XXIII
Wewnątrz stacji lampa naftowa skąpe rzucała błyski, a dym machorki, unosząc się w powietrzu, jeszcze bardziej zgęszczał mrok tam panujący. Po dłuższym czasie mogłem dojrzeć tych, którzy oczekiwali na pociąg.
Na ziemi przy swoich tłumokach leżało kilkudziesięciu „czubaryków”59 i kilka kobiet. Żaden z oczekujących pasażerów nie był ubrany po miejsku. Rozglądałem się nieufnie po poczekalni i starałem się znaleźć jakiś najdalszy kąt, gdzie bym nie zwracał na siebie uwagi. Przede wszystkim wszakże postanowiłem dowiedzieć się, kiedy odchodzi pociąg. W tym celu podszedłem do kiwającej się ze snu baby. Po dłuższym mruczeniu objaśniła wreszcie, że pociąg ma przybyć dopiero za dwie godziny. Uświadamiając sobie, że tak długi pobyt na stacji może być dla mnie niebezpieczny, porzuciłem pierwotny zamiar pozostania i postanowiłem czas ten przepędzić poza jej obrębem. Skierowałem się w tym celu ku drzwiom. Wtem nagle jak spod ziemi wyrósł przede mną strażnik.
— Wy kuda?60 — zapytał.
Oniemiałem z przerażenia i nie mogłem ust otworzyć.
Strażnik, widząc mój przestrach, tym bardziej powziął podejrzenie i ku zdziwieniu nielicznych nocnych pasażerów, ujął mnie za kołnierz i poprowadził do dyżurki.
Na nasz widok drzemiący nad stołem żandarm leniwie wzniósł głowę, zły widocznie, że przerwano mu słodki sen, wlepił we mnie złe, krwią nabiegłe oczy. Strażnik pośpieszył mu zameldować, że przyprowadził w mojej sobie podejrzanego osobnika, który zapewne ma coś na sumieniu... bo chciał się skryć, a na dobitek nie ma paszportu.
Żandarm, słuchając przydługiego nieco raportu, ziewnął kilkakrotnie i przeciągnął zdrętwiałe członki, znać niezupełnie dowierzał intuicji wywiadowczej strażnika, gdy jednak usłyszał „niet paszporta”, poruszył się na krześle żwawiej i rzucił: „obszukać!”
Byłem zgubiony. Tyle przeżyć, tyle nowych emocji, jakie przebyłem niedawno, a tu znowu towarzystwo złego strażnika i niemniej strasznego żandarma — to było na moje nerwy jak na jeden raz za dużo.
Nie odpowiadając na zadawane mi pytania, beczałem na cały głos, a łzy strumieniem ciekły po moich policzkach.
Pierwszy na stół powędrował zegarek, a za nim i portfel, w którym jak mogłem się teraz przekonać, było 30 rubli i jakieś papiery. Wszystko to z wielkim zainteresowaniem oglądali strażnik i żandarm, a zwłaszcza zegarek, co do którego zgodnie orzekli, że jest „złoty”.
Teraz obaj już byli pewni, że mają w swoich rękach „wora”61.
Nie mogąc bliżej dojść, skąd te rzeczy i czyje, gdyż jak wspomniałem wyżej, płakałem cały czas, żandarm kazał mnie tymczasowo do wyjaśnienia sprawy zamknąć do „kozy”.
Gdy tylko drzwi za mną z trzaskiem się zamknęły, szlochając, upadłem na podłogę i zacząłem rwać sobie włosy na głowie i lamentować.
Przed oczyma moimi w całej grozie stanął obraz mojego położenia. Przypomniało mi się, jak to jeszcze stosunkowo niedawno byłem małym chłopakiem, oczkiem matki, stającej zawsze w mojej obronie, jak wtedy bez troski płynęło mi życie, wreszcie cheder... jeszywet... gdziem zawsze był wyróżniany jako dobry uczeń. A potem... potem... stanęła na mojej drodze kobieta... a więc Talmud ma słuszność, gdy mówi, że „wszystko zło pochodzi od kobiety”.
Cóż powiem im na swe usprawiedliwienie?!
Świt szary począł bielić już ściany, a ja leżałem jeszcze w swym bólu na brudnej podłodze karcu62 dalekiej stacyjki nadniemeńskiej...
„Co robić!... Co robić!” — powtarzałem wciąż i nie mogłem na niczym się zatrzymać, gdyż widziałem się winnym tego, co zaszło. Jakże żałowałem teraz swego lekkomyślnego czynu i jakże daleki byłem od tej zemsty, której w ową godzinę dałem się opętać.
Zmęczony wrażeniami, bliski omdlenia, zamknąłem oczy i pogrążyłem się w sen, niemniej przykry niż rzeczywistość. Potworne czupiradła o groźnych pazurach i olbrzymich szczękach z zawieszonymi orderami na kosmatych cielskach, zda się, gonią mnie z wyższych pięter ponurego gmachu do lochów ciemnych i każdej chwili, już, już rozszarpać mnie gotowe...
Budzę się zlany potem, zrywam się na równe nogi i w pierwszej chwili nie wiem, co jest ze mną.
Rychło jednak uświadamiam sobie, gdzie jestem. Brudem obrośnięte, sklecone z desek nary63, na których mnóstwo nożem wyciętych dat i napisów, pajęczyna w kątach, pluskwy rozgniecione na ścianach. Zacząłem teraz pomału rozmyślać nad położeniem i zastanawiać się, w jaki sposób się uratować...
Wzrok mój zatrzymał się na zakratowanym oknie. Wlazłem na nary i zacząłem oglądać i macać kraty. Przypomniały mi się teraz czytane opisy w książkach kryminalnych o ucieczkach złodziei przez zakratowane okno. Tu jednak o tym nie mogło być mowy. Pręty żelazne były zbyt grube, bym mógł je rozgiąć rękoma, nic z narzędzi nie miałem, ażeby przepiłować, a zresztą, gdybym przystąpił do tej operacji, na pewno usłyszano by mnie. Tu wpadło mi na myśl, by spróbować przesunąć się między kratami, pręty bowiem były rozstawione dość rzadko.
I rzeczywiście, chociaż z trudnością, to jednak udało mi się przecisnąć głowę, lecz gdy usiłowałem przesunąć się całym ciałem, nie mogłem tego w żaden sposób uskutecznić. Wtem, co to?... Słyszę zbliżające się kroki. Chcę cofnąć się w tył i... o zgrozo!... Głowa jakby napęczniała, uszy zawadzają... Nie mogę tego dokonać. Szarpnąłem raz i drugi, na ból już nie zważam, na nic... próżny wysiłek... Drzwi się otworzyły i o uszy moje odbił się szyderczy śmiech studenta...
Z nadmiaru bólu i wstydu straciłem przytomność. Po dłuższych ceregielach i szyderczych uwagach udało im się wreszcie wydobyć mnie z tej pułapki. W wyniku tego z uszu sączyła się krew, a czoło mocno było podrapane. Parę porządnych kopniaków dopełniło i tak już smutne zakończenie ucieczki.
Ach, ten wstyd!... Nikt sobie nie może wyobrazić, jak wielki jest wstyd złodzieja, gdy go złapią po raz pierwszy! Później, gdy już uchodzi za recydywistę, wstyd w daleko mniejszym odczuwa się stopniu.
Wyżej opisany wypadek był pierwszy w mojej karierze złodziejskiej, było to też pierwsze przyłapanie mnie, a więc przeżyty wstyd był tak olbrzymi, tak mnie palił, tak mocno z tego powodu cierpiałem, iż nie mogę tych uczuć opisać słowami. Trzeba to samemu przeżyć, by mieć o tym dokładne wyobrażenie. Zresztą uczciwego człowieka może to mało interesować. Mając to na względzie, przejdę do opowiadania dalszych wypadków.
Po spisaniu protokołu zostałem na drugi dzień zakuty w kajdany na ręce i odstawiony do powiatu, a stamtąd już powędrowałem prościuteńko do więzienia.
Pamiętam też, jak dziś, straszny ten dla mnie dzień 15 września 1913 roku, gdy policjant prowadził mnie do więzienia. Po drodze płakałem gorzkimi łzami. Policjant, człowiek widać dobrego serca, co w policji rosyjskiej należało do wyjątków, pocieszał mnie, że mnie uwolnią i że wszystko jak najlepiej się skończy. Gdy się dowiedział, że już trzeci dzień nic nie jadłem, kupił po drodze za własne pieniądze kilka bułek i dał mi je dla zaspokojenia głodu. Czas na posiłek już był najwyższy, gdyż ledwo za sobą ciągnąłem nogi.
Nikomu z nowych opiekunów na policji nie przyszło na myśl, że chociaż przestałem być uczciwym człowiekiem, to jednak jeść jeszcze nie przestałem...
W kancelarii więziennej było posępnie i szaro. Szaro jak w mojej duszy. Przez niskie zakratowane okno, zasłonięte wysokim parkanem, tylko skąpo przebijało światło dzienne. Na dworze było ciepło, a tu chłód tak przejmował mnie do kości, że cały drżałem. Barczysty jegomość przywołał mnie do stołu, oglądał od stóp do głowy i zaczął coś zapisywać, co chwila wydając komendę: „Stój prosto!... Podnieś łeb!... Pokaż zęby!... Pokaż palce!...”
Następnie kazał rozebrać się do koszuli. Zawahałem się. W tejże jednak chwili poczułem, jak czyjaś silna ręka schwyciła mnie za kołnierz i odciągnęła w bok, nad uchem zabrzmiał gardłowy głos:
— Czto, nie poniemajesz, czta tiebie skazano?64
Był to klucznik więzienia. Obracał i wyginał mnie na wszystkie strony i nie upłynęło parę minut, jak zostałem dokładnie zrewidowany i popchnięty w stronę podejrzanego65 i obmacanego ubrania.
— Ubieraj się i marsz!...
Znalazłem się za drzwiami. Przeszedłem długi, ponury korytarz i stanąłem w centrali, skąd w formie krzyża rozchodziły się także ponure korytarze z licznymi obok siebie drzwiami..
— Dmoch! — zawołał mój przewodnik — Wazmi jewo66 pod numer 93.
Zaraz też pojawił się dozorca Dmoch i obrzuciwszy mnie badawczym spojrzeniem, kazał iść przed sobą na trzecie piętro.
Tam zatrzymaliśmy się przed jednymi drzwiami, a za chwilę, „fachowo” wepchnięty, znalazłem się już poza nimi w ponurej celi. Usłyszałem za sobą trzask drzwi i zgrzyt zamka. A potem nastąpiła niczym niezmącona cisza. A więc rozpocząłem inne, nieznane mi życie, życie w więzieniu...
W celi zimno było nie do wytrzymania. Przypadłem całym ciałem do ściany wilgotnego muru, słaniając się na nogach, z piersi urywało się spazmatyczne łkanie.
Jak długo to trwało, nie wiem. Pomału się uspokoiłem i zacząłem rozglądać się dokoła. Uświadomiłem sobie, w jakim strasznym znajduję się miejscu.
Zatopiłem się w rozmyślaniach nad swym losem. Strach śmiertelny mnie ogarnął. Ratunku już nie było. Biegałem z rozpaczy od ściany do ściany.
Gorzkie moje rozmyślania przerwał ruch jakiś za drzwiami. Przystanąłem w oczekiwaniu. Wtem klapa z małego okienka w drzwiach celi opadła z hałasem i stamtąd usłyszałem: „kipiatok!”67
Nic z tego krzyku nie wyrozumiałem i nie ruszyłem się z miejsca. Wówczas czyjaś twarz przysunęła się do otworu i teraz wyraźnie po polsku, chociaż rosyjskim akcentem, powtórzono:
— Dawaj dzbanek na kipiatok!
Obejrzałem się po celi. Na półce stał około litrowy miedziany dzbanek. Ten więc podałem mu w najlepszej myśli, że otrzymam gorący napój w postaci herbaty, która mnie pokrzepi.
Za moment miałem już go z powrotem napełniony do połowy i gdy tylko klapa się zatrzasnęła, przywarłem do dzbanka ustami... Nie zdążyłem jednak przełknąć kilku kropli, a już wyplułem. Była to wstrętna, ciepła woda. Odstawiłem. Czekałem czas jakiś, sądząc, iż przyniesie jeszcze suchej herbaty do zasypania i cukier. Ale gdzie tam. Wodę zupełnie ostygłą wylałem więc do kubła. Obudziło mnie uczucie głodu...
Na próżno czekałem na posiłek. Wreszcie zniecierpliwiony do ostatka zacząłem gwałtownie stukać w drzwi. Raptem klapa opadła i w jej otworze ukazała się ta sama głowa, która ugościła mnie „kipiatkom”.
— A ty czego, j... twoja mać, walisz?
— Jeść mi się chce — krzyczałem ze zdenerwowania.
— A ha, ha — śmiał się — za piętnaście minut będzie dzwonek na spanie, a ty z jedzeniem wyjeżdżasz. Jutro rano dopiero dostaniesz.
— Jak to — próbowałem protestować — dziś nie dostałem nic więcej, jak trochę ciepłej wody.
— Widzę, że ty frajer... Zapewne po raz pierwszy siedzisz — rzekł do mnie z pogardą. — U nas jest taki porządek, że rano dają półtora funta chleba i barszcz, o dwunastej obiad, a potem o trzeciej kipiatok. Kto ma cukier i herbatę i do tego z domu majdan, to żyje... a kto nie ma tego, to... wachę68 pije — śmiał się ze swojego dowcipu.
Widząc mój smutny wygląd, udobruchał się i wdał się ze mną w dalszą pogawędkę:
— Skąd jesteś? — zapytał. — Za co cię tutaj wtrynili? Wcale nie wyglądasz na złodzieja.
Opowiedziałem mu o wszystkim.
— To źle... — mówił. — Z sześć miesiaków zadecyduje.
A widząc, że nie rozumiem go, powtórzył już bez obcych dla mnie wyrazów: Do sześciu miesięcy murowane.
Dalej wspomniał o sobie, że ma trzy lata za zabójstwo, co słysząc, mimo woli odsunąłem się od drzwi. Widząc to, uśmiechnął się:
— Nie bój się — powiada. — To zdarzyło mi się tylko raz w życiu i to przy wódce, więcej to się nie powtórzy... wolę kraść niż zabijać. A może masz co opylić? — zagadnął.
A widząc, że niedokładnie go rozumiem pośpieszył objaśnić, że jest starszym „korydorszczykiem”69 i że to on właśnie wszystko kupuje.
— Nie, nie mam — stwierdziłem ze smutkiem — wszystko zabrali...
— Jak to — mówił — nie masz? A ubranie, skoki70, bieliznę, a sak71?... Możesz to wszystko sprzedać, a w zamian ja ci dam trochę gorsze ubranie i dopłacę pieniędzy, które się przydadzą.
— Nie, nie mam... — pospieszyłem odrzucić propozycję.
— Zobaczymy!... Jak trochę posiedzisz, to sam poprosisz.
Coś widać jeszcze skombinował, bo zaraz też zapytał:
— Ty palisz?
— Nie, nie palę! — odrzekłem.
— Ano, to trochę dłużej potrwa... Ale przyjść do mnie musisz... nie tacy jak ty tu byli frajerzy i do mnie przyszli.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale usłyszał zbliżające się kroki dozorcy, zdążył tylko półgłosem dorzucić: „zeks”72 przymknął klapę. Nie zdążyłem oddalić się od drzwi, gdy usłyszałem na korytarzu gromki okrzyk:
— Rozkryt’ krawat i... spa-a-t’! spa-at’73!
Okrzyk ten niósł się po korytarzach jak jedno nieprzerwane echo, przenikał dalej do głębi duszy i napawał jakimś niepojętym rozdrażnieniem i rozpaczą. Później dały się słyszeć zbliżające się odgłosy otwieranych klap, a wreszcie w moich drzwiach klapa się otwarła i w otwór zajrzała czyjaś twarz z nasuniętą na nos urzędową czapką. Na moment spoczęły na mnie iskrzące oczy, za chwilę już rozległo się charakterystyczne trzaśnięcie i szum od celi mojej oddalił się.
„A więc muszę iść spać głodny” — pomyślałem. Łzy zakręciły mi się w oczach, ale cóż miałem począć? Była zaledwie czwarta godzina po południu, a już kazano iść spać. Chcąc nie chcąc, zabrałem się do tej czynności. Przede wszystkim opuściłem z haka do ściany przymocowaną jedną stroną żelazną ramę z dwiema nóżkami, co właśnie nosiło miano „krawat”. Leżał tam brudny siennik i trochę słomy, takaż poduszka i podarty koc.
Rozebrałem się i ze wstrętem ułożyłem się na to „madejowe” łoże!
Daleko było, bym mógł zasnąć, a więc wraz z upływem myśli posępnych błądziłem oczyma po otaczających mnie nielicznych, lecz oryginalnych przedmiotach. Były to: stół żelazny i takiż stołek o dwóch nogach, przymurowany do ściany, w kącie bliżej drzwi „kibel” do naturalnych potrzeb... na ścianie półka, a na niej miska cynowa z uszkami, dalej znany już miedziany dzbanek, łyżka drewniana, a między nimi książka z przepisami więziennymi. W drugim znów kącie miednica i szmata, poza tym nic więcej... Brudne, gołe ściany i... myśli posępne... męczące... tortury.
Co ojciec powie, gdy się dowie o moim postępku?... Dobrze... stokroć dobrze, że matka już nie żyje i uniknęła wstydu i hańby po takim synu... Tak, kochana matko, twój synek rozpieszczony nie będzie ani cadykiem, ani rabinem... ba, nawet gorzej — nie będzie już uczciwym człowiekiem... Natomiast twój syn będzie się włóczył po więzieniach. Straż pilna będzie czuwać i krążyć nad nim we dnie i nocy jak wrony około padliny. W wizji strasznej widziałem się jako jeden z tych ludzi, których z góry już natura przeznaczyła na zagładę...
Przewracałem się z boku na bok. Głód i czarne myśli nie pozwalały mi zasnąć.
Czułem, że mam gorączkę. Ubrałem się na powrót i zacząłem wędrówkę po celi.
Niedługo to jednak trwało. Otworzyła się tym razem po cichu klapa i nocny klucznik zwrócił mi groźnie uwagę, że mam natychmiast położyć się spać. Pośpieszyłem wykonać rozkaz i położyłem się znowu do niedawno opuszczonego łóżka.
Ból głowy rozsadzał mi czaszkę. Nie mogłem uleżeć. Usiadłem więc i ścisnąwszy skronie dłońmi, zastygłem w bezruchu.
W myślach panował chaos: złodziej... dom... jeszywet... Sonia... student... głód... więzienie... matka... złodziej... złodziej... majaczyło wciąż w kółko, a ja nieświadomy byłem ich związku i kolejności.
Jak długo trwał ten stan rzeczy, trudno określić. Noc już panowała, a ja z oczyma otwartymi, gubiąc się w czasie i miejscu, leżałem skulony i drżący na swym barłogu.
Szmer jakiś podejrzany wyrwał mnie z odrętwienia. Naprężyłem słuch. Nie, to zapewne mi się zdawało. Fakt ten jednak, czy złudzenie, skierował myśli moje w innym kierunku.
Przypomniały mi się słyszane i czytane straszne przygody więźniów, ogryzionych przez szczury, kończących swój żywot w inny, niemniej haniebny sposób, pokutujące dusze, które długo jeszcze potem wędrują po miejscach więzienia i tortur, brzęczą kajdanami i wydają żałosne westchnienia.
Dreszcz zimny mnie przeszedł, a rozgorączkowana fantazja wciąż nowe, niedające się opisać snuła obrazy.
Tej strasznej nocy, w murach więziennych spędzonej, do grobu już nie zapomnę! W rozpaczy zaciągnąłem derkę na głowę. Zamknąłem oczy. Cierpiałem ciałem, cierpiałem na duszy wprost męki okropne. Nareszcie wpadłem w stan odrętwienia. Wyczerpany bez miary zasnąłem.