XXXIII
Tak, tak, stałem się znaną „osobistością” między swoimi i liczyli oni teraz z moim zdaniem, na dowód czego dano mi przezwisko.
Każdy szanujący się obywatel „złodziejskiego świata” musi takowe posiadać. Świat, zdaje mi się, nie mógłby istnieć, gdyby na nim nie istnieli tacy obywatele, jak Rudy Felek, Drabuś, Diabeł, Cwajnos, no i Hipki Wariaty itp. Tu bierze mnie chęć i nie mogę się powstrzymać, by trochę nie pofilozofować. Widok kraty w mojej celi kieruje zawsze moje myśli na drogę „filozoficzną”.
Czytelniku, wiem to i rozumiem, że czytając moje pismo, mimo woli zapytasz, jak ten człowiek mógł być tak bezwstydny, nawet podły, by tak bez ogródek chwalić się i opowiadać swoje zbrodnie. A po drugie, o ile autor już jest na tyle bezwstydny, dlaczego jeszcze dotychczas, pomimo swej bezczelności, nie ma tyle cywilnej odwagi, by wyjawić swoje nazwisko.
Odpowiem: chcę opisać i przedstawić tu z całą nagością prawdę, by wskazać, jak podobni ludzie żyją i umierają, jak kochają i nienawidzą. Staram się odkryć obie strony medalu. Jestem bowiem tego zdania, że trzeba mieć więcej odwagi do przyznania się do zła, aniżeli do popełnienia go.
Na drugie pytanie doprawdy sam nie wiem, co odpowiedzieć, gdyż teraz, pisząc te słowa, nie posiadam nazwiska. Jestem tylko martwym, nic nie znaczącym numerem 183. O ile jednak chcesz wiedzieć, kto kryje się pod ty numerem, żeby zaspokoić Cię, powiem!
Nazywam się — nie... nie! — nie mogę Ci w żaden sposób tego powiedzieć. Osądź sam, zaczynam dopiero trzydziesty piąty rok życia, o ile można to tylko nazwać życiem. A może kiedyś, kiedyś... z martwego numeru 183 powstanie człowiek, człowiek odrodzony do nowego życia, człowiek o silnej woli, chcący naprawić błędy młodości. Ty jednak będziesz mnie wówczas wytykał palcem, że to ten zbrodniarz, co napisał pamiętnik w więzieniu, pomimo że grzechy moje zostały odkupione długoletnim więzieniem.
„Kara nigdy nie zmywa winy”.
Wszystkie cierpienia w więzieniu są niczym w porównaniu do tego, co czeka takiego jak ja po opuszczeniu więzienia.
Powtarzam to, że ludzie nigdy nie przebaczają. Nie jest złodziejem ten, kto kradnie i rabuje, tylko ten, o którym ludzie wiedzą, że siedział w więzieniu i nosił na grzbiecie chałat więzienny. Ten do grobu jest już napiętnowany, jest na zawsze zbrodniarzem...
Więc czyż mogę siebie reklamować i wyjawiać nazwisko? Sam siebie wystawiać mam na potępienie? Pół życia swego spędziłem za kratami. Za grzechy, które popełniłem jako głupi młodzik, a których wykonanie trwało jedną chwilę, przymuszony jestem cierpieć długie lata jako dorosły i podżyły132 człowiek. Nie koniec jeszcze na tym, choćbym i dożył nawet do lat matuzalowych133, będę cierpiał za to, co popełniłem, będąc jeszcze chłopcem.
Powiedz... powiedz, Czytelniku, czy nie tak jest? Czy w duchu nie przyznajesz mi racji?
Jednak powiem ci swe przezwisko, jestem tego pewien, że Ryszard Lwie Serce nie był tak dumny ze swego przezwiska, jak ja jestem ze swojego.
Nazywają mnie „Nachalnik”.
Przyznam, że u ludzi z „frajerskiego” świata nie budzi ono bardzo zaufania, ale za to w naszym świecie przezwisko to jest bardzo ładne i zaszczytne.
Zaręczam Wam, że dzięki tylko sławie i sprytowi na polu złodziejskim zdobyłem to pięknie brzmiące nazwisko.
Ach! Któż mi w to uwierzy, że ono kosztowało mnie sto razy więcej niż tytuł barona austriackiego, bo aż piętnaście lat i trzy miesiące więzienia.
*
Hanka też robiła niemniej dobre interesy. Miała powodzenie, nieomal ją rozrywano za jej urodę, górowała nad koleżankami. Bolałem nad jej położeniem, jak również i powodzeniem. Byłem o nią zazdrosny, a potem jako złodziej gardziłem tym jej zarobkiem. Wolałem sam ryzykować, niż brać od niej pieniądze zarobione jej ciałem. Pomimo uporczywego nalegania z jej strony, bym nie chodził kraść, nie usłuchałem. Trzymałem się prawa złodziejskiego, które potępia tego, co ciągnie korzyści od kochanki lub żony, taki jest pogardzany na każdym kroku.
Jednak czasem przymuszony byłem przyjąć od niej pewne niespodzianki, jak garnitury i bieliznę, krawaty i inne drobiazgi.
Bywało nieraz, że gdy kilka dni jej nie było w domu, a później przybyła, wyłącznie się mną zajmowała. W głębi duszy, zdaje mi się, oboje gardziliśmy własnymi stanowiskami. Znalazłszy się sami, robiliśmy sobie nawzajem wyrzuty, a nawet planowaliśmy jakąś uczciwą pracę, o którą nie było trudno, jednak dalej kroczyliśmy oboje tą drogą coraz dalej i dalej. Sami nie mogliśmy tego sobie wytłumaczyć, dlaczego to dalej robiliśmy.
Dzięki trybowi życia, jaki Hanka prowadziła, zrobiłem dużo znajomości z jej koleżankami.
Niejedną noc w czasie jej nieobecności przebywałem u nich. Wiedziałem, że ona jest też zazdrosna, przez co właśnie to uczyniłem. Sprawiało mi to poniekąd przyjemność, by się odegrać za swoje cierpienia. Wiedziałem, że ona wie o tym, bo koleżanki naumyślnie jej o tym opowiadały, by ją tym drażnić. Jednakże ona to gryzła w sobie i nigdy nie robiła mi sceny zazdrości, aż pewnego wieczora przez długie czasy uzbierane żale nareszcie wybuchły.
Było to, o ile się nie mylę, w listopadzie albo też już na początku grudnia, gdyż to pamiętam, że na dworze było znacznie chłodno.
W ów dzień przyszedłem do domu na obiad trochę później niż zwykle. Było już przed wieczorem, gdy wszedłem do pokoju i zastałem Hankę w dobrym humorze w towarzystwie jakiejś kobiety. Hanka zerwała się z miejsca. Nie zdążyłem jeszcze palta zdjąć, a już przedstawiła mnie jako swego narzeczonego.
Kobieta ta była młoda i dobrze zbudowana. Przy wspólnym obiedzie, w toku rozmowy dowiedziałem się, że jest koleżanką Hanki i że siedziała także sześć miesięcy w więzieniu, a dziś właśnie została zwolniona.
Następnie dowiedziałem się, że gdy została aresztowana, zostawiła u Hanki różną garderobę na przechowanie. Po nią teraz przyszła. Podczas obiadu, gdy Hanka była zajęta obsługiwaniem nas, atakowała mnie tak bezwstydnie, że nawet mnie to krępowało. Po obiedzie poprosiła koleżankę, by ta zezwoliła, bym jej towarzyszył do jednego domu, gdzie miała załatwić pewną sprawę pieniężną. Hanka zezwoliła.
Gdy znaleźliśmy się na ulicy, ujęła mnie od razu pod ramię i przytuliła się do mnie. Jak na tak krótką znajomość było tego trochę za wiele. Próbowałem się bronić, ale nie dała mi przyjść do słowa.
Od razu zaczęła mi mówić per ty i namawiać, bym Hankę porzucił.
— Na co ci taka kobieta — mówiła do mnie — co oddaje się każdemu za pieniądze? Taka nigdy nie potrafi pokochać! Tylko strasznej choroby może się od niej nabyć. Ja jestem dobrą „doliniarką”134. Znają mnie chłopaki, mam dwóch braci, są także złodziejami. Nie jestem tam żadną „szlają”135 — mówiła dumnie. — Jedź ze mną w moje strony, nie pożałujesz tego. Od pierwszej chwili poznania zakochałam się w tobie. Chciałam ci to zaraz wyznać, dlatego poprosiłam, żebyś mi towarzyszył.
I jeszcze inne obiecanki, co się tu nie opłaci opisywać, zrobiły swoje i ośmielony jej wyznaniem, poprosiłem tę cnotliwą koleżankę po fachu do hotelu. Tam, tłumaczyłem, nikt nam nie przeszkodzi w ułożeniu planu do dalszego działania. Chętnie się zgodziła.
W hotelu miałem znajomego numerowego. Znajomość ta datowała się od dawna. Był mi znany z tego, że ułatwiał sytuację zakochanym, by mogli się bliżej ze sobą poznać, naturalnie, że za ekstra wynagrodzeniem.
Gdy weszliśmy do pokoju na trzecim piętrze, odwołałem go na stronę, prosząc, aby wiedział, co ma robić, jeśli Hanka przyjdzie tu i zapyta o mnie. Obiecał to załatwić, znał ją dobrze.
Ona prędko zdjęła wierzchnie okrycie i rzuciła je niedbale na kanapę, pociągając mnie ku sobie. Nie zdążyłem jednak usiąść, a usłyszałem głos Hanki na korytarzu, tuż za drzwiami. Kłóciła się z numerowym. Słyszałem też, jak zapewniał ją, że tu mnie nie ma. Ona zaś uparcie twierdziła, że na własne oczy widziała, jak tu wszedłem razem z kobietą.
Nie zdążyłem pomyśleć, co należy teraz czynić, gdyż już dobijano się gwałtownie do naszych drzwi. Przyjaciółka zaś odruchowo rzuciła się do okna. Złapałem ją za rękę, gdyż myślałem, że ona chce oknem wyskoczyć.
— Kto tam? — spokojnie zapytałem, a gdy krzyczała, bym natychmiast otworzył, odparłem:
— Nie bądź dzieckiem, idź do domu. Ja zaraz też przyjdę. Tu jest taki człowiek, który nie chce, aby go ktoś widział — dodałem.
Zrozumiałem sam niezręczność mojego tłumaczenia, że to nie poskutkuje i że Hanka nie uwierzy, ale co? Naprawdę nie wiedziałem, co mam czynić.
Hanka wciąż nalegała, bym natychmiast otworzył drzwi. Najpierw prosiła mnie pół żartem, później groziła, a gdy i to nie poskutkowało, zaczęła walić do drzwi z całych sił, rzucając przy tym pod moim adresem grad ubliżających słów, co się tutaj nie da opisać. Czytelnikowi łatwo się domyśleć, że Hanka, wychowana w takim środowisku, na pewno miała ich w swoim słowniku spory zapas.
Było tego już za wiele. Ze wszystkich numerów, a nawet z innych pięter mężczyźni, i to przeważnie oficerowie, zbierali się pod drzwiami. Śmiejąc się na głos, spodziewając się tu niezwykłego widowiska, zachęcali ją, by nie ustąpiła.
Ja przede wszystkim nie chciałem się spotkać z policją, która mogła na ten krzyk przybyć. Nie namyślając się dłużej, otworzyłem drzwi i sam dałem susa na korytarz, kierując się do wyjścia na ulicę.
Za jakieś pół godziny Hanka przybyła do domu. Kapelusz trzymała w ręku, włosy miała w nieładzie, a jedno oko było z lekka podbite.
Z góry przewidywałem ten rezultat, gdyż rywalka była silna i dobrze zbudowana. Gdy tylko weszła, od samego progu wzięła się za mnie, rzucając we mnie, co jej pod rękę wpadło. Podskoczyłem do niej, śmiejąc się, chwyciłem ją wpół i posadziłem jak dziecko na kanapkę, po czym zacząłem ją uspokajać i tłumaczyć, by się nie gniewała. Skończyło się na tym, że rozpłakała się. Przysięgała przy tym, że wszystkie rzeczy rywalki własnoręcznie potnie nożem i spali.
Stanowczo zapowiedziałem, że na to nigdy nie pozwolę. Widząc mój upór, dała nareszcie za wygraną, jednak pod warunkiem, że tamtej więcej nie zobaczę.
Minęło kilka tygodni po tej awanturze. W sobotę Hanka pół żartem, pół serio, będąc w dobrym humorze poprosiła mnie, bym udał się z nią na jedną z ulic do słynnej wróżki. Zapewniała mnie, że wróżka wszystko wie i odgaduje przeszłość i przyszłość. Tłumaczyła mi też żartem, że chce się upewnić, czy ja jej nie zdradzam. Niechętnie się zgodziłem. Co prawda nie dlatego się zgodziłem, że jej nie zdradzałem, tylko chciałem jej zrobić tę przyjemność, a także przekonać się, czy ta baba naprawdę jest w stanie coś odgadnąć.
Hanka po drodze żartowała jak nigdy, była w bardzo dobrym humorze. Jednak jakoś czułem zdenerwowanie w jej śmiechu, co mnie trochę zdziwiło.
Wróżka przyjęła nas w na pół ciemnym pokoju. Była to stara, zgarbiona, bezzębna Żydówka. Patrząc na nią, mimo woli zadrżałem.
Popatrzyła na nas chwilę, jakby zamglonymi oczyma, po czym wyciągnęła zza stanika brudną talię kart i zapytała przy tym, czy oboje chcemy słuchać o sobie.
Hanka odparła, że oboje i że mnie pierwszemu ma rozkładać karty. Spojrzałem na Hankę. Była jakoś bledsza niż zwykle, przy czym nerwowo ściskała moją dłoń. Nie wypuściła jej z rąk od chwili, gdy tu weszliśmy.
Wróżka kazała sobie położyć pieniądze na jednej z kart, a następnie przystąpiła do wróżenia. Dosłownie powtarzam to, co z jej proroctwa jeszcze pamiętam:
— Ojciec pana więcej kocha niż matka... czeka pana wielkie nieszczęście i wystrzegaj się pan człowieka z orlim nosem. Pan jest nieślubne dziecko... Wielkie sumy pieniędzy otrzyma pan w spadku od krewnego ze strony matki, który umarł dwa miesiące temu w Japonii. Czeka też pana kazionny136 dom! Wystrzegaj się pan człowieka z jednym okiem.
Tu pomyślałem w duchu o szamesie w Ł. i śmiać mi się zachciało, gdy teraz nie był on już dla mnie tak groźny.
— Plan, który pan powziął wykonać, jest bardzo dobry i może go pan śmiało wykonać. Masz pan szalone powodzenie u kobiet. Brunetka więcej kocha niż ta jasna blondynka. Wystrzegaj się pan mężatki z czarnymi oczyma i radzę z nią zupełnie zerwać. Ona tylko pana do zguby doprowadzi...
Hanka, podczas gdy wróżka mówiła o kobietach, zamieniła się cała w słuch. A że sama była szatynką, nie była zadowolona z wróżby. Jeszcze raz nalegała, by mi wróżyła z ręki. Może tak lepiej odgadnie, przy tym wręczyła znów datek pieniężny. Wróżka chytrze się uśmiechnęła. Zrozumiała, o co jej chodzi i kim ona jest dla mnie. Więc na nowo zaczęła bredzić, tym razem z ręki.
Wróżka mówiła teraz otwarcie, że ja ją zdradzam i że poprzednio z kart też to wyczytała, tylko nie chciała jej martwić. Teraz zaś mówi szczerą prawdę.
Ze złością wyrwałem rękę i odparłem:
— Wszystko, co pani wywróżyła, jest wierutnym kłamstwem — (choć teraz faktycznie zgadła).
Krzyczałem, że ani jedno słowo nie zgadza się z prawdą.
— A co do przyszłości, pani wie tyle, co i ja. Pani jest oszustką — wołałem. — Szkoda, że pani się nie urodziła trzysta lat temu, to na pewno zrobiono by pieczeń na stosie.
Ta spokojnie, z powagą na moje zarzuty odparła:
— Pan jest jeszcze młody i zarozumiały. Do mnie koronowane osoby, hrabianki i księżniczki przychodziły po poradę, a nie takie jak pan. Moje słowa są — tu podniosła ręce ku niebu — natchnieniem Jehowy. Nic innego nie mówię, tylko to, co widzę.
Po namyśle dodała:
— Wie pan, widzę, że pan jest niedowiarkiem. Więc panu powiem fakt, a wtedy pan uwierzy. Będzie temu kilka tygodni, złodzieje na jednej z głównych ulic okradli bogatego jubilera, policja nie mogła wykryć sprawców tej śmiałej kradzieży. Więc znając mnie od lat, że dla mnie nie ma tajemnic, zwróciła się do mnie o pomoc. Była to trudna sprawa, jednak w ciągu dwudziestu czterech godzin już wykazałam sprawców tej śmiałej kradzieży i także miejsce, gdzie sprzedano skradzione rzeczy, a nawet odebrano wszystko z powrotem. A! — zakończyła z triumfem, patrząc na mnie uparcie, zaropiałymi oczyma.
Bez słowa zwróciłem się do drzwi, pociągając Hankę za sobą, która niechętnie poszła za mną, gdyż chciała, aby jej jeszcze wróżyła.
Na ulicy nie odzywała się do mnie ani słowem, coś stanęło teraz między nami. Co do mnie, byłem już zupełnie przekonany, że ta wróżka bezczelnie kłamie, gdyż o kradzieży, o której mówiła, mógłbym coś więcej powiedzieć niż ona... Do dnia dzisiejszego nic nikt nie odebrał z tej kradzieży i nikt nie był aresztowany. Zresztą powiem tu wyraźniej. Była to ta sama kradzież, którą czytelnik zna z historii ze stróżem. Hanka była jednak przekonana i uwierzyła w to, co o mnie mówiła. Nie opowiedziałem jej, że kradzież, której wróżka mówiła, ja zrobiłem.
Koledzy mnie pouczyli, że w moim fachu należy język trzymać za zębami, tym bardziej przed kobietami.
Do samego domu nie odzywała się do mnie. Nie mogłem zrozumieć, co się z nią stało i też się o to nie pytałem.
Nie wiem, czy ją kochałem, jednak coś było między nami, że jej smutek mnie się udzielił. W takich chwilach rzucałem się w wir zabawy i pijaństwa, by o tym nie myśleć.