XXXIV
Jest już 1915 rok. Teraz byłem zadowolony z siebie, pieniędzy miałem dość, więc wszystko było w porządku. Tylko jedno mnie niepokoiło. Hanka jakoś zmieniła się teraz nie do poznania, przestała stroić się i nie wychodziła na krok z domu, stała się jakby niemową. Adoratorów nawet nie chciała na oczy widzieć. Matce i siostrze niechętnie odpowiadała. A pytano ją często, co jej tak dolega. Nieraz patrzyła na mnie, jakby mnie nie znała. Okropnie żal mi się jej zrobiło i próbowałem ją rozweselić, ale wszelkie moje próby były daremne. Bywało, że usiadłem przy niej. Ona tuliła się do mnie jak dziecko, łkała. Prosiłem ją i błagałem, by mi się zwierzyła, co jej tak dolega. Zapewniałem ją też, że ją kocham, a nawet że się ożenię, choćby i dziś. Wszystko daremnie — nie udało mi się z niej nic wydobyć. Taki stan rzeczy trwał przeszło miesiąc.
Pewnego dnia z rana, gdy po całonocnej mojej nieobecności szedłem ulicą, ujrzałem jakieś zbiegowisko koło naszego domu. Myślałem na pierwszy nut oka, że policja przeprowadza rewizję domową, więc ostrożnie zatrzymałem się z daleka i czekałem, by zapytać kogoś z przechodniów, co się tam stało.
Czekałem niedługo. Jakaś starsza kobieta z koszykiem w ręku zbliżała się.
— Co tam takiego zaszło, że tyle ludzi się tam skupiło? — zapytałem.
Kobieta zaczęła mi opowiadać. Słuchając, myślałem, że ziemia mi się ugina pod nogami. Pobiegłem co tchu w stronę domu. Przecisnąłem się zaledwie między tłumem i wpadłem na podwórze i do domu, skąd dochodził lament kobiecy.
Moim oczom przedstawił się straszny widok. Skamieniałem.
Hanka leżała nieruchoma na łóżku. Rzuciłem się do niej z krzykiem na ustach. Policjant, który czuwał w pobliżu na krześle, zwrócił się do jej matki, rwącej sobie włosy z głowy i zapytał:
— Czy to ten jej narzeczony?
Ta kiwnęła głową. Policjant objaśnił mnie, że jestem aresztowany. Sam nie wiedziałem, kiedy i jak zaprowadzono mnie na policję.
Na policji dopiero dowiedziałem się, że Hanka otruła się i że ja jestem przyczyną tego, co się stało. Zadrżałem i nawet słowa nie mogłem wypowiedzieć, po czym zaprowadzono mnie do aresztu.
W kozie było nas piętnastu aresztowanych. Tym razem miałem już tu znajomych. Pocieszali mnie, że sędzia śledczy musi mnie zwolnić.
Ja jednak, pomimo że zupełnie nie czułem się winny jej śmierci, wyrzucałem sobie w duchu, że kto wie, czy to naprawdę nie ja doprowadziłem ją do tego kroku, byłem przygnębiony.
Przed wieczorem sam „Cwajnos” przyniósł mi obiad. Policjant pozwolił mu pomówić ze mną. Pocieszał mnie, że dziś jeszcze albo jutro sędzia śledczy na pewno mnie uwolni, gdyż Hanka zwierzyła się przed jedną z koleżanek, a ta ma zeznać u sędziego śledczego, co spowodowało ten stanowczy jej krok. „Cwajnos” zaś w sekrecie mi się zwierzył, że jest możliwe, że nabawiła się strasznej choroby i to ją doprowadziło do tego kroku.
Zbladłem, słysząc to, i momentalnie postanowiłem zerwać z tym życiem i wyjechać stąd, gdy mnie tylko zwolnią, gdzie mnie oczy poniosą.
Słuchając go, na koniec zapłakałem, brat jej też płakał. Smutno było patrzeć, jak ten człowiek płakał nad stratą siostry, którą za życia stale prześladował. Co do mnie, pod tym względem nie miałem wyrzutów. Byłem dla niej dobry i cały czas naszego pożycia nie tylko, że jej nie biłem ani razu, ale nawet nie obraziłem słowem.
Dziś nawet, jako człowiek podżyły, czuję się dumny z tego powodu, pomimo że jestem nacechowany jako zbrodniarz. Nigdy w swoim życiu nie byłem brutalny wobec kobiet. W każdej kobiecie widziałem odbitkę mej kochanej matki. Nie powiem, że żadna z kobiet, które znałem bliżej, nie wspomina czasem źle o mnie. Może są i takie, ale te kobiety należały do tych, które same tego chcą, by mieć później na kogo narzekać.
Słowa jej brata sprawdziły się, sędzia śledczy na drugi dzień mnie zwolnił, jednak niezupełnie. Trzy dni po tym zajściu zostałem odtransportowany etapem do mojej guberni.
Nie będę opisywać, jakie męki i cierpienia przechodziłem podczas etapu, który trwał aż przeszło miesiąc. W każdym mieście po drodze przesiedziałem po kilka dni w areszcie, zanim dołączono mnie do dalszej partii aresztantów.
Gdy przybyłem na miejsce, zwolniono mnie, ale pod warunkiem, że mam się stawić na każde zawołanie policji. Cieszyłem się też w duchu, gdy dowiedziałem się, że wygnano z mego miasteczka Żydów. Przez to nie transportowano mnie do samego domu. Dopiero, pomyślałem, najadłbym się tam wstydu...
Gdzie się moja rodzina znajduje, wcale nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero na drugi dzień od znajomego kupca. Opowiedział mi, że ojciec mój dużo z majątku postradał z powodu wojny. Wygnany został z domu w nocy przez kozaków, razem z innymi Żydami. Nie pomogło to ojcu, mówił, że w naszym domu był główny sztab i nawet to, że jakiś wyższej rangi oficer, który zamieszkiwał u nas, umizgał się do młodej żony ojca. Ojciec ledwie zdążył pozbierać żywy inwentarz, trochę garderoby i pościeli, reszta została w rękach żołdaków. Gdy go zaś spytałem, gdzie teraz ojciec jest, nie umiał mi na to odpowiedzieć.
Ta smutna nowina dopełniła miarkę mojego cierpienia po śmierci nigdy niezapomnianej Hanki.
Tu w mieście Ł. ślady wojny można było poznać na każdym kroku. We dnie i po nocach słychać było strzały armatnie, widziałem też pełno samochodów z rannymi bez rąk i nóg.
Aeroplany niemieckie też krążyły nad miastem, siejąc zamieszanie i popłoch, rzucając bomby, gdzie popadło. Byłem też raz świadkiem śmiesznego, a zarazem smutnego widoku. Aeroplan niemiecki krążył tuż nad obszernym podwórzem jednego z domów, gdzie kwaterowało jakieś wojsko. Widziałem, jak oficer rosyjski stanął na środku ulicy i patrzył lornetką w górę, a potem dał rozkaz dwudziestu żołnierzom, by strzelali do aeroplanu z karabinów.
Żołnierze pukali zawzięcie raz po raz, a aeroplan, jakby sobie kpił z tego pukania, to się zniżał, to się znów podnosił w górę. Żołnierze wytrwale dalej pukali. Trwała dość długo ta zabawka, wtem usłyszałem krzyk, a straszny huk rozległ się wokoło. Ja z innymi, co przyglądaliśmy się temu niezwykłemu widowisku, upadliśmy ze strachu na ziemię. Bomba upadła w sam środek między żołnierzy, uderzyła nieomal w głowę oficera. Został on rozszarpany na kawałki razem z innymi żołnierzami.
Na mieście pozostało kilku rannych, a na drutach telegraficznych wisiały kawałki tych nieszczęśliwych. Straszny, przejmujący grozą był to widok. Ludzie określają to na pozór nic nieznaczącym jednym słowem „wojna”. „Więc to jest wojna” — pomyślałem.
Aeroplany, ośmielone teraz, rzucały bomby na prawo i na lewo, rezultat był straszny. Po oddaleniu się aeroplanów sam pomogłem podnosić rannych przechodniów, którzy leżeli i wołali o pomoc. Strasznie było patrzeć na to. Od tej chwili nienawidziłem Niemców. Dużo razy jeszcze, niemal codziennie, byłem świadkiem takich morderstw niewinnych ludzi.
Miasto Ł. jest nieduże, ale za to przepiękne, a leży na samym wzgórzu przy Narwi, niedaleko niemieckiej granicy.
Mógłbym może wiele rzeczy opisać o wojnie, na co moje oczy patrzyły, a czego może nie zauważył kto inny lub nie chciał tego widzieć, ale przyznam się tu szczerze, że pióro moje jest za słabe, by móc to opisać. A więc nie chcę tu odstąpić zupełnie od tematu i zostawię to Remarque’owi137. Zapewne on to lepiej opisze niż ja.
Tu, w mieście Ł. miałem bardzo dużo znajomych jeszcze z czasów jeszywetowskich, to miasto dużo rzeczy mi przypominało. Przede wszystkim przypomniałem sobie moją pierwszą opiekunkę i starałem się dowiedzieć, co ona teraz porabia. Kusiło mnie, by się zaprezentować przed nią jako już doświadczony, dziewiętnastoletni młodzieniec. Ciekawiło mnie też bardzo, jak ona mnie teraz przyjmie.
Tego samego dnia, co o niej pomyślałem, odszukałem jej adres, a wieczorem udałem się prosto do jej domu.
Jak też wielce mnie zdziwiło, gdy drzwi mi otworzyła jakaś kobieta, która mi się wydawała zupełnie nieznana. Za to ona mnie od razu poznała. Zmieniła się zupełnie, nie do poznania. Zestarzała się o jakieś dziesięć lat. Gdy usiadłem na jej zaproszenie, zaczęła mi opowiadać o swej biedzie, że wyszła za mąż po raz drugi i tym razem nieszczęśliwie trafiła, na dodatek męża jej zabrali na wojnę. Skarżyła się, że zostawił dwoje małych dzieci i że musi się utrzymać z robienia papierosów. Żal mi jej doprawdy było. Ale nie czułem już tego jak dawniej, że warta ona jeszcze zachodu. Więc też zaraz co prędzej ją pożegnałem i wyniosłem się. Daremnie sadziła się na uśmiechy, próbując mnie zatrzymać.
Obiecałem jej tylko, że jutro przyjdę na pewno, a tym razem mam ważne sprawy do załatwienia. Słowa danego nie dotrzymałem, tak jak wielu mężczyzn postąpiłoby w tym wypadku...