Kucharka żartem poprosiła mnie, żebym poszedł do szopy po trochę drzewa, gdyż ona nie może odejść od garnków. Chętnie się zgodziłem. W szopie było ciemno. Gdy postąpiłem kilka kroków od drzwi, raptem poczułem, że tracę grunt pod nogami i wpadłem w dół...
Gdy odzyskałem przytomność, zobaczyłem, iż leżę już w moim pokoju, a wokół mnie stoją zgrupowani domownicy. Byłem mocno potłuczony. Okazało się, że otwór w lodowni nie był zasłonięty, a ja, nie zauważywszy tego z powodu gęstego zmierzchu w szopie, wpadłem na kupę lodu.
Wypadek sam w sobie był tragiczny. Później żartowano ze mnie z tego powodu jeszcze dość długo. Wtedy jednak, widząc mnie potłuczonego, otoczono troskliwą opieką i pielęgnowano. Kucharka płakała i prosiła o przebaczenie jej, twierdziła, że ona tu była przyczyną tego zdarzenia.
Choroba moja trwała kilka dni, oprócz potłuczenia przeziębiłem się, leżąc czas pewien na lodzie. Doglądano mnie jak własne dziecko, a najwięcej troskliwości okazała Sonia. Nie odstępowała mnie na krok. W domu nawet z tego powodu zaczęto z niej żartować, że jest zakochana w „rebem”. Najwięcej docinków pod naszym adresem rzucali bracia Soni.
Przyznać tu należy, że żartobliwe te uwagi były poniekąd słuszne. Od tego bowiem wypadku stosunki przyjaźni z Sonią stały się bardziej jeszcze zażyłe. Po moim wyzdrowieniu nie było dnia, byśmy nie udawali się we dwójkę na spacer, bądź to na łąki, bądź do lasu. Włóczęgi te przeciągały się nieraz do późnego wieczora. Trzymając się za ręce, często bez słowa jednego, bądź to brodziliśmy po wydeptanych przez letników ścieżkach, bądź odpoczywaliśmy na miękkiej, leśnej murawie, zasłuchani w szmer Niemna lub w tajemniczy szmer lasu, harmonizujący z naszymi uczuciami. Z rzadka tylko tę ciszę wieczorną przerywał ptak przebudzony lub echo głosu człowieka.
Czułem się szczęśliwy. Pokochałem Sonię gorącym uczuciem pierwszej, prawdziwej miłości.
Upłynęło parę tygodni. Częste nasze wycieczki zwróciły wreszcie uwagę domowników. Zabronili Soni sam na sam odbywać ze mną spacery. Mało to jednak zmieniło stan rzeczy. Po kryjomu w dalszym ciągu naznaczaliśmy sobie schadzki. Czyż mogło być inaczej? Nie mogłem się obejść bez tego, by tę dziewczynę przynajmniej kilka razy dziennie zobaczyć. We śnie i na jawie tylko o niej marzyłem. Szczęście moje tym bardziej się potęgowało, że pewny byłem wzajemności uczuć. Bardziej szczęśliwego człowieka nie wyobrażałem sobie pod słońcem.
A jednak przypadek zrządził, że złote sny rozwiały się jak mgła. Jak to było, opowiem.
Pewnego dnia nad wieczorem rozniosła się wieść po wsi, że zaginął jeden z letników. Chodziło tutaj o pewnego starca, właściciela jednego z banków w Kownie, który w rannych jeszcze godzinach udał się do lasu i do tej pory nie wrócił. Sądzono, że zabłądził. Postanowiono więc z całą wsią udać się na jego poszukiwania. Rzecz naturalna, że byłem jednym z pierwszych, należących do tej wyprawy. Sonia, jak czytelnik się zapewne domyśla, zaraz też znalazła się obok mnie.
Las napełnił się poszukującymi. Co chwila tu i ówdzie rozlegały się wołania: „uhu”, „uhu!” Echo podchwytywało te głosy i roznosiło je we wszystkich kierunkach, tworząc taki zgiełk, że zmarły by go usłyszał.
Zaginiony też, być może, słyszał ten rwetes, ale jakoś się nie odzywał... Zresztą nie będę długo tu o nim się rozpisywał. Poinformuję od razu czytelnika o jego losie. Otóż znaleziono go w lesie martwego, zmarł według orzeczenia lekarzy na udar serca. Miał przy sobie większą sumę pieniędzy. Tych jednak dusza ulatująca do Abrahama nie wzięła ze sobą, więc pozostały dla spadkobierców.
Wrócę tu wszakże do celu opowiadania. Z początku z Sonią wzięliśmy czynny udział w tych poszukiwaniach, nawet krzyczeliśmy na równi z innymi na całe gardło. Stopniowo jednak odłączyliśmy się od reszty towarzystwa i szliśmy po skraju lasu, brzegiem Niemna. Zaprzestaliśmy krzyku i zajęliśmy się sobą...
Było już zupełnie ciemno. Wrześniowy wieczór otulił las i rzekę czarownym urokiem. Krzyki dawno już nie dochodziły naszych uszu. Przytuleni do siebie szliśmy wciąż naprzód, wsłuchani w odwieczny szmer otaczającej nas przyrody i wdychaliśmy pełną piersią balsam ziół i żywicy.
Weszliśmy na mały pagórek, podobny do wyspy wśród morza zieleni. Przystanęła. Czuła się zmęczona. Zaproponowała odpoczynek. Usiedliśmy. Jeszcze bardziej przytuliła się do mnie. Od rzeki wiało chłodem i wilgocią. Okryta tylko lekkim szalem, drżała z zimna. Zdjąłem więc z siebie płaszcz i otuliłem nim moją towarzyszkę.
Mając swą wybrankę przy boku, słysząc nawet bicie jej serca, czułem się szczęśliwy bez granic i pragnąłem, by wieczór ten trwał wiecznie.
Z marzeń wytrąciła mnie jej prośba, bym opowiedział jej coś o sobie. Zacząłem więc opowiadać o rodzinie, o matce, o domu, o ojcu na razie zamilczałem, to bowiem wspomnienie zawsze mi przywodziło na pamięć mój brzydki występek z pieniędzmi. Jednak mnie zdziwiło, że Sonia słucha mnie lub rzuca to lub inne pytanie raczej dla przepędzenia czasu niż z zainteresowania.
Poczułem się nieswojo. Zmieszałem się i zamilkłem. Wtem, o zgrozo, własnym uszom nie dowierzając, usłyszałem takie oto pytanie:
— Powiedz mi, rebe — od dawna byliśmy bowiem na ty — czy spróbowałeś już ty kiedy kobietę?
Oniemiałem z przerażenia. Zdawało mi się, że las zwalił mi się na głowę.
Nie mogło się pomieścić w moim mózgu, by kochana moja Sonia mogła o coś podobnego zapytać. Absolutnie nie mogłem zrozumieć, do czego ona zdąża. Co do mnie, nigdy nie przyszło mi na myśl, bym miał skrzywdzić ubóstwianą dziewczynę... Pomimo iż gorzała we mnie ku niej miłość ogromnym płomieniem, zachowywałem się jak niewolnik wobec swej królewny...
— Powiedz!... Powiedz!... — nalegała, ściskając mi namiętnie rękę. — Nu, prędzej! Prędzej!... — powtarzała.
— N-i-e... n-i-g-d-y! — mimo woli wykrztusiłem z siebie drżącym od wzruszenia głosem.
— A czy chcesz teraz spróbować? — spytała naiwnie, tuląc się całym ciałem do mnie.
Ja, zamiast odpowiedzi, nerwowo zacząłem szarpać jej ubranie... Stało się... Biorąc na świadków gwiazdy, które tak ładnie nad nami migotały, las i Niemen, które widziały misterię57 miłości, przysięgałem, że kochać ją będę do grobu i nic nas nie zdoła rozłączyć. Roześmiała się tylko głośno w odpowiedzi na moje wynurzenia miłosne, a po chwili odparła:
— Wszystko to jednak zbyteczne... Trzymaj tylko język za zębami... Gdy tylko zdarzy się okazja, znów będę twoja!...
Struchlałem, słysząc te słowa. Żadną miarą nie mogłem zrozumieć ich znaczenia. Sądziłem do tego czasu, iż dziewczyna, a zwłaszcza taka jak Sonia, akt miłości powinna traktować jak coś świętego, a przynajmniej tak ważnego, że w zamian musi żądać od mężczyzny zrównoważenia w postaci szczerych uczuć gwarantujących pewne widoki na przyszłość.
Lekkość, z jaką Sonia potraktowała tę sprawę, zupełnie mnie wytrąciła z równowagi. Nie mogłem zebrać się z myślami. A ona na przekorę mnie, jakby nic nie zaszło, śmiała się i całą powrotną drogę żartowała z mojej naiwności, wieńcząc to wszystko cyniczną uwagą, że podarłem jej m...
Było już po północy, gdy wróciliśmy do domu. Wszyscy już spali. Cichaczem wemknąłem się do pokoju i położyłem do łóżka. O śnie wszakże nie mogło być mowy. Pod zbyt silnym pozostawałem wrażeniem tylko co przebytej przygody. Po raz setny przeżywałem ją w myśli, stale jednak opierałem się o mało mi pojętą58 ścianę słów: „Wszystko to jest zbyteczne, trzymaj tylko język za zębami!...
W jednym wszakże byłem w całkowitej zgodzie, a to w świadomości, iż pierwszy raz w życiu skosztowałem prawdziwej rozkoszy, którą daje kobieta... Przyznałem zupełną słuszność Talmudowi, gdy podobne przeżycia określa słowami: uczucie to równa się rozkoszy raju. Nie znałem wprawdzie „raju”, lecz już teraz mogłem mieć o nim mniej więcej dokładne wyobrażenie i przyznać trzeba, że być na stałe w raju to bardzo przyjemna rzecz. Zazdrościłem już w duchu tym, których po śmierci od razu tam przeprowadzają.
Te i inne myśli plątały mi się po głowie, nareszcie wyczerpany i zmęczony zasnąłem.
Śniło mi się, że jestem w raju. Siedzę wśród pięknych dziewcząt, zupełnie nagich, o kształtach starożytnych bogiń, widzianych przeze mnie na obrazkach w jednej z książek biblioteki i rozkoszuję się ich widokiem. Dziewczęta, jedna przed drugą, starają się mnie ku sobie zwabić swoimi wdziękami... Chwytam w objęcia pierwszą z brzegu... Namiętnie przyciągam ku sobie... a ona otacza mnie ramionami... Czuję, jak rozkosz i błogość rozlewa się po moich członkach... i budzę się. Ciemny pokój uświadamia mnie rychło, jak daleki jestem od rzeczywistości, więc zły jestem sam na siebie i staram się uspokoić.
Gdzie tam! Wyobraźnia, raz rozpętana, fantastyczne wciąż snuje obrazy i ani chwilę nie daje wytchnienia mózgowi. Rodzą się myśli i plany, na wykonanie których za nic w świecie przedtem bym się nie ważył.
Przychodzi mianowicie szalona myśl i coraz bardziej staje się natrętna, by udać się do pokoju Soni.
Nie mogę już walczyć dalej z tajemną siłą, jaka mnie popycha do tego czynu, a więc wstaję po cichu z łóżka i skradając się jak cień, poprzez korytarz i pokój jadalny zdążam ku jej sypialni. Z głośnym biciem serca, ominąwszy wszystkie przeszkody, stanąłem u drzwi swoich zamierzeń. Zamarłem nasłuchując, wydało mi się bowiem, iż słyszę jakieś szepty. Przylgnąłem do drzwi i cały obróciłem się w słuch.
Nie, nie pomyliłem się. Nie było to złudzenie. Wyraźnie usłyszałem cichy szept i stłumiony śmiech dwojga osób. W pewnym momencie zrozumiałem nawet, do kogo ten szept należy.
Nie miałem już wątpliwości. W pokoju ubóstwianej mej Soni znajdował się student, typowy mężczyzna, lat dwudziestu pięciu, u którego pobierała lekcje francuskiego.
Teraz dopiero zdałem sobie sprawę, jaki związek mogły mieć częste jego wizyty w pokoju Soni, które odbywał każdego dnia. Na tyle naiwny wówczas byłem, że nie dopuszczałem myśli, by te wizyty powtarzały się także w nocy, zresztą nie były one związane z żadną trudnością, gdyż pokój studenta położony był obok pokoju Soni.
Ból rozczarowania ścisnął mnie za serce, uchwyciłem się drzwi, by nie upaść. Czułem, jak łzy żalu utraconego szczęścia podchodzą mi do gardła i tamują oddech. Wreszcie chwiejnym krokiem postąpiłem w stronę pokoju studenta. Ten był pusty. Rozrzucone w nieładzie ubranie leżało na krzesłach i podłodze. Wyszedł więc w bieliźnie.
Żar mnie ogarnął, krew pulsowała przyśpieszonym tempem, rozpierając żyły, w skroniach, zdawało się, młoty kowalskie pracują.
Teraz zrozumiałem już, co oznaczały słowa: „to jest zbyteczne... tylko trzymaj język za zębami...”. Więc ona mnie nie kocha... Jest tylko rozpustnicą!
Do tej chwili sprzeczne uczucia zawiedzionej nadziei i zazdrości, co jak huragan mną miotały, zaczęły przeradzać się w jedno, w piekle zrodzone pragnienie... pragnienie zemsty! Zacząłem gorączkowo szukać sposobności wykonania raz powstałej i na chwilę nieopuszczającej mnie myśli.
Nie wiedziałem jeszcze, na czym ma polegać moja zemsta. Lecz postanowiłem coś dokonać. Wtem wzrok mój zatrzymał się na złotym zegarku wiszącym na ścianie, który swym błyskiem jakby drażnił mnie i naigrawał się z mej bezsilności.
„Bierz go — szeptał głos jakiś kuszący. — Tam pod poduszką leży jeszcze portfel z pieniędzmi... bierz! Po słodkich kurczach miłosnych dotknie go ta utrata dotkliwiej. Pobyt twój tutaj tak czy owak stanie się nieznośny. Zawsze i wszędzie, na każdym kroku szydził on z ciebie i naigrawał się, byłeś stale obiektem złośliwych jego docinków... wszak i przedtem nie mogłeś znieść jego widoku... a teraz po tym, czego jesteś świadkiem... bierz i uciekaj!”
Ogarnięty tymi myślami zbliżyłem się do łóżka i sięgnąłem po zegarek. Po cichu a sprawnie zdjąłem go ze ściany, z nie mniejszą też zręcznością, jakbym był już fachowym złodziejem, wydobyłem portfel i gnany strachem wysunąłem się za drzwi i tą samą drogą wróciłem do swego pokoju. Tu w okamgnieniu ubrałem się, zebrałem naprędce swe manatki i jak wąż wyśliznąłem się na ulicę.
Było już po północy. Szedłem, nie, wprost biegłem, gnany nieznanym mi jeszcze strachem, przed siebie. Gorąco biło ze mnie, a na przemian chłód mnie przejmował, drżałem cały. Nieznany ciężar dławił mą czaszkę, a do nóg jakby ołów przywiązano. W pewnych momentach stawałem i ruszyć się prawie nie mogłem, drepcąc na miejscu. Nadludzkie wysiłki czyniłem, by nie upaść. W ustach mi zaschło, a serce waliło tak mocno i szybko, że po prostu oddech tamowało.
Byłem teraz zły sam na siebie, że ze mnie taki tchórz. Czegóż warte są takie nerwy, gdy tak nieznośnie dopuszczają cierpienia? Ach, żeby to się już skończyło...
Droga, którą obrałem, prowadziła do przystanku kolejowego odległego o dziesięć kilometrów. Jednej już teraz myśli się trzymałem, by jak najprędzej tam się dostać! Zadośćuczynienie uczuciu zemsty, dowodem czego był zegarek i wypchany portfel, dodawało mi bodźca i pchało wciąż naprzód, naprzód.
Strach wszakże pogoni paraliżował moje członki, chwilami nogi odmawiały posłuszeństwa i musiałem odpoczywać. Próbowałem zapomnieć o tym co się stało, lecz sumienie na przekór wszelkim moim usprawiedliwieniom nie chciało milczeć, a w uszach wciąż brzmiało: „Złodziej...! Złodziej...! Wróć... póki jeszcze czas!...”
Jak opętany zrywałem się z miejsca i znowu gnałem bez tchu, wciąż dalej i dalej ku zbawiennej, zdawało się, stacji...
Nareszcie szyny kolejowe i wątłe, oświetlone budynki stacji zamajaczyły przede mną, odetchnąłem więc z ulgą i wolnym już krokiem zdążałem ku celowi.