Część pierwsza

Niemoc serdeczna jest stokroć gorsza od niemocy fizycznej. Przeto zleczcie myśl waszą.

Frycz Modrzewski, O naprawie Rzeczpolitej, 1554

Płaski i nagi kawał ugoru, otoczony niskim, krwawo-czerwonym murem, spiętym ciężkimi fortecznymi wrotami. Ponad suchymi garbami ziemi sterczały długie i równe szeregi żelaznych krzyży, wyszłych1 jakby spod jednego odlewu. Pomiędzy nimi wypukłe, ostrym, szeleszczącym żwirem wysypane drożyny i ścieżki. Pękate, sztywne i brudne od ku­rzu akacje.

To surowe, twarde otoczenie przypomniało Kunickiemu zapuszczone po wsiach naszych cmentarze, z suchymi wierz­bami na mogiłkach; żydowskie kirkuty, gdzie w olbrzymim stepowym zielsku sterczą krzywe kamienne tablice; — smu­tek żałobny na jednych, niemą martwotę i opuszczenie na drugich... Tu wstrętny ład, obmierzła kultura wielkiego mia­sta, zda się, śmierć nawet przebrała w mundur i postawiła jako policjanta przy wrotach.

— Na niemieckim cmentarzu i wrona siąść nie zechce — przerwał mu myśli Borowski, przysiadłszy się do niego na ławkę. — Twardemu życiu — twarda śmierć — mówił dalej, wiodąc okiem po kominach fabrycznych, naokół. — Mnie tam o posłanie pośmiertne nie idzie: żyjesz marnie, umrzesz marnie, zgnijesz marnie. — Chrząknął i splunął gdzieś między mogiły.

— Co mnie!... Pod marmurem leżeć, korzenie cyprysu mieć w zębach, czy glinę i żwir ostry... Przykro tylko, że każdy musi być tam samotny, w tym ciasnym pudełku... Człowiek nierad sam gnije. Im bardziej go robaczki toczą... To straszna rzecz, jak my wtedy potrzebujemy sympatii!

Kunicki zrobił grymas nieokreślony i spojrzał mu bystro w oczy.

— Pan musisz mnie mieć za wielkiego łotra? — za­gadnął nagle Borowski.

Kunicki parsknął śmiechem.

— Filozofowanie pańskie nie przeraziło mnie jeszcze tak dalece. A co do łotrostwa?... Słucham chętnie.

— A ja pana mam za dziecko.

— Proszę?

— Pan tym mądrzej, tym wymowniej mówi, im słuchacz mniej pana rozumie i więcej się przed nim korzy. U pana we wszystkim jeszcze tak i siak, a zawsze szaro, nudno i nadęto. U pana te doktryny, filozofie, morały... A u mnie psie, podłe, sobacze życie! — zakończył niespodzianym okrzykiem.

— A miało być inaczej — mówił potem w zadumie. — Ojciec mój aktorem był.

— A?...

— Tak jest, artystą był. — I dobrze mu się pod koniec działo. Miał takich, co pożyczali pieniądze, i takich, co pre­zenty dawali. Pamiętam, pieniędzmi w kieszeniach dzwonił. „A ciebie — mawiał — do tej budy (na scenę niby) nie puszczę. Ty siebie szanuj, temperamentu nie masz”. We mnie bo ojciec żadnej cechy nie spostrzegał, człowieka nie widział; tylko cenzurki i stopnie dobre chwalił, do książki kijem, ręką i nogą zapędzał, a przy rozmowie z obcymi zawsze drwił ze mnie i lekceważył. Umiał mnie znakomicie naśladować i „odstawiał”, jak się do kobiet zabieram, to jest, jak się przegi­nam, kryguję, włosy dłonią przygładzam i równocześnie roz­mówkę wszczynam z aktorkami, co do ojca zachodziły. A na złość staremu, mnie kobiety bardziej lubiły niż jego. Starego bo za podbródek szczypały, szczutki mu w nos dawały, a do mnie uśmiechały się miło, inteligentnie i tę rączkę białą z trzema odciskami deseniu, wprost spod rękawiczki, miękką i wilgotną, podawały mi na ciepło... „Pocałuj, chłopczyku, w rączkę” — mówiły tym życzliwym uśmiechem.

Całowałem... A kiedy poszły, tom w książkę nosem stukał i myślałem — nie o nich, bom w zakłopotaniu twarzy dobrze nie rozejrzał, ale o tej rączce białej. A stary doglądał książek, na których się nie rozumiał, i do pracy zapędzał: „Ty się do łaciny lansuj, nie do facetek. Kuj, kuj! — będziesz sędzią, profesorem, idioto!”.

Póki mi tylko kobiece rączki w rękawiczkach i nóżki w pantofelkach po głowie chodziły, źle było. Pałki do domu znosiłem, a stary klął. Wszystko zmieniło się nagle, niespo­dzianie, gdym książki, gdym powieści do rąk wziął: smutny się stałem — dziwaczny, kapryśny — zapamiętywałem się po kątach — i wolno wierzyć lub nie — pisywałem wiersze na okładkach. Z łaciną nawet ulżyło, mimo że więcej nie pracowałem. Tu, w głowie, ruch się wszczął nagły, życie się zbudziło: świat przede mną stanął. Niepokój się zbudził jakiś, w oczach blask zaświecił, czoło się wyświetliło, głos głębiej z piersi się dobywał, echo w sobie miał i falował, jak organy, gdym się w mowie zapalił. Stary na śpiew mnie próbował. „Powinieneś — powiada — co dzień mnie po łapach całować, żem cię takim zrobił. Kapitał masz tu — mówił, ciągnąc mię za gardło — grdyka, jak u wołu!...”. Zainteresował się mną, w kąpieli nawet obejrzał i wtedy aż nogą mnie kopnął i śmiał się zadowolony. „Takich miej — mówił. — Żenić, to się żeń z kamienicznicą, ale dzieci miej gdzie indziej!...”. A gdym na niego podejrzliwie spojrzał, to się żachnął i pchnął mnie do lustra. — „Chcesz legitymacji? — Masz legitymację! Daj swoim dzieciom taką”. — I wyrżnął mnie w piersi. „Ech! U chłopa z piersi, jak ze dzwonu, echo idzie! Temperamentu tylko szelma nie ma...”.

Tego dnia obchodził mnie, jak wilk, podpatrywał, prze­glądał, wreszcie zaszedł mnie raz z tyłu i położył na książkę jakiś portret. „Masz legitymację!...”.

Z obrazu na stole uśmiechała się do mnie twarz młodej kobiety. Więc to znaczy: matka?... Jam dotychczas nic o niej nie wiedział... Nie, to była kobieta. Młoda... Piękna... Je­dna z tych, co, w kształty jeszcze nieobleczone, już w my­ślach mych żyły... I ten jej uśmiech dziwny. Powiedzieć chce coś. Uśmiecha się, a czuć, że chłodne, zimne słowo rzuci... I te usta miękkie. Te oczy, oczy żywe, mówiące.

A jednak: matka!

Powstałem szybko z miejsca i, onieśmielony, odstąpiłem na bok.

— Więc to ty mnie rodziłaś? — pytam z daleka. — Powiedz, kim byłaś?... Coś cierpiała? Wszak to ja jestem twym cierpieniem, ja!... Twym bólem w uśmiechu, twym pło­mieniem w oczach, twą zadumą na czole. Stary cię mój po­rzucił, czy też?... Biedna ty!... A jednak dumna...

Jak można, będąc matką, mieć takie oczy!

Matka...

Późno uczyć się muszę treści tego dźwięku. Późno przychodzisz, bardzo późno przychodzisz... I przestań się tak uśmiechać, bo ja chcę ciebie, matko, powitać...

Staremu portretu nie oddałem. Zawiesiłem go sobie pod krzyżem, nad łóżkiem. I przeżywałem ciężkie dni. Na wszyst­kie me myśli, smutki i marzenia, dawniej samotne, patrzała teraz ta twarz z uśmiechem wciąż dla mnie niezrozumiałym, z tak dziwnie niepokojącym uśmiechem.

Ocknął się jednak i we mnie ten potężny głos natury, wielki, ślepy nakaz, i rzucił mnie wreszcie przed nią na ko­lana. Spowiadałem się jej po nocach z tych wielkich pra­gnień obiecanego mi życia, co szerokim, tajemniczym roz­łogiem, przysłonięte tumanami marzenia, stoi oto przede mną i czeka. Chodź... A w myślach tych tuliłem się do jej obrazu.

— Potrzeba mi twej miękkiej dłoni, matko, twej dłoni na me czoło gorące. Twoich mi kolan potrzeba, abym na nie ciężką od rojeń głowę złożył. Wodzenia dłoni twej po włosach mi trzeba, aby w te rojenia spokój uczucia, spo­kój myśli wstąpił. Aby czynem się stały.

I stóp mi twoich potrzeba, abym się pokory uczył. Bo do czynu i pokory potrzeba.

Brak mi twej duszy matczynej, syna nadziejami tylko — już dumnej. Dla mej słabej woli twej mi dumy, matko, po­trzeba. Mocny będę.

Brak mi serca twego, wszystkich mych uczuć prawego domu i czystego ogniska.

Czyś ty o tym nie wiedziała? Czy ci żadne nie mówiło przeczucie, jak ja ciebie bardzo kiedyś potrzebować będę? Czy ci przy śmierci żaden smutny anioł nie powiedział, że przy młodzieńczym zrywaniu pęt, przy pierwszych próbach lotu nie mieć matczynej ręki, matczynych kolan i stóp matczynych — że to jest zło wielkie. Że ja kiedyś przy olbrzymim pragnieniu życia mieć będę serce — takie żądne mi­łości — a takie puste.

Czyś nie przeczuła, że z twym synem stać się może rzecz straszna? Ja żyć, żyć, żyć chcę!!

...A tyś odeszła.

Kto mnie ochłodzi? Kto mnie ogrzeje? Kto wzmocni? Kto poprowadzi? Kto mnie pokory nauczy i krzyżem świętym pobłogosławi? Kto nauczy dumy? Kto w potrzebie miecz w dłoń poda i zawoła: „Bij! Bij, synu! A stąpaj mocno”.

Jam twego żywota płód szlachetny. I otom jest2 twą słabą dziewiczą wolą — słaby, twym dziewiczym marzeniem tak hojnie bogaty.

Kto mnie ogrzeje? Kto mnie poprowadzi?

Jestem jako kwiat polny na twej mogile. Zdepcą mnie ludzie — matko!...

I tak modląc się do niej po nocach, wonną paliłem jej myrrę: mych pierwszych, młodzieńczych, mych czystych uczuć ofiarę. A ta jej twarz na obrazie wchłonęła w siebie wszystko, com miał w piersiach. W jej rysy spłynęły, zlały się i sto­piły wszystkie me pragnienia. Ta twarz stała się dziwnym, widocznym ich kształtem, zagadkowym symbolem matki, ży­cia, kobiety, sztuki...

Skulony w łóżku, zgięty, w sobie zebrany, wchłaniałem w siebie ten haszysz upojeń. A z tego patrzenia krew mi w skroniach młotem kuła... Ani takiego jasnego przejrzystego czoła, ani takich oczu, przyczajonych za rzęsami, takich oczu całujących, ani takich ust — mądrych, takiego owalu twa­rzy — smutnego, ani szyi tak giętkiej, ani piersi tak rzeźbionych i dyszących; — tego nigdy, ani przedtem, ani potem, nie widziałem.

I ten uśmiech! Uśmiech, co do siebie siłą fatum przy­ciąga — i mrozi.

Raz jeden, pamiętam, wiersz dopiero co napisałem i le­żałem na łóżku w tumanie odurzenia. Jakiś nagły, potężny napływ uczucia łzy na policzki wyrzucił i za gardło ścisnął. Porwałem się na nogi.

I do tych ust uśmiechniętych, do obrazu matki pod rozciągniętymi ramionami krzyża, przylgnąłem gorącymi wargami.

Kocham cię!...

I tak mi Bóg na wstępie życia grozą grzechu kazirod­czej myśli piersi zdławił. Czyniłem pokutę — leżałem krzy­żem. A w wyobraźni mej wytęskniony przeze mnie świat w wirze szalonym zatańczył.

Jakiś dziki pęd upiorów po krwawej nocy, jakieś ostre chichoty czarownic, jakiś szalony natłok ciemnych obrazów w płomieniach błyskawic, grzmoty przekleństwa i w proch padająca serdeczna pokuta i korowody taneczne nagich kobiet.

Po nocy zaś pisałem:

„A jednak: czemuś Ty, czemuś Ty odeszła?! — Wyżej bym latał, ptak młody. Z dłoni twej piłbym może nektar wieczności”.

Podpatrzył raz te dziwne nabożeństwa ojciec. Obraz zdjął ze ściany, spojrzał na mnie ostro i chmurnie. Wreszcie splunął i wyszedł.

W duszę mi tym napluł. Jezus Maria, myślałem, czyż­bym ja dzisiaj był już potworny?

Dogoniłem starego i wczepiłem mu się oburącz w ra­miona.

— Czy ty nie widzisz, ojciec, co się ze mną dzieje? Czy ty nie widzisz, żem ja się już ocknął z dzieciństwa? Że mnie życie lada chwila w swój wir porwie?

— Wściekłeś się? — pyta stary z flegmą3.

— Słuchaj, jeśli mnie życie w samym zaraniu gdzieś w kanały rzuci, ty będziesz temu winien. Bo, patrząc na mnie jak na dziecko, nie widzisz mnie wcale.

Spoważniał stary. Zapalił spokojnie papierosa, ujął mnie za rękę i zaciągnął przed fotel. Usiadł, kilka kłębów dymu wypuścił, a tę swoją twarz aktora: wielką, nagą i jak płótno na wietrze ruchliwą, ułożył w jakiś grymas powagi, który mi się nie podobał. Pod tym grymasem czaiła się ironia.

— Byłeś już? — pyta niby poważnie.

— Gdzie?

Szerokim ruchem ręki wskazał gdzieś na miasto, na ulicę.

Żachnąłem się.

— Bo przecież taka jest ta wasza pierwsza tragedia. Śmieszne smyki!

Wstał i ujął mnie za ucho.

— Chłopaczysko wyrósł jak byczek. Ale głupi! Ale nie­mrawy! — Skoro myśleć o sobie nie umie.

— Mnie nie tego potrzeba.

— Nie!? — huknął mi basem tuż nad samym uchem i skrzywił się z niesmakiem. — A czego ci trzeba?

Zamyśliłem się. Nie byłem przygotowany na to proste pytanie.

— Życia — rzekłem z wahaniem i po długim namyśle.

Stary rozkraczył nogi, wtłoczył ręce do kieszeni. Po chwili:

— A ile to kosztuje? — Sięgnął po portmonetkę. — Masz rubla i poszedł precz, boś głupi.

Stoję na miejscu i w niedołężnym zaprzeczaniu poru­szam głową. Nie znajduję teraz najprostszych słów dla tych myśli, co takim wirem krążyły mi co wieczór po głowie.

— Wyjęzyczże się, wystękaj — przedrzeźnia stary. — Mów, coś za jeden?

— Mnie potrzeba opory... We wszystkim, co myślę i czuję, musi być jakaś luka, z którą żyć nie można. A może brak mi tylko...

Przycisnąłem ręce do piersi.

— Kochania — zadeklamował stary i podniósł białka na sufit. — Jakiś ty niebotycznie sentymentalny!

— Widzisz, ja mam za dużo pragnień w głowie, a za mało wagi w sercu. I czuję, że to jest źle... Puść mnie! — wybuchnąłem nagle, chwytając go za rękę. — Puść mnie od siebie.

— Dokąd!?

— Gdzie bądź. W świat pójdę — odpowiadam ponuro.

— Po co?! — stary poczerwieniał już ze złości.

— Przeznaczenia swego szukać.

— I... co ty znajdziesz, durniu?

Westchnąłem tak głęboko, że mi się zdawało, iż mi chyba serce spod żeber wyskoczy.

— Ciągnie... Rady sobie dać nie umiem.

— Bo ty nie wiesz wcale — wołam, czując gorące wypieki na policzkach — ty nie wiesz wcale, ile ja sił w pier­siach czuję! — I czym ty mnie częstujesz? Daj mi najpięk­niejsze kobiety: — powiem: „tyle tylko?”. Daj mi boga­ctwa: — powiem: „mało!”. Wywróż mi szczęście: — zawołam: „ach — nie dbam o to!”. Obiecuj tryumf, sławę, władzę...: ja będę wołał: „mało, mało!”. Bo dla moich wielkich chęci nie może być nazwy, bo wszystko, co określone, zmrozi je tylko. — Ale gdy mnie natomiast na bok weźmiesz i szeptem powiesz: „Synu, czeka na ciebie... gdzieś... coś wielkiego... coś, co...”.

— Basta! — trzasnął ojciec jak biczem. — Bo się udławisz frazesami. Wiesz ty, co to wszystko znaczy? Dokąd cię to ciągnie?

— Nie wiem — mówię, szarpiąc palce, aż w stawach trzeszczało. — Nie wiem.

— Aktorem chcesz być — wyrzucił stary przez zęby wraz z wielką chmurą dymu od papierosa.


Po kilku miesiącach byłem już w teatrze. Ale stary wystąpił. „Ja — mówił — ze smarkaczami rywalizować nie będę”. I dobrze się stało. To wszystko ze środka znalazło gdzieś ujście: precz z duszy, precz ze krwi, z myśli, z ner­wów. Rzucałem się na scenie jak piskorz, darłem się jak sroka, huczałem jak wicher. W sercu wciąż jeszcze była pustka. — Powodzenia to, oczywiście, nie wróżyło. Stary był zły, gryzł się i martwił. „Opętać, opętać szelmę! — wołał. — Ocet niech łyka, w łaźni niech odmięknie!”.

Raz przyszła do ojca ta, co z najbardziej dystyngowa­nym witała mnie uśmiechem, co z największym spokojem, z wyszukaną światową uprzejmością ze mną rozmawiała. Miała na sobie lekką czarną zarzutkę, niby wielki kołnierz koronkowy, i duży czarny kapelusz. Twarz to czyniło bladą i ściągłą4, ciemne oczy odbijały wymownie, rzęsy wyglądały jak zasłona czarnych, jeszcze delikatniejszych koronek. Ręce w duńskich, wysokich aż po łokcie rękawiczkach wsparła na cienkiej pa­rasolce i mówiła o książkach, sztukach, namawiała mnie na operę. Pociągnęła mnie ta spokojna blada twarz pod zama­szystym kapeluszem. Przysiadłem się do niej, ująłem za rękę. Przegięła się...

I tak w otępieniu jakimś, nie zrzuciwszy zarzutki, ka­pelusza nie zdjąwszy... Nawet parasolki z rąk nie wypuściła... Dopiero potem ujęła mą głowę w obie dłonie i złożyła długi, ciepły, jakby dziękczynny pocałunek na mym czole. Łzy miała w oczach.

Zrozumiała, że była pierwsza? Nie wiem.

A potem mieszała się przy mnie, czerwieniła; podsłuchi­wała me rozmowy z ludźmi, jakby bojąc się, by o niej mi czego nie opowiedzieli. Ze mną mówiła szeptem. Zaczęła się czesać gładko, nosić prosto, pociągle, smukło. Wzdychała często, używała zdań niedokończonych, domyślnych, aktor­skich... Mówiła, że nikogo w życiu tak nie zna, nie odgaduje, nie czuje jak mnie; — a znała mnie chyba tylko na zewnątrz... Czasami w półmroku, przy ledwie świecącej pod czerwonym ciemnikiem lampie, siadała na fotelu w swej czarnej luźnej sukni z szerokimi rękawami, zarzucała białe ramiona na tył głowy i zapadała w zadumę. Mnie kazała godzinami całymi milczeć i siedzieć opodal. Potem przyzywała do siebie, pie­ściła jak kota. Dopatrywała się we mnie Bóg wie czego. Ja w niej znalazłem tylko ciało i znużenie. Byłem dla niej tak nielitościwie, co gorsza, tak nieświadomie brutalny, jak być tylko potrafi gdzieś w świat przed się na oślep pędząca młodość. A ona płakała często. Żaliła się, żem z niej duszę wy­rwał, zmiął, podeptał, że mi wraz z duszą i talent rzuciła pod nogi, że krew swą we mnie przesącza i że po śmierci w moim talencie żyć będzie. Zaklinała się wreszcie, że miłość miłości nierówna, że ona tej ostatniej przy mojej zdradzie nie przeżyje.

Tej ostatniej...

— Bo ja ciebie przeszłością oszukiwać nie chcę — wyrzuciła ze łzami i ta jej biedna, jakimś obcym mi jeszcze bólem życia okropnie zmęczona twarzyczka drgać we łzach poczęła.

Całowałem po rękach, uspakajałem... — Nie mam żalu do przeszłości; dziś ją mam i mieć będę na zawsze. — Kazała mi przysięgać — przysiągłem.

I nie przeżyła...

Padła mi w poprzek drogi życia, koniec młodości mojej znacząc.


Ojciec przysłał mi na scenę wieniec — sam ojciec! Potem wyprawili kolację. Stary się upił i klął, na czym świat stoi. Wołał, żem go podpatrzył, okradł, zmałpował — głupio zmałpował; że dawniej publiczność była mądrzejsza, że na tę blagę cichej afektacji, na tę „czuciowość” w grze brały się tylko histeryczki, że dawniej było więcej męskiej tężyzny w grze aktorów. — W końcu skuł się do nieprzytomności i walił pięścią w stół i ryczał ku uciesze aktorów.

„Dacie wiarę, ta małpa kochał się w portrecie wła­snej matki”.

A ja puściznę po obu wziąłem. Po tamtej na obrazie spod krzyża, co była świadkiem i kochanką pierwszych mo­ich marzeń. I kim ona była?... Mówili mi ludzie, że uciekła kiedyś od ojca. Jakie ja promienie duszy i jakie trucizny w spadku po niej otrzymałem?... Jej uśmiech — dziś dopiero to widzę — nie był uśmiechem matki. Takim chłodem nie­dbałego uśmiechu wabi ku sobie piękna kobieta, tak nęci życie, takim uśmiechem przykuwa do siebie sztuka. Do chło­pięcych moich marzeń uśmiechał się spod ramion krzyża sfinks życia, a ja, rwąc się do życia, wycisnąłem mu na ustach gorący pocałunek. Ten uśmiech wgryzł mi się w oczy, wsiąkł w duszę na zawsze. Ten pocałunek został mi chyba na war­gach. Może dlatego, myślałem, pocałowanie ust moich zabija? Może dlatego tamta w grobie legła?

A potem wziąłem ciężki jak kamień, spadek po tej dru­giej: smutnej, zdradzonej, zagadkowej wówczas dla mnie, dziś jeszcze niezrozumiałej — a już nieżywej.

I zjawił się ból...

Ból, co ciężył na każdej myśli, drgał w głosie, odbijał się w ruchach i tu na piersiach tłoczył; ból, co rojem jado­witym pierwszy owoc doświadczenia życiowego osiadał, by na nim nasiona złego złożyć — liszki się lęgły z tych nasion, miąższem cierpień się żywiły, by się gdzieś potem w mo­tyla sztuki przepoczwarzyć; ból taki smutny i bezbronny, że pozwalał chorej wyobraźni rzucać mnie w jakieś zawrotne koła gorączkowych rojeń, w których myśl się gubiła, życie więdło... Jak pijak, miałem wódkę i smutek, smutek i wódkę.

Z wódki łzy piłem: w pieszczotach, w uściskach, w szale z pierwszą lepszą, co mi na piersiach zwisła, dziwiłem się, czemu ma usta świeże i ciepłe, a nie twarde, sine i obrzękłe? Czemu oczu nie ma matowych? Szlamowatych i żółtych, sztywno na pół przymkniętych powiek?

A smutek był moją trzeźwością.

Nie grałem — zgrywałem się na scenie. Kiedym czyjś żal w duszę przejął, tom w oczach ludzi spływał krwią wła­sną, serdeczną; gdym się cudzą rozpaczą przepoił, rzucałem im kawałami coś ze swego serca, z głowy, z duszy — precz! na zawsze! — wiedząc, że to do mnie już nigdy nie wróci, że jutro dam mniej niż dzisiaj, że za rok już w sobie nie znajdę.

Ojciec słał wieńce na scenę — sam ojciec! Chodził to do krzeseł, to do lóż, to na galerię, rzucał się, klaskał, wy­myślał publiczności od kanalii.

A ja na scenie już tylko żyłem. W życiu byłem gnuśny, opieszały, tępy.

I nie miałem już nic w myślach, tylko kobiety, kobiety!...

Wtedy poznałem ją... Dwunastego września... ją, Zochnę, żonę...


Mówię staremu: tak i tak, żenić bo się chcemy. „Weź — powiada — sprowadź, bodajby dzisiaj — i ożeń się. Nie wstydź się, skromny młodzieńcze”. — „Jeżeli — mówię mu — na ślubie uczciwych ludzi choć jedna świeca więcej się pali, i tę chcę mieć zapaloną. Nie tknę, nie ruszę wprzódy. — Ciało przy niej pokorę czuje, a dusza w płaczu się zrywa, marząc o szczęściu”.

Ojciec skrzywił się strasznie, wydął wargi i zaśpiewał przez nos: „Osieł jesteś!”

Słyszeć o tym nie chciał. Dokuczał, za mymi plecami jakieś czarne intrygi wszczynał. Uwziąłem się na złość sta­remu, wystąpiłem z budy i zamieszkałem sam. Słyszę, chce moją rolę brać. Ogłasza się na afiszach, sprawił sobie nowe ubranie i wałęsa się po mieście, poważny, namaszczony; — łeb zadziera.

Przychodzi sztuka, cofa się przed samym spektaklem, mówi, że stary, że kolana mu się trzęsą, choć mu po linie chodzić przecie nie kazali, tylko grać. Po dwóch godzinach zwleka się do mnie pijaniusieńki. Staje we drzwiach, cylindra nie zdejmuje, ramiona splata i mruczy coś przez nos. (Stary zaczynał się już manierować na tych nosowych dźwiękach, mających wyrażać pogardę).

— Syn — bąkał tedy — syn wystąpił, a starego wy­leli... Wyleli — powtórzył, rozwalił się na krześle i wyciągnął sztywne nogi. Patrzył w sufit i gwizdał cierpliwie i uparcie przez godzinę całą.

— Ty?! — rzekł po godzinie.

— No?

— Wyleli — mruknął i znowu zaczął gwizdać. — Alles ist weg, alles ist weg5. Rubla masz?

A gdym do kieszeni sięgnął, zrobił ten swój świetny, nie do naśladowania, ledwo widoczny, a tak wymowny ruch dłonią. W tym było nie tylko: „Daj no, daj!”. To mówiło, w pośpiesznym, zdławionym, niedbałym tempie: — „Pieniędzy mi potrzeba. Ty dasz; — wiem... Ja ci ich nie oddam — ty wiesz o tym, choć na moje honorowe zapewnienia schylasz głowę. Za to cię jeszcze ani kochać, ani szanować nie po­trzebuję... Ja sobą może i gardzę, ale tobie nic do tego... Moje życie jest... Ale co ci do mojego życia!... Chcę pić, będę pił... Je m’en fiche6 — O, la!”. — A to wszystko, tę całą duszę człowieka, wypowiada się, tuląc cztery palce dłoni i puszczając jakiś mały, przelotny promyk po twarzy. Jaki?... Tego ani opisać, ani naśladować niepodobna. To Bóg daje. — Nazywa się to — talentem aktora. A człowiek, który to licho posiada, będzie miał nieraz, przy wielkim sercu Chrystusa, niskie instynkty zwierzęcia i całą marność człowieka w sobie. Taki szczęścia nie zazna i zaznać nie może. Jest w tym i ludzka zemsta, i Boża kara.

Zastąpiłem staremu drogę przy drzwiach. Ściskam sobie dłoń, palcami trzaskam, wargi gryzę: bom nie wiedział, czy wyleczę, czy dobiję.

Wreszcie powiedziałem:

— Ojciec, może... może bym ja zagrał... za ciebie.

Chciał mi się na szyję rzucić, ale zatrzymał ręce na mych ramionach, potem wsadził je do kieszeni, wydął usta i rzekł protekcyjnie:

— Spróbuj.

Zaprowadził mnie do restauracji i za mojego rubla za­fundował mi piwa. Był uprzejmy i gościnny: com łyk ze szklanki pociągnął, dolewał mi pośpiesznie. Po raz pierwszy w życiu zapytał o zdrowie. — Kiedyśmy już kilka butelek opróżnili, przysiadł się do mnie, zapalił papierosa, gładził siwe włosy i, blednąc dziwnie na twarzy, rzekł do mnie szeptem:

— Ja ciebie, Władek, psuć nie chciałem, ale to jedno wiem — i tak mi Panie Boże dopomóż, jak szczerze mówię: ty byłbyś nowy, świeży, genialny, gdyby nie kobiety. One cię gnębią, krew twoją toczą, mlecz piją, mózg ssą. One te­raz wszystkie do ciebie pełzną, wszystkie! Oplotły cię, opę­tały, pierś ściskają, talent w piersiach chcą zdusić... Mnie wszystko jedno: bierz je bodaj wszystkie — ale potem pluń i przepędź, boć to bydło jest przecie, gad zimny i leniwy. I nie wiąż się ze zwierzęciem, nie wiąż, chłopcze; bo kiedy z ciebie wszystko wyssie, to się kiedy nocą, jak kot, do łóżka zakradnie, tu na szyi w wielką żyłę się wgryzie i krew twą serdeczną do ostatniej kropli wyżłopie. Taki gad żoną się nazywa...

Ciebie by banda impresariów po Europie obwoziła. — O Władek, Władek!... Tam, w Paryżu, w Berlinie, w Wied­niu — tam nas cenią! Nie klaszczą, nie wyją, nie przeszka­dzają, jak tutaj, lecz rozumieją, na równi z piszącymi uwa­żają. Tam ma walor intuicja, bo oni mają za dużo szkół i wiedzy; tam wielbią puls życia indywidualnego, bo szare są wielkie miasta... Co ja mówię, oni nas tam bardziej od piszących szanują, bo ich bibuła, pisaniny, literaty przytła­czają i nudzą. My zaś jesteśmy życiem samym, jesteśmy śmiechem, łzą, okrzykiem, buntem, szałem w żywym czło­wieku... Literat to kłamliwy komediant — aktor ma szczerą duszę. — Tak piszą!... Nie wierzysz? Czytaj gazety cudzo­ziemskie.

Piwa miał już widocznie za wiele, gdyż pięścią w stół uderzył i krzyknął, aż echo rozniosło po sali.

— „Figaro”! — „Frankfurter Zeitung”!

Wywinął się kelner przed stół i tłumaczy, że nie ma tych gazet w restauracji.

— Przynieś z kiosku — rozkazał ojciec krótko.

Kelner stał z miną grymaśną i niezdecydowaną. Ojciec zmarszczył czoło.

— Słyszał kelner, com rozkazał?

I spadając natychmiast z aktorskiego tonu, dokończył po swojemu:

— Poszedł precz, bo zabiję!

— Niechże ojciec nie rzuca butelek. Awantura będzie...

Spochmurniał i nasrożył się mój stary. Wydało mu się, że jakiś tam klient dobrego krawca i fryzjera: hrabicz czy kupczyk od sąsiedniego stołu przypatrywał mu się arogan­cko. Stary pochwycił dopiero co odkorkowaną butelkę, wy­pił ją duszkiem, postawił z impetem na stół, nogi na krzesło założył i rozpiął kamizelkę.

— Niech kelner!... przy-nie-sie! cygaroo! — zaśpiewał na tremolo.

A potem do mnie znów się przysiadł.

— Będziesz grał, Władek?... Słuchaj — wołał, chwytając mnie za bary — ty jutro mnie i siebie pomścić mu­sisz. I nas wszystkich. My wszyscy jesteśmy biedni ludzie, bo nie wiemy, dla kogo i po co swą duszę w szmaty targamy... Płomieniem krwi twej młodej roznieć jutro wielkie światło duszy; niech tamci mrużą oczy, niech się kurczą, wiją podłe, ślepe gady!... Ty im się wgryź w serce! Niech poznają, że jest puste; bij po głowach obuchem! Porusz le­niwe mózgi; po kałdunach sytych kop! Odbierz im spokój... A dusze ich w kale nurzaj; drwij, znęcaj się i pluj! Powtła­czaj im mózgi w brzuchy... Skończy się — i rozpełzną się kłębiskami gady gnuśne, ciężkie i — leniwe; pełne strachu i po­kory... A my wtedy: — deptać!... Puścimy za nimi tony marsza żałobnego lub taniec szkieletów, i nuż szargać, tar­gać, rwać w strzępy marne dusze! Bydło, owce, kałduny! Ha, ha, ha!...

Śmiech był zrobiony bajecznie. Wpadł jakby z cichej ulicy, basem piersiowym rozległ się po sali, zahuczał echem jak organy i ludziom usta zamknął. W sali uczyniło się cicho: na szczęk noża ludzie sykali gniewnie, kelnerzy zatrzy­mali się pośrodku. Patrzano wyłącznie na nas.

Ale ojciec już tego nie widział.

— Ty — mówił, uderzając mnie pięścią w piersi — ty, bydlę niskie, do nich pragniesz teraz przejść! Żenić się chcesz! Będziesz handlował, szachrował, Żydom po biurach się wysługiwał, łykom po sklepach, szlachcicom cielęta ho­dował i tuczył?

Nie odpowiedziałem mu nic; musiał jednak z mej twa­rzy coś wyczytać, gdyż uśmiechnął się cicho i napił piwa.

Wyznałem mu tedy całą prawdę: mówiłem o tym, jak się ścieram i zużywam z dnia na dzień, jak dziś już, niby morfinista, trucizną tylko dobyć coś z siebie potrafię. Stary początkowo wierzyć nie chciał; potem wpił się rękoma we włosy, oparł głowę na łokciach; myślał i słuchał. A gdym mówić przestawał, unosił nieco głowę, białka wywracał i tak się wpijał we mnie tym spojrzeniem dziwnym.

— Bywa, bywa — mruczał pod koniec — czasami tylko jeden dzień, jedna wiosna, jedna miłość. Dziś więcej niż da­wniej... Motyle, jętki, ćmy — potem gady!

Wyprostował się wreszcie sztywno.

— Na długo się cenisz?

Wzruszyłem ramionami.

— To zależy.

— Od kobiet?

— Chociażby...

— A potem? — pytał, wlepiając we mnie przewrócone białka oczu.

Chłód mnie przebiegł po ciele. Dotychczas nie myśla­łem o tym, com w ojca spojrzeniu wtedy wyczytał; nie my­ślałem o upokorzeniu.

— Jeżeli kobieta — zaczął ojciec, wpatrzony błędnie przed siebie — nie wiem, jak się ta twoja nazywa — jeżeli tym lubieżnym a wzgardliwym uśmiechem, w którym wła­ściwa dusza kobiety się przejawia, śmiać ci się będzie w wy­stygłą twarz: podczas gdy inny, świeży, nowy, mocny bę­dzie ją tęsknymi oczyma budził, podniecał, roznamiętniał?... O! Takiej doczekać się w życiu godziny i kobiety nie zabić!... Aktorem jesteś: wmyślże się7, czuj, przeczuj własnej młodo­ści koniec... A jeżeli drugi tam na scenę wejdzie, podpatrzy cię, okradnie i złupi — sobie na karierę? Jeżeli... jeżeli okrzy­kną go genialnym, dlatego tylko, żeś ty! ty! ty! tak bardzo cierpiał?... Jeżeli ludzie cię porzucą, psy tobą wzgardzą, dy­rektor cię wyleje?... Jeżeli kel... kel...?

Ojciec schwycił się za głowę: krople rzęsistego potu wystąpiły na bladą jak chusta twarz. Rzucił się w głąb ka­napy.

— Jeżeli kelner ci gazety przynieść nie zechce!? — krzyknął, zabełkotał coś i rozpłakał się tak straszliwie, że wszystko porwało się z miejsc.

W restauracji wszczął się szmer, potem jakiś zgiełk i pogwar gniewny. Ludzie wołali kelnerów, płacili z hałasem. Kobiety wychodziły z wyrazem przestrachu i współczucia, ich towarzysze z grymasem niesmaku nad tym płaczącym starcem.

Wyprowadziłem ojca na ulicę. Upierał się, że mi szam­pana zafunduje, choć do tego piwa ja dopłacić musiałem.

— Przyjmij ode mnie — prosił, całował, przymilał się. I ledwo stojąc na nogach, ciągnął do drugiego szynku. Przed samym domem wytrzeźwiał jednak.

— Jeżeli?... — zapytał poważnie i myśląco.

— Ja nie będę miał czego żałować — odparłem spo­kojnie.

— Chcesz ze mną?...

I zrobił jeden z tych swoich ruchów nie do powtórze­nia. Ręką tylko skinął i uśmiechnął się... Jak?... Bo ja wiem! Tak się może uśmiechali dawniej ci, co na stosie ginęli: było w tym i politowanie, i wzgarda, i żal serdeczny za głupim życiem podłych ludzi. Zwiesił głowę i pokiwał nią do swych myśli.

All right! — zawołał na pożegnanie jak cyrkowiec.


Na drugi dzień doglądał mnie i strzegł na każdym kroku. W południe nie wytrzymał i narzucił się na mnie.

— Grać będziesz?

— A no...

— Mów, co tobie, człowieku? Pić chcesz? Tyś i wczo­raj niewiele mówił.

— Tęsknię...

— To weźże ją sobie!

— Poczekam, aż mi ją rodzice dadzą.

— Aż ci wyschnie, zwietrzeje i ulęgnie się do ołtarza!

— Poczekam.

— Ocknij ty się! Ty przecie nic nie myślisz, na twa­rzy widzę, że nic nie myślisz! Już masz na swej głupiej gę­bie idiotyczne piętno narzeczonego... Ty mi dzisiaj porządnie grać musisz! — krzyczał i trząsł mną za ramiona. — Ale to niepodobna, żeby taki zadowolony z siebie kretyn uczciwie coś zagrał... Idź do niej — czy co!?... Spraw sobie zdradę — czy jak!?... Rób coś: porusz, porusz bebechy! Ty, gnuśne, tępe, narzeczone bydlę!

Ojciec trzasnął drzwiami i zostawił mnie z mą bez­myślnością.

Dawniej inaczej bywało. Dawniej, gdy wyszła ode mnie która z tych kobiet, pozostawiwszy po sobie zapach ciała swego, atmosferę od pieszczot ciepłą, od szałów jeszcze du­szną i nieukojone żądze; wówczas, jeśli za nią nie pobiegłem, tłukłem się jak wariat po pokoju, w gęstej dymnicy od pa­pierosów, i wlewałem w siebie, co było: koniak, wódkę, wino. Targałem we wspomnieniach każdy drobiazg mych upojeń, odurzałem się wyobraźnią, coraz nowe układała mi ona obrazy w dziwnej jakiejś scenerii grobów, kościołów, cmentarzy. Kończyło się zawsze tu w potylicy bólem ostrym i nagłym, jak pod zimną wodą, trzeźwieniem. Wtedy coś gryzło, roz­pierało w piersiach, śliną w usta się sączyło: ten, w ciało już weszły, wyrzut i ból. Wtedy czułem jedno tylko: brak, brak i jeszcze raz brak dokuczliwy. Papierosa? — Nie to!... Wódka?... Nie!... Jadło?... Nie!... To ciało się kurczy jak gad nadeptany, a brak tu, tu — w duszy... Jedno, jedno tylko słowo, co się wyśliznęło z pamięci, wykradło z myśli; jedno, wypowiadające wszystko, ostatnie, wielkie słowo: okrzyk!...

I szukam jak wariat tego słowa, a niepokój mój wzra­sta, skupia się, przechodzi w napięcie szalone. Krzyczeć chcę: „słowa, słowa!”. I wiem, że o nie iść przecie nie może; czuję tylko, żem myśl mą rozognił, pognał, że szaleje już sama: już mnie opanowała, pędzi i ponosi mnie tam, gdzie już chyba czarna moc ducha. Chcę gonić, podążyć za wyobraźnią mą, co z władz duszy myślącej już się wymyka... Znajduję na­tomiast, tryumfujący, znajduję to, co mi kapryśna pamięć w tej chwili przyniesie... Mam wreszcie:

Oto mój żywioł, ta ciemność ponura,

Już do otchłani myśl moja należy,

I nieskończoność, jako ciemna chmura,

Świat opłynęła. Myśl gdy w nią pobieży8,

Wraca zbłąkana i znów się zamyka

W sennych marzeniach.

Albo to ostatnie:

Dzisiaj ja nie chcę zabijać słowami,

Bo każde słowo do serca utonie

I jako sztylet dreszczem je oziębi.

A potem długim rozpamiętywaniem,

Jak żar piekielny rozpali się w łonie

I potem, potem... cała przyszłość moja

Stanie się długim i ciężkim konaniem!

Ale co mi poezja! Co mi cudze bóle! Pędzę do teatru: węch mnie tam prowadzi. Wpadam na pustą scenę, na deski moje pochyłe i śmieję się, i płakać chcę... Mój świecie je­dyny! Życie moje! Przeznaczenie me krwawe! Ziemio ty moja obiecana!...

Dziś, ojciec wyszedł, drzwiami z pogardą trzasnął i po­zostawił mnie w ogromnej, nudnej trzeźwości. Wiedziałem tylko, że miałem dziś grać, rehabilitować siebie i ojca, co mnie pobudzało do wzruszania ramion; jakieś światła wielkie zapalać — (to śmieszne było po prostu); wtłaczać mózgi w brzuchy — (stary idiocieje dziwnie szybko), wyrzucać wieńce precz... Jemu te wieńce i spać, i trawić nie dają. Z pierwszą szklanką piwa łyknie taką myśl o wieńcu i upije się jak zwierzę, a potem daje po knajpach dzikie przedsta­wienia... jubileuszowe. Jeśli ja się już zgrałem do ostatniej kropli krwi, to stary się zmanierował do kosteczki... Aktorzysko!...

Zaczynałem żałować wczorajszych postanowień.

Rozgłos aktora?! Przy tym mimo woli myśleć trzeba o młodych pędrakach ze szkoły, zaczynających już szukać emocji, o entuzjazmujących się Żydkach z kantoru, o fryzjerach, którzy z galerii i przez pisemka brukowe zawierają z aktorami „amitié du cochon9”; wreszcie, o tych tabunach wyrostków nie wiadomo skąd wałęsających się wieczorami przed teatrem. A poza tym: dziennikarze zbyt gadatliwi, mecenasi zbyt milczący oraz kilku grubych panów, czytających o nas przy rannej kawie dlatego tylko, że reporter i reda­ktor jego gazety nie mieli, prócz o wypadkach miejskich, absolutnie nic więcej do powiedzenia. I to staremu duszę w szmaty potargało. Trzymać się tego płotu i zgnić razem z nim, dać w ofierze życie całe. Skromne to powołanie, za mała rólka...

I temu dać jeszcze w ofierze ją, Zochnę?!...

Dziwna rzecz; ilekroć o niej wspomnę, tuman zapomnie­nia przysłania mi świat natychmiast. Nie widzę, nie słyszę nic. Ją czuję; jej twarzyczka jasna, łagodna, spojrzenie bez­bronne i ta dobroć wielka, co z jej oczu na duszę mi się kładzie, rozbrajają mnie słodkim, cichym, dziękczynnym ma­rzeniem. Modlę się do jej włosów, do poruszenia dłonią, do okrągłego ruchu ramion... I widzę, tak znakomicie widzę... Dość, na przykład, by, przebiegłszy przez pokój, przysiadła na krześle, a stawała się tak zamknięta w kształtach, tak skoń­czona w ruchu, tak doskonała w każdej linii, że jej skromne suknie wydawały się jedną falą miękkiego jedwabiu, opływa­jącą posłusznie swobodny układ jej ciała. A przy tym ta, przez uśmiech przebijająca, nieświadomość swego wdzięku, to piętno każdego arcydzieła; spokój, dumny spokój życia... Otaczało ją coś niewidzialnego, czułem to za każdym zbliże­niem; biała miłość obejmowała ją ramionami i całowała uśmiechniętą w czoło: „Tyś do kochania stworzona”.

Tamte wszystkie: kochanki, żony, przyjaciółki zżywają się z naszą myślą, z przyzwyczajeniem; powszednieją. Ich się potem właściwie nie ogląda, nie spostrzega: czuje się tylko ich obecność; w oczach ma się je takimi, jak nam je pierwszy błysk miłości w pamięć rzucił... Ja przez oczy tak wchłonąłem ją w siebie, takem10 ciało własne nią przepoił, że gdy na chwilę zapomnę, ocknę się wnet w przestrachu, jakbym duszę własną zgubił. I szukam niespokojnie, i znowu zobaczę; zdziwię się i znów pokocham, i do nieobecnej znowuż zatęsknię. A po uśmiechniętej szczęściem twarzy łzy gra­dem się leją... O, ja naprawdę kochałem!...

Siedzę zapatrzony gdzieś w przestrzeń, widzę ją i mo­dlę się do niej wspomnieniem... Nie tknę cię, nie ruszę, święta ty moja! Obietnico spokoju, wytchnienia, szczęścia! Przy to­bie odrodzę się człowiekiem, odmłodnieję uczuciem, odetchnę świeżością twoich marzeń, ukoję pragnienie pachnącą rosą twego ciała, nie ruszę, święta ty moja!... Poddaj twarzyczkę twą ciepłą, do mej twarzy przytul, ogrzej wyziębłą twym pierwszym rumieńcem, wypieść świeżym puchem twych po­liczków... I nie bój się... W dłonie obie ujmę, widokiem się na­sycę, wypieszczę, wycałuję, w pamięci zapiszę... Pokaż twą lękliwego ptaka szyję, pokaż dziecko. Wycałuję tylko... Nie bój się, Zochna, nie bój się, nie... Nie tknę, nie ruszę, święta ty moja! Obietnico spokoju, wytchnienia i szczęścia... Wido­kiem się tylko nasycę, wypieszczę, wycałuję, w pamięci za­piszę...

A Zochna szeptała:

— Mój... mój...

I kryła się twarzą na mych piersiach.

Kaprysić mi dzieciak poczynał: wydyma wargi i puszy się, rączki w fałdach sukni chowa. Przeciąga się leniwie i pada na kanapę. Każe sobie znosić czekoladek, słodyczy, ale jeść nie chce: wyrzuca wszystko, że niedobre! Myślałbyś, że lada chwila zmęczy się i zaśnie, rozrzucona niedbale na otomanie. Lecz oto zrywa się: pokazała mi czubek języka, zakręciła się na pięcie, zaszeleściła suknią i — uciekła.

— Paskudny! — wołała na odlocie.

A za chwilę znów powróci.

Czasami się zapamiętywa11.

— Zochna?...

Uśmiecha się miękko, ciepło, a szyję ku mnie wyciąga. O mnie myśli — dobra Zochna!

— Wiesz — mówi — wiesz, Właduchna, aż mi dziwno, ja się ciebie wcale, ale to wcale nie boję. Przecież to ty — myślę!... Ty!... Ty!... Chodź, pocałuj! Tutaj, i tu — jeszcze. Och, Boże, jakbym ja cię ugryzła... Ale ja niedobra jestem!...

I znów duma, rozważa, czoło marszczy.

— Mąż!... — pociesza się wnet pieszczotliwie i siada mi na kolanach.

Siedzę jak w odrętwieniu i wspominam — bez końca wspominam — tęsknię! Czasami silniej to we mnie uderzy: Zosi drobne rączyny jakby mi głowę wtedy ściskały.

Zrywam się, otrząsam... Posyłam po wódkę, grzęznę w dymie od papierosów; powoli zaczynam odżywać: myślę... Tęsknota? To jest uczucie dla zwierząt w menażerii. Ja tej trucizny jeszcze nie znałem: mnie wszystko w porę przycho­dziło, nie nauczyłem się czekać. Tęsknota!?... To duszne, wilgotne, zatrute powietrze: nim umieją oddychać tylko ma­rzyciele. Ten żar suszy przede wszystkim najbardziej subtelne kwiaty uczucia: wspomnienia. W końcu nie ma czego wspo­minać, zbrakło chęci silnych, tylko tęsknota pozostała. Wy­daje się człowiekowi, z przyzwyczajenia do ciasnego kółka swych myśli, że czegoś pragnie, i ta ułuda dobija go do reszty. To tragedia marzyciela, dramat idealisty, farsa ascety!...

Piję wódkę: myśl biegnie, płynie, ponosi... Chodzę po pokoju, mówię ze sobą, deklamuję głośno: „Marzenia!... Ma­rzenia!... Obwisłe i bezwładne, na wypalonym gruncie tę­sknoty, tracą i one swe syte rozkoszą, miękkie uczuciem barwy. Póki je żar w popiół pamiątek nie rozsypie, wysysają chciwie rosę z najgłębszych zakątków duszy; niby jemioła zapuszczają korzenie coraz to głębiej w sam rdzeń swej ofiary, w najistotniejszą część jej ducha i piją z niej chciwie dawne myśli, uczucia, nadzieje. Więdnąc, rozpleniają się jak kąkol, zachwaszczają umysł, jak pokrzywa, suchymi badylami łodyg bez kwiatów, bez woni, bez cienia... Dawny kwietnik zmienia się w jałowy ugór: warzy się na nim kiełkująca myśl, przepada nowy zasiew, giną dawnych płonki... A kiedy się tak przeznaczenie marzącego dokona, wówczas ocknie się może i zerwie zbyt wielkie jego pragnienie życia. W gorącz­kowym porywie czynu, w diabła ambicji popielisko orać będzie, a smutnym aniołom dobrych chęci stuletnie dęby na nim sadzić każe. Z diablej orki i anielskiego zasiewu wiatr się zaśmieje, obfite żniwo zbierze ludzka niechęć, pokłosie choroba zagarnie, a dziedzictwo wciąż jeszcze bogatego gruntu obejmie śmierć...”.

Ave12! Przyjdź!... Ja i tak na śmierć skazany jestem, bom się na miedziane grosze chwilowych powodzeń rozmieniał i rozdał doszczętnie; bo tęsknota mnie wreszcie żre i pali...

A potem długim rozpamiętywaniem

Jak żar piekielny rozpali się w łonie —

I potem, potem... cała przyszłość moja

Stanie się długim i ciężkim konaniem...

Niechże śmierć teraz, w tejże chwili, po mnie przyj­dzie, ale niech mi ją na rękach żywą i ciepłą przyniesie i niech mi ją rzuci:

Masz!... Weź!

A wtedy dam się diabłu w zamian. Tyle mam w so­bie męskości, że potrafię oddać kartę życia za to, na com ją postawił. Bez wahania śmierci się oddam, szyję jej obnażę:

Masz! Weź i ty z kolei...

Byłem już pijany: stojąc pośrodku pokoju, szarpnąłem za kołnierz i obnażyłem pierś.

Bierz!

W tejże chwili drzwi zaskrzypiały i rozchyliło się czarne wnętrze. Parsknąłem śmiechem; w tył się podałem. Strach mi oczy zaokrąglił, skórę ściągnął na twarzy: stoję i dyszę ciężko; w sobie się zbieram i piersi kurczowym ruchem przy­słaniam...

Na progu stała Zośka w chustce na ramionach. Rzuci­łem się ku niej, chwytam w pół, rękoma głowy, twarzy do­tykam...

Ona ciałem: — Zośka moja!

— Dziecko — krzyczę i ciągnę ją płaczącą ku sobie — kto cię tu przyprowadził? Mów! Kto przysłał? Kto mieszka­nie wskazał? Mów!

— Ojciec twój — wypłakała.

Poznała, żem pijany, czy też ta jej dobroć anielska swój instynkt miała? Gdyż zbliżyła się do mnie i w chłodne rączyny ujęła me skronie.

— Nie gniewaj się na mnie, Właduś, nie martw się.

— Masz łzy moje — odpowiedziałem, patrząc na nią jak w obraz. — Bóg widzi, nie dałem ich jeszcze żadnej.

Całowała oczy, wypiła łzy wszystkie. Ale trzeźwości, opamiętania nie dała. Drzwi się uchyliły, wsunęła się czyjaś ręka nad podłogą, wstawiając do pokoju wysoką butelkę i dwa kieliszki, co z brzękiem upadły na ziemię i potoczyły się na środek pokoju.

— Pij! — rozkazałem, nalewając kieliszki.

Dzwoniła zębami w szkło: piła. Potem trzęsącą się ręką odstawiła niezręcznie kieliszek na brzeg stołu.

— No, widzisz! I kieliszek ci zbiłam... Nie, po co ty mi każesz pić?

Już klęczała na ziemi i zbierała skorupy.

Podniosłem ptaka z ziemi wysoko, wysoko. Roześmiała się. Ale potem, gdy na kolanach się moich znalazła, gdym parzył ją pocałunkami, wówczas westchnęła raz i drugi, za­patrzyła się gdzieś wielkimi oczyma...

I zrozumiała...

Oczy jej cieniste rozwarły się szeroko i natychmiast przysłoniły się rzęsami; w kątach ust coś zadrgało silnie. Biała była na twarzy, nozdrza pulsować jej zaczęły.

Po raz pierwszy w życiu rzuciła na mnie dumne, wy­niosłe spojrzenie. Pęk jasnych włosów, zaczesany nisko na tyle głowy, w ciężkim powikłanym splocie opadł jej na ra­mię... O ten uśmiech! Wzgardliwy, zimny, dumny... Ja go zbyt dobrze pamiętam!... A jednocześnie ten ciężki splot war­kocza, opadający szybko coraz niżej po ramieniu i rozwija­jący się nagle w złotą połyskliwą falę.

Zatopiła mnie ta fala jasna...


Ojciec wlókł mnie do teatru pod ramię, a gdy Zosia dogoniła nas na ulicy, namawiał ją łagodnie, aby była roz­sądna i wracała do rodziców.

— Idź do mnie — prosiłem. — Wrócę po teatrze.

Pozostała w tyle, czułem jednak, że idzie za nami.

Stary mówił coś u wejścia z portierem, wskazał na Zosię i zakończył jednym ze swych ruchów dłonią.

— Fiu! — gwizdnął, machnął chustką, jakby kogoś od bramy odpędzał.

Był wesół i dobrych myśli. Poprawiał mankiety i kra­wat, a do mnie mówił:

— Wiesz, Władek, gdyby nie moje lata... Toż to nie­boszczka zmartwychwstała! To otwarte i jasne czoło, te łuki brwi i tu — ten zakrój nosa; usta, w głębokim jakby odde­chu zawsze uchylone... Co ta dziewczyna ma za zęby! Tylko że nieboszczka brunetką była... Jest w ludziach coś takiego, jest ten pociąg do typu: gatunek w nas wyje... Ale trzymajże ty się... no! — Władek!... Cóż u stu par diabłów, wszak jesteśmy mężczyźni!...

Ja byłem głuchy.

Ale światła jasne mnie oblały, zapach nasz poczułem.

Dziś zrozumieć nie potrafię, jakim sposobem oślepić mnie wówczas mogło „podobieństwo” sztuki. Rzecz była do­bra, tylko aż ciężka od zdań okrągłych, gładkich, literackich. Autor wiedział o tym — spodziewał się od aktorów duszy. Tremę miał: życie dusiło go zmorą ciężką.

I ja drżałem na skórze, nie z obawy jednak, lecz ze zbytniego przepełnienia duszy, co dla gry może jest najszkodliwsze. Gdym wchodził na scenę — ustało i to...

I wiecznie te dziwaczne, za włosy podciągane „podobieństwa”, które jak błyskawica przesuwały mi się po gło­wie. Starego widziałem: siedział, kabotyn, z „Figarem” w ręku, choć trzech liter po francusku nie sklei; siedział i oczyma świecił. „Czeka” — pomyślałem. I znów mi śmierć na grzbie­cie siadła. „To się stanie, na pewno: zgram się w proch, w nikczemność, w gadu zimne ciało”.

Szło — szło przeze mnie. — Jest tam pod koniec niema scena... Już mu nic nie pozostało: nadziei w życiu, oparcia we własnych myślach; zbankrutował na samym sobie, nie umie i nie chce bronić się przeciw nieszczęściu. Prędzej czy później wszakże przyjść ono musi, bo źródło swych nie­szczęść i przeznaczenie własne człowiek w sobie dźwiga. Po cóż się więc bronić?... Autor jak zwykle: rzuca aktora w fo­tel i stawia kropkę. Jam się przyparł do ściany: stoję i my­ślę... A tu cisza huczy. Gdzieś z dala na ulicy powóz zaturkocze; mury głuszą. Ktoś zakaszle na widowni... Stoję i myślę o sobie; potem oczy podnoszę — spostrzegam ojca z „Figarem”. Spadło z piersi: westchnąłem. I ten ruch, to wczorajsze ojca skinienie ręką... „All right!” pomyślałem. I znowuż cisza...

Tam gdzieś na galerii ktoś odpowiedział: westchnął szeroko, swobodną piersią. „Dziewczyna młoda” — myślę, i łzy mi się walą do oczu. — Stoję, uśmiecham się i głową kiwam, jak ojciec wczoraj. Potem ten efekt ze strzelaniem. Nie cierpię. Na scenie śmierdzi, a ludzie płoszą się jak ko­nie, zamiast się skupiać. Ale teraz wydaje mi się, że tam za sceną, w tej chwili... ona, Zochna, sobie... do piersi...

— Jezus Maria! — chcę krzyknąć, ale coś w porę za gardło chwyta... Zatrzepotałem się tylko jak ptak i idę, war­gami coś niby mówię, czepiam się mebli, słaniam, potykam i tuż, tuż, u bocznych drzwi, które miałem na zakończenie uchylić, walę się ciężko na kolana. Czoło do framugi przy­kładam i... zrywam sobie coś w piersiach. Czuję, jak pęka jedna, druga, trzecia struna: wszystkie po kolei, wszystkie, na których ludziom smutek, żal i rozpacz grałem...

Stary wstał w krzesłach z „Figarem”, oczy wytrzesz­czył — drży z radości: widzę to, czy też tylko czuję.

Może już przyjść — skończone. — Kurtyna już się chwieje, osuwa; już mnie od świata oddzieliła. Cisza... Ja wstaję, czoło z potu ocieram i cichymi łzami płaczę nad sobą, nad tym, że dobrze grałem, i nad smutkiem łagodnym, co mi wstręt do samego siebie z piersi stłoczył...

Runęło wreszcie.

Podchodzę do rampy, kłaniam się i uśmiecham. Wie­niec podają, krzyczą, klaszczą, tupią... Biorę wieniec. „Zasłużonemu autorowi itd.”. Biegnę tedy za kulisy i chwytam za rękę tłustego pana w długim tużurku. Poskoczył jak baletnica, tryka, dziękuje. Tłum nałykał się cudzego bólu: kla­szcze, huczy jak w ulu, głuchym zgiełkiem się przelewa. — Dziennikarze i mecenasi otaczają autora. Światło gaśnie rzę­dami. Tabuny wyrostków ścigają się po galerii, dłonie w trąbkę składają i ryczą ochryple:

— Borowski! Borowski!

Wychodzę raz jeszcze i tym najbardziej u nas wzgar­dzonym, a moim najwierniejszym posyłam od ust całusa. Wszczęła się na górze gonitwa, tętent, tupanina: chłopczyska biją się i kopią nawzajem, a mnie przez dłoń w ucho wrzeszczą:

— Borowski!...

Gdybym którego z nich tuż przy sobie postawił, spoj­rzałby prawdopodobnie swą tłustą od potu twarzą i wyłupiastymi oczyma; gębę by wnet rozdziawił i ryknął mi w ucho me własne nazwisko. Potem by śliną i łzami chlupnął, nos rękawem utarł, dłonie do ust przyłożył i znowuż zahuczał:

— Borowski!...

Jeden z nich rzucił mi nawet z entuzjazmu podartą czapkę. Za tę hojność dostałby w domu cięgi, gdyby nie mój ojciec. Stary zwlókł się na scenę i znalazł dla siebie ro­botę: mógł coś dumnie precz odrzucić i w innych trochę okolicznościach przez nos zawołać: „Bydło, owce, kałduny!”.

— A co? — były pierwsze jego słowa do mnie. — Ten ruch mój, hę? Przydał się.

— Przydał.

— Bierz, ja nie bronię.

— Biorę z każdego człowieka, co mi potrzeba.

— Teek?

— Taak!... Nosem mi ojciec nie zaimponujesz, bo to starożytna maniera.

— Tą manierą tyś cały stworzony.

— Zupełnie niepotrzebnie w ogóle stworzony.

— Co ty, świnio, pleciesz?

— To, że za nic nie jestem wdzięczny, nawet za życie.

— Ojcu? — białka mu się przewracać zaczęły.

— Nieostrożny kochanek łatwo nim się staje. Do sza­cunku mały powód.

— Pies.

Tak rozmawiając, wychodzimy na ulicę. Naokół wszystko ocieka, pluska, chlapie; mokre bruki błyszczą od świateł i po­głębiają ponurą ulicę jak zmatowane lustra. Stary chce wi­docznie sprawę załagodzić.

— Jesteś podły — mówi — jak wilcze szczenię, ale talent masz olbrzymi.

— Wiem.

— I to, żeś podły?

— To przede wszystkim.

— Pysk masz tylko ruchliwy — łagodził i, roztworzyw­szy parasol, ujął mnie pod ramię.

— Pyskiem grasz, pyskiem szczekasz. Tobie należy nie­jedno wybaczyć... Chodź się czego napić. Wczoraj ci obie­całem. Jedną wdowę tylko... Żółty mecenas pożyczył.

— Ojciec aktorkami zaczyna handlować?

Stanął jak wryty.

— Czego ty mnie kopiesz? Za co ty staremu ojcu w gębę plujesz? Człowieku! Szczenię ty! Słuchaj: i ja mia­łem kiedyś taki, jak ty, talent... Przecież i ty chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz. Dał — wziąłem. A czorci mnie do niego, czorci mnie do tych szmat! Tfu, ps... kr... kobiety!

Puściłem go.

— Idź, ojciec — mówię. — Na litość boską, idź... Idź, spij się jak dzika świnia, tłucz butelki, becz po knajpach, ale mnie zostaw. Zostaw mi tę resztę, ten ochłap człowieka we mnie.

Dostał widocznie swego uderzenia krwi do głowy, bo się zatoczył na chwilę. Potem w starczej, bezsilnej złości ci­snął własny kapelusz o ziemię.

— Becz po knajpach? — powtórzył ochryple.

I choć jeszcze nic nie pił, schwycił jakiegoś przecho­dnia za piersi.

— Syn! — wołał, kurcząc się i celując we mnie dłu­gim palcem.

— Czegoś ty mi ją sprowadził? — mówię, następując wprost na niego. — Po co do tej budy przeklętej ciągniesz? Czemu mi moje życie ulicznikom na pastwę rzucasz?

Ludzie zaczynają się skupiać; ja wycofuję się i odchodzę.

— Syn! — huczy stary na ulicy, jak w tragedii Szekspira.

Biegnę kłusa i wpadam w bocznicę. Tu, nie czując się już na oczach ludzi, zwalniam kroku i czekam, gdyż awan­tury publiczne starego niepokoić mnie już zaczynają. Tam ucichło nagle; ludzie rozchodzą się ze śmiechem. Czyżby sta­rego do dorożki już wsadzono?...

Gdy tak stoję w niepewności, wybiega zza węgła ja­kieś dziecko w chustce, przypada do mnie, tuli się do mego boku, jak pod skrzydła, i wyrzuca w jednym okrzyku:

— Władek, Władusiek, Władek mój!

Wziąłem to pisklę na ręce i zaniosłem do domu; prze­mokła bardzo.


Ojciec dał przed zbiegowiskiem drugie przedstawienie jubileuszowe. Wwikłał się przy tym w jakieś zajście z ofice­rem; dostał od niego po uchu, a na wygojenie kozę13. Gdy po dwóch miesiącach wyszedł, byłem już żonaty.

Pieniędzy brakło nam ustawicznie: pożyczki, handlarze, lombardy, nabieranie mecenasów... Ale czym to wszystko było dla mnie wobec szczęścia, jakiegom zaznawał14! Czułem taką radość, wiosnę, taką pełnię życia, że...

Grałem źle.

Szczegółów nie pamiętam. Wiem tylko, że źle było. Licho chciało w dodatku, że sztuka była cudzoziemska. Przy swojskiej obstałbym się na zdobytym stanowisku, a sztukę bym położył. Ta przeszła jednak przez granicę jako nowość repertuaru wiedeńskiego i z tą plombą dawaliśmy ją na scenę. Nieobecna a zagadkowa wielkość powaliła mnie twa­rzą na ziemię, wiedeńczyk wlazł na mnie obiema nogami. Nie nadaję się do sztuk obyczajowo-mieszczańskich, do „Familien-dramatu” — mówili dziennikarze. Ha, sfery w sztuce były może i mieszczańskie, ale familia stanowczo żydowska, jej dramat z dziennika, a obyczaje z kuchni. Takem się po­cieszał15, bom ogromnie potrzebował pociechy. Tak bardzo chciało się oddychać własnym szczęściem.

W chwili kiedy wszyscy na mnie powstawali, przyszła za kulisy żona, z wilgotnymi jeszcze oczyma, z niewygasłą na twarzy ciekawością i wypiekami na policzkach. Odciągnęła mnie na bok: miała coś bardzo ważnego do powiedzenia. Tam rzuciła mi się na szyję.

— Właduś mój kochany — wołała — jak ty ślicznie grasz!

I ja miałbym się martwić wobec tego? — Śmiałem się jak dziecko: śmiałem się z dziennikarzy, z dyrektora, z mło­dego błazna, którego na moją rolę już podsunięto; śmiałem się z całego świata. Ująłem ją w pół i jak dwoje dziecia­ków puściliśmy się w lansadach przez korytarz.

— Stop! — krzyczę, bośmy się zapędzili w jakieś ciemne przejście. — Zośka, ktoś idzie. Stop! Bo wpadniem16 w ra­miona starcowi. Mecenasy, jak szczury, żerują u nas po korytarzach.

Zośka w śmiech: upiła się naszą radością. W tejże chwili błyska światło; ojciec stoi: w cylindrze, w jasnej swej kurtce, z parasolem w jednej ręce, z zapałką w drugiej... Mnie krew uderza do głowy.

— Patrz, Zośka — silę się na wesołość — patrz, jak ojciec ducha Banka odstawia... Statystę gra na korytarzach.

Zośka śmieje się bez pamięci. Mnie wściekać już za­czyna to kabotyństwo wstrętne, to napędzanie grozy, jak dzieciom, płaskimi sztukami niańki. „I czego on chce ode mnie?...” Milczy, ani słówkiem się nie odezwie. „Poczekaj! ja cię rozruszam”.

— W knajpach odegrał już swój repertuar — mówię — teraz na melodramaty próbuje się w przejściach do garde­roby. Z parasolem w ręku próbuje odstawiać widmo sumie­nia — sumienia artysty.

Zośka zatacza się jak pijana. Kulisy i całe to życie te­atru, które widzi po raz pierwszy, odurza ją jak wino. A stary wciąż milczy. Zapałka gaśnie, czerwone zarzewie rzuca gro­źne refleksy na jego zmęczoną, gorzkim bólem wykrzywioną twarz. Czerwony węgiel opada i gaśnie. Stary stoi po ciemku i wciąż jeszcze milczy.

— Trzeba czym prędzej zapaść się w ziemię — mówię wesoło, a pięści ściskam ze złości. — Że zaś podłoga się nie rozstąpi, należy dla efektu uciekać co rychlej na prawo — do ustępu.

I dałby kto wiarę? — posłuchał.

— Nie, Władek! — woła Zośka, krztusząc się i za piersi chwytając. — Przecież to jest ogromnie zabawne... Ale ty brzydki jesteś. Nie należy drwić z ojca. I ty się upijasz... Odprowadź mię, bo się rozchoruję z tego śmiechu.

— Ty kwoko gdacząca! — odzywa się wreszcie stary ze swego stanowiska.

Wyrżnąłem pięścią w drzwi.

— Czy ty nie czujesz śmieszności, stary kabotynie?

— Ja ojciec jestem, a nie żaden „ty”! Ja artysta je­stem, a nie kabotyn!... Bodaj ci język za te bluźnierstwa usechł.

— Toć wyleźże choć z tej dziury.

Zośka ze śmiechu wpadła w nagły strach, w to instynktowne, wyłącznie kobiece przeczucie zbliżającego się nieszczęścia. Czepia się mnie i odciąga na bok.

— Ona ci już z serca krew pić zaczęła — huczy stary przez szparę we drzwiach — już ojcu urągasz, w twarz mu plujesz. Zapamiętajże sobie, zapamiętaj: „Oko, które się z ojca i matki naśmiewa, kruki u potomków wydłubią, a orlęta je rozniosą”.

— Nie, to oszaleć można! To w manierze na śmiesz­ność oślepłe, zgrzybiałe aktorstwo. On mi biblię stamtąd cytuje!

Skąd się u tego dziecka tyle sił wtedy wzięło? Gniotę jej ręce i zrywam je z siebie, a one, jak ssawki polipa, cze­piają się mnie co chwila na nowo i ciągną za sobą. Odrzu­ciłem ją wreszcie ku ścianie.

— Ty mi o żonie mojej milcz! — krzyczę i walę z ca­łych sił we drzwi.

— Ja cię krwią serca mego wykarmiłem — grzmi oj­ciec z gabinetu — mym życiem, mym talentem, wszystkimi władzami duszy; a ten polip to wszystko wyssie z ciebie... To nie kobieta, nie dusza, nie artystka, to zwyczajna suka, która pomioty rzucać chce.

Zośka wydała cienki, przeraźliwy pisk i uciekła. Rzuciłem się całym ciałem na drzwi.

— Chodź tu! — wołam.

— Do syna?... Bić chcesz?

— Będę bił bez pamięci...

— Będzieesz??... — powtórzył przeciągle.

I ucichł. Zośka łka gdzieś w drugim korytarzu. Ten płacz mąci mi myśli do reszty. Spostrzegam się po niewczasie, żem przed chwilą coś potwornego powiedział i zaczynam chłodnąć.

— Ojciec pijany — mówię.

Nie odpowiedział. Pijany — myślę — mniej przecie odpowiada za siebie niż szczekający pies. — Także porów­nanie! — szarpnąłem się natychmiast i miałem ochotę bić siebie po twarzy. Co za nowa nikczemność wstąpiła we mnie? Tego dawniej nie było, nie było! To ostatni dorobek życia, ostatni dar kobiety. Stary tylko w miłości ku mnie był psem chyba. To szlochanie kobiety z daleka takie miękkie myśli na mnie sprowadza.

— Zośka, milcz lub idź precz...

— Ojciec, otwórz — proszę przez dziurkę od klucza. — Nie zważaj, co ja plotę... Ojciec... Widzisz — jużeś się zwa­lił?... Otwórz: otrzeźwię i do domu zaprowadzę. Szampana zafunduję. Ojciec. No!... Słuchaj, co mówię... Szampitra... Ja cię po rękach będę całował... I czego ty się rzucasz jak szczupak?...

Ręce mi drżą: te głupie myśli tak potwornym niedołę­stwem skuwają ciało. Chcę drzwi wywalić, a klamki ruszyć nie mogę. Ani się nie podda...

Nigdy w życiu tak strasznie nie krzyknąłem, jak wówczas:

— Zośka, wołaj ludzi!...

— Klamka ciężka — kołacze mi w myślach i biegnę jak opętany przez korytarz. Wypada cała banda aktorów i sta­tystów. Na wpół rozebrani otaczają mnie kołem, szarpią, cucą, chcą ze mnie bodajby słowo jedno wydobyć. W tejże chwili jak błyskawica oświecił mi pamięć ojca głos i jego prze­kleństwo. Widzę naokół te gołe, wstrętne twarze, na których przed godziną taką radość przy moim niepowodzeniu czy­tałem; widzę czujne strachem i zaokrąglone oczy, zaparty oddech w ich piersiach: widzów mam przed sobą. I ja, naj­nikczemniejszy człowiek na świecie — zaczynam grać... Gram wyklętego syna. Język mi kołem utkwił: bełkocę... Czuję, że trzeba tylko wysiłku, chwilowej mocy, zerwania się krót­kiego woli, by się opanować; lecz nie stać mnie na ten wy­siłek, nie stać na to, by prawdę od urojeń, rzeczywistość od wyobraźni oddzielić. Coś jakby obuchem ciężkim uderza mnie po głowie: ciało będzie może ode mnie szczersze? Przyto­mności jednak nie tracę, rozum tylko własny gubię; instynkt aktora przecie ocalam. Wyrywam się z chciwych ciekawością dłoni, odskakuję w tył, podwijam się w sobie i padam na wznak. Mam jednak jeszcze tyle sił, by wagę ciała rzucić tam, w stronę tych podłych, fascynujących mnie jak spoj­rzenie węża oczu, w stronę tego błazna, co moją rolę objął. Słabe było bydlę: nie utrzymał mnie w ramionach. Już na pół tylko przytomny, padam jak kłoda na ziemię i toczę mu się pod nogi.

All right — szepcze przeze mnie ten obłęd.

Takeśmy z ojcem moim swe ostatnie odegrali komedie...


Borowski skończył opowiadanie. Powstał z ławki cmen­tarnej i z głową zwieszoną, od wspomnień ciężką, począł się błąkać między mogiłami. Kunicki nie widział go, nie myślał o nim prawie: człowiek znikł, rozwiał mu się sprzed oczu. Miał niemal wrażenie, że oto z jednej z tych mogił powstał trup, dzieje mu swoje opowiedział i wraz z ostatnim wspomnieniem, ostatnie wydawszy tchnienie, zapaść się musiał w mogiłę.

I, myśląc tak, patrzał w kraj pusty i dymny; w długie, smutne szeregi budowli za cmentarzem, w ostre zarysy ko­minów fabrycznych, wyrastających zza garbów ziemi jak nagie maszty. Nie było tu zieleni naokół, lecz ostra czerwień murów; zamiast murawy, pył węglowy pokrył czarnym pu­chem faliste ugory. Ludzie tu jakby wymarli, ptak się nie odezwał, wrona nie zakrakała. Maszyny tylko gadały świst­kami i suche dzwony zgrzytały. Niemilknący kołat młotów mierzył rozpaczliwie nudny czas, pełzający tak leniwie, jak te rozwłóczone na horyzoncie dymy.

Kunicki spojrzał na Borowskiego i wydało mu się, że w te martwe okolice spadł jakiś ptak z dalekich krajów, trzepocze chorymi skrzydłami i dusi się od węglowego pyłu. Nie pytał go, jak teraz żyje. Wszak wiedział dobrze. Znał to życie wielkomiejskie i zaprzepaszczone w nim egzystencje, wegetujące wspomnieniem minionych dni, czepiające się kobiet ostatnim pragnieniem życia.

Długie, smutne kominy patrzały martwo w dal pustą i niemą. Zastygłe i zimne w szarym świetle, kłębiły ciężkie ofiarne dymy żywych i kołaczących maszyn, oraz martwych i niemych ludzi. Dusza tych istot ludzkich, wyklęta precz od pracy, błąkała się pokutna po ciemnych zaułkach i czarnych norach nocy. I wtedy dopiero, gdy maszyny do snu legły, wówczas gdzieś w pomrokach kamiennych, w ciszy umęczo­nych ciał rozlegał się czasami nagły, straszny, beznadziejny krzyk — budziła się namiętność, buchał płomień duszy.

I gasł.

Pozostawał jeden, dwa trupy, i otwierała się nagle prze­paść bólu i cierpień. Ale za dnia już zimna, już niema, zie­jąca tylko dusznym czadem zgniłych wyziewów. Odżyły już maszyny i zamarli ludzie. Po niebie snują się rude, ciężkie kłębiska dymów.

„Biedna Zochna!... Zochna!... Zochna!” — szeptało coś Kunickiemu, jakby w takt łagodnego plusku i miarowego szmeru. Tuż nad głową szumiały mu tak druty telegraficzne.

Przypomniały mu się te jej duże, smutne, łzami za­szklone oczy, gdy wczoraj na niego patrzała. Drobne białe ręce zatopiła we włosach, wsparła głowę na łokciach i nie spuszczała z niego oczów. „A ty — zdawała się pytać — ty, co tak poważnie mówisz, z takim poczuciem wyższości, i łagodnie, jak do dziecka, uśmiechasz się do mnie, czy ty umiesz kochać inaczej, lepiej, prawdziwiej?” I wryły mu się w pamięć te wielkie, smutne, jakby przestraszone oczy.

Na ciemne szosy wyroił się tymczasem tłum czarny i rozpłynął się strumieniami po drogach i ścieżkach. Ście­mniło się. Rdzawe światło przesiąkło kurzawę, zrudziały dymy fabryczne, zasuwała się mgła sina ciężko i powoli.

Ponad ziemią, naokół, wszczęły się jakieś migotania, i błyski i wraz z gwiazdami na niebie zapalały się wśród ciemnych budowli chłodne księżyce lamp elektrycznych. Zaroiło się wnet od świateł bladych i ostrych jak stal, czer­wonych i drgających jak krew świeża rozlana, zielonych jak liść wiosenny, wielkich i żółtych jak słoneczniki. I hen, gdzie tylko poprzez wzgórza oko w ciemności wybiegło, kołysały się ponad ziemią wśród szyn kolejowych wieńce, wstęgi i gir­landy tych płonących kwiatów zimnej nocy. Sczerniała przy nich ziemia i błyskiem lodu się pokryła, zbielały w tym bla­sku dymy fabryczne i stanęły nieruchome, jako białe obłoki.

Wciąż jeszcze podnieconej wyobraźni Kunickiego wy­dało się, że oto jeden z tych dymów przyjmuje zwiewny kształt ludzkiego cienia i wałęsa się wśród tych błędnych ogników. I pomyślał, że jej dusza po takim czyśćcu błąkać się kiedyś powinna, wciąż jeszcze nie chcąc wierzyć, że wszystkie te kwiaty, choć barwne, choć płoną, zimne są i bez woni.

Tuż za parkanem, gdzie wał wysoki, ryknął pod ziemią jakiś potwór, wybiegł z czarnej czeluści wzgórza, trysnął sno­pem iskier czerwonych, wydał świst ostry i potoczył się po nasypie. Pociąg biegł, kołatał, trząsł, migał smugą oświetlo­nych okien; raz jeszcze krzyknął nagle i wpadł w drugi tunel.

Szum głuchy po nim pozostał, jakiś pęd i rozmach w powietrzu.

— Jezus Maria! Jezus Maria, wrócić!

Borowski stał w ciemnym zmierzchu, jak krzyż mię­dzy mogiłami. Za odchodzącym pociągiem ręce mimo woli podniósł i okamieniał jakby w tym ruchu. „Jezus Maria, wrócić! Wró-ócić!...” już nie jęczał, lecz wył długo i prze­ciągle.

Kunicki słuchał tego monotonnego skomlenia z niemiłym uczuciem. Podrażniało go to biadanie uparte, nieskoń­czone, niby dziwaczne modły wschodniego muezzina. Teraz dopiero spostrzegł, że legła już noc.

— Panie Borowski — rzekł, dotykając jego ramienia.

— Wrócić na scenę! Wró-ócić!...

— Panie Borowski! — wołał, szarpiąc go za ramię. — Późno już. Noc. Kto słyszał, na cmentarzu!...

Powlókł się wreszcie za nim. Już dochodzili do bramy, gdy Borowski, obchodzący mogiły kołem, miedzami, potknął się o niskie, przyziemne sztachety nagrobka i runął na ziemię.

Porwał się sprężyście na nogi i obejrzał poza siebie.

— Ciemno — mruknął Kunicki, aby coś powiedzieć. — Stłukłeś się pan?

A on przyślizgnął się do niego cicho jak kot i podsu­nął mu swą twarz tuż, tuż pod oczy.

— Znowu! — szeptał, owiewając go ciepłym odde­chem. — Widziałeś?... Znowuż przewróciłem się przez mo­giłę. Trzecia będzie!

Kunicki chwycił go mocno za rękę i wyprowadził poza bramę.

Szli ciemną szosą pośród długich szop i okratowanych budowli fabrycznych. Tu i ówdzie przytrafiała się mała lam­pka żarowa przy murze. W czerwonym świetle ledwo tleją­cych drutów obserwował Kunicki jego wielką aktorską głowę o twardym czole byka, dziwnie miękkich, kobiecych prawie ustach i nieco mętnych, przepaścistych, zadumanych oczach.

— Trzecia! — mruczał ten od czasu do czasu, przeżu­wając z grubym uporem wciąż jeszcze tę samą myśl.

— Milcz pan u diabła! — szarpnął się wreszcie Kuni­cki. — Zmora nocna!

— Bardzo żałujesz mej Zochny? — spytał, nie podno­sząc oczu.

Kunicki nic nie odpowiedział. On zaś, jakby dla odpę­dzenia złych myśli, podjął machinalnie kamień z drogi i ci­snął go przed siebie. Kamień wyrżnął gdzieś o bruki, odsko­czył, znowu drogę skrzesał, skry rzucił i poszedł dalej jak po wodzie. Po dwóch zaledwie minutach przycichł dopiero grzechot, zgasła ostatnia iskra.

Kunickiemu zapadła jakby pierś w zadumie. Westchnął raz i drugi.

— Bardzo żałujesz mej Zochny? — usłyszał po raz drugi.

Szli dalej. Przed nimi rozesłała się na chmurach ruda i ciężka łuna wieczornego miasta.

Gdzieś na odległej ulicy wszczęło się jakieś głuche po nocy rojenie. Nagle zerwało się gwałtowne i ostre recho­tanie świstawki, potem tętent przytłumiony, nawoływania, krzyki...

Obaj stanęli, ściskając odruchowo laski w dłoniach i pró­bując przejrzeć ciemności.

Lecz naokół znowuż cisza zaległa. Szumiały tylko druty na słupach i hen na krańcach bił młot nocnej walcowni.

Kunicki ruszył z miejsca. Borowski wciąż jeszcze stał i strzygł uszami. Teraz dopiero ocknął się jakby ze swego zapamiętania: twarz mu się rozjaśniła, oczy zabłysły.

— Znowu zbrodnia! — rzekł z uśmiechem.

— Cieszy to pana tak bardzo?

— Lubię miasto! — i pociągnął nosem jak wyżeł.

A nie otrzymawszy odpowiedzi, zawołał po kilku mi­nutach:

— Nienawidzę miasta!

Kunicki rzucił niecierpliwie ramionami.

— Wie pan, co mi za myśl przyszła! — mówił Borow­ski po chwili. — Panu po prostu zazdrość tamtego, z opo­wiadań moich. Panu zazdrość, że tam życie takie bujne.

— Nie bujne — odparł Kunicki — ale dzikie, wściekłe życie rozpętanych byków! Biada, gdy się pod te kopyta do­stanie — dziecko.

— A jednak ludzie płakali razem ze mną, płakali nad mym zgniłym bólem. Nad pańską cnotą ziewnęliby może tylko. He, panie — taniusia jest cnota na świecie?...

Kunicki ćmił spokojnie papierosa, a otrząsając starannie popiół, mówił niedbale, jakby do samego siebie:

— Ktoś mówił, że nago mogą się ukazywać tylko bo­gowie. My mamy dziś wszelkie powody do ukrywania swej nagości.

— Widzisz! — parsknął Borowski i wpił mu się palcami w ramię. — Ukrywać!? — Widzisz, dawniej ludzkie namiętności były życia i pracy ramieniem i młotem. Dawniej i bogowie nie wstydzili się swych namiętności. Dzisiaj są one od biurka, od maszyny precz wyklęte i gdzieś głęboko, głęboko pod ziemią ukryte, aby życiu nie przeszkadzały! Ty dzisiaj nic już o nich nie wiesz... Dzisiaj bogów nie ma. Ale nawet bogów namiętność stać by się musiała w potępieniu gnuśna, jadowita, trawiąca.

— Dziś mamy rozsądek.

— Wleźże17 nim czym prędzej w głąb i wynieś swe na­miętności na światło dzienne, aby cię nie pożarły! — Macie rozsądek. A jednak... słyszysz? Oto rozlega się krzyk, stra­szny, beznadziejny krzyk po nocy! Otwarły się podziemia wasze i cuchną. Zrozumiałeś, kto je otworzył? Kto jest bólu waszego krzykiem po nocy? Zrozumiałeś, za co mu ludzie dają łzy swoje, święte i czyste łzy ludzkiej tęsknoty?...

— Deklamacja! Zresztą chroniczna — cmoknął niecier­pliwie Kunicki. Otrząsł znowu popiół z papierosa i znowu mówił niedbale, cicho, jakby do siebie tylko:

— Ja panu powiem, kto te wszystkie cuda nocne do­konywa: biedny, chory człowiek... Zaś koniec — warto za­stanowić się i nad końcem — koniec będzie zwykły: Osta­teczny zanik hamujących czynności woli — ciesz się pan: będą wizje! Gnuśność — niech się cieszą kochanki! — Apatia i otępienie graniczące ze stuporem — tu już śmierć zęby wytrzeszcza!... I to w najlepszym razie — kończył i spojrzał bystro na Borowskiego, jakby taksując jego siły fizyczne.

Borowski miał już widocznie gotową odpowiedź, lecz ostatnie słowa zamknęły mu usta. Zaniepokoił się widocznie i zagadnął szybko:

— A od czego to pochodzi! Apatia niby?

— Toż mówię!

Przeżuwał myśl jakąś uparcie, czoło chmurzył. Wreszcie:

— Boję się — rzekł cichym, szczerym głosem dobrego dziecka. — Boję się apatii!

I zadrżały mu wargi jak u wrażliwej kobiety.

— Siądźmy — rzekł nagle i, nie czekając odpowie­dzi, cofnął się pod mur i osunął na jakąś ławę. Marszczył się, chmurzył, w oczach Kunickiego zapadał gdzieś myślą coraz głębiej.

— Widzisz, póki chodzę, mówię, nienawidzę — Boże, jak ja wszystkiego i wszystkich nienawidzę! — póty zapo­minam. Ale niech sam ze sobą zostanę, niech się położę.... Sen nie przychodzi... Więc niech mi teatr do myśli powróci, niech się coś ocknie, zbudzi, zerwie! A tu nie przychodzi nic, nic!... Rozumiesz ty — nic!...

I gwałtownym ruchem schwycił Kunickiego za rękę. Po chwili zatrząsł się całym ciałem. Zdjął kapelusz z głowy, grzbietem dłoni wycierał jakby zimny pot z czoła. Bladł wi­docznie, gdyż twarz jego stawała się po ciemku bardziej ja­sna i jakby fosforyzująca. Kunicki spoglądał nań uważnie i z pewnym niepokojem.

— Co panu?... Panie Borowski, na litość boską!...

— I z tej pustki wyłania mi się — zgroza, tylko zgroza! Nieludzka straszna groza wytrzeszcza na mnie zimne oczy: rzeczywi...! „Zośka!!” — krzyknę, jak szalony, zerwę się z łóżka i błędnie, omackiem trafiam tam do niej. I jak dąb podcięty walę się na jej białe ręce. „Zasłoń mi oczy, Zośka!” — Za­słania, rączynami twarz mi okrywa. „Nie bój się, nie bój się, Władek”. „Całuj, Zośka!” — Całuje. — „Zochna, Zochna, Zochna ty!!...”.

Z daleka jakby w zaczajonej ciszy ciemnego przedmie­ścia słyszeć się znów dały niecierpliwe, ostre sygnały świstawki, wołające nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kogo na pomoc. Bo zresztą cisza była. Hen na krańcach bił tylko młot walcowni, a tuż ponad głową szumiały im obu druty telegraficzne:

Zoch-na... Zoch-na... Zoch-na...


Wreszcie zabłysły światła w oknach podmiejskiej ulicy. Kunicki zaprowadził Borowskiego do najbliższej robotniczej restauracji i, wmuszając w niego wodę, mówił coś o słabej woli, o rozhukanej wyobraźni, o potrzebie leczenia. Borowski odstawił szklankę wody na bok i odpowiadał mu powolnym, zmęczonym głosem.

— Pan osądza wszystko tak łatwo, prosto, higienicznie, że aż miło słuchać. Uspakaja to jak ciepłe okłady. Taki świat mały, a pan taki duży, duży. Taki świat chory, a pan taki zdrów, taki higienista... Duży, duży higienista!... A biedny chory światek skruszył się, zesechł, zblakł. — I pana nigdy nie straszy zmora rzeczywistości?

Kunicki uśmiechnął się ckliwo i niedbale.

— E, pan świat ma w kieszeni. On pana nie przestraszy.

— Jestem lekarzem, panie Borowski.

— Właśnie!... Absyntu, duszko — zwrócił się do kel­nerki, wciąż jeszcze tym smutnym, zmęczonym głosem.

— Ja proszę wody sodowej! — pośpieszył się Kunicki.

— Dla pana doktora syfon wody.

Światło było mętne i senne. Pokój nagi, przesycony zapachem słodu i farby olejnej. Dwóch wielkich, ciężkich ro­botników, o rudych, źle wygolonych twarzach, drzemało wraz z gospodarzem nad gazetą, mającą okrzyk „Naprzód!” w na­główku.

Kunicki sięgnął po gazetę i zapytał od niechcenia:

— Czytujesz pan to?

— Namiętnie. — Kati, chodź no tu i podaj łapkę... Niech no pan doktor spojrzy, tak tylko, dla ciekawości. Prze­cież to jest fenomenalne! U kobiet z tej klasy? U Niemki zwłaszcza!

Kati przedrzeźniała obcą mowę, zaśmiała się piskliwie i pobiegła za bufet. — Milczeli przez dłuższy czas. Borow­ski popijał z rzadka, wolno i obserwował uważnie trzech śpiących robotników, jak, budząc się z drzemki, rzucali od czasu do czasu dorywcze, opryskliwe zdania zmęczonych ludzi. Potem znowu przyzwał Kati do siebie i w smutnym zamyśleniu ba­wił się palcami jej ładnych rąk niby paczką zapałek.

Kunicki nie wytrzymał.

— Puśćże pan ją — zawołał. — Mnie to osobiście do­tyka, w mojej godności ludzkiej. Przecież to człowiek, a nie mebel. Dziewczyna przy tym zmęczona; musi pracować osie­mnaście godzin na dobę.

— Według wykazów statystycznych — dopełnił Bo­rowski.

I kazał podać sobie drugą porcję absyntu. Gospodarz zbudził się wobec tego ostatecznie i przyszedł powitać go­ści. „Towarzysz”? — spytał, widząc gazetę w rękach Kuni­ckiego. A otrzymawszy skinienie głową, przysiadł się do stołu i powtórzył te same, dorywcze, gburowate zdania, jakie wy­szły przed chwilą z ust drzemiących wciąż robotników...

— Miał dawniej dom publiczny, teraz trudni się wy­szynkiem i rewolucją — gawędził ze sobą Borowski, gdy gospodarz powrócił do swych robotników.

Spostrzegłszy zaś oburzenie Kunickiego, ni to zagwi­zdał, ni to zanucił:

C’est le peuple! Le peuple! Le peuple18!...

Kunicki spostrzegł w tej chwili jakieś konwulsyjne drgnienie aktorskie w jego grymasie. „Oho — pomyślał — trzeba nam wracać. I ten gotów mi dać przedstawienie jubi­leuszowe”.

— To zamiłowanie do brudów — rzekł głośno — ła­two wytłumaczyć: pan tylko tym żyjesz, że siebie usprawie­dliwiasz.

— Staram się znaleźć trzeźwy, życiowy ideał: ideał społeczny.

— Cynizm groszowy. Złodzieje kieszonkowi mają go nieraz w lepszym gatunku. Dla mnie byłby tylko nudny, gdyby nie... pańska żona, panie Borowski!...

On podniósł głowę i przysunął się bliżej z krzesłem.

— No? — pytał chmurnie.

— Biedna tylko. Nic więcej.

— Ba! — odrzucił się niedbale w tył.

— Zasługiwałaby na coś więcej niż na pańską miłość. Tymczasem...

— Jaką byś pan jej dał? Coby taki, jak pan, z niej uczy­nił? Szarej swej duszy wieczną samotnicę, dzieci swych mil­czącą niańkę, kariery swej czujnego psa. I czym pan taką potęgę, jak miłość, mierzysz? Paznokciem — zaśmiał się ner­wowo w kieliszek. — Paznokciową miarą mieszczańskiej so­lidności.

Kunicki cofnął się z niesmakiem.

— Chodźmy. To staje się zupełnie plugawe, ta opętana alkoholem monomania erotyczna. Pańska głowa wypowie­działa się w życiu dostatecznie. Dla niej nie ma na świecie nic innego prócz kobiety.

— Nie ma! — krzyknął, powaliwszy się piersią na stół, i schwycił Kunickiego za rękę. — Dla wielu, dla bardzo wielu ludzi nie ma nic na świecie, prócz ukochanej kobiety. Ona jest im wszystkim! Jest żarem czynów, cierniem wytchnienia, gwiazdą nadziei, słońcem wiary w siebie; a przede wszystkim jest, jak cnota, sama sobie celem i źródłem najwyższej na świecie rozkoszy.

— Dosyć! — krzyknął Kunicki zmęczonym głosem i, wywierając gniew na syfonie wody, odsunął go energicznie od siebie. — Dosyć!... I ciągle, i bez ustanku, i wiecznie tylko kobieta. Paneś mi je chyba na całe życie obmierził.

— Słabyś ty ze swą wodą sodową!... Czy suchy pająk medyczny i tego nie rozumie, że trzy czwarte życia koło niej się obraca, że dla milionów jest celem trosk jedynym — mi­lionom przyobiecana nawet poza grobem — życia i śmierci władczyni!...

A utkwiwszy swe mętne, przepaściste oczy gdzieś u pu­łapu, mruczał w szczególnym natchnieniu:

— ...na stopniach uświęconych ołtarzy! Pod błogosławiącymi ramiony19 białych kapłanów! Wśród kadzideł mirry! Or­ganów wysokiego grania i zawodzącego chóru tęsknoty do życia!...

Czknęło mu się. — Głowa na sztywnym grzbiecie rzu­ciła się w tył. Opanował się jednak i zmógł, a białą jak kreda twarz pochylił nad kieliszkiem.

— Płacić! — krzyknął Kunicki i zerwał się z miejsca.

Borowski podniósł głowę i rozejrzał się błędnie naokół. Po czym uniósł się poważnie i wyszedł sztywno na ulicę. Tu zachwiał się dopiero i w zmęczoną pierś wzionął z rozkoszą powietrze miejskie.

Szumiało miasto. Szły z dala tysiączne pogwary, turkot i głuche dudnienie, rozkołysane tu na przedmieściu w jakiś miarowy, senny takt. W tym rytmie sennego jakby walca, falowała, zda się, i ta u czarnych wież gotyckich zawisła ja­sna, żółtawa i zimna jak stal mgławica. Nieruchomo stała tylko rdzawa, niezmierzona głąb nieba, na której tu i owdzie, z rzadka, mrugnęła na chwilę mała, żółta gwiazda.

Borowski słuchał i patrzał: wchłaniał w siebie szum i woń miasta. Kapelusz na tył głowy zsunął i zgarniał z bia­łego czoła garście długich, czarnych włosów. Chwilami się zataczał i odruchowo wyciągał przed się ramiona. Wreszcie wsparł się o potężny słup lampy łukowej. Mruczał: majaczył czy też improwizował coś po pijanemu. Kunickiemu przypo­mniało się nagle jego skomlenie na cmentarzu, gdyż oto do uszu jego dobiegł ten sam głęboki, żałośliwy głos. Słuchał:

— ...Lodem miasto w nocy zamarza, dla samotnych chłodne, dla cierpiących nielitościwe... Miasto w ciszy nocnej o gnuśnych zbrodniach tajemniczo gada, miasto wielomilio­nowe, zimne, ponure... Ja czuję puls twój chory, o miasto wielkie, ja, zgnilizny twej powiędły kwiat, ja, młodością mą zgrzybiały i gnuśny, ja, czarny twój kapłan, ja — aktor!...

Światło lampy łukowej przygasło nagle i rzuciło czer­wone blaski. Zmogło się wszakże, bo z upartym sykiem roz­płomieniło się po chwili w równej, chłodnej, fioletowej toni.

Kunicki tymczasem spłoszył się zupełnie. „No — myślał — ten już chyba dostał obłędu pijackiego”. I oglądał się po ulicy, aby na wszelki wypadek mieć ludzi pod ręką.

Ale Borowski wnet opadł, zatoczył się, bełkotał:

— Doktorze, choć kieliszek koniaku jeszcze!

— Pan musisz chyba iść jutro do jakiejś pracy. Nie?

— Muszę — potwierdził bezmyślnie.

Lecz w tejże chwili zaciął się, począł walić laską o mur i wołać uparcie:

— Nie muszę, ale chcę... Z własnej dobrej woli chcę... Dla własnej mojej Zochny chcę... I nie przez sentyment, jak się w pańskiej głowie śni. Dla jej włosów złotych z wojska uciekłem, dla jej jasnego czoła pieniędzy chcę. Nie pracy. Ja pluję na pracę. O — tfu!

Stał na trotuarze sztywno i tak się na stopach kołysał, że Kunicki bał się, iż lada chwila twarzą lub potylicą o bruk uderzy.

— Doktorze — mówił po niejakim czasie, starając się koniecznie objąć Kunickiego za szyję. — Dok-torze! Doktor jest nieszkodliwy pajączek, na bardzo drobne i chore muszki w uniwersytecie ułożony. Doktor ma angielski cynizm, jest sobie „matter of fact20”. Doktor zrobisz bajeczną karierę na higienie. Będziesz się cieszył szacunkiem u panów noszących flanelowe paski na brzuszkach — i u społeczeństwa... Bę­dziesz niepokonanym autorytetem w kwestiach kataru kiszek, impotencji obowiązującej, piękna, dobra i ideałów społecz­nych... Doktor ma głupią teraz minkę. Daj mi buzi, doktor...

— Ja doktora chcę w pysk pocałować! — rozgniewał się nagle, chwycił brutalnie jego głowę i wycisnął mu na ustach twardy pocałunek. — Nie pluj doktor, bo...

— Bo ja doktora kocham — dokończył niespodzianie w łagodnym spadku. — Ja kocham doktora — powtórzył jakby po głębokim namyśle, miękko i rzewnie jak dziecko. — Ja tobie, słuchaj doktor, wyspowiadałem się jak histeryczka księdzu: z detalami... Ja tobie bramę do mego serca otworzyłem. A potem każę ci wleźć głębiej. Ja... O Jezusie Mario!... Weź mnie pod ramię i prowadź!... Czarnej kawy za­funduj... Nie — stój!... Czekaj.

I stali tak razem przez jakiś czas. Kunicki nie puszczał go, mimo wszystko, wiedząc, że lada chwila runąłby na ziemię.

— Och! — westchnął wreszcie Borowski. — Co też ja chciałem?... O czymże to ja?... Poczekaj, poczekaj!... O Zosi! Chcesz o Zochnie? — A czemu milczysz, szelmo, jak pień? Czemu nie gadasz, że chcesz o Zochnie?... Zochna ma takie ciało... I, nie szarp się, nie szarp!... Przecież ja czuję — nie wiem, ale czuję — że ty na to za mną się wałęsasz, na to mych spowiedzi słuchasz... Ty, szpiegu cudzej nikczemności, coś własnych uczuć nie wyszpiegował! Taki, jak ty, stać się może straszny, gdy zapomni o karierze.

Kunicki odtrącił go od siebie. Instynktem kierowany rzucił się Borowski między dwie kamienice. I tam rozwiał się ostatni przebłysk jego trzeźwości. Osłabł zupełnie, rozmawiał już sam ze sobą: opowiadał coś brukom miejskim o złotych włosach swej Zochny.

— Znasz ty — mówił, wyciągając w stronę Kunickiego bezwładne swe ramię z obwisłą dłonią — znasz tę polską bajkę o stratowanym przez świnię kwietniku? I tę francuską... Daudeta... Z mojego młyna — wykrzykiwał bezdźwięcznie, jak echo, a dłonią twarz tarł, coś koło szyi nią poprawiał.

— O tym... mózgu złotym? — wykrztusił wreszcie z trudem. Szarpnął i zdarł kołnierz.

Kunicki podbiegł i schwycił go za głowę.

— O... o... Boże mój wielki!... O tym mózgu złotym...

Po kilku minutach wytrzeźwiał nagle i niespodzianie, jak stary pijak. Nastawił kołnierz palta, zapiął się starannie i powoli, grubą laskę z ziemi zgarnął, kapelusz podniósł i głę­boko na czoło nacisnął. Odchodząc, spoglądał twardo i po­chmurnie. Kunicki wyczytał w tym spojrzeniu nienawiść. I nie zdziwiło go to wcale.

Rozeszli się i każdy poszedł w swoją stronę. Kunickiemu huczało w głowie jak w młynie. Wszystkie myśli tonęły w nie­określonej, fizycznej wprost niechęci do tego człowieka. Miał do niego tę nieświadomą odrazę, jaką czuje chart do wilka, jamnik do lisa, ptak polny do kukułki: nienawidził w nim ob­cego, wrogiego sobie, drapieżnego gatunku.

Z wiru niejasnych wspomnień wypłynęła nagle jedna dziwaczna myśl.

„On teraz, w tejże chwili kamień podnosi, zamierza się... celuje...”.

Zwrócił gwałtownie i zbliżył się do niego.

— I na co pan czekasz? Czemu pan do domu nie idziesz?

Borowski wywijał laską.

— Chciałem jeszcze — zaczął niepewnym głosem.

Uśmiechnął się jakoś cierpko, dłoń wysunął i skurczył palce.

— Rubla masz?... To jest, właściwie — pożycz mi do­ktor markę.

— Pić pan będziesz?

— Bóg widzi, doktorze — coś zanadto dziś cięży. Nie udźwignę po trzeźwemu.


Kunicki począł się bać jak ognia tych chwil, gdy myśl, umęczona pracą, a nieprzykuta do mechanicznego zajęcia, ponosiła go w dziedzinę wspomnień. Bał się tych cichych, smu­tnych wieczorów przy bladym świetle lampy. Wówczas czuł, w duszy jego nurtować coś poczyna, jak w tych źródłach letnich, co, z głębokich warstw idąc, czasami się wzburzą i zapienią, świadcząc tylko, że tam gdzieś w głębi czyhają obce potężne siły. Oto na kartach książki, uporczywie trzy­manej przed oczyma, rysują się jakieś bezładne obrazy, wy­zierają z nich postacie zagadkowe i bolesne. Widzi dziew­czynę zbiegłą od rodziców i wyczekującą w ulewie na to, by do nóg rzucić się łotrowi; bo ta najstraszniejsza krzywda, jaką wyrządzić można kobiecie, przykuwa niejedną na całe życie do nóg mężczyzny: położy się przed nim jak pies czujna i zazdrosna o jego miłość. I o ileż czystsza, większa, głębiami uczuć mocniejsza jest ta niewolnicza dusza od serca swego władcy! Lecz oto jej kat staje się jej całopalnej ofiary uświęconym kapłanem. Kunicki widział w tej chwili wielkiego aktora, dającego bezsłownej i niemej rozpaczy dziewczyny męski dźwięk buntu i zatrzymującego setkom ludzi oddech w piersiach.

Z kolei przypomniały mu się te rozluźnione w aktor­stwie dusze: starzec, rzucający z ustępu Tobiaszowe prze­kleństwo i wieszający się w aktorskim szale, oraz dziedzic jego talentu i zgnilizny, który, w braku udzielania się w aktorstwie na zewnątrz, spala się w żarze własnych namiętności. W tym miękkim zapachu zmysłów, w odurzającej, lubieżnej woni, w gorących wyziewach alkoholu zniszczał i przepadł człowiek. Lecz oto, jak Feniks z popiołów, powstaje aktor i w braku nowych ofiar staje się kapłanem własnego cało­palenia. Kunicki przypominał sobie, już nie z odrazą, lecz wprost ze strachem, te jego hymny na cześć miłości, te tę­skne wycia do gnębiącego go potwora miasta.

Dalej odżyły mu w pamięci kłębiące się ogniem kominy fabryczne, głuche tajemnicze świstki na ciemnych przedmie­ściach, postacie ospałych i ciężkich jak młoty parowe robo­tników oraz gnuśnego lichwiarza, radykalizującego trywialnie opiłym głosem.

Piosnka anarchistycznej Carmagnoli21 ocknęła się nie wia­domo skąd w pamięci; na inne słowo, lecz tą samą melodią i taktem dokuczała uparcie myślom:

C’est la vie! La vie! La vie22!

A ciemny kąt w głębi pokoju dziwnie pociągał wzrok; tam stała niema, niby wyczuta obecność ludzka, szeroko otwartymi oczyma wpatrzona samotność.

Zgiełk uliczny tłumiła noc; od czasu do czasu zerwał się jeszcze gdzieś w dali i tonął w ciszy tak nagle, jak nie­spodzianie wybił się ponad nią. Ucho chwyta jakiś gwar po­mieszany, jakiś turkot głuchy, tętent pośpieszny; chwyta i łowi je na próżno: ucichły, utonęły gdzieś w ciemności i ci­szy. Uwagę zaniepokoją raptem ludzkie głosy: coś jakby okrzyk grozy, wołania o ratunek, tajemnicze hasła, przerzu­cane gdzieś w dali. Echo niesie z drugiej strony szczątek pi­janego śmiechu, skłóca, miesza te odgłosy, a wielka cisza wieczoru tłumi wszystkie pogwary.

Idzie ktoś po schodach: stąpa ciężko, powoli. „Jak wy­raźnie słychać dziś wszystko — dziwi się Kunicki. — Własne westchnienie wydaje się niemal jękiem”. Idzie: schody trzeszczą. Zatrzymuje się, dyszy ciężko. Waha się, czy za dzwonek pociągnąć. Niesie zło, czy dobro? Co przychodzi zwiastować?

Czekać każe na siebie. I niecierpliwi. Jezus Maria, jakże rozdrażnia!

Dzwonić prędzej!

Schody trzeszczą: ktoś wolnym starczym krokiem dra­pie się o piętro wyżej.

Kunickiemu coś piersi podnosi i stłacza znowu w west­chnieniu. A z ciemnego kąta pokoju patrzy, zda się, zimna, badawcza, zadumą smutna melancholia — jak ta na sztychu Dürera, co, globus, księgi i teleskop na bok odłożywszy, za­patrzyła się w skupieniu w duszę ludzką.

I gdy stokrotnym tłumem milczące pająki

Snują zabójcze sieci...

— przypomniało się Kunickiemu. „Skąd mi to nagle do głowy przyszło?” — dziwi się sam sobie. Szuka w myślach przy­czyny tego smutku, co ołowiem zaciężył mu na piersiach, i znajduje tylko jedną odpowiedź buntu: „Ja nie chcę, ja nie potrafię być sam ze sobą”. Instynkt zwraca mu myśli w stronę zajęć codziennych. I oto z kart książek medycznych, z ka­miennych szuflad szpitali, w które zaglądał zwykle z taką obojętnością, wyjrzały twarze żółte, zapadłe, suche, z okro­pnym strachem śmierci w rozszerzonych źrenicach. „Wesprzyj się na nas, wesprzyj! Wszak tą drogą, kosztem najmizerniej­szego kalectwa doszedłeś do poczucia twej wyższości, doro­biłeś się marsa poważnej zadumy”.

Tymczasem wiatr idzie ponad miastem: syczy z dala jak raca, lada chwila skłębi się, zburzy, w szyby zadzwoni, oknami zatrzęsie. Lecz oto syk ten ani w dal się nie ponosi, ani za­wierucha nie pęka: łamie się, tonie, grzęźnie wśród ciszy.

Na stole pali się świeca tylko, o ceglasty jej płomień tłuką się ćmy. Słuch Kunickiego zapada w tę pustkę i ciszę, czai się w półsennym odrętwieniu, czuwa niezmordowanie — i w tejże chwili wydaje mu się, że ktoś za nim stoi: czyjeś miękkie dłonie chłodzą mu czoło, ktoś się nad nim pochyla, owionęło go ciepłe tchnienie, słyszy własny swój oddech...

Zerwał się i zgasił świecę. Za chwilę szedł, a raczej biegł przed siebie, byle w tłum, byle między ludzi!

Niebawem znalazł się w parku. Ale i tu były pustki. Po długich alejach wałęsały się jakieś ciemne i gnuśne po­stacie, których cienie nawet miały w sobie coś podejrzanego. Zaś po ławkach, gdzie spojrzeć — znieruchomione23 w cieniu, w siebie wtulone i zaszeptane pary.

Kunicki poczuł nagle niewypowiedzianą odrazę do tych ludzi, do których tak gorączkowo garnął się przed chwilą. Osunął się na ławkę, nastawił kołnierz i zapadł we własne myśli. Od czasu do czasu nietoperz, zmyliwszy w górę drogę, spadał mu kulą przed twarz i zrywał się sprzed oczu jak czarny upiór. A ciężka głowa chyliła się coraz niżej w jakiś bezdenny, niewypowiedziany smutek.

Wyszumiały mu go wreszcie drzewa; tak niedawno czytał:...

Samotnyś. Błądzisz. W wyobraźni chorej

Rój dziwnych widem myśli twoje niańczą,

Zdasz się sam sobie duszą wywołańczą24,

Od której pierzcha tłum w ucieczce skory.

I mroki z wolna w duszę twą się sączą,

Gaszą w niej wszystko, tłumią swą opończą,

I pustka wielka zalewa ci łono.

Nawet marzenia, które życie złocą,

Pierzchły jak ptaki. Z głową opuszczoną

Szepczesz bez myśli: „Po co wszystko? po co?”

...I znów tylko wilgotne poszumy drzew, i ten głuchy, ciężki gwar miasta z daleka. Czujne ucho chwyta nagle szmer odmienny, cichy, jakby lekkie, pospieszne stąpanie. Żwir zaszeleścił — a jemu serce młotem w piersiach zabiło... Ktoś podchodzi, słania się nad nim, chłodne, miękkie dłonie obej­mują skroń...

Boże mój, Boże!...

Spod ławki wysunął się kot o grzbiecie w pałąk zgię­tym i twardo wystawioną kitą ogona. Na stężałych jakby no­gach szedł sztywno, błędnie, świecił ogromnie rozszerzonymi ślepiami i wlókł za sobą wielki, potworny cień. Kunicki ude­rzył kijem to czarne licho. Kot skoczył w kierz25 i rozległy się niebawem przeraźliwe, ochrypłe, gardłowe syki, a potem jakby beznadziejne szlochanie dzieci po ciemnym parku. Koty darły się po kątach.

A gdy one ucichły, rozległ się z pobliskiej ławki gło­śny pocałunek i szept stłumiony — duszny. Kunicki miał ochotę podejść tam i bić, bić, co sił starczy.

Jezus Maria — jakież to wszystko wstrętne!

Powiał znowuż wiatr wilgotny, niosący z sobą miękką woń świeżo zoranej ziemi.

Wiosna — przypomniało się Kunickiemu.


Za chwilę był w kawiarni.

Tu przynosił zwykle ciężkie brzemię samotności i w ogro­mnej potrzebie ludzi wchłaniał w siebie wielki gwar obcego życia. Cichy i niewidoczny na uboczu, leczył się, jak chore zwierzę, widokiem gromady; zbiedzony, przybity smutkiem, zapominał o sobie: ginął, rozpraszał się, wsiąkał w tłum wiel­komiejski.

— Pesymizm? Pesymizm? — rzucił niedbałe pytanie ktoś tyłem do niego zwrócony i pochylony nad bilardem. Poznał znajomego dziennikarza Jelsky’ego, „trochę Polaka”, jak zwykł mawiać o sobie. Widywał go u Borowskich.

— Gorzej — wstręt — odparł.

— Na podkładzie sentymentu może?

— Nieomal.

— Takich wzruszeń doznaje się tylko w małżeństwie.

— Pan uprawiasz cynizm zawodowo, metodycznie.

— Wiatr wiosenny owiał pana sentymentem — zaśmiał się Jelsky i przysiadł się do niego z kijem bilardowym w ręku. — Widzisz pan, oburzanie się jest niedołężnym se­plenieniem ludzi sentymentalnych, sentyment mową kariery w powijakach, cynizm jej pieśnią łabędzią. Jesteś więc pan sam na najprostszej drodze do cynizmu.

Podobał mu się widocznie frazes, gdyż, ukrywając uśmiech, zapalił papierosa.

— Toteż — mówił dalej, smakując równie w papie­rosie jak w swej złośliwości — toteż, z uwagi na pańską niechybną karierę oraz na obiecujący jego sentyment, radzę panu czym prędzej...

Dokończył mu na ucho.

— Kobietę.

Łagodząc zaś swe powiedzenie, uścisnął go za rękę.

Allons, petit bourgeois26 — zawołał, chwytając go pod ramię — przedstawię pana mej przyjaciółce.

I nieomal przemocą zaciągnął Kunickiego w drugi ko­niec kawiarni.

— Nazywamy się Lili — rekomendował — nie tyle ze względu na dziewiczość, ile na bajeczną płeć.

Kunicki znalazł się w ten sposób, wbrew woli, u stolika dziewczyny młodej, niebrzydkiej, o dziwnie białej cerze i ogro­mnie czarnych aksamitnych oczach.

— Panna Lili — mówił wciąż Jelsky — ma w sobie coś ze storczyka: Cephalantera alba.

— Także komplement — zaśmiała się piskliwie — mu­siałabym chyba szukać w Leksykonie.

Jelsky schwycił przewijającego się tuż obok piccola.

— Mały, Leksykon dla panny Lili. Litera C.

Ale Kunickiemu nie do pustych było gawęd. Toteż rad był, gdy Lili odęła się poważnie, podejrzewając, że obaj przy­szli po to tylko, aby z niej zadrwić. Powrócili na swoje miejsca.

— Och, żebyś pan wiedział!... — skarżył się za powro­tem Kunicki.

— Wiem i widzę, żeś pan swym sentymentem zajechał na ślepe szyny. Hamuję, pcham z powrotem na rozsądną drogę kariery: — robię, co mogę.

— Pan mi dziś karierą tak dokuczasz! Mój panie, dla­czego pan jesteś dziennikarzem, a nie filantropem?

— Ponieważ to métier27 jest najmniej odpowiedzialne.

— Acha! — Ale paneś w kawiarni jak u siebie w domu?

— Mieszkam — odpowiedział z filozoficznym spoko­jem i pilnikiem kieszonkowym począł szlifować sobie pa­znokcie. — Z obowiązku, z fachu. W kawiarni robi się dziś kultura. Nawet prorocy nie każą28 dziś na górach, tylko po kawiarniach.

Rzucił okiem na gazetę i swym pilnikiem wskazał nied­bale jeden ustęp.

— Jest tu nowy żer dla pańskiego sentymentu i nowe kastalskie źródło wstrętu... Oj, te idee, te idee!... Wraca skądciś banda obieżysasów galicyjskich i wiezie piękne gościńce kul­tury do swej ojczyzny. Jeden w drugiego! — Powiadam panu. Jeden w drugiego! Kobiety! Dzieci nawet!

Kunicki nastawił uszy.

— Boże wielki! To ich nie można puszczać tam — do kraju.

— Więc ich wyrżniemy — konkludował flegmatycznie dziennikarz, nie przestając szlifować paznokci.

A po dłuższej przerwie, jaka okazała się konieczna przy tej operacji, ziewnął i rzekł:

— Powinieneś się pan czym prędzej wyleczyć z tego świerzbu społecznego. Zostaw pan tłuczenie o mur twardszym głowom, a bity komunałami trakt idei pospolitszym owcom! Me-me! Jak źle jest na świecie.

— No, dobrze! — szarpnął się Kunicki, rad, że mu ktoś pomoże do wgadania się w przyczynę dzisiejszego smu­tku. — No, dobrze! — Leczyć ludzi z niesmakiem i oboję­tnością, patrzeć co krok na zbrodnie i potworność życia, od­dychać zatęchłym powietrzem nędzy i cierpienia... I to wszystko razem nazywa się?...

— Zadowoleniem ambicji tylko. Poza tym, jest się, chwalić Boga, jeszcze człowiekiem i można...

— Grywać w bilard.

— Chociażby.

— Albo pić.

— I to nie jest do pogardzenia. W piciu jest zupełnie ta sama mądrość, co i w życiu: złudzenia. Oczywiście nie każdy pije na to tylko, aby z Bachusem wywracać koziołki.

— Przypuśćmy, że nie pijam.

— Ależ się pan objuczył pryncypiami. Prędzej czy pó­źniej taki pociąg towarowy wykoleić się przecie musi. Nie pijasz pan? Tym bardziej należy pamiętać, że tam oto siedzi Lili i nudzi się nad Graphic’iem.

— Pozostawiam ją panu.

— Dziękuję za dziś — odwzajemnię się jutro. Poza tym, o ile pana interesują problemy życiowe... — (Jelsky wciąż oglądał swe paznokcie) — ...poza tym, lekarz, na przykład, może leczyć uczciwie, ile że nie ma powodów, dla których czło­wiek inteligentny miałby coś robić niesumiennie. Dalej, mo­żna czytywać książeczki nie jako katechizmy komunistyczne, lecz jako mowę nowego umysłu i nowej duszy, z którymi w kawiarni nie zawsze spotkać się możemy. Na koniec można rozglądać się po świecie, co bywa ostatecznie najzabaw­niejsze.

— I to wszystko?

— Można jeszcze...

— Zajść do kawiarni — zaśmiał się nerwowo Kuni­cki. — Oto do czego sprowadziła się u was zagadka życia.

Jelsky zajął się tymczasem przeglądaniem jadłospisu.

— Można jeszcze... — powtórzył.

— No?

— W łeb sobie strzelić, o ile ktoś kwestię swego przyjścia na świat wziął zbyt poważnie. — Nie podnosząc głowy, wywrócił ku Kunickiemu białka oczu, uśmiechnął się kwaśno i dodał:

— Im bardziej szare jest czyjeś życie, tym większa śmieszność w takim zakończeniu.

Kunicki gryzł i szarpał w zębach munsztuk od pa­pierosa.

— Szare życie, szare życie — bąkał. — Szary, prze­ciętny, nieomal zbyteczny! — wybuchnął w nagłym rozdra­żnieniu. A ręka mu się trzęsła, gdy ją do papierosa pod­nosił.

Jelsky teraz dopiero podniósł głowę. Twarz wyciągnęła mu się wyrazem zdziwienia.

— Panie — wołał tymczasem Kunicki — dzisiaj ci szarzy ludzie zanadto uświadamiają sobie życie na samym już wstępie. Znają nie tylko maksimum tego, co osiągnąć mogą, ale i to całe morze małych fałszów, lichych komedii, mizer­nych podstępów, aprobowanych podłości, jakie przepłynąć muszą. Cel ich niezbyt pociąga, a droga nazbyt odraża. I to jest tragedią szarych ludzi.

— No — „tragedią”! — skrzywił się Jelsky.

— I pan chcesz im odebrać jeszcze wiarę w obowiązki społeczne, w ideały. Trzeba im te zostawić, chociażby...

— Chociaż dopóty, dopóki im skóra nie stwardnieje. Potem cisną tę tarczę sami, na głowy młodszych. I to z roz­machem wielkim. Hę?

Kunicki wpadł już w pasję.

— Więc czymże, czym nam się bronić przeciw temu smokowi wszystkich improduktywów, co na mnie nałazi i ziewa mi w twarz smutkiem życia, nudą, pustką... O tak, pustką! Zresztą, nie! Ja ciągle jeszcze nie o tym mówię, co mi do­lega. Mnie dławi, oczadza, dusi po prostu niesmak, obrzydze­nie i wstręt do wszystkiego! — krzyknął niecierpliwie, zer­wał się i schwycił za kapelusz.

— Wiosna — westchnął melancholijnie Jelsky, zakła­dając serwetkę za kamizelkę.

Podaną sobie dłoń zatrzymał jednak w ręku.

— My wszyscy tak intensywnie odczuwamy dziś wio­snę! Wiedzą coś o tym restauratorzy miejscy. Jest to naj­stosowniejsza pora, aby pić.

Siłą niemal posadził go przy stole i nalał mu kieliszek wina. Kunickiego rozbrajał zupełnie ten jego spokój.

— Ja nie jestem przyzwyczajony... Chociażby dlatego.

— Głupstwo! — Jelsky zabrał się ze smakiem do kolacji — Pan nie pijasz — wywodził przy tym — ponieważ to wytwarza podobno rozszerzenie serca, nazywacie to cor bovis. Ale wierz mi pan... — (Jelsky, nie znalazłszy czegoś przy nakryciu zadzwonił w talerz) — ...wierz mi pan, stokroć gorzej nie pijać, nie szaleć, nie umieć stawiać życia na jedną kartę i wołać „va banque29!” To wytwarza z czasem cor ranae, serce żaby...

Kunicki patrzał ze zdumieniem na jego krzętny apetyt w tej chwili.

— „Szaleć”? „Na kartę”?... Pan chyba miał Speisekarte30 na myśli.

— Oho — skrzywił się Jelsky. — Ja nie wrzeszczę i nie szarpię włosów jak pan, tylko rozumuję. A to nie prze­szkadza mi jeść... Z takim sercem żaby gorzej żyje się na świecie — żadne uczucie już się w nim nie zmieści.

— „Uczucie”?! — powtórzył Kunicki jak wprzódy. Wzruszył ramionami i bezwiednie zupełnie, jak w złości, pod­niósł kieliszek do ust.

— Miłość — tłumaczył dalej Jelsky — miłość, co słońce wesela winna zapalać nad głową, rzuca takim ludziom tylko cień goryczy, obrzydzenia i wstrętu na jałową codzien­ność. — Hę, jakaż to znana nuta.... Gdyby najada, zbudziw­szy się gdzieś w górskim uroczysku, huknęła „kocham!” — echo z dolin ludzkich przyniosłoby jej wołanie: „jałowość, nuda, gorycz!”. Gdyby Prometeusz skruszył górę i grzmotem obwieścił ziemi: „Bracia, zerwałem kajdany, po nowy idę dla was ogień” — echo odpowiedziałoby: „gorycz, obrzydzenie, wstręt!”.

Jelsky napił się wina, otarł usta serwetą, odstawił ta­lerz i gestem nakazał przynieść sobie następną potrawę. Ku­nicki powtarzał w myślach: „miłość”, „najada”, „Prometeusz”, „kajdany”, „płomień”, powtarzał przy tym mimo woli z tym sa­mym smakowitym akcentem, z jakim wygłoszone były te słowa. I wytrzeszczał już tylko oczy na Jelsky’ego. A potem znowu pociągnął z kieliszka.

Jelsky zaś prawił.

— Spojrzyj pan, ile tej goryczy, ile śliny i jadu na wszystkim, czego się dotknąć, na co spojrzeć... (prosit31, prosit!... pij pan śmiało!)... do czego przywiązać by się chciało. Od takich właśnie ludzi ta ślina, ten jad ropuszy pochodzi. W żabich serduszkach nie zmieściło się umiłowanie społeczne.

— „Umiłowanie społeczne”!?... Pan żartuje?

— Mówię, umiłowanie społeczne nie mieści się dziś w marnych, skarlałych sercach. Zaledwie wciśnie się w nie doktryna. I oni, oni to właśnie każą nam wierzyć w ideały.

— „W ideały”!?...

— Niewątpliwie! Przy każdym rozdrożu stoi taki wła­śnie drab z maczugą w ręku i woła: „Idź tą drogą — a nie to po pysku”!... Czyż to nie ironia życia?

— Ironia?... Ha, ha! — Tak, tak — to wszystko racja, co pan mówisz. Ja to czuję. Ha, ha! Ironia! Ironia! — Paneś mnie zaraził32 apetytem. Zjem chyba kolację i wzniosę się na wyżyny filozofii spokoju... Nie, po coś mi pan wmawiał to wino?... Ha, ha! — Ironia...

Kunicki po jednym kieliszku poczuł już obezwładnienie w członkach. Ciężką głowę wsparł na łokciu i zapatrzył się na Jelsky’ego.

— Ja pana nie rozumiem wcale — rzekł nagle powa­żnie. — Zresztą, głowa mnie boli. Ha, ha! Nie — to ironia! — i znów śmiać się począł.

— To szkoda, bo ja pana znakomicie rozumiem.

— Ja boję się pana — boję się, jak czegoś zupełnie obcego. — Zresztą... nie, ja nie jestem pijany! — Zresztą, wierzę, iż pan wszystko wie. Mój panie, niech mi pan powie, co się ze mną stało ostatnimi czasy? Co za chmura stanęła nade mną?

— Czyś pan aby pewny, że to chmura? Czy to cza­sami nie słońce? A ten cień pod nogami, czy nie jest przy­padkiem cieniem własnej osoby?

— To jest wyrocznia delficka.

— Powiem dalej jak Pytia: jeśli w żabie serduszko wciśnie się uczucie wielkie, runie obiecująca kariera.

— Pan mnie chyba nie posądzasz? — Kunicki zakrył grymas czy też uśmiech łykiem wina.

— Posądzam, i to bardzo! My wszyscy tak intensyw­nie dzisiaj kochamy! Wie coś o tym Lili i towarzyszki, te skarbonki naszych uczuć.

Kunicki zerwał się z miejsca, ale usiadł natychmiast. Ciężką głowę wsparł już nie na łokciu, lecz czołem na stole. Próbował się roześmiać w obrus i nagle rozpłakał się cicho, rzewnie jak dziecko.

— Nie — mówił potem, ocierając łzy kułakiem — po coś pan we mnie wmawiał wino?... Takie tęgie wino? Ja mam słabą głowę... Po coś pan ze mnie zrobił sobie małpę?...


Kunicki zaczął się wprost niepokoić o siebie. W kilka dni potem, po nieudanej operacji, dostał spazmów wobec licznych świadków — musiano go cucić. Operowano młodą czeską robotnicę z fabryki zapałek. Dziewczyna, wystraszona zapachem jodoformu i widokiem tylu mężczyzn w białych fartuchach i zakasanych rękawach, wpiła się jak rak w rękę Kunickiego. Wśród tych obcych ludzi z nim jedynie mogła się jako tako rozmówić. Uspokajał ją, jak umiał. Opowiadał, że jej krzywdy przecież nie zrobią; przeciwnie, dadzą piękną srebrną szczękę zamiast brzydkiej spróchniałej kości, że tego nikt potem nie spostrzeże, a każdy powie: „Ach, jak wyładniała ta”...

— Jak ci na imię?

— Mianuje se Zofie.

— No widzisz — Zochna...

Przyszedł profesor i, zanim nałożył maskę, pogłaskał ją po włosach.

— Patrz, jak ci do twarzy w białym. Potem będziesz się mogła nawet w lustrze obejrzeć... No, nie bać się mała — nie bać!...

Nic nie rozumiejąc, uśmiechnęła się do wszystkich, jak do rodzonych ojców. I wszyscy, ilu ich było, odpowiedzieli jej przyjaznym skinieniem głowy. Studenteria zaroiła się na amfiteatrze. Kunicki miał pilnować pulsu tej ręki, która wcze­piła mu się w dłoń. Głaskał tę skurczoną strachem dziecięcą rękę i szeptał wciąż:

— Nie bać się, Zochna, nie bać!...

W miarę jak zasypiała, uścisk palców stawał się coraz mniej kurczowy. Już się rozchylały zupełnie, gdy, w ostatniej chwili przytomności, uścisnęła mu rękę krótko i rozumnie: jakby dziękowała mu za dobroć i prosiła, by nie odchodził.

On baczył już tylko na jej puls — o niej zapomniał niemal zupełnie. Naprzeciwko, trzymał asystent drugą rękę. Profesor operował przez głowę chorej. Na jej piersiach po­stawiono lustro i trzymano skośnie przed operatorem. Asy­stenci chwytali pęsetami, niby ptaki dziobami, rozszczepione płaty skóry i rozciągali je na bok, oraz wycierali krew pę­kami waty. Było cicho. Słychać było tylko szczęk narzędzi, ludzkie oddechy i jakiś kaszel na amfiteatrze.

Po chwili Kunicki drgnął — drgnął bezwiednie uprze­dzającym instynktem niesłychanie czujnego zwierzęcia, jaki przy podobnej pracy i człowiek nawet zdobyć sobie musi. Rzucił bystre, pytające spojrzenie na asystenta naprzeciw. Ten już na niego patrzał. Obaj przenieśli wzrok na profe­sora. Ten już o wszystkim wiedział. Już odkładał narzędzia, już wielką pęsetą wyciągał chorej z gardła język, którym się dławiła. Nie pomogło to jednak. Zaroiło się przy stole. Pośród audytorium znalazło się nawet zwierzę, które w tej chwili parsknęło śmiechem. Przebito chorej gardło, by wy­wołać sztuczny oddech. Lecz i tracheotomia nie pomogła.

Co dalej było, Kunicki pamiętał zaledwie jak przez mgłę. Wiedział, co mu czynić należy. Podnosił naprzód je­dno ramię chorej, potem dla ujednostajnienia ruchu wyrwał i drugie asystentowi. Podnosił je i opuszczał miarowo w ten równy takt, w jakim profesor uderzał w piersi chorej. Za­mienił się w maszynę — pracował bez wytchnienia — mi­nuty czy godziny! — tego nie pamiętał. Pompował wtedy jeszcze, gdy audytorium opróżniło się zupełnie; podnosił i opuszczał bezwładne ramiona, gdy inni odeszli już od stołu; pracował i wtedy jeszcze, gdy ktoś złym i zniecierpliwionym ruchem kazał mu wreszcie zaprzestać. W końcu odepchnięto go niemal. Przełożono ciało na wózek, narzucono na nie prze­ścieradło i odwieziono do trupiarni.

Obowiązkiem Kunickiego było przeliczyć narzędzia i ze­brać je do wanienki siatkowej. Gdy się tym zabawiał, poczuł nagle zawrót głowy. Cofnął się do pierwszej ławki amfitea­tru i osunął się na nią wcześniej, niźli siąść zamierzał. Ogro­mnie białe i łagodne światło zasnuło mu wszystko przed oczyma białą mgłą. Ktoś z bliska stojący usłyszał najwyraźniej, jak szeptał: „Nie bać się, Zochna — nie bać!...”. Zachły­snął się, ujął za głowę i dostał najprawidłowszego spazmu.

Vapeurs33! — stawiał z francuska łatwą diagnozę jakiś student z głupia frant.

Ludzie byli mu wdzięczni za ten humor. Przy sztucznym nieco śmiechu załatwiono się bez trudności z bagatelną sprawą Kunickiego.

Już zdjął fartuch i nakładał mankiety, gdy wpadł jak bomba asystent i zawezwał go do profesora.

— Dobryś! — rzekł Kunicki. — Tym spazmem zarznąłem się na śmierć w jego oczach.

I z duszą w piętach wstępował do gabinetu.

Profesor zdążył również pozbyć się fartucha. Naokół nie było ani śladu odbytej przed chwilą operacji. Siedział przy biurku i notował coś pośpiesznie. Ruchem złym i znie­cierpliwionym wskazał mu krzesło.

— Ja tu już od kilku dni mam pana na oku. I dziś patrzyłem przed operacją... Chociaż muszę przyznać, że jako lekarz sprawowałeś się pan nieźle.

Skończył pisać, położył z impetem pióro i zwrócił się wraz z krzesłem do Kunickiego.

— Ale co znaczą spazmy? Skąd spazmy?... Ja już za­czynałem pana szanować za „brak nerwów”. Muszę panu po­wiedzieć, że upatrzyłem go sobie na asystenta. Więc mam zawód34!... — syknął. — Pozwolisz się pan zbadać?

— Ależ ja, dalibóg!...

— No, no, no!...

Zbadał, opukał, a nic nie znalazłszy, wzruszył ramionami.

— Masz pan jakie zmartwienia?

— To jest właściwie... konkretnych... Chyba żebym... jeszcze...

— Jeszcze?

Profesor, poprawiając okulary, zasłonił twarz dłonią.

— Radzę wyjechać na trzy tygodnie. Gdzie bądź... Cy­garo, panie Kunicki?...

— Dziękuję uprzejmie... Nadzieja asystentury...

— Nie o to idzie... Chciałem panu powiedzieć, że... Hm!

Wydął wargi, gładził długą brodę, wreszcie:

— Z małżeństwem nie należy nigdy zwlekać! — wypa­lił mu prosto w oczy.

Kunicki stanął jak w ogniu.

— Ależ... dalibóg!...

Ujął go za obie ręce, uścisnął i odprowadził do drzwi. „Ja umiem tylko radzić. Niedyskretny być nie potrafię. Że­gnam pana”.

Z wielkim profesorskim cygarem w ustach szedł za­dumany przez ulicę. A że myśli były bardzo przykre, węzeł stawał się beznadziejnie zawiły, więc — uczuł nagłą po­trzebę napicia się czarnej kawy.

Gdy wracał do domu, gniewał go ścisk na ulicach, zmu­szający do wolnych, ślimaczych prawie ruchów i bezcelowego oglądania obojętnych twarzy. Przy sposobności zauważył, że ten i ów, mijając go, uśmiechał się nieznacznie, jakby chcąc powiedzieć: „Oto idzie znowu jeden z tych, co to mają lek­kiego fiołka w głowie”. Uśmiechali się oczywiście komiwojażerzy, ci zawsze z siebie zadowoleni, „najnormalniejsi” ludzie w mieście. „Ja wśród aniołów w niebie odróżnię chyba du­szę, która na tym padole płaczu była komiwojażerem” — zemścił się na nich myślą Kunicki. — „Swoją drogą, muszę być bardzo rozdrażniony i wyglądam prawdopodobnie dzi­wacznie. Ach, ta kawa, to cygaro obrzydliwe!... Zresztą, to jest jasne: rozdrażnienie wywołuje szybkie, gwałtowne, ostre ruchy, w tym tłumie ślamazarnym muszę wyglądać, oczywiście, jak mucha w pajęczynie”.

Gdy skręcił na swoją ulicę, ścisk uczynił się na chwilę jeszcze większy. Usłyszał za sobą cichy, krótki dzwonek. Lu­dzie się rozstępowali, dwie baby przyklękły nawet na trotuarze. Kunicki zdjął czapkę, co tu widocznie nie było we zwyczaju. Przechodzący tłusty jegomość znowu się uśmiecha z poczuciem wyższości solidnego człowieka, któremu interesa dobrze idą. „Ty, bydlę niskie!” — myśli Kunicki i, korzysta­jąc z wolnego miejsca za księdzem, postępuje tuż za nim. Ludzie najwyraźniej przypuszczają, że to on księdza do kogoś sprowadza. Jakaś baba podbiegła nawet, by zagadnąć, do kogo.

„Ja muszę mieć ładną minę, jeśli pasuję nawet do ta­kiego rodzajowego obrazka”.

„Ależ traf szczególny, żeby akurat do mego domu szli... na schody moje... Co, u diabła!... Czyżby na drugim?... Trzecie!...

„Baba!... Oczywiście baba. Ale cóż by jej tak nagle? Z czego?”

„A co? — dzwonią...”

Otworzył obcy człowiek w mundurze warty sanitarnej. Kunicki zaniepokoił się już poważnie. Ksiądz pyta, do kogo. Kunicki, stojąc o pół piętra niżej, nadstawia uszu. Tymcza­sem nie chce mieszać się do niczego. Poczeka.

— Do młodego pana — brzmiała odpowiedź.

— „Co!?”

— Kto taki? — pyta ksiądz.

— Student.

Kunicki chce w pierwszej chwili krzyknąć przeraźliwie. Ale się słania, za poręcz chwyta i ściska ją z całych sił. Lewą dłonią po ciele wodzi, szarpie spotniały włosy, szczy­pie się w wargę. — „Nie, ja przecież nie śpię. U Boga — co to jest!? Co to wszystko znaczy?”. Chłopak kościelny za­dzwonił raz: cicho, króciutko, jakby przez nieostrożność.

— Niech będzie pochwalony — obcy, cichy, zapłakany głos, gdzieś w głębi korytarza.

— Na wieki.

Ktoś klęka tam w głębi korytarza. Szlocha. Jak stra­sznie szlocha!

— Wypadek? — pyta ksiądz człowieka w czapce z odwachu sanitarnego. — Przytomny?

— Bardzo mało — szepcze ktoś basem. — Samobójstwo.

Ksiądz cofa się od progu.

Wypada młoda kobieta z głębi i buch! księdzu do nóg. „Jak ona strasznie upadła!”. I szlocha. „Chryste, jak ona szlocha!”

Kunicki puszcza poręcz schodów. Pręży się jak struna, zaciska pięście kurczowo. Nie da się halucynacji. Nie da się nawet obłędowi, jeśli to jest obłęd! On tu jest — nie tam!... Nie da się. Woli ma jeszcze trochę.

Zimny pot strugami zlewa mu twarz.

Przeskakując po kilka stopni, pędzi na dół. Instynkt za­chowawczy woła w nim bezładnie: „Dorożka. Z powrotem do profesora. Szpital. Osobny pokój... I cisza, cisza wielka. Z początku morfina, a potem cisza i spokój tylko... Musi przejść... Aby tylko dorożka!”

Wyskoczył z bramy aż na środek ulicy. I tu się dopiero obejrzał. W imię Ojca, Syna i Ducha!... Numer 38.

O dwa domy za daleko!

Otarł chustką pot z twarzy, poprawił kapelusz, zapiął palto i, zagryzając wargi, aby się nie trzęsły, zawrócił pod numer 34. Obejrzał swój dom uważnie i porównał go z tamtym. Podobne oczywiście, jak bliźniaki, a jednak trzeba być bardzo roztargnionym. „Oj, ta czarna kawa, to cygaro!”.

W domu zastał swą gospodynię w niesłychanym pod­nieceniu.

— Wypadek był w sąsiedztwie — wołała od proga, a raczej wymlaskała z prawdziwym smakiem.

— Wiem.

W myśli zaś dodał: „Chwała Bogu, rzeczywistość! Kon­kretny, policyjny fakt, entuzjazmujący wszystkie kucharki w całej dzielnicy. Ależ napatrzyłem się dziś rozkoszy miej­skich. I to mnie tak niesłychanie rozdrażniło”.

Zmaczał głowę i piersi, natarł skronie wodą kolońską i postanowił natychmiast posłać do apteki. Wyrwał więc kar­tkę z notatnika i pisał pedantycznie:

Natri brom. .................... 3,0

Kali brom. ..................... 2,0

Amon. .......................

Zastukano do drzwi. „Oczywiście baba z plotkami”.

— Przed trzema godzinami, natychmiast po wyjściu pana doktora, zachodziła tu jedna pani.

Kunickiemu wydało się, że w tej chwili ktoś go pięścią w ciemię uderzył.

— Z tej kamienicy pewno? Po poradę? — pytał mimo to z niedołężną jakąś chytrością i jakby chcąc oszukać sa­mego siebie, odwrócić fakt, zagadać rzeczywistość.

— Nie. Nazywa się — zostawiła bilet — nazywa się Zofia Borowska.

Kunicki uczuł, jakby po raz drugi, mocne uderzenie w ciemię. Powstał z miejsca powoli, sztywno. Oparł się ty­łem o biurko, chciał coś powiedzieć, ale głosu mu zabrakło. Zwiesił więc głowę i milczał. „Jak ta szelma ropucha musi patrzeć na mnie w tej chwili!”.

— Pani przyszła zapytać, czemu pan doktor do pań­stwa Borowskich wcale nie zachodzi. Oboje z mężem są nie­spokojni, czy pan doktor nie chory. Pani bardzo rozpyty­wała o pana doktora... Niech mi pan za złe nie weźmie, ale ja się przy niej wstydziłam po prostu mej brzydoty. Jakaż ładna! Jaka świeża!...

— Dosyć!

— Prosiła, żeby pan doktor nie zapominał. Trzy razy to powtórzyła. Pani przyniosła ze sobą wiązankę kwiatów, myśląc, że pan doktor jest chory. Wejść nie chciała. Rozma­wiała ze mną przez próg. Prosiłam bardzo, żeby zostawiła i zdrowemu. Mówiłam, że pan doktor zawsze taki samotny, że kobiet nigdy...

— Dosyć!

Baba położyła ostrożnie garść kwiatów na najbliższym krześle i zamknęła cicho drzwi za sobą.

Kunicki wciąż jeszcze stał nieruchomo przy biurku. Po chwili dopiero sięgnął po receptę i począł ją drzeć na dro­bne kawałki. Podjął machinalnie jakąś książkę ze stołu, usta­wił ją pedantycznie na etażerce, zbliżył się wreszcie wolno do wiązanki kwiatów, powąchał, znalazł się blisko kanapy i osunął na nią z kwiatami przy ustach, pod twarzą. Miał wrażenie, że jakaś potężna dłoń wciska mu twarz w te kwiaty. Patrz, patrz, gnuśny i uparty! Na życiowej ścieżce źródła tego ominąć nie wolno: taka jest wola młodości. Musisz pić z tych wód, co rodzą albo siłę i czyn, albo ducha wyłącznie, albo bezwolę jedynie: rodzą życie, sztukę lub marzenie. W płomieniach, co cię ogarną, natura hartu twej duszy do­świadczyć pragnie na to, aby cię wznieść lub poniżyć. Taka jest wola młodości!

Gdy powstał, miał w głowie jedną tylko myśl, jedną trwogę:

— „A jednak — dokonało się!”


— Ach, Boże! — myślała Borowska. — Od czasu, jak dostał te książki od Jelsky’ego, nie wychodzi wcale z domu. Zamyka się w pokoju, mruczy, deklamuje i chodzi, bez ustanku chodzi, równo, miarowo, jak wahadło. I pije. Znowuż!

Zajrzała przez dziurkę od klucza. Tużurek włożył na siebie. Po co? Zapięty i sztywny chodzi jak żołnierz na war­cie. Staje przy biurku, prawa dłoń na piersiach: czeka dumnie na coś. — O czym on myśli?

— Właduś? — szepnęła w szparę.

Spojrzał wyniośle w stronę drzwi, odwrócił się i nic nie odpowiedział. Znowuż chodzi.

— Władek, ja nie chcę! — poczęła szarpać się u drzwi.

A gdy ją wpuścił do siebie, rzuciła badawcze spojrze­nie na biurko i przeniosła na niego czujne, niespokojne oczy.

— Wiesz, dlaczego mieszczka książek nie lubi? — py­tał cierpko.

— Wiem. Bo tamte — mówiła, wskazując na książki — są zawsze w balowej tualecie we wszystkim, co mówią, czują, myślą, bo tamte są fałszywe, wszystkie bez wyjątku — te napisane kobiety.

— A więc zazdrość — szeplenił mąż, wyciągając twarz w hrabiowski grymas. — Vous tombez dans la risée du monde35, margrabino! — zagrał jej na poczekaniu. I wnet potem, ujmując ją za łokieć:

— Zosieńka — zmanierowałaś się coś niecoś na mał­żeństwie.

— Piłeś? — zapytała wobec tego niespokojnie.

— Nie, nie piłeś! Teraz będzie Volksstück36 — co?

— Och! — westchnęła ciężko.

— Klępusia! — mruknął pod nosem i zagwizdał jej głośno w odpowiedzi. Wtłoczył ręce do kieszeni i chodził z kąta w kąt, przelewając się z nogi na nogę. Ona osunęła się na kanapę, zwyczajem swoim zatopiła dłonie we włosach i zapatrzyła się smutnie na niego.

— Kochasz? — szepnęła po chwili.

— Którego? — odparł, zatrzymując się przy niej w zwro­tnym piruecie.

— Władek! — żachnęła się gniewnie.

— Względem czego?

Zochna rozpłakała się bezradnie.

— Ciupuś ty! — rozpłomienił się mąż nad tym pła­czem. Odgarnął jej włosy z czoła, odjął ręce i kazał sobie podać pyszczek. — Nie płakam, nie! Pocałować męża. Prze­prosić za malutkie zmanierowanie się w małżeństwie. Tak! — Już się na kolana ładujemy. Oczywiście. — Oko? — Nad­zwyczajne! Mięciusie, wilgotne spojrzenie!

— Kochasz?

— Mhm! — Borowski potrząsał głową.

— Ugryzę!

— Gryź... Zocha! I dałby to kto wiarę? — Toż boli... Oj, kot, kot! — Już się tuli, już zwija w kłębuszek.

— Jak ja ciebie lubię, Właduś!

Zaparło się westchnienie w piersiach Zochny.

— Ale nie chodź tak Władek całymi dniami po po­koju: — to takie smutne.

— Zupełnie tragiczne — hę? To wskazuje, że mąż jeszcze myśli.

Drgnęła mu czujnie w ramionach, odrzuciła w tył głowę i wpiła się w niego trwożnym wejrzeniem. Borowski sięgnął po papierosa i ukrył się niebawem w chmurze dymu. Siedzieli tak w milczeniu; on ćmił papierosa i machinalnie, niemal au­tomatycznie głaskał ją po włosach.

— Rozpleć...

Miękkim ruchem ramienia dotknęła ciężkiego zwoju na potylicy, potrząsnęła głową: jasne pęki rozprysły się same. Za­pachniały włosy.

Wyrwała mu z ust papierosa i odrzuciła precz.

— Nie chcę, żebyś palił!...


— I znowuż chodzisz? — szeptała potem cicho, łzawo, wtulona w kącik kanapy.

Przez dłuższy czas nie odpowiadał jej wcale. Potem, zatrzymując się nagle przed nią, wołał gorączkowo:

— Widzisz, tam u nas, w budzie, najczęściej tak by­wało — w spektaklach niby. W czarnym szlafroku i ze świe­cznikiem w ręku, wpadam jak bomba na scenę, rzucę się o prawą kulisę i wrzasnę: „Ojcobójca!”. A że fajerwerk za­palą, więc się spłoszę i buch o lewą kulisę. „Bratobójca!”. I tam fajerwerk — więc walę we drzwi: — „Ojcobójca! Bratobójca!” — i buch w szlafroku na ziemię! A tu kulisa się wali, ognie dymią, kamienie obracają się w beczce... A ludzie ryczą. Im aby fajerwerki, aby aktor wył, aby konie na sce­nie... Tfu!

A nie, to familiendramy37! Pijesz kawę z pustej filiżanki, jesz gęś papierową i ględzisz, i pleciesz przez pięć zbytecz­nych aktów. I kucharki się szwendają i gospodynie sapią; dzieci nękają ojca, ojciec nęka dzieci, ponieważ pierwsze nie wiedzą, czego chcą, a drugi dusi pieniądze: zamiast kupić szczęście sobie i innym, dobija siebie i otoczenie. Synków takich przewinąłbym przez kolano, skąpca papę okradł zaraz w pierwszym akcie: — i nie ma familiendramy! Co tu grać? A nie, to kupuj lakiery, pożyczaj tużurek, pucuj zęby i rób hrabiego! „Dokąd że to pan?” — zapyta zazdrosna żona. — „Do klubu, hrabino!” — „Żegnam!” — „Pani!...” — „Hrabio?...” — westchnie. Zwracasz się więc ode drzwi i kładziesz cylinder na krzesło: „Pani?...” — „O nic, nic! — do widzenia hrabio”. — Zdejmujesz wobec tego rękawiczki i całujesz. Wchodzi lokaj, więc mówisz smutnie: „Każ odprzęgać, mój biedny Pawle. I każ posłać łóżko, mój biedny Pawle”. — I taką małpę bez krwi, bez myśli, bez sensu, bez krzty człowieka w sobie ro­bić musisz przez trzy godziny. A jak się oblizują recenzenci! „Co za bajeczna rzecz! Paryż, Paryż — kultura! Jak to zro­bione, jak wycyzelowane! Co za maestria machy!”. — Dzi­wię się, żem żadnego recenzenta jeszcze nie pokopał w ży­ciu. Albo te adwokaty, te doktory nasze i ich klępy ospałe po lożach. Cholerna publika!

— Tęsknisz tam, Władek?...

Zamiast odpowiedzi rzucił się do biurka i porwał książkę.

— Wiesz, tu jest tak! — Zbankrutował. Runęło wszystko tak, że te gruzy, wiesz, aż w celi więziennej go zasypały. A potem jeszcze gorzej. Z gruzów wypełzły żmije, wiesz: ludzka krzywda, złość, podłość, i ułożyły mu się tam, pode drzwiami; nie dopuszczają ludzi. Samotny! Przychodzi tylko jakaś klępa bębnić mu na fortepianie. Ale przez tylne drzwi, od bocznej kulisy. Do niej nawet się nie pali: już mu wszystko nic! A żonę ma podłą! Biłbym przecie szelmę, że aż!... I wi­dzisz: chodzi. Słuchaj, co mówię! Tam na dole kobieta, która się zestarzała w miłości ku niemu: taka wielka, bolesna mi­łość! Ona tam na dole z tą szelmą żoną rozmawia. — A po­tem cisza. Smutek wspomnień się zrobił, daleki smutek mło­dości. A tam u góry: łup! łup! łup!... Widzisz, chodzi! Cho­dzi jak lew po klatce, ten lew jej młodych marzeń. W klatkę życie zamknęło! A na scenie cisza, cisza... Zaś ludziom tam w sali, który lepszy, tu coś pod gardło... Widzisz, Zochna — nazywa się Ibsen. Autor niby. Z Norwegii będzie, powiadał Jelsky... Z Norwegii... będzie... powiadał...

Zochna zaniepokoiła się i powstała z kanapy.

— Właduś, co tobie?

— Powiadał Jelsky... — Borowski skrzyżował ręce na czole i wciskał dłonie w oczy. A gdy go żona objęła tro­skliwie, pocałował ją szybko w rękę i odsunął od siebie. Po czym sięgnął po papierosa i, ukrywszy się w dymnicy, znowuż biegał po pokoju.

— I wiesz, ciągle czeka — mruczał przez pół do siebie. — Co kto na schodach się ruszy, on...

Borowski rzucił się do biurka i stanął we wspaniałej pozie dumnego wyczekiwania.

— A! — wyszeptała żona, teraz dopiero zrozumiawszy jego zachowanie się w ciągu ostatnich kilku dni. — O, tego nikt na świecie tak nie zagra, jak ty! — westchnęła prawie bezwiednie. — Chodź tu, Właduś, siądź przy mnie. Weź za ręce i tak opowiadaj.

Usiadł posłusznie.

— Widzisz, Zochna, potem przychodzi tam do niego robak zdeptany przez życie. Wygniotło mu ono z duszy wszystko, prócz tego, co w młodości kiedyś napisał: dramat czy licho. Nosi się z tym wszędzie; wszyscy drwią. Przy­wlókł się więc do najbardziej wzgardzonego. Gęba potwor­nie żałosna, ruchy chwytne: obrzydliwość i łzy... Wielki zła­many czyn i robacze, jak plwocina, niedające się zdeptać marzenie.

— Powiadał Jelsky — zaczął po chwili i zwiesił gło­wę. — Jelsky mówił... Jezus Maria, nie móc grać! Nie móc grać!...

Zochna westchnęła i wsparła mu jasną głowę na pier­siach. Oddychała głęboko w zamyśleniu.

— Władek — mówiła z trudem wielkim, marszcząc jasne czoło i przysłaniając oczy rzęsami — Władek, jeżelibym ci kiedy na drodze stanęła...

— To co, Zocha?

— To zdepcz!

I nagłym ruchem usunęła się przed nim na kolana.

Chciała coś mówić, lecz słów nie znajdując w przepełnionej duszy, wsparła bezwładną głowę na jego piersiach. Podjął z ziemi, przytulił twarz do jej policzka: pomieszały się łzy obojga. A gdy ją potem coraz to mocniej do siebie przy­garniał, wysilił się spoza tych łez uśmiech błędny i ogro­mnie zmęczony...


— I znowuż chodzisz? — grymasiła, wydymając wargi, i z dwóch poduszek pluszowych wyścielała sobie przytulne gniazdko w kącie kanapy.

— Opowiedz co — uprzedzała z bezwiedną chytrością jego ciężką zadumę. — Co tam jest więcej w tych książkach?

— Tam? Dużo, bardzo dużo: świat nowy! — Wróg ludu — rozumiesz? Chodzi tam o jakieś kąpiele... Ale co mi! Widzisz — tłum, tłum wielki i jednostka, która czegoś pra­gnie... Poczekaj, ja ci zaraz...

— Nie pij, Właduś...

— Ach, daj mi pokój!... Widzisz, jednostka! — Jedno małe drgające serce ludzkie — a tam wielka, bierna masa: nazywa się kurierek, gazeta, publiczność. Chciał czegoś, pra­gnął, kochał, cierpiał.... Patrz! Widzisz, idzie przez ulicę. Tam u nas po Nowym Świecie. A za nim tłum. Widzisz, Zo­chna — tłum.

Skoczył w kąt, przyparł się do ściany, zebrał się, stu­lił w sobie, ramiona łokciami do się przycisnął, wskazujące palce dłoni z żarłoczną ciekawością przed się wystawił i zro­bił straszną maskę: zabijał kogoś złośliwym, jadowitym śmiechem.

— Tłum!! — wołał. — ...On idzie tam przez ulicę, a tłum za nim! „Patrzcie! — syczał Borowski jak żmija. — Patrzcie, to idzie ten, o którym w gazecie stało, któremu pożerająca ambicja tak niepotrzebnie roztworzyła głupią gębę... Patrzcie, jak on idzie, jak się rusza... Widzieliście kiedy taki nadzwyczajny egzemplarz durnia? — A czytałeś ty, co tam właściwie w gazecie było? — Nie. — No, można być ło­trem — to nikogo dziś nie zdziwi; ale, mając takie nieczyste sprawy za sobą, jeszcze gębę otwierać, wynurzać się jak piskorz z błota ludziom pod nogi — na to trzeba być czymś więcej: osłem kapitalnym”.

„Patrzcie, patrzcie, jak on idzie! Jak się rozkracza! On jest słaby na żołądek! Widzicie, widzicie, jak się ukłonił, jak się w pałąk zgiął! Jaki szczęśliwy, że stróż przed nim czapkę zdjął. On tego stróża w udo z wdzięczności pocałuje!...”.

„Ha, ha, ha! — tłum się śmieje!”

Tu Borowski zatrząsł się tak potwornym śmiechem, że Zochna drgnęła na kanapie.

— Właduś — nie!...

— Stój, ty, proroku! — wołał tymczasem mąż. — Stój, apostole o wykrzywionych kamaszach. Stój! — Swój czło­wiek cię woła... Nie wierzy! — On już nikomu nie wierzy... Stój, opowiedz: czy bardzo palą ci grzbiet te odprowadza­jące na ulicy spojrzenia? Ale ty życia jeszcze nie znasz, proroku!... A znasz ty te nagłe milczenia, gdy wchodzisz? Te szepty i gawędy najpospolitszych kretynów? te po kątach parskania niepowstrzymanego śmiechu, skandalizujące nawet twoich wrogów?... Tyś pewno zakochany? Taki doktryner bywa zwykle zakochany?... Bój się Boga, człowieku, i ty śmiesz walczyć z tłumem!?... A znasz ty ten wyraz niesmaku u kobiety, co cię wczoraj jeszcze kochała? Kobieta pokocha łotra, lichwiarza, handlarza żywym towarem, szpiega. — Ale nie było jeszcze kobiety, która by umiała zachować miłość dla człowieka ośmieszonego przez tłum!... A wiesz ty, ile jadu jest w udanym zainteresowaniu życzliwych? A wiesz ty, jaką wściekłość wzbudza współczucie głupich? A znasz ty niemoc dumnych? A znasz ty niezaradność choć trochę szlachetniej­szych natur?... Chcesz rozumieć oszołomionej wiewiórki bez­wład? Chcesz poznać potęgę wężowego spojrzenia najbrutalniejszego łotra, gdy się czuje w posiadaniu twej tajemnicy? Ale jakiej? Jakiej? Ty nie masz tajemnic! Wiesz, jakim ka­łem obrzucić cię pragną wokół? Już słyszysz! — Już czu­jesz! Już tę hydrę za łeb chwytasz! A jednak — nie! Nic nie wiesz, nie masz nic prócz smutku i przygnębienia twoich najbliższych. „Co tobie? — pytają. — Co tobie!?...”. Pochwy­cisz pierwszego szakala z brzegu za bary i krzykniesz mu: „Człowieku, ja prawdy, tylko prawdy w życiu chciałem!”. Pry­śnie ci śmiechem w twarz: „Wariat!”. Naokół widzisz tylko oczy! — Oczy! Oczy! — I na piersi spada ci ciężar: czujesz się winny zbrodni.

Taka jest potęga motłochu. — Ha, ha, ha!

Ten śmiech mrozem przebiegł Zośce po krzyżach. Pod­biegła i przytuliła się do męża.

— Właduś, przestań... Boję się.

— Idź precz! — wołał jak opętany i odtrącił ją od sie­bie. A potem powracając do swej wizji:

— Proroku z prowincji polskiej, stój! Twój człowiek do ciebie mówi: w każdym proroku jest i musi być trochę aktora. Czy ty nie wiesz, że tam, gdzie nie ma publicznego życia, gdzie „młynek na strudze miele plewy swoje i cudze”, tam gazeta poranna przynosi ludziom szemat myśli na cały dzień? Że tam spiritus flat ubi reporter vult38? Że tam człowiek, który ma coś do powiedzenia, czego szemat ten nie ogarnie, nazywa się chaotycznym umysłem? Że ledwo usta otworzył, już się w oczach ludzi śmiesznością okrył, a ledwo je zamknął, już się maniakiem dla nich stał? Że już mu cza­peczkę z dzwonkami na czoło wcisnęli? Widzisz, o tej cza­peczce z dzwonkami zapomnieli Ibsenowie. A to jest rzecz bardzo ważna, bardzo współczesna! Dla tego drobiazgu, pro­roków nawet w powiecie być nie może, nawet tych skrom­nych, co to chcą czystej wody w studniach i czystych rąk przy publicznych sprawach. Każdy, każdy bez wyjątku cza­peczkę dostanie! Czy ty masz dość mocne nerwy, Samsonie, wobec wojska podejrzeń? Wobec ciżby złej woli? Wobec tłumu ciekawości? Jak mucha w pajęczynie, owikłasz tylko, oplączesz i zamotasz ducha swego nienawiścią... A znasz ty proroku, szpitalne cele puste? A znasz ty, tę w samotności aż do bezkresów rozrosłą nienawiść, która w rozbolałej du­szy już się nie mieści? O, bo do nienawiści tłumu trzeba potęgi ducha!... Więc się rzucasz opętany szałem nienawiści: chcesz kąsać, szarpać, dusić... Ale ściany wybite już matera­cem, a w pokoju nie ma nic więcej prócz siennika. Ujrzysz może jeszcze tylko w małym otworze drzwi parę wydłużo­nych kretyńskim uśmiechem oczu dozorcy.

Ha, ha, ha! — proroku...

Zochna stała wsparta o framugę drzwi; oczy rozszerzyły jej się i zwilgotniały; źrenice pogłębiły się, blada była na twarzy: wciągnął ją w wir chaotycznych swych myśli. Bez­wiednie grała już z nim razem! — grała niemo, trwożnym biciem serca.

— Nie trzeba się było dać, Właduś! — próbowała do­rzucić swoje i rumieńce wytrysły jej w jednej chwili na po­liczki. — Mężczyzna nie da się! — zawołała, prężąc się dumnie, wyrosła, spotężniała w jednej chwili. — Mężczyzna zdepcze, zabije bodajby nawet tłum!...

Rzucił na nią zdziwione, przelotne spojrzenie i ocenił natychmiast zarówno siłę ekspresji i metaliczny, szczery dźwięk tego kobiecego wybuchu.

— Dobrze zrobione — rzekł mimo woli.

Niebawem powrócił jednak do swoich myśli.

— A było takich proroków po wszystkich guberniach tylu! — Tylu! — Tylu! — Osunął się na kanapę, rozkrzyżował ramiona na jej oparciu i z pochmurnym uporem zapa­trzył się gdzieś w pułap.

— A jednak — westchnął po chwili ciężko — pójdź do mnie, tłumie, abym cię umiłował.

— Nie, Władek!...

— Zlituj się, Zochna, przecież ja o nim tylko marzę, przed nim korzę się w myślach.

— Właduś, nie! Nie, nie! — wołała, tuląc się do niego w bezwiednym, instynktowym strachu. Usłyszał, wyczuł to kołaczące się serce ptaka i zdjęła go litość wielka. Posadził ją sobie na kolanach i głaskał obie jej dłonie.

— Pamiętasz, coś mówiła przed chwilą?

— Co, Właduchna?

— Zdepcz, powiedziałaś.

— Ty tego nie uczynisz.

— Wierzysz mi?

— Kocham.

— Nie płacz, nie płacz, Zocha... Wiesz, dlaczego — py­tał, ocierając jej palcem łzy spod oczu — wiesz, dlaczego nasze życie jest takie smutne? Takie bardzo smutne?

Uniosła mu się w ramionach jak dziecko, popatrzała uważnie, pilnie i po chwili potrząsnęła bezradnie głową.

— Nie wiem — szepnęła.

— Pokazać ci raz jeszcze ten ziejący śmiechem potwór?

Zochna zaczęła dygotać na całym ciele.

— O, ty możesz mnie i bez tego swymi urojeniami na śmierć zamęczyć. Ja słaba jestem, coraz słabsza. Nie widzisz tego, Właduś?... Pamiętasz, jaka dawniej byłam?... Patrz, jakam ja chuda!...

Powiódł dłonią po czole, jakby siłą nawracając myśl w stronę, dokąd ona ją ciągnęła. Ujął żonę za ramiona, od­sunął nieco od siebie i przypatrywał jej się długo, badawczo.

— Zbrzydłam?

Nic nie odpowiedział, tylko nachmurzył się jeszcze bardziej.

— Nie! — szarpnęła się kapryśnie i zatargała go za czuprynę. — Ty nie myśl, Włada, żebym ja znowuż tak schu­dła. Piersi mam jeszcze...

— Ach ty! — zamknął jej usta mocnym, długim poca­łunkiem. — Przecież ty chyba nie wątpisz, że ja nie za to tylko?... Zlituj się, Zocha!...

Potakiwała pośpiesznie głową, przeważnie na to tylko, aby ukryć łzy tryskające do oczu.

— No więc?... I czemu znów płaczesz?

— Sama nie wiem, Właduś... Nie gniewaj się...

Pochwyciła jego rękę i przycisnęła przelotnie do ust.

— Coraz słabsza jestem. Czasem całymi dniami tylko bym płakała.

Borowski schwycił garściami pęki swych włosów na ciemieniu i targnął je z całych sił.

I stał się pieczołowity, spokojny, dobry dla niej.

— Poczekaj, położę cię tu na kanapie, okryję... Albo wiesz, do łóżka już cię ułożę. Gorączkę masz, biedactwo?... Zochuta moja!... Co to za aktorka z niej by była! Jak to ona bić i zabić tłumy nakazywała!... Duszo ty moja skrzypcowa! Spać już... Spa-ać... „Aa! — koty dwa, szare bure obydwa...”.

Zochna wyprostowała się nagle żwawo, senność strze­pnęła ręką z czoła.

— A chciałbyś?...

— Nie chciałbyś — odparł jej kwaśno, domyślając się pytania. — Ja mam Zochę i mnie to wystarcza. Teraz za­niosę do kołyski. Hop! — Zimno w nożyny? Dajże tu je­dną — w kułak schowamy.

Po drodze, gdy ją w czoło całował, przymykając mimo woli oczy, rzekł nagle złamanym, bezsilnym głosem:

— Wiesz, Zocha, com ja w tej chwili ujrzał?

— Co, Właduś?

— Ach — szarpnął się — i to twoje bezdennie naiwnie zaufanie. „Co, Właduś?” — przedrzeźniał jej spokój. — Uj­rzałem tego potwora, ziejącego śmiechem, i zdawało mi się, że ciebie w tej oto chwili wprost z ramion jemu w paszczę...

Rozpacznym ruchem ramion oplotła go w jednej chwili jak powój. „Trzymaj mnie!” — chciała, zda się, krzyknąć. Pochwycił, utulił, przygarnął...

— Litości! Zmiłowania! — wyszeptały jedne usta wspólną myśl...


Leżał na wznak. Światło czerwonej ampli u sufitu są­czyło ckliwą, duszną, jakby wonią miękkich perfum przesy­coną mgłę. Rozsnuwały się w niej leniwie i grzęzły długie, kręte taśmy dymu od papierosa. I zdawało się Borowskiemu że te sine taśmy oplatają go siecią pajęczą, obezwładniają powoli i przykuwają do kanapy. Na tyle głowy, tam gdzie się nią o poduszkę wspierał, czuł mocne, lecz coraz to po­wolniejsze uderzenia pulsu. Oczy błądziły po suficie, patrząc jakby w przyczajone gdzieś w kącie olbrzymie cielsko kosmatego pająka, co kolczastymi łapami grzebie, snuje i przę­dzie swe jadowite nici...

Miękkie uczucie bezwładu zatapiało myśli w bezgrani­czną bierność, kołysało wszystkie zmysły w rytmikę nieu­chwytną, senną, coraz to łagodniejszą; zasnuwały się pajęcze nici, kłębiły różowe mgły... Słodka, lepka, haszyszowa woń rozchylała usta w leniwej niemocy; roztapiały się niemal członki.

„Sen?”... „Śmierć?”...

Puls już bić przestał... Uderzył przecie raz jeszcze mo­cno, jakby młotem, w tyle głowy. Rozchylił powieki. Tuż ponad nim żarzy się zieloną głębią para oczu... Płoną i wpi­jają się w niego okrągłe, wielkie, ciemne oczy!...

— Zocha!?...

Poczuł długi, wilgotny pocałunek na wargach.

— Zapomniałeś? — wwionęła mu niemal w usta.

Skinął głową. „O czym ja zapomnieć miałem? — przy­szło mu do głowy. — O czym ja myślałem wprzódy?”

— Już nie jesteś smutny?

I znów głową skinął.

— Myśl o mnie, Włada. Myśl zawsze tylko o mnie.

Po raz trzeci chciał skinąć głową, lecz zamiast tego westchnął głęboko i zarzucił dłonie na twarz.

— Duszno!... Ciężko!...

Słuchał... Poza oknem turkot zwykły; ciągły, bezustanny; toczą się fale życia, szumią i pędzą, pędzą w dal... I nagle ta dziwna chwila wieczora, kiedy w łoskot i pogwary uliczne spada nagła cisza niby czarny ptak.

Borowski drgnął i otworzył szeroko oczy.

Tam na ciemnej toni skrzy się niespokojnie mrowie gwiazd. A cisza krzepnie, ciężarem wali się na piersi, skrzypi w uszach jak miliony drobnych nocnych świerszczy po łąkach.

Pajęczyna tuż przed oczyma staje się połyskliwa, złota, wonna. Bije ten zapach...

— Zapleć włosy, Zochna! Zapleć... I nie patrz tak!... Idź, zostaw mnie. Idź, otwórz okno... Posłuchaj — majaczył na pół senny. — W takie kryształowe noce, gdy cisza znie­nacka opada, słychać czasem... Nie widać, tego nigdy nie widać! Głosu po nocy nigdy nie wydadzą... Ale z góry, spod gwiazd, łopotanie skrzydeł czasami ucho pochwyci... Żurawie ciągną... Wiosna!

Przegięła się leniwie w tył — upinała włosy. Po czym powstała cicho i odeszła jak cień.

— Zgaś to światło!

Drgnęła. I ją jakby przestraszyło w tej chwili to czer­wone, ckliwe światło. Gorączkowym, niechętnym ruchem ścią­gnęła na dół amplę i zgasiła ją czym prędzej.

Otworzyła okno. Borowski, nie oglądając się, czuje, jak stoi tam biała we framudze okna i w obnażonych ramio­nach ukrywa twarz. Po chwili spytał sennym, znużonym głosem:

— Płaczesz?...

Milczy, nie chce odpowiadać.

— Zocha? — szepnął po raz drugi.

— Toś ty!... Ty! Ze mnie taką uczynił!...

I zerwało się w jej drobnych piersiach serdeczne, bez­radne łkanie...


Zochna stała wciąż jeszcze przy oknie i tłumiła z wy­siłkiem płacz. Mąż zaciął się w pochmurnym zapamiętaniu; nie mówiąc ani słowa, przygotowywał się do wyjścia. Wdział już palto i rękawem czyścił kapelusz, gdy ona wydała cichy okrzyk i cofnęła się czym prędzej w głąb pokoju. Boro­wskiego i to nie wyprowadziło z równowagi; zbliżył się powoli do okna i wychylił się na ulicę.

— Dureń! — mruknął przez zęby. — A ty ubierz się lub idź do łóżka, bo się zaziębisz!... Powiedz no mi, czemu ten Kunicki woli tam pod oknami marcować, zamiast tu do nas na górę przyjść? Oj, ci doktrynerzy!... Jakież te ich uczucia i afekty są nieszczere, podziemne. Brr!... On ci pe­wno broszurki i tendencyjne powieści przysyła. Co?

— Daj mu pokój — szepnęła cicho.

— Pro-oszę! Rozrzewnił?...

— Dawniej bardzo go lubiłam. Brak mi go było po prostu. Miał taki spokój, taką dobroć bezinteresowną... O, i my kobiety potrzebujemy czasem przyjaźni, tylko przyjaźni! Ale wy mężczyźni tego nigdy nie zrozumiecie.

— Bagatela! Żona potrzebuje przyjaciół. Daruj, ale to już operetką trąci.

— Oj Władek, myśmy zaprzepaścili przyjaźń wzaje­mną.

— No, a Müller? Czy i on?...

Przymrużyła oczy i zagryzła wargi jakoś boleśnie.

— Bardzo mi go żal.

— A Jelsky? — indagował mąż.

— Jego się boję.

— Och, ba!... Ty ich wszystkich możesz jednym ski­nieniem sobie pod nogi...

— Władek!...

— No?

— Czy ty nie czujesz, że to jest wstrętne, co mówisz w tej chwili?

Wzruszył ramionami.

— Mam oczy — widzę. Do zazdrości nie mam tym­czasem powodów, ale takie rzeczy mszczą się — flirt, niby.

Nerwowym ruchem poczęła nagle dłońmi twarz i czoło sobie wycierać; a potem jakby z ramion, z rąk coś zetrzeć, zmyć pragnęła.

— Idź już, idź! Tyś się mną dziś już przesycił i za­czynasz mnie traktować jak... — Osunęła się na krzesło i ukryła twarz w dłoniach.

Zatrzymał się na rogu i, spoglądając uważnie na żonę, wydymał wargi. Wreszcie aktorskim gestem narzucił kape­lusz na tył głowy.

Non capisco39! — mruknął, zwrócił się na pięcie i wyszedł. Za chwilę jednak był z powrotem, niosąc w ręku luźną garść kwiatów.

— Na słomiance w sieni leżało... Na Müllera coś bar­dzo patrzy40. Białe lilie!... To afekt suchotnika. — Cisnął kwiaty niedbale na kanapę.

— Primadonny hołdy to,

Za jeden kwiat ploteczek sto,

— zanucił na poczekaniu kuplet, ze złośliwym śmiechem odbi­jając każdą zgłoskę.

Ale żony nie było już w pokoju.


O piętro niżej spotkał się oko w oko z Jelskym.

Da ist er ja41! — ucieszył się przebiegle Jelsky, rad niby, że nie potrzebuje się fatygować o piętro wyżej. — Jak się masz, Borowski — wołał, podając mu rękę szeroko, po burszowsku, z niemiecką dobrodusznością.

„Będziemy pili!” — pomyślał nie bez zadowolenia Bo­rowski, który w mowie ludzkich gestów czytał jak w otwar­tej księdze. „Od niego bije zawsze glans, jak od oficerskiego buta” — dodał w duchu na widok starannej toalety Jelsky’ego oraz jego cylindra. Tego stroju głowy Borowski nie znosił, uważając cylinder za „złe copcysko42”. — Przed tygodniem wypili obaj z Jelskym na braterstwo, toteż fraternię akcentowali teraz usilnie, dodając do każdego „ty” nazwisko.

— O wilku mowa, a wilk tuż — witał go Borowski głośno. — Przed chwilą mówiłem o opinii publicznej.

— Opinia wzywa cię do swego warsztatu. Kawiarnia — nasz stół... Będzie, uważasz, mecenas: można liczyć reńskie, burgundzkie, sekt krajowy; — oraz młoda wasza, polska sława... Etranżerek43, młodziuchny autor dramatyczny... kalkuluję szam­pan. Idziesz?

Borowski zwiesił wargę.

— Autorkowie dramatyczni mnie dotychczas szukali.

— O, on prosił cię, bardzo prosił, chciał poznać — łagodził Jelsky. Ujął go pod ramię i wyprowadził na ulicę. — Cuda o twojej grze tam w kraju opowiadał.

Gdy skręcił w boczną ulicę, spostrzegł po drugiej stro­nie Kunickiego. Nastawiał kołnierz i starał się obejść ich kołem jak dzik.

— Szacunek doktorowi!...

Skrzywił się i powitał ich niechętnie.

— Opowiadają sobie ludzie, że doktor przenosi się stąd, wyjeżdża do Szwajcarii? — rozpytywał Jelsky. — Tegom nie przewidział44 — zaśmiał się, nie dając mu dojść do słowa. — Przeszkody wprawdzie nie przeskoczył, ale się pod nią podkopie i wygrzebie się przecież na prawowitą drogę rozsądku i kariery.

— Pańska złośliwość zaimponowała mi raz tylko w ży­ciu, w dodatku po ciężkim winie — odciął się cierpko Ku­nicki. — Co porabia Müller? — zwrócił się do Borowskiego.

— Pluje krwią, pije i pisze.

— Bajeczną, potężną rzecz — dorzucił Jelsky z na­ciskiem.

— Wiem. I dlatego robię wszystko, aby przedłużyć to krótkie życie, póki się da.

Borowskiemu rozpromieniła się twarz.

— A wiesz, jakeś45 to doktor byczo powiedział! Jakie to spokojne! Jakie męskie ogromnie! Jakie mocne!... Czemu on nie jedzie do Davos?

— Środki znalazły się dwukrotnie. Przepił.

— Zuch! — ucieszył się Borowski.

— Mówi, że go tu coś trzyma, alkohol w gardło wlewa i że mu się w tej rozpaczy lepiej pisze.

— Widzisz pan!... — Borowskiemu rozszerzyły się noz­drza. — I to jest bycze, potężne z tym Müllerem! Wielka dusza!

Kunicki wzruszył ramionami.

— Smutna — poprawił.

— My z żoną lubimy go bardzo.

Kunicki podniósł na niego oczy. — „Co się z tym człowiekiem stało! — przemknęło Borowskiemu przez myśl. — Pod nudnym połyskiwaniem okularów tego kreta kryją się sarnie, żałośliwe oczy”. On tymczasem otwierał już usta, ale zdecydował widocznie inaczej, gdyż machnął niedbale ręką.

— A może tak jest dobrze — mruknął. — Może tak być powinno.

— Co takiego? — zainteresował się Jelsky.

— Ot, cały ten smutek życia! Może on jest konieczny? Może ten jest potężny, kto go hojną dłonią sieje? Może z tych właśnie nasion wyrastają najszlachetniejsze kwiaty?

„Inaczej to brzmi niż wówczas na przedmieściu” — po­myślał Borowski i nie czuł już do niego ani cienia niechęci. Miękkie, szerokie jego wargi wyrażały w tej chwili tkliwe, kobiece prawie, współczucie.

— Chodź pan z nami! — krzyknął, chwytając go odruchowo pod ramię. I wraz z tym dotknięciem wyczuł instynktem aktora, że tego człowieka smutek wtrącił w jakąś niezmierną bierność, że gotów iść wszędzie, robić, co mu każą.

— Mogę — odparł. — Ja już od dwóch tygodni nie pracuję wcale i po mieście się wałęsam.

— Chodź pan do kawiarni. Pójdziemy potem gromadą na Yvettę.

— A któż to jest Yvetta?

— Jak to, nie wiesz doktor? Szansona46 — bycza! Yvetta Gilbert.

— Ach! Tynglówka47?

— Fenomenalna, nadzwyczajna, boska! — entuzjazmował się Jelsky. — Księżna cynizmu współczesnego! Pani ostrych zgrzytów!... Wiecie, jej cynizm pada podobno, bryzga, chlapie wprost w gęby słuchaczów i widzów — a ona czysta zostaje. Czysta, dumna, karząca — jak sztuka. Cela veut dire quelque chose48 — co?... Rękawice nosi aż po pachy — czarne, okropnie czarne i połyskliwe.

Suknia — wiesz doktor — ni za długa ni za krótka jak na szansonę: matematycznie jakby wykreślony ten wła­śnie największy smaczek... I brzydka! — Tą właśnie fascynu­jącą brzydotą, potężną jak kaprys mistrza. O, to zaciekawia, rozdrażnia, bierze! Nie wiem, ilu ludzi w łeb sobie dla niej strzeliło, ale gruba, gruba liczba... Jednym słowem, boska, nadzwyczajna kobieta! Le génie du sexe49! Das kategorische Imperativ50! Nosi czarne majteczki.

Minęli tymczasem zaułki i wydostali się na bulwar. Uderzył ich w uszy huk i zgiełk, przed oczyma roztoczył się świat jaskrawy i rojny. Wpadła w ucho muzyka, zrywa­jąca się co chwila w skoczne tempo i tonąca w turkocie ulicznym. W takt jakby tej muzyki, pod świeżą zielenią drzew bez cienia, ostrą, dziwną i jakby zastygłą w jaskrawym prze­pojeniu sztucznym światłem, roił się i przelewał czarny tłum. Na ciemnym tle męskich sylwetek kołysały się mieniące i barwne kapelusze kobiet, szumiał jedwab, szeleściły suknie. Wzdłuż ulicy pędziły jak wichry długie jasno oświetlone wagony tramwajów elektrycznych, dorożki snuły się w nie­skończonych szeregach.

Jelsky zbliżył się do Kunickiego i, ssąc cygaro, szeptał mu na ucho:

Horror vacui51... wiesz doktor — w fizyce średnio­wiecznej. Warto tę siłę wskrzesić dla wytłumaczenia współ­czesnych dusz. I potęgi kobiet dzisiaj. Kobiety stawały się zawsze potężne wtedy, gdy idee się kurczyły i zasychały w doktryny. Dla czasów i ludzi żywych mają one tylko war­tość markietanek na postoju nocnym.

— Jelsky cytuje oczywiście Müllera — wtrącił Borow­ski, posłyszawszy ostatnie słowa. — W ogóle, radzę bliżej poznać Müllera. Odkryjesz doktor źródło elokwencji i erudycji wielu dziennikarzy...

— Potwarz! — oponował Jelsky i wetknął Borow­skiemu cygaro w usta na znak, by milczał.

— ...Oraz niewyczerpany skład sentencji, tyczących się kobiet — mówił mimo to Borowski. — Wielki, lecz dzi­waczny łeb siedzi na tym suchotniczym ciele. — Kobiety — mówił, na przykład, mej żonie — są jak żuki: składają naj­płodniejsze nasiona w to, co próchnieje i gnije. — Prusy — mówił innym razem — są dlatego najpotężniejsze w Europie, ponieważ pruskie kobiety są najgłupsze na świecie. — Müllerek, choć Niemiec, nie cierpi Prusaków. Albo raz, pa­miętam: kobiety dawniejsze perfumowały się ideą, ciągnęły do żelaza i wszystkie razem cuchnęły krwią; — dzisiejsze spry­skują się sztuką, ciągną do złota i wszystkie razem śmier­dzą prostytucją... Novissima gloria cupido52 — mówił dziś o Yvecie — jest kobieta artystka, kobieta droga i cuchnąca, jak wszystkie ścieki życia razem wzięte... Müller — kończył Borowski — nienawidzi kobiet, ponieważ jest erotomanem.

Kunicki parsknął suchym śmiechem na tę ostateczną i najgłębszą sentencję. Ale śmiech jego zerwał się nagle i uciął jakby pośrodku. Na twarzy jego odbiło się takie ogromne cierpienie, że Borowski nachmurzył się, a Jelsky skrzywił z niesmakiem.

— To jest otchłań — rzekł.

— Kobieta?

— Nie, ona jest najczęściej kałużą — tylko nasze myśli i uczucia dla niej.

— I to jest niezłe — notował w myślach Jelsky.

Tramwaje elektryczne śmigały po asfalcie z suchym pluskiem, w równych rzutach, jak łodzie parowe po zaskrzepłej powierzchni stawu. Dzwonki grały. Powozy biegły lekko i równo; miarowy grzechot kopyt końskich wybijał się po­nad krótkie okrzyki, dzwonki, świstki, gwar i huk tłumu. Kiedy niekiedy zadudniła głucho trąbka i z niecierpliwym warczeniem potwornego żuka przeleciał jak strzała dygoczący automobil.

Z ciężkiej machiny omnibusu wywinął się chłopak w dżokejskiej czapce, stosem gazet jak chorągiewką mignął i wrzasnął:

— Katastrofa w Nowym Yorku!... Zamach anarchistów!

I tym wołaniem jakby echo zewsząd zbudził. Wzdłuż i w poprzek ulicy rozbiegła się krzykliwa banda kamlotów53.

— Katastrofa w Nowym Yorku!...

Skłębił się, zwichrzył, poplątał tłum na trotuarach.

Porywał ten gorączkowy wir, ten kierat pełny zgiełku, krzyku i tumultu; krew żywiej krążyć poczynała, ruchy sta­wały się w tłumie giętkie, elastyczne. Czaiły się zmysły. — Muzyka w sąsiedniej kawiarni grała coś z Carmen.

„To-re-ador! To-re-ador!” — brzęczało w uszach jak natrętna mucha.

— Katastrofa w Nowym Yorku!... Straszna katastrofa!...

Ponad rynsztokiem posuwał się zgarbiony, ogromnie obojętny i głuchy na wszystko starzec: — szukał w ścisku odpadków od cygar.

— Patrzcie — wołał Kunicki — oto jest człowiek w mieście, który dziełem swoim żyje.

— Dobry! — aprobował krótko Jelsky i rzucił star­cowi dymiący jeszcze ogarek.

Kupili gazetę. Kunicki wetknął w nią nos na długo, Jelsky przebiegł ją oczyma i oddał Borowskiemu, ten spoj­rzał od niechcenia i oddał któremuś z przechodniów.

— Słuchaj, Jelsky, czy ten nasz autor dramatyczny... czy on mnie widział w Kupcu weneckim?

— Widział. Tam się dopiero kotłować musi w New Yorku!

— A w Pietro Caruso?

— Widział, wszystko widział. Chciałbyś, Borowski, być kiedyś świadkiem czegoś social-protechnicznego?

— A co mnie te hece! A w Ryszardzie?

Ktoś im się ustawicznie w drodze nawijał. Przed oczyma przesuwał się jak mewa wielki, biały kapelusz, rzu­cała się natrętnie w oczy fioletowa spódnica pod jasną suknią, buchały niemal czadem duszne perfumy.

— Idź, duszo, precz, idź!...

Wskoczyli do kawiarni.

Wionęło na nich parnym oddechem tłumu i zadudniło w uszach od pogwarów ludzkich. Jelsky’emu i Kunickiemu zapotniały w jednej chwili binokle. Borowski rozglądał się niecierpliwie w toni światła i ostrych refleksów od złoco­nych ram, kryształowych żyrandoli, purpurowych kanap i jaskrawych fresków.

Tuż za nimi, wskoczył kamlot, wysadził się na środek i okrzyknął jak herold:

Exstrablatt54!... Najnowsze depesze z katastrofy!... Dwieście osób zabitych i rannych... Teatr wysadzony w powietrze! Exstrablatt!

A muzyka grała:

— To-re-ador! To-re-ador!

Borowskiemu rozszerzała się pierś, wyrywał się z niej wielki okrzyk radości:

Życie! życie!...


Skłaniając głowę przed obcymi twarzami, mruknął kil­kakrotnie swe nazwisko. Kilkanaście par oczu patrzało na niego; podniecało to Borowskiego ostatecznie; a że czuł się w pierwszej chwili nieco zażenowany, zrobił więc nonszalancję. Rzucił się w głąb kanapy pod ścianą i, nie zdejmu­jąc kapelusza, zsunął go na tył głowy.

— Co się pije? — spytał.

Nikt mu nie odpowiedział, wszyscy rozprawiali krzykli­wie o zamachu w New Yorku.

— Co słychać w kraju? — zwrócił się tedy po polsku do pana w długim tużurku, nader obfitym krawacie, jasnych kamaszach i w cylindrze na głowie. „Inaczej — myślał — nie może przecież wyglądać młody autor dramatyczny”. — Co słychać u nas? Pan dawno?...

— W kraju?... Młodzi poeci piszą nowe wiersze, starzy krytycy pieszczą się starymi wierszami. Tyle w ruchu społecznym. Pan X. w „Dzwonku codziennym” przepisał artykuł z „Presse”, zaś pan Y w „Dzwonie tygodniowym” rozprawkę z „Contemporary Review”, czym ożywili ruch umysłowy na cały tydzień. Zresztą tygodniki zjawiają się co tydzień, co ty­dzień bywa „czarna kawa” i co tydzień „herbata”; to wszystko uśpiłoby ruch umysłowy beznadziejnie, gdyby go nie orze­źwiały poniekąd pojedynki, przytrafiające się co tydzień. Prze­lewa się to jak piasek w klepsydrze z niezmierną dokładno­ścią 52 razy do roku.

„Aha — myślał śmiejąc się Borowski — takiś ty nu­mer!”

— A pan skąd obecnie, jeśli spytać wolno?

— Jaa?... Z Paryża.

— Pisał pan co?

Autor zasłonił się dłońmi, jak przed osobistym atakiem.

— Nic! Nic, panie. Żyłem tylko moimi nerwami arty­sty... — I strzeliwszy dymem cygara w sufit: — Zresztą, moje Przeznaczenie będzie grane w Paryżu. Czytał pan moje Przeznaczenie?

— Nie zdarzyło się.

— Zna pan Coquelina55 młodszego? — pytał pan Turkuł, nie zmieniając głosu ani o pół tonu.

— Napluć na Coquelina! — obraził się niespodziewanie Borowski. — Coquelin i Coquelin! Mało aktorów bywa na świecie!

Zdziwił się niepomału56, usłyszawszy poza sobą również polską mowę.

— To pan jest Borowski? — wołał ktoś krzykliwie, w pół go obejmował i niemalże w ramię całował. — Ja pana widział w kraju, na scenie... O, to jest gra! Napięcie siła! — wołał, wymawiając forsownie, lecz miękko te mocne słowa. — Ja pana szanuję, panie Borowski. Oni wszyscy falsetem biorą, pan piersiami, sercem!... Ja jestem malarz — Pawluk... Oni jak lisy — wiliajut57 — a ogonem zatrą. A sztuka to jest siła, panie Borowski!

I wyciął pięścią w stół. Borowski niewiele zrozumiał z tych wylewów temperamentu; nie wiedział kto i po co merda ogonem i po co zaciera. Mimo to pan Pawluk chwycił go za serce.

— Wiesz, pan Borowski, ja chcę namalować anarchię. Pan to zrozumie. Ot — teatr wysadzili — sztuku zrobili! — Ha? Tak zrobię, uważasz — rozłożył ramiona, gotując się do szerokich gestów, przy czym odepchnął bez ceremonii są­siadów po obu stronach. — Miasto!... Wieczór!... Ciemno. — Domy, domy, domy!... Błyski chlapnę tu! Tu! — Tam! — Wieże. — Kominy. Dymi się. Kłębi! Czujesz, jak się kłębi?... Zasnuło wszystko, wszystko! Nic nie widać; — ciemno. A na niebie gwiazdy. — (Rozłożonymi palcami dłoni rzucał gdzieś przed sie­bie gwiazdy na imaginacyjne tło). — A tu na przodzie — on — morda!... Już ja ci, bracie, dam mordu! — Złość, nienawiść, szał! Siła być musi! I... — (z przymrużonymi oczyma chwytał coś z powietrza w niespokojne kułaki) — ...podpiszę „Anarchia” — zakończył wreszcie i odsapnął. — Bo u mnie, widzisz, pan Borowski, farba ma blask! Połysk — a!... Ja robię tak: asfalt, berlinerblau58 i — zuch! — Śmiało trzeba... Farba trzęsie się, świeci!... Bo nasi malarze to izwoszczyki59, nie artyści.

Ogłuszyły Borowskiego te twórcze erupcje rodaka; nie wiedział, co na nie odpowiedzieć. — Z drugiego końca stołu ode­zwał się tymczasem głos cudzoziemski, spokojny i niedbały:

— Pawluk maluje oczywiście językiem! Nie męcz ty ludzi i zwilż lepiej język, bo farbie twej zabraknie wnet blasku.

Mówił ktoś, kogo Borowskiemu przedstawiono jako pana von Hertensteina. Siedział na kanapie niedbale, w pozycji pół leżącej, białymi dłońmi unosił kolano i z wyrozumiałą cier­pliwością na twarzy słuchał opowiadań jakiegoś czerstwego młodzieńca o tłustych policzkach. „Mecenas” — zgadywał Bo­rowski i „poprawił” czym prędzej twarz, jak ktoś, co, wchodząc do salonu, poprawia krawat i mankiety. Tenże instynkt starego nawyknienia sprawił, że Borowski począł nieznacznie, boczkiem, podsuwać się na kanapie w tamtą stronę.

Młodzieniec opowiadał o czymś gorączkowo, ustępy wi­docznie bardziej intymne szeptał na ucho; przy czym z miną i zwinnością wiewiórki obgryzał żarliwie paznokcie.

— Fenomenalna histeryczka — rzekł wreszcie pan von Hertenstein. — Ty zaś jesteś wybitnym szelmą... Nota bene, jeśli to wszystko jest prawda... Napisz to, napisz — kończył, klepiąc go po ramieniu.

Młodzieńcowi przerwał Pawluk, który przewinął się szybko między stołem i kanapą, znalazł się na drugim końcu, przy­siadł, a raczej przykucnął przed panem von Hertensteinem i wgadywał się gorączkowo w jego sympatię.

— Pan drwi sobie z moich kompozycji. No, zobaczy­cie kiedyś!... Do diabła, ja czuję, że oni wszyscy nie to ma­lują, nie to, co trzeba. Czuję — o! — (począł się bić kułakami w piersi). — Mnie nie szkoda, a życie uczy. Ot co!... Mnie trzeba jeszcze was literatów zgryźć, przeżuć i... wypluć potem.

— Bardzo ujmujące! — odparł pan von Hertenstein i od­sunął go łagodnie od siebie. — Ty lepiej ich nie gryź i wy­pluj czym prędzej, bo się nimi już dławić poczynasz.

Pawluk szarpnął się oburącz za włosy.

— Nie rozumieją flegmatyczne Niemcy!

Pan von Hertenstein począł się rozglądać po obecnych. Zmęczony jakby dotychczas i opieszały, ożywiał się w oczach, patrząc na Borowskiego. Nagle zerwał się i nalał mu wina do kieliszka. — Borowski miał ochotę cmoknąć sobie na po­chwałę: „Wziąłem go milczącą gębą — na odległość!”.

— O panu słyszałem — mówił pan von Hertenstein. — Zmanierowano mi chłopca — nawiązywał natychmiast roz­mowę, wskazując bez ceremonii na czerstwego młodzieńca. — Ale przedstawiam panu obiecującego autora konfiskowanych za pornografię nowel. W konkursie „coups de grace60” pobiłby go może Prevost, natomiast w rekordzie „coups de force61” znuży najbardziej łakomego czytelnika... Spojrzyj no pan pro­szę na te tryskające zdrowiem policzki.

Śmiech chóralny nie dał młodzieńcowi dojść do słowa.

— Mój kochany — perswadował mu spokojnie Her­tenstein — nie rób ty z siebie literatury: nie każ nam wie­rzyć, że twoja literatura ma cośkolwiek wspólnego z twym życiem. Gdy staniesz się naprawdę cyniczny, będziesz pi­sywał rzeczy sentymentalne i poczniesz rozdzierać szaty nad zepsuciem — w sztuce... My wiemy, co to jest literatura mło­dych ludzi.

— To jest siiła! — krzyknął malarz i wyskoczył z krze­sła jak z procy, aby pobiec do Hertensteina.

— Literatura młodych jest jak młode wino — rzekł, a raczej ziewnął Jelsky.

— Cały smaczek w pierwszej fermentacji.

— Literatura jest jak kokota — bąkał niewyraźnie Mül­ler, żując w zębach papierosa. — Kiedy jest przezorna i dalekowidząca, nosi się skromnie, dba o opinię i stara się o ci­che względy starszych panów. Gdy jest młoda i płocha, lubi nadto modne stroje, nosi zbyt wielkie dekolty, naraża się opinii; czym zyskuje entuzjastyczne sympatie młodych ludzi.

Jelsky załamał ręce.

— Zlitujże się, Müller ty niedługo cały świat pojęć osolisz sobie erotyzmem.

— Literatura neo-romantyczna — odezwał się autor dra­matyczny i uniósł się na krześle, aby go dobrze widziano — literatura neo-romantyczna, zerwawszy wszystkie związki z ży­ciem, stała się alembikiem na książkach i dziennikach; poezja — tego alembiku destylatem. Dramat jedynie pozostał prawym dzieckiem życia.

— Dramat jest łatanym kostiumem w rekwizytorni! — parsknął Borowski. — Wtedy coś wart, gdy się dobry aktor w niego ubierze. U nas, bywało, w teatrze, na dramatach smażyliśmy sobie befsztyki!

Wszczął się więc spór o pierwszeństwo poezji, dramatu czy powieści. Wśród wrzawy, krzyku i brzęku kieliszków obrzucano się modnymi nazwiskami, cytatami i naprędce kle­conymi aforyzmami, niby garściami confetti. Pan von Her­tenstein, leżąc niemal na kanapie, pieścił w dłoniach swe ko­lano i raczej patrzał niż słuchał; bawiły go, zda się, bardziej gesty i okrzyki niźli treść zdań, i nie mniej od tych, co się sprzeczali, ci, co milczeć potrafili.


Ale dziennikarz Jelsky krzywił się czegoś i grymasił nad winem. Dla niego były to zbyt ograne melodie. „Albo pić lepsze wino — myślał — albo dowiedzieć się czegoś no­wego! — Jest tu trzech Polaków, niechby o swoich tam śmie­ciach coś powiedzieli. Da się może zrobić artykuł”.

— Mój Borowski — zaczął tedy wytrawnie, z daleka — u was podobno nie ma kawiarni?

— Nie ma.

— Bój się Boga!

— Czy to źle?

— I ty pytasz? — Tam, gdzie nie ma kawiarni, wszystko, co twórcze, a samotne być nie potrafi, wkurczy się, wgrzęźnie, da się wnękać w obmierzłe idealiki mieszczaństwa... No, a tyngle62 macie?

— Jest jeden.

— Strzeżcie go, by nie upadł!... No, i cóż wy tam je­szcze macie? Kobiety ładne?...

— Są.

— To się wie. Jeżeli który z panów twórców — zwró­cił się do obecnych — życzy sobie zaznać nadzwyczajnych transów, radzę zakochać się w Polce. — (Tu Jelsky poczuł z prawdziwą satysfakcją ostre spojrzenia Kunickiego, Müllera i Borowskiego). — Pomyślcie tylko! — największe imiona wielkie raczyły robić tu reklamę: Byron, Shelley, Heine, Lenau, Napoleon, Szopen, Mickiewicz, Balzac...

— Müllöcker63 — zadowolił się krótkim odcięciem Bo­rowski i zanucił na poczekaniu aryjkę z Bettelstudenta.

— No, a teatr? Aktorów musicie mieć nadzwyczajnych?

— Tylko repertuar przynoszą nam raki z Europy — wtrącił autor dramatyczny. — Nad rakami czuwają augurzy dziennikarscy. Muza komedii, zestarzawszy się we Francji, przyjęła u nas funkcje guwernantki i wyprowadza na scenę dziecinny dramat. Szekspir, zmęczywszy się sztucznym entuzjazmem Berlina, przychodzi od czasu do czasu przespać się na scenie warszawskiej. Szekspira grywają u nas rzadko, po­nieważ autor nie bywa na „czarnej kawie”.

Very well! — Jelsky ożywiał się jak rtęć i wycią­gał już notes.

Borowski zerkał bokiem na mecenasa i rozumiał, że jemu milczeć tu nie należy. Gotował się więc i on.

— No, a literatura? — indagował Jelsky z ołówkiem w ręku. — Co robią nasi pisarze?

— Leją przeważnie w puste miechy współczesnych dusz tęgie stare wino — odparł Borowski, przygotowując twarz do mimiki. — Toteż przeszłość przypomina się nam żywo, „rozszerza piersi”. Czasami rozszerzy... piersi i przypomni się zanadto, jak to zwykle bywa po winie. Ale my to wszystko połykamy z powrotem, ponieważ cenimy tradycję jako sa­krament. — Poza tradycją dozwolone są tylko myśli o bie­dzie i połączone z nią sentymenty, ponieważ charakter naro­dowy tych poematów odczuje nie tylko głowa, ale i kieszeń, która jest zawsze najbardziej narodowa i sentymentalna. Re­cenzent siądzie na książce i wie, że ma do czynienia z tendencją sympatyczną, która, jak czuć najwyraźniej, nikogo nie uraża, nikogo nie kole. „Nie wnosi przeto rozterki między warstwy społeczne. Aby spokój, aby harmonia! Bo oto czyha na nas hakatysta! Zbijmy się do kupy jak owce — nie poł­knie nas dzieciożerca. A jeśli połknie, nie strawi gromadą...”. Łagodni Słowianie, przywykliśmy od wieków bronić się prze­ciw zachodniej kulturze płodnością. Już w uniwersytecie za­opatrujemy się w róg obfitości i — co za tym idzie — w dumę i ostrożność ojca rodziny. Jeśli się potem jakie myśli w nas rodzą, zanosimy je wnet ze skruchą pod małe nóżki tłustego bankiera.

— Więc bogate mieszczaństwo nie lubi u was nowych myśli?

— Tego nie można powiedzieć. Widzisz, Jelsky, pieniądz rusza się u nas żwawiej niźli nauka i sztuka, nic dziwnego, że i myśl ruchliwsza przy nim się staje. Mieszczaństwo nie lubi tylko samodzielnych, zwłaszcza miejscowych porodów myśli i, gdzie może, urządza sztuczne poronienia z namiętnością starych akuszerek. Nie przeszkadza to tym panom opie­kować się instytucją dla porodów fenomenalnie już twardych i uciążliwych, dzięki którym przychodzą na świat wielkie i ciężkie kobyły rasy germańskiej, machiny wytrzymałe, juczne i bezpłodne jak muły! — Jest i nauka w kraju, wbrew pra­sie i na przekór społeczeństwu! Złośliwość tę zawdzięczamy finansom.

Jelsky skoczył z krzesła i nalał Borowskiemu wina.

— Co za aktor kapitalny!... Ze wszystkich etranżerów najbardziej lubię Polaków: nikt tak namiętnie nie szkaluje sto­sunków swego kraju, jak oni... Mój Borowski, a kto tam u was zajmuje się właściwie literaturą, czytuje książki?

— Krytycy i panienki.

— A kokoty nie?

— Kokoty boją się jej, ponieważ jest zanadto cnotliwa. Gotowe się nawrócić i wykoleić w życiu.

Pan von Hertenstein wtulił się w kąt kanapy i patrzał roz­marzonym wzrokiem na Borowskiego i Jelsky’ego.

— Jelsky, jestem dumny z twej przyjaźni. Chcesz się czego napić, Jelsky? — pytał raczej z przyzwyczajenia, gdyż na stole stała pełna butelka.

Ale Jelsky’ego pochłaniał całkowicie interview.

— Skończyliśmy zatem z literaturą i nauką — obliczał na palcach. — No, a malarstwo? Co tworzą malarze?

— Oni nie tworzą, lecz malują pilnie to, co stworzył kto inny.

— Mianowicie kto taki?

— Krawiec.

— Aha! Portreciści mają się zwykle świetnie.

— Bogać tam! Krzątają się wprawdzie, jak mogą. Wy­prawili kolację „w kraju i dla kraju”, naspędzali posażnych panien do „zaczarowanego lasu”, pokazali społeczeństwu łydki w „turnieju rycerskim”... Ale indyferentyzm ogółu!... Zresztą, u nas mało kto nosi szatę godną wykwintnego pędzla artysty.

— No, a cóż robi szlachta dla sztuki?

— Każe portretować swe konie, co posłuszniejsze; przy czym sądzi się być wolną64 od zarzutu nieuleczalnego marzycielstwa. Pochodzi to stąd, że konie polskie, według znanego estetyka, powinny posiadać charakter syntetyczny.

— Więc końscy malarze są niejako syntetykami ducha narodowego?

— Tak dowodzi estetyk... Boże, jak ci końscy malarze świetnie się mają! W rozmowach krytykujemy ich obficie, ponieważ zemsta jest jedyną rozkoszą naszych biednych bo­gów na nudnym Olimpie.

— No, a świeże pomysły w malarstwie?

— Są. Panoramy!

— O jerum! — westchnął Jelsky.

— „Nie tylko malowano, ale i prawdziwie: z fonem na przodku” — z piaskiem, żwirem, drabiną i starym kama­szem.

— Co oznaczają te symbole?

— Wojnę. Na wszystkich cykloramach przedstawiane są mianowicie bitwy. — Jest to przeważnie gust warstwy, która tak szybko wchłania narodowe tradycje, że w krótkim czasie znienawidziła — Żydów. Stąd pochodzi antysemityzm, bo dotychczas mieliśmy tylko pisma antysemickie.

A propos pism... Czemuś zbladł, Borowski?... Czy tanio robi się u was opinia?... No, mówże!

— My Polacy nie boimy się wroga, nie boimy się Boga, nie boimy się sumienia, ale boimy się „Kuriera”! — Nie będę nic gadał!

— Opinia, znaczy, robi się u was łatwo i tanio.

Tu Jelsky powstał i ostentacyjnie poprzez stół uścisnął rękę Borowskiemu.

— Dziękuję ci, Borowski!... O nazwiska cię nie proszę: niedopowiedzenia i domyślniki są bardziej pożądane w dzien­nikarstwie. Natomiast musisz mi opowiedzieć jeszcze kilka najświeższych plotek: bez plotek nie ma publicystyki!... Chcesz się czego napić, Borowski?

Pan von Hertenstein, leżąc wciąż w rogu kanapy, nie spuszczał rozmarzonych oczu z Jelsky’ego.

— Jelsky, ty jesteś arcywzorem aktualności, modelem dziennikarza.

Wszyscy porwali się z miejsc. „Niech żyje Jelsky!”. Jel­sky trącił się ze wszystkimi kieliszkiem, po czym chrząknął znacząco.

Silentium65! — Jelsky chce powiedzieć speech.

— Krótki, panowie. Przypomnę wam tylko: „Gdym sza­tana mego ujrzał, był on poważny, ponury i głęboki. Naprzód, zabijmyż66 ducha ociężałości!”. — Panowie niech, żyje...

— Sztuka — pisnął ktoś nieśmiało.

— Głupiś! — szepnął mu z góry Jelsky. — Banalne zwierzę!... Panowie, niech żyje paszkwil!

Na wszystkich podziałało to jak objawienie; ludzi po­rwał szał radości.

— Wiwat! Niech żyje!

Pan von Hertenstein zwrócił się do drobnej milczącej figurki w pelerynie francuskiej.

— Mały, napisz no jaki kuplet przepotężny i zaśpiewaj go nam.

— Brawo! — krzyczano. Towarzystwo było już po tylu kieliszkach wina, że wszystko je cieszyło. — Pisz, Müllerek pisz.

Mały błysnął złośliwymi oczyma; miał widocznie gotową myśl. Pochwycił podaną sobie kartę papieru i począł szybko pisać. — Borowski tymczasem rozglądał się po kawiarni. Ujrzał kilka sztywnych panienek w atłasach, co sznurując usta zerkały boczkiem na pannę Lili i towarzyszki. Pociągnął nosem z aktorska, skrzywił się i zmrużył oczy.

— Mieszczaństwo czuję! — rzekł, uderzając się po nosie.

— Brawo, Borowski! — (Przy stole pito już tylko i krzyczano „brawo”.)

Jelsky wezwał czym prędzej kelnera.

— Każ pan orkiestrze grać kankana.

Kelner rozłożył ramiona i wskazywał oczyma na poważną publiczność w sali.

— Poczekajmy trochę — prosił. — Niech się przerzedzi w kawiarni.

— Myśmy nie gimnaziści, panie zahlkelner, aby nas kankan sam przez się radował — rzekł z grymasem pan von Hertenstein, bardzo niezadowolony z tego, że go kelner zmusza do mówienia. — Nam to właśnie sprawi satysfakcję, że tamci panowie i tamte panienki go usłyszą.

Wobec powagi słów pana von Hertensteina kelner skłonił się tylko.

— Ale — wołał za nim autor dramatyczny — przy sposobności każ pan przysłać kilka butelek szampana.

Kelner skłonił się panu Turkułowi.

Turkuł wcisnął się plecami w oparcie kanapy; rozrzuciwszy szeroko poły tużurka, ukrył podbródek w obfitym swym krawacie i wystawił niby kieł zgasły papieros; zimnym wzrokiem przyglądał się otoczeniu. Po chwili zwrócił się półgębkiem do pana von Hertensteina:

— Dam im szampana, bo chcę zobaczyć, jak to bydło wygląda po pijanemu.

Na bladej i zimnej twarzy pana von Hertensteina ściągnęły się lekko brwi, syknął po cichu, jak gdyby go na odcisk nadeptał. Uśmiech niesmaku skrzywił mu lekko wargi.

— Zbyteczne koszta — rzekł po chwili spokojnie. — Oni panu dadzą gratis sposobność do jego głębokich studiów psychologicznych.

W kawiarni rozległy się lekkie, skoczne dźwięki muzyki. Przy dalszych stolikach zgoła inne towarzystwo zabawiało pannę Lili i towarzyszki. Stamtąd doszła niebawem nieśmiała, przytłumiona zgiełkiem nuta pospolitej brukowej piosenki:

Siehst du, das ist ein Geschäft,

Das bringt noch was ein,

Doch es muss verstanden sein67...

Pan von Hertenstein klasnął w ręce.

— Nastaw uszy, Jelsky! — tam już kokoty śpiewają hymn na cześć paszkwilu. Kłaniaj się, kłaniaj się czym prędzej!

Dotychczas ociężały, zerwał się nagle sprężyście, przewinął zwinnie między krzesłami i przysiadł do Jelsky’ego.

— Kocham cię, Jelsky — wołał, obejmując go wpół — kocham cię za to, że tak gruntownie drwisz sobie z całego świata, że możesz na zawołanie być lirykiem, satyrykiem lub reporterem; — kocham cię za tę przedziwną lekkość tanecznicy, nazwaną talentem, a którą ludzie nie tylko rozrzewniać się, ale i roznamiętniać dają. O, jak cudownie potrafiłbyś ty roznamiętniać tłumy! — Kocham cię, żeś jest tak ogromnie dzisiejszą duszą!... Niech ci żyje paszkwil! Niech wam żyje, serdeczni! On jest ostatnim słowem współczesnego talentu, pieśnią twórczej niemocy!

Jelsky zerwał się z miejsca i chciał coś obwieścić, lecz zagłuszył go piskliwy głos Müllera. I on ocknął się teraz dopiero: zrzucił z ramion pelerynę i, bębniąc w stół kościstymi rękoma, zanucił jakąś zwrotkę; pochwycił ją natychmiast cały chór i w szybkim tempie galopki odbijał na nutę kankana:

Tak, tak, tak,

W tym cały sztuki smak,

W tym cały życia sens!

— A wam, panowie — przerwał im na samym początku Hertenstein i schwycił za kieliszek — wam niech żyje kawiarnia — ta kwarantanna cierpliwych, ambitnych a bezpłodnych! Tu możecie do woli pisać, malować i rzeźbić językiem. Bo wszak my wszyscy tak bardzo oszukiwać się pragniemy! Wymawiamy „sztuka” to, co się pisze: „vanity fair68” — „szał miłości”, co się pisze „obskurny heteryzm” — „przyjaźń” — co każdy pisze „zawiść” — czytamy „indywidualista”, gdzie rozsądek pisze „zbłąkany filister”.

— O!... O!... — wszczęły się szemrania przy stole.

— Jest tu człowiek małoduszny, co drwić z siebie nie potrafi! — huknął Müller i uderzył pięścią w stół, aż się kieliszki zatrzęsły.

— Bądźcie mi bardziej szczerzy! — prosił Hertenstein. — Wszak wy wszyscy, ilu was tu jest, piszecie po nocach na wyścigi paszkwile na swych przyjaciół i swe otoczenie. Taką jest dziwna psychologia „amitié de bohême69”.

Niezmordowany Müller zanucił powtórnie:

Tak, tak, tak,

W tym cały sztuki smak!

— Panowie — huczał już von Hertenstein na całą kawiarnię — oto znalazł się między nami przypadkowo sławny autor Przeznaczenia. — „Nasz!” krzyczmy, choćby on w każdym słowie swoim był zaprzeczeniem wszystkiego, czego my byśmy pragnęli; „nasz!” krzyczmy tym głośniej, im większą będzie jego popularność. Bo wszak on nasz byt usprawiedliwia. — Sztuka jest, prócz dla tych, którzy się dla niej rodzą, jeszcze tylko dla próżniaków, z których potem traf, kobieta, redaktor wyławiają tak zwane talenty, zaś policja, przytułki i szpitale — tak zwane męty...

Silentium70! — uderzeniem kułaka w stół zgłuszył Müller szemrania.

— ...panowie, przed nami stoi — źle mówię! — przed nami siedzi człowiek, któremu słuszna pycha wzdyma krawat i rozpiera kamizelkę... W porę przynoszą szampan! Autorowi Przeznaczenia nie dość widzieć nas trzeźwymi, on chce nas upić: podobnie, jak kazałby nas pławić w kałuży, gdyby to było w jego mocy — nas, mierzwę swego życia, nas, cośmy go swoim bólem wykarmili, pierwsi odgadli, pierwsi odczuli!...

Zaszurano krzesłami.

Turkuł zerwał się dopiero teraz na równe nogi. W długim aż po stopy tużurku, ze wzdętym krawatem, z wypiekami, co w jednej chwili wytrysły mu na policzkach — wyglądał, jak indor gotowy do ataku.

— Precz z tym winem! — wrzeszczał tymczasem malarz.

— Cicho, Pawluk! — ty stokroć brutalniej rozkoszować się nami będziesz za lat dziesięć. I więcej takich znalazłoby się tutaj. Ten człowiek — Hertenstein z niezmąconym spokojem wskazał na Turkuła — ten człowiek może mnie odpychać jak zimny metal, a jednak — on jest dla sztuki stworzony! Zapytajcie się waszej zawiści, ona jest najszczerszym głosem artystycznego sumienia.

Turkuł osunął się z powrotem na kanapę i ze wzgardą odrzucił od siebie niedopałek papierosa.

— ...zapytajcie go, ile on uczuć przemóc, przesilić, zniewolić w sobie musiał, a zrozumiecie może jego niechęć ku nam. Jego pycha naszą miękkość czuje. Nie pytajcie się natomiast, ile ten człowiek szczerych, prostych ludzkich uczuć potratował w życiu. Gdzie jest zwycięzca, tam muszą być ofiary, gdzie tryumfuje czyn, tam musiało być zdeptane uczucie!... A ja poprzez męty uczuć waszych sentyment, biedni, widzę!...

Tym razem zaroiło się poważnie przy stole; ktoś ze złości stłukł kieliszek, kilku porwało się z miejsc.

Nicht wähnen, Halunken! — Ich sei einer von den ihrigen71. Przepadniemy!... A teraz, kto z was nie jest najnikczemniejszym filistrem, kto nie drży przed losem, jaki sam sobie zgotował, ten za kieliszek pochwyci. Niech przepada słabość — niech żyje sztuka! Niech ginie bezpłodność — niech żyje czyn! — Wiwat autor Przeznaczenia!!...

I wszystkich, ilu ich tu było, porwał ten szał dziwnie sprzecznych, na wpół pijanych uczuć. Pereat mundus, fiat ars72!... Zapienił się szampan, zabrzęczały kieliszki.

— W górę go! — krzyczał i miotał się Pawluk, wymachując rękoma jak wiatrak. Daremnie bronił się Turkuł. Za chwilę znalazł się w górze na kilkunastu parach ramion, jak wódz zwycięski na tarczy.

Jak szampan w kieliszkach, tak pieniły się lekkie, zwinne, kocie skoki rozpętanej w swawolnym rytmie muzyki. W takt tych skocznych tanów, tempem szalonej galopki nucił niebawem zgodny chór:

Tak, tak, tak,

W tym cały sztuki smak,

Naszego życia sens.

Ale i tym razem zagłuszono kuplet Müllera, bo od dalszych stolików, gdzie siedziała Lili i towarzyszki, zerwał się śpiew głośniejszy, już śmiały i czelny, już swawolny i cyniczny. Odbijając twardo kułakami na stolikach, śpiewano wodzowi na tarczy:

Siest!... du!... das ist ein Geschäft.

Das trägt noch was ein,

................

Doch es muss verstanden sein...

Zewsząd rozlegać się poczęły gniewne syki i niecierpliwe dzwonienia w naczynia.

— Kelner, płacić!... Płacić! — huczały basowo ochrypłe od oburzenia głosy tłustych, solidnych obywateli.


— Do tynglu, panowie!

Jelsky wyprowadzał swą drużynę na ulicę. Pawluka szukano na próżno: zawieruszył się między stolikami, gdzie siedziały kobiety. Chciano już wychodzić bez niego, gdy Borowski przyłożył dłonie do ust i w głośny gwar cudzoziemskiej mowy huknął nagle mazurskie:

— Chodź ino, cho-odź!...

Gdzieś spośród tłumu wyskoczyła nagle głowa o rzadkiej nastroszonej czuprynie; zaśmiały się z daleka małe skośne oczy.

— Ide, idee!... — poniosło jak po stepie.

Pan von Hertenstein zatykał sobie uszy. „Na litość Boską — toż nie polska stodoła”.

Pawluk wywinął się tymczasem z tłumu, rad i uśmiechnięty, niby jamnik z borsuczej nory. I zakręcił się koło Borowskiego jak fryga.

— I Niemce mają kobiety! — wołał. — Won hań73 siedzi cielista! I biała, biała! A oczy ma cza-arne!... Włosów na głowie jak Magdalena Ribeiry74. Pławić się można w tych włosach jak w stepowej trawie... Lili się nazywa... Kaby miał hroszy75, toby się i wypysznił!...

— Nie wrzeszcz! — strofował go pan Hertenstein.

Ale Pawluk już go wpół chwytał i w kółko nim obracał; potem jak dziecko przytulił mu się do ramienia.

— Czemu nie lubisz słowiańskiej mowy? Wolisz francuski kankan? Hę — baron Hertenstein?

— Co ten kozak plecie? — pan Hertenstein rzucił ramionami.

Wisz go — Prus! A ty, bracie, do nas przyjedź. My tam ciebie polubim! U nas dusza na razpaszku76!

Objął go za nogi i podniósł jak piórko z ziemi. Pan von Hertenstein zżymał się, gdy stanął z powrotem na nogach. Otrzepując starannie spodnie, mruczał niechętnie:

— No, jak się polska dzicz upije — da hört die Gemütlichkeit auf77!

Jelsky był widocznie innego zdania, gdyż, przecierając chustką binokle, uśmiechał się pod wąsem. Gdy wraz z Borowskim, zamykając hałaśliwy pochód gromady, wychodzili na ulicę, spojrzeli równocześnie na Kunickiego, który szedł samotnie tuż przed nimi.

— I ten także! — mruknął Jelsky.

— Co takiego?

— Dziki!... Bo to się czuje przecie, że ten człowiek spiął się tylko w obręcze doktryn, pracy, obowiązków. Europa na tym karku ciąży. U nas doktryner wiadomo, co znaczy: — wiór! — U was tylko: Europy się nałykał... Powiedz mi, Borowski, po co właściwie przyjeżdżacie do Europy?

Borowski wzruszył ramionami.

Wataha skręciła z bulwaru w cichy zaułek. Dysputując krzykliwie, szła środkiem ulicy. Tuż za nimi jechał stępa powóz pana Hertensteina. Pawluk tymczasem zawieruszył się znowuż; widać go było z dala, jak wprasza się uparcie do towarzystwa dwóch przechodzących kobiet.

— Ten się nam zgubi dzisiaj — rzekł Jelsky. — Na niego gwizdać trzeba, czy jak? — I naśladując wcale nieźle Borowskiego, huknął w ulicę: „Chodź ino, cho-odź!”.

— Ide, idee!...

Jelsky’emu opadły binokle78 na sznurku; począł je znowu czyścić i mruczeć coś pod nosem. Po chwili nacisnął cwikier z rozmachem i zwrócił się do Borowskiego najniespodziewaniej w świecie po polsku.

— Wy, Borowski... z samej Polski bendziecie79?

Borowski stanął jak wryty.

— A skądże mam być? — odparł machinalnie.

— Bo ja jezdem ze Ślonska80, aus Oberschlesien nähmlich81.

— Chryste Panie!... Jelsky, toś ty się oszwabił?!...

Dziennikarz uśmiechnął się dobrodusznie.

Wasserpolacke82was83?... Ja hochpolnisch84 niedobrze gadam... Uczyła mnie pańjenka (oder wie sagt man denn85?)... ze dwora — Marynia.

Jelsky’emu znowuż opadł cwikier86 i domagał się gruntownego czyszczenia. Z zaskrzepłym na wąsach uśmiechem mruczał coś i opowiadał; gaworzył jak dziecko z samym sobą.

— Co dzień się spotykali... — „Mojen! Mojen! Jak spala?...” „Mówi się: dzień dobry pani”. — „Dzin... dzień... Das Patschhändchen her87!...” — „Fe, brutalny Prusak! Mówi się: proszę pokornie o podanie rączki...” „Pokornie rączki... rączki... rączki...” Gott dies Kind88.

Niebawem spochmurniał i nasrożył się Jelsky, wąsa szarpał i milczał. — „O la!” — krzyknął wreszcie i wyrżnął laską w bruki. I tym okrzykiem przeciął wspomnienia. Wysławiając się z trudem, mówił dalej poważnie:

— Po co wy przyjeżdżacie do nas? Niedawno ja widział chodziki89... Sachsengänger90. Wszystko! Jeden jak drugi! (Jelsky machnął ręką). To Europa daje. — „Wy — chciał widocznie powiedzieć — przywozicie coś podobnego w duszy, w sercu do swego kraju”, lecz zamiast tego zaplątał się wraz z naiwnymi słowami narzecza w jakiś bezradnie naiwny krąg myśli. Żachnął się wreszcie niecierpliwie i dokończył twardo, po prusku:

Intellektuelle Sachsengängerei91! To z was uczyni nową odmianę Wasser-polaków: germanisierte Wasserintellekte92! Spojrzyj no pan na tych żarliwie po polsku się modlących patriotów poznańskich. Czy tam wyrasta choć jeden nowy kiełek waszej duchowej kultury?

— Widzisz, Jelsky, bo ciebie tam nie ma — syknął mu w odpowiedzi Borowski — boś ty w wielkim morzu niemieckim rozwodnił duszę i...

— Ja jestem „dobrym europejczykiem” — żachnął się Jelsky niecierpliwie. — Może to pojęcie zabłądzi do Polski za lat 200. — Po chwili, krzywiąc się niechętnie w rozmowie z samym sobą — W afektach das überschaumend Temperament93, w polityce das verflucht sentimentale: das Polakische94... Co się waszą gazetę do rąk weźmie, to ckliwo się robi. Nee! To już nie dla mnie.

— Jelsky, mnie się coś widzi, że ty z twą europejskością w powietrzu wisisz. Tyś po prostu ten temperament i sentyment poprzestawiał na inne pola i zostałeś kosmopolitycznym dziennikarzem. A ten zgermanizowany Wasserintellekt95... Patrz! — wołał, wskazując na Pawluka. — O, ja jego stokroć bardziej wolę!... Pytasz się, czemu my tu przyjeżdżamy? Gdybyś ty, Jelsky, wiedział, jakbym ja chętnie uciekł tam na wschód i pokazał się twej Europie en face96 z części zachodniej!

— Po coś ty właściwie z wojska uciekał?

— Dla niej.

— Ba! — Jelsky miał ochotę splunąć. — Czy tam wciąż jeszcze nie nauczyli się stawiać sobie pytania: co jutro?

— Widzisz, Jelsky, nie tylko to... Myśmy wtedy nie mieli nic, nic, prócz tej wielkiej chęci do życia. — W kasie teatralnej...

Jelsky chwycił Borowskiego brutalnie za ramię i zwrócił go twarzą w stronę najbliższej latarni.

— Pokaż no ty się. O takich polskich bohaterach zdarzało się już nieraz pisać. — Mrużąc oczy, przyglądał mu się wzgardliwie; po chwili parsknął śmiechem i odepchnął go z lekka od siebie. — Cokolwiek by ludzie mówili, wszelka ofiara dla kobiety jest ostatecznie ofiarą dla własnych zmysłów lub długą i nudną skruchą za krótkie chwile wątpliwego szczęścia. Trzeba być bardzo... konsekwentnym, ażeby dla takich powodów uczynić się dobrowolnie zerem.


Drużyna pana Hertensteina szła bezładną kupą przy kakofonii gwizdków, śpiewów i wrzasków. Chwilami przycichała wrzawa; wówczas dolatywało do ich uszu czystsze, głębsze nucenie; Borowski wlókł się na końcu. Kapelusz niósł w garści i, wymachując rękawami szerokiego płaszcza, szedł środkiem ulicy, jak po wiejskim gościńcu.

— Śpiewaj, Borowski!

Rzucając bezładnie długie nuty, minął całą gromadę, nie spojrzawszy nawet na nich; szedł w głębokiej, upartej zadumie. Na tych ulicach spało już miasto. Dobiegające zewsząd gwary skłócały się tu ze sobą pośpiesznym, jakby stłumionym szeptem i biegły czym prędzej dalej na ludne i rojne bulwary. Gdy Borowski wziął nieco wyżej, wówczas jakieś śpiewne echa i szmery błąkać się zaczęły bez końca po pustych zaułkach. On zasunął wreszcie kapelusz za pazuchę, dłonie splótł na czole, oczy sobie nimi przysłaniał i, idąc szeroko, jak po polu, śpiewał sobie, myślom i wspomnieniom swoim:

Niescenśliwe te pokoje,

O-jo-jo-jojoj!

Ka nas było tylo dwoje —

O Bożeć Ty mój!

Ludziom zaskoczonym znienacka wysokością i czystością tonu lekki dreszcz po ciele przebiegał. Jelsky nawet zdjął cylinder i dłonią w rękawiczce powiódł po włosach.

— Ta-ak! — wyrwało mu się z ust.

Inni słów nie pojęli, rozumiano jednak, że to skarga ludzka z tchnieniem zmroku po polach idzie, że wsłuchuje się w nią wśród poszumów zboża wieczorna cisza na szerokich rozłogach.

Ludzie czuli coraz bardziej, że ta piosnka zabłąkała się w te obce mury z daleka i dalekie smutki młodości ze sobą niesie. Ale Borowski urwał i szedł coraz to prędzej, wiodąc za sobą zbitą i milczącą gromadę.

Pawluk rzucał się między ludźmi jak piskorz, sapał i powtarzał bez końca:

— U nas, jak za duszę chwyci, rady nie ma. Nie mogę nie chcieć! Ne mahu97! Choć zabij, wyśpiewać się musi.

Jakoż Borowski zmienił melodię i zaczął na bardziej jeszcze rozlewną nutę. Ludzie, nie rozumiejąc, czuli, że ta krzywda ludzka na rozdrożu pod krzyżem stanęła i skarży się samotna:

Nad moim wiankiem, nad moim wiankiem

Druchny płakały,

A nad twoim złym copcyskiem98

Wrony krakały.

Na samym końcu, wyprzedzeni znacznie przez innych, postępowali Jelsky i Turkuł. Kroki ich stawały się powolne i ociężałe, głowy w cylindrach chyliły się coraz niżej. — „O la!” — westchnął Jelsky i uderzył laską w bruki. Turkuł próbował gwizdać, lecz zagłuszono go niebawem.

A ludzie czuli, jak krzywda ludzka w wielką pustkę nagich pól ramiona wyciąga, ku krwawemu słońcu, co w kłębach rdzawych tonie chmur; jak jesienne wichry po sinych skibach i rudych ścierniskach kołem się niosą, żółtymi liśćmi sypią i wirem je pędzą, jak w przydrożnych badylach dziewanny świszczą i wokół wierzb suchych zawodzą a płaczą.

Nad moim wiankiem, nad moim wiankiem

Przedmowa było,

A nad twoim złym copcyskiem

Sucysko99 wyło...

Jelsky i Turkuł przystanęli w tyle. Nagle strzepnęli obaj zadumę z czoła i spojrzeli na siebie. W tejże chwili odczuli jakby niechęć wzajemną, gdyż przyśpieszyli czym prędzej kroku. Pan von Hertenstein dogonił Borowskiego, przedstawił mu się zupełnie zbytecznie po raz drugi i wyściskał go serdecznie.

— Czuję, choć nie rozumiem, czuję wszystko! Żal i skarga za dawnym, szczerym, prostym, ludzkim; — za tymi czasy, kiedy to dusza chyliła się do duszy, jak kwiaty na słońcu, kiedy tu na piersiach biło nam trwożnie czyjeś szczere, proste serce... Czy tak, panie Borowski?

Borowski skinął głową, uśmiechnął się doń i schwyciwszy z góry jego rękę, potrząsł nią silnie.

Nad moim wiankiem, nad moim wiankiem...

— łkało jeszcze ponad głowami całej gromady.

Lecz oto wysunęły się z poprzecznicy dwie szerokie sylwetki potężnych drabów w połyskujących mosiężnych kaskach na głowie. Dwa mrukliwe basy nakazywały ciszę.

Pawluk wyrósł tuż obok nich, jakby spod ziemi.

— Bij w pysk, kto w Boga wierzy!

Ale tym razem zawiódł się fatalnie. Borowski tylko oraz Turkuł i Kunicki podrzucili odruchowo głowy i nastawili uszu. Panowie zaś, co przed chwilą burzyli wszystkie łady i składy na świecie, co kankanem wystraszali łyków z kawiarni, zeszli teraz ze środka ulicy, jakby tam rzeka nagle wystąpiła; szli dalej po trotuarze w spokojnej i cichej rozmowie. — Jelsky wybrał drogę pośrednią: szedł suchym rynsztokiem. Mruczał coś do siebie, wzdychał; od czasu do czasu cienką trzcinową laseczką uderzał hałaśliwie w bruki, jak gdyby pośród tych obcych ludzi on jeden odczuwał nieświadomą ochotę bicia.

Borowski natomiast wędrował, jak wprzódy, środkiem ulicy, niby po wiejskim wygonie. W szerokim swym płaszczu wydawał się z daleka niby sylwetka wielkiego ptaka. Wymachując kapeluszem, jak dróżnik latarką, wywiódł całą gromadę na bulwar i wprowadził niebawem w jaskrawą toń światła pod białe arkady teatru.

Tu Jelsky odzyskał, lub też zapragnął odzyskać, humor. Wysforował się naprzód i obwieszczał głośno:

— Kłamstwem jest, aby ludziom w pewnym wieku i stanie cywilnym pozostawała poza pracą i tak zwaną ambicją jeszcze tylko knajpa, dom publiczny i cudza żona. Panowie, jest jeszcze — tyngiel100!... Kwiat zaś społeczeństwa, artyści, posiadają passe partout101 i skorzystają dzisiaj z mojej loży dziennikarskiej.

Stanął we drzwiach, zdjął grzecznie cylinder i prawą ręką wskazał na połyskliwe od marmuru, lśniące od luster i purpurą wysłane schody.

— Zapraszam!...

Poza nimi zaszeleściła w szybkim chodzie jedwabna suknia i roztworzyły się z impetem drzwi wiodące za kulisy. Wionęły na nich miękkie, tłuste zapachy perfum i szminki. Borowskiemu rozchyliły się nozdrza, uniosła pierś. Coś jak uderzenie prądu przebiegło mu wskroś przez ciało i zakłuło w palcach dłoni. Chwycił się za poręcz.

— Panie, świeć nad jego duszą!...

— Co, pan Borowski? — Pawluk wytrzeszczał oczy. — Taż nie kościół?!

— Ojciec mój!... Wiesz — szeptał Borowski, ściskając dłoń Hertensteina jak w kleszczach — wiesz, to był wielki, szczery artysta! Ogromnie kochał sztukę... I dlatego zadusił go ten potwór!

Pan von Hertenstein spojrzał bystro i pochmurnie w oczy Borowskiego, po czym zdjął kapelusz i pochylił nisko głowę:

— Cześć poległym!

I weszli do tynglu.


Ruchliwy, pełen zgiełku kiermasz na sali wciąż jeszcze ogłuszał Müllera. Coś, jakby migotanie zwierciadła, odrywało uwagę od sceny, drażniło oczy i zwracało mu je ustawicznie na prawo. W czerwonej ramie firanek, na zwierciadlanym tle wnętrza, w błyskach niespokojnych refleksów, rysowała się wysmukła sylwetka kobiety; na purpurowym tle parapetu świeciła jak śnieg biała, od brylantów połyskliwa i smukła jej dłoń. Zaś tam na dole, pod nią, wśród zastawionych stołów, tworzyły męskie cylindry zgiełkliwy i bezładny rój.

Spod smyczków skrzypcowych wysnuwała się melodia cicha, dyskretna i kłębiła się sennie po widowni. Na scenie tańczono. Sypki, miarowy i melodyjny szelest, jakieś miękkie szmery kobiecych głosów, westchnienia niespodziane, stłumione i lekkie. Szelest, szmer i zapach kobiet wiewem szły na widownię i niosły ze sobą melodię walca... I szeptał jedwab. Tuż ponad kinkietami sypało się jakieś barwne kwiecie, drobną, zmąconą falą przelewał się wzdłuż błękitny wir: drgał, mienił się i musował, rzucając głębszą, lżejszą jeszcze pianę białych tiulów i koronek.

Dajsy!... Dajsy!... — dygotała niema piosnka na tej zwiewnej fali; drżały lekko struny skrzypcowe, opowiadał pieściwie flet.

Migały przed oczyma bystro i zwinnie czarne, wiotkie nogi w płytkich pantofelkach, rysowały się śmiałe, lotne linie ich konturu. Górą, na barwnych falach jedwabiu świeciła żywo ciepła biel ciała na ramionach, uśmiechały się kobiece główki w złotych kapturach drżących niby dzwonki loków. Czasami zniecierpliwienie zaśmiało się psotnie na tych rozkołysanych główkach i ciche szepty, jak szmer liści jesiennych, mieszały takty.

Śpiewał, szumiał, grał i tańczył falisty jedwab błękitnych sukien.

I rzucał na salę kłęby miękkich, sennych perfum.

Pieścił się flet, drżały struny skrzypcowe.

Zaś w górze, na parapecie loży, na pełnej, soczystej purpurze, spoczywała, niby śniegu biała kiść, smukła, od brylantów lśniąca dłoń. Na lustrzanym tle wnętrza, w przyćmionym świetle, wśród niespokojnych refleksów, rysowała się zimno, nieruchomo i dumnie sylwetka pięknej kobiety.

Na dole rojny, zgiełkliwy kiermasz męskich głów.

Dajsy!... Dajsy!... — rozśpiewały się drżące struny harfiane, rozpieszczał i rozmarzał flet.

Zdawało się, że gdzieś w głębi, poza jasnymi kwiatami tych śmiejących się główek — tam u tylnej kulisy, gdzie zwieszają się ciężkie, syte słońcem liście palm i orchidei, tam, w chłodzie cienia leży kobieta, do śniadej piersi pęki kruczych włosów ciśnie i wzdycha głęboko.

— Aa...! — słyszało się niemal to westchnienie.

Nagle pada strzał; za nim w nagłym pośpiechu — drugi — trzeci — czwarty: jak w tyralierce. Strzelał szampan! — Klaskania niedbałe, przeciągłe oraz rechotliwe, pełne nonszalancji wołania:

— Brawo, brawo, brawo — bis!

Café chantant102!


— Dobre! — pochwalił Jelsky protekcyjnym skinieniem dłoni w stronę sceny. — Błękitny kankanik amoretów — komentował swemu otoczeniu. — Nie ma jak Angielki!

— Siły w tym brak — kaprysił Pawluk.

Müller, skulony dotychczas pod swą peleryną, zrzucił ją nagle z ramion i energicznym ruchem zgarnął włosy z czoła. Jelsky powiódł okiem śladem jego spojrzenia i mruknął tylko: „aha!”.

— Oj, Müller — westchnął za chwilę.

Müller żachnął się i chciał coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili zakaszlał strasznie.

— A widzisz!... Memento mo... moralitatem103 chociażby.

Müller zwinął w kłąb pelerynę i rzucił mu ją na głowę.

— Ty żurnalisto104!

— Uszanuj kapelusz, jeśli nie szanujesz powołania!

— Szanuj stimmung105 tynglowy, jeżeli niczego już uszanować nie potrafisz! — i oszczędź mi dzisiaj swego sentymentu oraz opieki.

Jelsky wskazał oczyma na Borowskiego. „Jeżeli tam pójdziesz, obgadam cię przed nią”. Müller poczerwieniał nagle i zwrócił się do Jelsky’ego tyłem. Borowski siedział gdzieś w najciemniejszym kącie loży i wsparł ciężką głowę na obu dłoniach. Gdy przycichło na scenie, uniósł się wreszcie i rozejrzał błędnie po widowni; oczy przyćmione i mętne zapadły mu jakby w głąb: czuć było, że widzą przed sobą jakieś inne, obce światy. — „Nie dla mnie! Nie dla mnie!” — szeptał. Po chwili znów opadł na fotel i ukrył twarz w obu dłoniach. „Było! — myślał. — Było!... Tak zamiera młodość, w takiej cichej agonii kona czyn. Całe moje życie już tylko było! Boś przyszła ty!...”.

Czyniąc sobie tron i łoże

Z upadłego mego ducha,

Żem skut106 z tobą, marny tworze,

Jak galernik do łańcucha!...

Uciszono się w teatrze, oczy wszystkich zwrócone były na lożę dziennikarską, gdzie wybuchał w tejże chwili chóralny śpiew.

— Brawo, Borowski! — wołał Jelsky. — Jeśli chcesz koniecznie, możemy między jednym kankanem a drugim posłuchać nawet dramatu. Brawo!

On skoczył z fotelu i rzucił okiem na kurtynę; lecz w tejże chwili cofnął się znowu i wparł w najciemniejszy kąt loży.

— Nie dla ciebie, stary — co?...

Podniósł na nich oczy i zadygotały mu wargi jak u dziecka. A gdy oni śmiać się nie przestawali, wpił się palcami w ubranie na piersiach i szarpnął je nagle.

— Grać chcę!! — huknął na cały teatr.

— Cii...! — sykano zewsząd na sali.


Zza kulis wyfrunęło czerwone stado dziewcząt z kastanietami w rękach. Pochyłe deski sceny zagrały jak jeden wielki bęben pod wartkim uderzeniem kobiecych stóp. Tańczono czardasza. Kobiety rzucały iskry łyskaniem czarnych oczu, uśmiechały się sprężystymi rzutami i przegięciami ciała, biciem kastanietów, zaczepnym przytupywaniem i kiedy niekiedy swawolnym okrzykiem rzuconym na widownię; rozplatały się ich szeregi we wstęgi, snuły się jak ruchliwe wieńce i girlandy, biegły pod tylną kulisę, ustawiały się rzędem i z dzikim impetem pędziły przed się, po rampę, niby rozhukany tabun źrebców.

Oczy Müllera skierowały się znów na prawo, gdzie świeciła w półcieniu biała dłoń na parapecie loży. Kobieta nie drgnęła nawet od tego czasu. I wydało mu się w tej chwili, że tam na oparciu loży siedzi sęp, ostrą głowę w puszysty kołnierz wgarbił i zamarł nieruchomo; czasami tylko senne powieki uniesie, szklane ślepia leniwo przewraca, zamyka i czeka, zimny, na padlinę.

Z brzękiem ostróg, łoskotem i tupaniną wyrzuciła się na scenę gromada mężczyzn. Połączyły się pary i poczęły się wikłać w coraz to dzikszym tańcu. Za chwilę było już tylko widać czerwone plamy, białe kłęby koronek i czarne wiry oraz koliska od wyrzucanych wysoko ponad sąsiednie głowy nóg. Huczały ponad tym wszystkim trąby, bębny i piszczałki, z łoskotem waliły cymbały, odrzynały twardo rytm tańca basowe struny wiolonczeli. Długie ramiona kapelmistrza, wyciągając się w kierunku wirujących nóg, wołały jakby: „wyżej!” — a wymachując rozpacznie ponad orkiestrą krzyczały niecierpliwie: „prędzej!”. — Ten zawrotny chaos buchnął jakby ze sceny na widownię i porwał, zdało się, wszystko za sobą: oko chwytało tylko pęd, ucho szaloną kakofonię dźwięków! Ponad tym sabatem tanecznym królowały tylko i śmigały w powietrzu czarne nogi; wszystko wpadło w jakiś idiotyczny, jak zmora senna dokuczliwy pęd i wir: świat zburzył się, zwichrzył; oszalał, wściekł!...

Wyżej, prędzej! — Prędzej, wyżej!...

Urwała się wreszcie muzyka i runęła kurtyna.

Błysk światła, oklaski, bicia lasek o podłogę...

Tyngiel-tangiel!


— Dobre! — chwalił po raz drugi Jelsky życzliwym skinieniem w kierunku sceny. — Czerwone, węgierskie kankanisko! — tłumaczył swym przyjaciołom.

Pawluk zapatrzył się tępo na kurtynę.

— Tfu, czort! — splunął nagle, zerwał się z krzesła i począł krzątać się ruchliwie po loży.

Jelsky’ego przyszły odwiedzić dwie artystki: witały się piskliwie z obecnymi.

— Nie rozumiem... — odezwał się po raz pierwszy Kunicki.

— Jeszcze pan czegoś nie rozumiesz?! — przerwano mu śmiechem.

— Nie rozumiem — mówił nieustraszony Kunicki — co w tej całej kakofonii robi Bizet, Liszt...

— Co robią? Dostali bzika i cieszą się — odpowiedział Jelsky. — Tam, na dole — tłumaczył poważnie — siedzą panowie, którzy mają dosyć tragedii w życiu i — w swych głowach. Panowie żądają wesołości; nie dowcipu ludzkich głów, bo to dziś już nuży, lecz humoru kobiecych nóżek. To jeszcze bawi tymczasem. Jeżeli ewolucja pójdzie dalej w tym kierunku, należy się spodziewać, że przy ulepszonych dekoracjach wejdzie, na przykład, na scenę wieża katedry kolońskiej, stanie dęba i zatańczy kozaka... Myśl z wieczora nuży ludzi pracy, ludzi wielkomiejskich!

— Ale w takim razie, co wy tu robicie? — niecierpliwił się Kunicki. — Gdzież konsekwencja!?

— Młodzieńcze, zrujnujesz się na konsekwencję! — huknął z kąta basowy głos.

— Ależ logika!?

— Pan masz świetne zadatki na bakałarza!

— Więc sens? Sens! Głowa moja! — krzyczał Kunicki, ściskając dłońmi skronie.

— I panicz chce zostać literatem?...

Müller i Jelsky prostują pomyłkę; towarzystwo chce być grzeczne i kiwa smętnie głowami, na znak widocznie, że i takie fachy być muszą. Bas tylko szepcze niechętnie do sąsiada: „Co ta racjonalistyczna hołota między nami robi? — Lekarze! Przyrodniki!”.

— Czyż nie mam racji? — zwrócił się głośno do jednej z dam.

Ona, patrząc na niego szklanymi oczyma, wydęła usta w dziobek, brzdąkła wargami i wybębniła jak pozytywka:

Ich bin nicht von Prag, nicht von Wien,

Ich bin eine fesche Ungarin107.

— Osoba udziela się wyłącznie ze strony artystycznej — komentował ją poważnie Müller.

Kunickiemu zdawało się, że jest pijany; chwytał czym prędzej za czapkę.

Salwy śmiechu zgłuszył nagły wrzaskliwy pisk z głębi teatru.

Światło gaśnie, unosi się kurtyna; scena pusta, a zza kulis drą się ostre, przeraźliwe głosy. Wreszcie wypadają trzy pstrokate potwory w spiczastych czapkach, przypadają do rampy i uderzają się nawzajem w twarz. Olbrzymie karminowe pyski na kredowych maskach wykrzywiają się szeroko i wyrzucają z siebie ochrypły, gardłowy śmiech.

Hehehe!!...

Posypały się oklaski.

The fashionables108 — odczytywał Jelsky w afiszu.

Kunicki trzasnął drzwiami i przygłuszył na chwilę wybuchy śmiechu w loży.

— Wina! — krzyknął nagle Müller. — Stimmung109 jest zbyt głupi, aby go można wytrzymać po trzeźwemu. Jeżeli nie będziemy pili, lada chwila beknie tu jakaś owca sentymentem.

— Hertenstein — wina! Wina! — krzyczano, bębniąc laskami w podłogę.

Z kąta loży podniósł się Borowski, skrzyżował ramiona i patrzał na nich spode łba.

— „Jeżeli masz zostać młodą

I być taką, jak ta, co dziś żyje,

I być ochrzczona tą piekielną wodą,

Której pies nie chce, wąż nawet nie pije...”

— Co jemu się stało? — wołano.

— Niic — bagatelizował Jelsky — wpadł tylko w delirium teatralicum110, cały repertuar klasyczny wymruczał już tam w kącie. Co, zresztą, nie przeszkadza mu w tej chwili zazdrościć klownom, że są na scenie.

Ktoś, komu jeden koncept zmanierował humor na cały wieczór, powtórzył niespodzianie:

Tak, tak, tak,

W tym cały sztuki smak,

Naszego życia sens!

— Hehehe!!... — darły się błazny na scenie.


Borowski przeniósł się do ciemnej loży w kącie; wnet za nim wyśliznął się i Turkuł.

— Niedościgły imitator, iluzjonista biograficzny, profesor van der Clerk — rekomendował Jelsky podług afisza jakiegoś pana na tle lustrzanego kramu ustawionego na scenie. Profesor krzątał się przy swej cudownej szafie, narzucał na siebie jakieś szmaty i peruki i z batutą w ręku zwracał się jak fryga do publiczności.

„Brawo, Liszt! — Liszt! — krzyczały wszystkie usta, klaskały wszystkie ręce. — Na radość tłumu patrzała siwa, trzęsąca się głowa starca, o wielkich guzach po całej twarzy; niedołężna ręka ledwo trzymała batutę. Muzyka grała trzecią Rapsodię.

— Brawo, Beethoven! — Beethoven! — krzyczano po chwili. — Na szerokie śmiechy tłumu odwróciła się starcza, brzydka, potężna głowa wielkiego twórcy. Kapela tynglowa próbowała grać Eroikę, zagłuszyły ją oklaski.

W loży Pawluk porwał się z miejsca.

— Choćby zdjąć głowę z karku, rzucić ją wam pod nogi i pójść sobie precz; mnie i głowa już na nic. — Oj, dokuczyło! — i splunął w kąt.

Profesor w kilku zwinnych ruchach przedzierzgnął się ponownie. Przed rampą stanął wysmukły młodzieniec w eleganckim fraku, niedbałym ruchem trzymał w ręku batutę, zerkał na kobiety i uginał się na słabych nogach. Publiczność śmiała się, lecz nie umiała odgadnąć; ktoś z galerii krzyknął wreszcie: „Szopen!”

I zagrzmiały oklaski.

— Brawo Szopen!... Jeszcze raz Szopen!

W loży odsunął ktoś gwałtownie krzesło: pan von Hertenstein porwał się z miejsca. Coś jakby kurcze wstrętu przebiegło mu po bladej twarzy.

— Niech ta małpa zaprzestanie!...

— Cii, Hertenstein — obrażasz profesora! Co u Boga!... Beczysz?!...

— Toż te małpy ośmielają się grać Scherzo H-mol!... Zaprzestać! — huknął na cały teatr.

Pawluk rzucił się ku niemu.

— A co, pan Hertenstein? — Twoje pańskie nerwy nie wytrzymały naporu głupstwa? Pękło coś — ha? A widzisz — patrz, jak won tam na dole się bawią: publika — ha?

Jelsky wzruszał ramionami.

— Nie rozumiem ciebie, Hertenstein. Przecież te błazny przed chwilą i profesor, na którego patrzymy, są sztuką aktorską au fond111, jej absolutem bez przypadkowości twórczych pierwiastków, które pochodzą bądź co bądź zawsze od kogo innego. Tęsknota Borowskiego jest w swej nieświadomości szczerszą od twego sentymentu... Zaś to — tam na dole... no, to jest... jakżeby to powiedzieć... c’est le public112, co laury rozdaje. Wniknij w to, Hertenstein, i skrusz się na duchu... Dasz nam kiedy koncert szopenowski lub może własny — ci sami przyjdą! A ty rzucisz im pod nogi wszystko z rozbolałej duszy Szopena i ze swej własnej!!... Zlituj się, Hertenstein, kto z was jest większą małpą: profesor van der Clerk czy ty?

— Mógłbyś z równą racją zapytać: twój profesor czy Szopen.

Towarzystwo wybuchnęło pijanym śmiechem. Hertenstein wyprostował się nagle jak struna i tupnął nogą.

— Bydło, nie śmiać się!...

Blada jego twarz wydłużyła się natychmiast i zakrzepła, jakby w przestrachu nad własnym uniesieniem i brutalnością; siatka sinych żył zatętniła na skroniach; zaświeciły się oczy, i dwie wielkie łzy — łzy zdziwienia — zawisły na środku białych policzków. Pochwycił pierwszą rękę z brzegu, uścisnął i wyśliznął się na korytarz.

Obecne w loży damy próbowały kobiecym taktem załagodzić przykre zajście: nastroiły się brzdąknięciem warg i zaśpiewały zgodny duet:

Jam nie z Wiednia, jam nie z Pragi,

Jestem sobie z Budapesztu!...

Kurtyna zapadła z szelestem. — Hertenstein wlókł się jak pijany przez korytarz: zdawało mu się, że jakiś natrętny rój much krąży mu nad głową, brzęczy i bzyka w uszy. To publiczność rozochocona podczas antraktu śpiewała chórem w takt muzyki:

ta-ra-ra-bumdera!

ta-ra-ra-bumdera!

— śpiewał, gwizdał, huczał cały teatr...


— Nie ma gadania, powróci! — uspokajał Jelsky przyjaciół. — I on zechce usłyszeć Yvettę. Reklama, co wznosi karłów i obala olbrzymów, drwi sobie z ludzkich kaprysów.

Jakoż Hertenstein zawrócił ze schodów, lecz nie do nich, tylko do ciemnej loży z brzega, gdzie ku swemu zdziwieniu zastał dwa nieruchome cienie. Przysiadł się i on do Borowskiego i Turkuła. Nie zdziwili się wcale, nie unieśli nawet głów przy jego wejściu. Cisza, półmrok i jakieś ponure skupienie panowało w tej loży. Krzyki i wrzawa ze sceny nie dochodziły tu, zda się, nawet.

— Panie Hertenstein — szepnął po dłuższym czasie Turkuł — kiedy pan dasz koncert?

— Nie wiem.

— Trema?

— Tak.

Ktoś westchnął, ktoś drugi zawtórował, trzeci poprawił się na krześle i chrząknął. Milczeli znowu. Ostre oczy Turkuła, świecące po ciemku jak u kota, wpijały się w Hertensteina badawczo i łakomie z chciwą prawie ciekawością.

— Za ten dziwny toast, tam, w kawiarni, gniewać się nie umiem — rzekł swym suchym, twardym głosem — ponieważ ludziom ciekawym wybaczam wszystko.

— „Ludziom ciekawym”... — Hertenstein wydął wargi i potakiwał głową, jak znanej aż nadto piosence. — Tak, to jedyny gatunek ludzi, który my jeszcze tolerujemy.

— Nie wyłączając pana. Bo co do tej pańskiej apologii czynu, wierzyć się nie chce,... żeby to było szczere... Na pana dość spojrzeć, żeby odgadnąć, iż pan najlepiej czuć się musi właśnie wśród tych najrozmaitszych wykolejeńców z kawiarni. Wszelka twarda konsekwentna działalność w życiu — tylko patrz — stałaby się dla pana czymś brutalnym. Ludzie czynu bywają najczęściej mniej barwni i ciekawi, natomiast...

— Natarczywi i nudni — przeciął ostro Hertenstein — pomijając już to, że są zwykle przeraźliwie płytcy. — I po chwili, jakby łagodząc zbyt ostre wystąpienie, z niezmierną uprzejmością częstował Turkuła papierosami. — Chce pan posłuchać bajeczki? Ludzie z bajki bywają nie mniej ciekawi od ludzi z tynglu i z kawiarni... Otóż, pytał raz uczeń bramina: „Mistrzu, gdy po śmierci człowieka ciało jego przejdzie w ziemię, krew i nasienie w wodę, włosy w zioła, mowa w ogień, oddech w wiatru tchnienie, wzrok w słońce, serce na księżyc, dusza w wszechświat: rozumiem to wszystko, panie; — ale z człowiekiem, z człowiekiem, mistrzu, co się stało!? Co pozostaje z człowieka?”. A na to mistrz: „Chwytaj mnie, drogi, czym prędzej za rękę i uchodź, uchodź z tego zgiełku ludzkiego; należy nam w wielkiej ciszy i skupieniu rozważyć tę najgłębszą z tajemnic”. — I poszli w ustronie ciche i tam rozważali. A to, o czym mówili, zwie się czynem, a to, co wsławili, zwą ludzie dziełem.

Rzucił się Turkuł na krześle.

— Pyszne! — krzyknął i sięgał po notes do kieszeni. — Kapitalne!

A po chwili:

— A więc: działalność praktyczna, ale... sub speciae aeternitatis113. Ho, ho! W panu coś się bardzo kłóci... Ale bajka kapitalna! Pan musisz tkwić w tych starych... tam... Tiens114, czy pan czasami nie jesteś!?...

Hertenstein z uprzejmym pośpiechem podsunął mu zapałkę pod nos do wygasłego w wargach papierosa.

Borowski nie spuszczał z nich oczu.

— Pan powiedział — zwrócił się po chwili do Turkuła — że, gdzie tryumfuje czyn, tam musi być zdeptanym uczucie.

— Ja tego nie mówiłem.

— Prawda, to Hertenstein!...

— O, Hertenstein cudzego uczucia urazić by nie umiał, a cóż dopiero zdeptać własne! — mówił Turkuł, nie przestając zapisywać czegoś w notesie. — Niech się pan nie gniewa, ja czuję pana... Taki rozdaje tylko uczucie, wziąć go sobie od kogoś nie umie: za słaby lub za mało brutalny. Taki — nic sam nie burzy, jemu życie wszystko niszczy. Czyśćcowe dusze!... Takim musiał być Szopen — prawda, panie Hertenstein?

Hertenstein żachnął się nerwowo:

— Nie mówmy tu o Szopenie!

— Przepraszam.

I znów milczeli.

— Pan mnie zapewne do jakiego dramatu chce wkleić? — zagadnął Hertenstein z cierpkim grymasem.

— Wkleję.

— Czy pan już żyć jako człowiek nie umiesz?

— Nie — odparł Turkuł twardo i jakby z dumą.

— Czuć to. Pan cuchniesz atramentem... Zresztą, pańskie sztuki mogą być doskonałe, ale grać powinien aktor z genialnym nerwem życia. Ot, Borowski na przykład!

Borowski podniósł oczy i zasapał ciężko jak miech.

Śpiewki, tańce i błazeństwa ze sceny dochodziły tu dalekim przytłumionym gwarem: niby wrzaskliwe nakrzykiwanie pastucha pod wieczorną zorzę, co się w cichym powietrzu roznosi i kołysze, harmonią spokoju owiewa i echem pieśni do uszu dolata115. Tu w głębi ciemnej niszy żył, drgał i tętnił teatr: wszystko inne roztapiało się w harmonii.

Turkuł nie spuszczał z oczu Borowskiego.

— Jedź pan ze mną! — rzekł nagle. — Grać moje Przeznaczenie. Dają za trzy dni; jadę tej nocy jeszcze.

Borowski drgnął i spojrzał jakby z przerażeniem na niego.

— Wsadzę pana na debiut do „Wielkiego”.

— Co!? — Borowskiemu krew uderzyła do głowy i przysłoniła nagle wszystko przed oczyma. — Co pan powiedział? — pytał po dłuższym milczeniu.

— Do „Wielkiego”.

— Boże mój!...

Turkuł, śmiejąc się, wyciągnął rękę, aby w nią Borowski na zgodę uderzył.

— Biorę pana na swój koszt, czym sprawię naszej publiczności prezent królewski.

Borowski patrzał bezradnie w oczy Hertensteina, jakby od niego oczekując otuchy czy też namowy.

Ktoś szarpnął drzwi: do ciemnej loży wtoczył się pijany Pawluk.

— Pan Borowski, dawaj żonę! — krzyczał, waląc mu się prosto na szyję. — Tam oni cuda prosto opowiadają. Rad by popatrzeć — namaluję może... Tam oni wszyscy opowiadają, bo my się tam upili... Winem winogronowym upił się i ja... Ty, pan Borowski, nie gniewaj się! — A żonę tu sprowadź — ot co!... Rączkę wycałujemy — uczciwi będziemy... Wiadomo: cudza żona! Trzymaj się!...

Borowski odpychał go od siebie ze wstrętem i strachem, jak złą zmorę. Hertenstein skoczył wreszcie i chwycił Pawluka za bary.

— A ty, pan Borowski, pożal się nad Müllerem i wyrzucaj go won od siebie. U pijanego, wiadomo: dusza przez gębę lezie! Powiada, że jeśli w łeb sobie strzeli, to tylko dla onej to Zośki twojej... A Jelsky jest na kobiety drań! — Czuju116!!

Pan von Hertenstein, nie rozumiejąc nic, zżymał się na ten ochrypły, pijany i natrętny głos.

— Idź precz, kozaku, idź precz!...

— Ja liustra117 szukał i was nalazł. Liustro zbić chcę!... Spiegel zerschlagen118, baron Hertenstein!

— Tłucz, rób, co chcesz!

— Zbiję!... A ty, pan Hertenstein, po co tu przyszedł? Modlić się — ha? Wiadomo — duszę zapomnieć!... I ja — i mnie — bełkotał, czepiając się każdego z nich po kolei — i mnie tu ciasno w waszej Europie... Pójdziesz do akademii: „Tfu, jak wszyscy umieją!”; pójdziesz do galerii: — „Boże ty mój, co ludzie już arcydzieł namalowali” — przytłoczy, zgniecie, zdepcze. — Pójdziesz do kawiarni: łeb jak dynię rozedmie. Mądrzy wy, mądrzy! Wiek słuchaj, nie nauczysz się!... A sam ja co? Tfu! I artystą chciał zostać!... Zapłacze dusza! Dawaj — zapiju! Przyjdziesz hań119 gdzie zapomnieć: głupstwo na głowę wskoczy, w czuprynę się wczepi i — paszoł120! — Hajda, galop! U was wszystkiego za dużo w Europie waszej, za dużo, za dużo!... Miejsca dla duszy nie ma!...

Nima, nima! — skarżył się i żalił, gdy go za drzwi wypychano. — A ty, pan Borowski, żonie małą to rączkę wycałuj pięknie ode mnie — wołał poprzez głowę Hertensteina. — Kobiety wy by mnie dali, dobrej, poczciwej!... Buchnąłby na kolana, stopy całował i beczał, beczałby!... Tobie, pan Borowski, żony przez to nie ubędzie, a ja duszę zleczę, wymyję łzami, wyczyszczę z błota!... Na wykształcenie pluję! Oddam panu Turkułowi: dramat zrobi; wszystko inne tam — mężowi — niechaj! A mnie serca trochu kobiecego... Baby, baby mi dajcie! Ta121 dobrej baby!...

Wypchnięto go wreszcie za drzwi. Tam począł niebawem wrzeszczeć jak sroka; zataczając się od ściany do ściany, darł się ochrypłym głosem:

Nad moim wiencom

Druchny płakały...

— Cicho, Pawluk, bo cię wyleją z lokalu!

Lecz on wparł się niebawem gdzieś w kąt i tłukł głową o ścianę.

— Uch, padlec, padlec!... Przedał jak Judasz!.. Za sztuku, mówili; za ono won draństwo, za publikę przedał!...

Wreszcie ucichło wszystko; w sali tylko gwarno było przy spuszczonej kurtynie. W ciemnej loży milczano.

Jakieś swarliwe głosy na korytarzach, potem raptowny trzask i brzęk, co z łoskotem metalicznym potoczył się jakby po kamieniach, echa szklane we wszystkich kątach teatru zbudził, nagłą ciszę wszędzie wyczarował i utonął niebawem w ogólnej wrzawie, krzyku i tumulcie.

— Zbił! — rzekł Borowski.


Pod koniec antraktu orkiestra starała się grać poważnie, kelnerzy snuli się majestatycznie, na głośniejsze śmiechy sykano gdzieś z kąta. Ludzie byli już podnieceni i poddawali się biernie tym nieokreślonym, nie wiadomo skąd idącym nakazom. Wreszcie dzwonienie: długie, powolne, proszące o skupienie.

Numer główny programu!

Przed kurtynę wyszedł jegomość w tużurku i obwieścił żałobnie, iż panna Yvetta Gilbert w drodze powrotnej do Paryża raczy wystąpić raz jeden tylko.

„Dobrze robią ciekawość” — aprobował Jelsky w duchu.

— Oto chwila brzemienna — zwrócił się z powagą do przyjaciół. — Reklama wyzywa tłum w szranki i potęgę swą mierzy. Przyjrzyjcie się dzieci, „co może dziennikarz”!

Ludzie tymczasem wlepiali już oczy w kurtynę i nastawiali uszy; sykano na nieproszone gawędy. Jelsky zakaszlał głośno dla eksperymentu: zakaszlano na widowni, jak w owczarni. „Skupienie jest!” — wnioskował. I czuł się panem trzody swojej.

— Stań się! — rzekł jak kapłan, gdy zasłona unosiła się powoli ku górze.

I stało się!... Tam, przed rampą stała ona! — Jak wskrzeszona legenda, jak wyczarowana z gazet, ogłoszeń, wersji i plotek. „Czarną ma na sobie suknię i żółte wstęgi — mówią sobie ludzie. — I te wielkie, lśniące czarne rękawice na ramionach, te same, co do anegdoty już niemal przeszły”. Ona! „Nieładna!... Brzydka!... Wspaniała!...” — „Ciekawym, czy też prawda, co o niej piszą” — myślą wszyscy, a każdemu już serce bije, każdy jest już najpodatniejszym do przyjęcia takich wrażeń, jakie mu w oczy i uszy rzucą.

Stoi, dłonie splotła i uśmiecha się... „Dziwny uśmiech!”... Szczupła, giętka, wysmukła... „Ależ te oczy, te oczy!”...

Wisz, hadiuka122 czarna!... — rozlega się na cały teatr tuż ponad głowami Borowskiego i Turkuła. — (Pawluk wywinął się na razie z rąk policji).

Wreszcie, ona przechyla się giętko — o posłuch prosi: „A young boy gave me his heart” — zaszeleściło jak liście. Ludzie nieprzygotowani byli na angielski język. „Młody chłopiec dał mi serce swoje” — tłumaczono sobie pośpiesznie, podczas gdy artystka wyciągnęła przed się ramiona i trwożnie, pieczołowicie ujmowała, zda się, coś subtelnego w dłonie. I zdawało się ludziom, że w tych czarnych rękach drży lękliwie ciepłe ludzkie serce. — Zagrała muzyka śpiewnie i łagodnie. Padły pierwsze słowa — francuskie. „Dlaczego taka wieża Babel?” — dziwił się ten i ów, lecz każdy wypłaszał czym prędzej z myśli to niewczesne pytanie.

Napięcie tak wzrosło, że pierwsze te słowa były dla ludzi niemal ulgą fizyczną. Głos niski, lecz śpiewny i jakiś ogromnie kobiecy. W naprężeniu początkowym każdy puszczał mimo uszu melodie i śpiew, czatując natomiast na treść, na słowa, na gesty. I oto dowiadywały się chciwe uszy, że ...młody chłopak, gdy łzy wszystkie na rozstaniu wypłakał, piersi swe roztworzył, serce z nich dobył, u jej stóp złożył. „Weź — do ciebie wszak należy. Mnie już nic po tym!” A w czarnych dłoniach drga, zda się, pulsuje i tętni to serce, niby ptak ofiarny; i krwią widocznie ocieka, gdyż ona tak ramiona przed się wyciąga, jakby się bała poplamić czymś suknię. W tym sercu, jak na dnie purpurowego kielicha, leży biała lilia pierwszych uczuć, nowa młodość, nowego życia wonie i blaski! I pieszczą, i tulą coś te czarne dłonie, niby ptaka przeznaczonego na rzeź; potem: „zwróć mi — daj!” — śpiewają usta, a długie, ruchliwe czarne palce oplatają coś, jak ssawki mątwy, wpijają się, niby ostre pazury w coś, co drży, łopoce się i precz z rąk wyrywa. Wreszcie krótki, cichy okrzyk! — Ludzie westchnęli na widowni, tu i ówdzie krzyknęła kobieta.

Rozdarła serce!

I śmieje się... Lecz w tejże chwili zbiera się w sobie, odskakuje nagle w tył, ramiona rozpacznie przed się wyrzuca i pręży długie palce. Jakiś lęk potworny wykrzywia jej twarz.

I ludziom się zdawało, że widzą u jej stóp żmiję!

A ona krzepnie w trwodze, drętwieje w przestrachu, długie czarne ramiona wyginają się jak węże, prężą się ruchliwe, cienkie palce. Ludzie słów wciąż jeszcze nie rozumieją, ale każdy czuje, że żmija dosięgła jej stóp, oplata nogi, po biodrach się ślizga. A muzyka gra śpiewną zwrotkę. Piosnka prosta, co do połowy wierszy opada, od połowy w górę wysokim tonem sięga — i donosi jak echo skargi dalekiej:

Zgorzała już miłość,

Tęsknota nie mija,

Z białych uczuć kwiatu

Pełznie czarna żmija.

Ona przechyla się, słania i opada niemal w giętkim przegięciu ciała. A skarga ta dziwna wciąż dalekim śpiewa echem:

Jadem ciałoć ślini123,

Jadem cię plugawi,

Mego ducha gruzy

Jadem marzeń trawi.

Jakiś nieludzki, blady ból kurczem obrzydzenia wykrzywia jej twarz, brzydką w tej chwili jak u czarownicy.

Nietoperze rojem

Resztę krwi mej piją.

Czego chcesz ty?!...

Na twej białej piersi

Skonać czarną żmiją!...

I padły te słowa, jako zgrzyt pękniętej struny. Te blado i bezwładnie rozchylone usta, ten nieuchwytny wyraz nie wiadomo: smutku kobiety czy cynizmu aktorki!...

Osunęła się zasłona.

I cisza była. Na korytarzach tylko gdzieniegdzie warczał gaz i dziwnie odbijał się echem turkot powozów na ulicy. Zdawało się, że tamtędy ciągną jakieś kondukty pogrzebowe.

„Co to było?” — pytał samego siebie ten i ów trzeźwiejszy. Lecz oto pada pierwsze klaśnięcie jak strzał — oklaski bić zaczęły gradem o pułap, toczyły się, jak grzmoty: runął łoskot, wszczął się krzyk i tumult. Gdzieniegdzie ponad tłum wyrzucały się rozpaczne ramiona ze złożonymi do oklasku dłońmi lub ukazywała się głowa z okrągłymi oczyma i szeroko, jakby w przestrachu, rozwartą gębą. Ryczała, pieniła się ta szalona fala przypływu gromadnej duszy. Czuć było pot ludzki — tłum śmierdzieć poczynał.

— Jezus Maria, Borowski?! — krzyknął nagle Hertenstein i rzucił się na brzeg loży, by go wpół pochwycić. — Bój się pan Boga, kto słyszał się tak wychylać!?...

Jelsky stał na froncie loży dziennikarskiej, na wprost sceny. Kiwnął przyjaźnie dyrektorowi teatru i, wyjąwszy machinalnie gazetę z kieszeni, uderzał nią o parapet loży, spoglądając niedbale na kłębiący się u nóg jego tłum.

— Przepotężna! — zaśmiał się z tryumfem i rzucił numer gazety na głowy inteligentnego motłochu.


Wsparty na ramieniu Jelsky’ego, wlókł się ciężko do domu; co chwila przystawał i oglądał się trwożnie poza siebie. „Pluń na te zmory!” — uspokajał go kilkakrotnie Jelsky.

Zagrodziły im drogę długie, ślisko wydeptane stopnie, wystające z równego szeregu kamienic. Borowski zapatrzył się na potężne, omszałe kolumny i na barokowe posągi w niszach.

— Nie pójdę! — zawołał nagle i przysiadł na stopniach kościoła.

— Chciałeś, żeby cię do domu odprowadzić?

— Bodajbym był przeklęty!

— Eh! — skrzywił się Jelsky. — W taki melodramat wpija się pierwszy lepszy cham gorzałką.

— Ja jestem trzeźwy.

— No chodź!... Ambicję cenię nawet u pijanego.

— Bez ludzkiej ambicji i głupoty ty byłbyś zerem.

— Obaj, obaj, Borowski... Ale wstań z tych stopni, bo to jest śmieszne i bluźniercze.

Zamiast odpowiedzi przylgnął ustami do kamiennych schodów i trzykrotnie w piersi się uderzył.

— Płakać nie mogę — szeptał, ujmując Jelsky’ego pod ramię. — To mi piersi chyba rozsadzi!...

— Tacy, jak ty, umieją już tylko na scenie płakać.

— Ja na scenie szczerzej się modliłem niż teraz.

— Każdy z nas, Borowski, każdy z nas dzisiejszych ma taką scenę, na której z powodzeniem szczerość odgrywa. Ja tylko w druku umiem się jeszcze szlachetnie oburzać.

— Ja chcę się modlić!

— Widzę jedyną drogę wyjścia: wstąpić na scenę.

— Boże, Boże mój, cośmy z życia zrobili!... Widzisz, kto tam był, tego próg kościelny nawet odtrąci.

— Gdzie?

— W tynglu, w teatrze, w sztuce — to jednego diabła panowanie. Twoje to, Jelsky, królestwo, twa moc i chwała.

— Pan gardzisz sztuką?

— Tłum widziałem, twoją potęgę pojąłem.... Gardzę sobą, nienawidzę swego życia!

— Ale sztuką, pytam?

Borowski zwiesił głowę i milczał. Jelsky roześmiał się krótko: „Oj, to słówko, to słówko fatalne!”.

— Czyś pan co postanowił?

— Wyjeżdżam dziś jeszcze.

— Hm!... A żona?

— Ja zbieg, ja złodziej, powrócę tam bez własnego imienia, bez przeszłości, bez żony, bez celu, treści i przywiązania do życia, tylko z tą jego klątwą!...

— Ze sztuką? — skrzywił się Jelsky. — A kto cię tam będzie lansował? Macie u siebie porządnych dziennikarzy?... Ale przede wszystkim, co zrobisz z żoną?

— Pozostawię ją Kunickiemu.

— Jakże to „pozostawię”? I dlaczego koniecznie jemu?

— Ponieważ ze wszystkich łotrów, jakich znam, ten karierowicz wydaje mi się najuczciwszym.

— Hm!... — Jelsky wydął wargi. — Żenią się — chcesz powiedzieć... A no! Poświęconą została sztuce, niechże z kolei poświęcą ją karierze. Poświęcanie się jest losem kobiety.

— Müller!... — przypomniał sobie nagle Borowski i nachmurzył się. — Jego mi żal: — młody! On się o przeszkodę gotów rozbić w życiu... Ale gdzie się podział Müller?

— Poszedł z tą... rączką, z loży. Widziałeś ją?

Borowski splunął.

— Niech was wszystkich piekło pochłonie!

— Dla takich mniej więcej poświęcają się kobiety... I one znają to słówko: „sztuka”!...


Przy bramie opuścił jednak Borowskiego spokój. Wargi dygotać poczęły, ręka czepiała się kurczowo ramienia Jelsky’ego. Pociągnął go ze sobą na górę. „Chodź! Dam ci list do Kunickiego. Boję się o tę pierwszą chwilę dla niej. Chodź!”. Kazał mu jednak oczekiwać w sieni; Jelsky rzucił ramionami, siadł jednak flegmatycznie na schodach i począł się bawić woskowymi zapałkami. Borowski wśliznął się do mieszkania na palcach.

Przyćmiona lampa pod abażurem pali się na stole. „Jak zawsze w takich razach” — przemknęło przez myśl Borowskiemu. — Ta cisza, lampa z czerwonym abażurem, ostry cień na ścianie: długi, czarny i taki dziwnie niespokojny! — Czuł, jak za każdym krokiem traci władzę woli, jak to fatum znanej gorączki poczyna kierować jego ruchami... Skrada się na palcach, czai, własnego cienia płoszy i wzdryga... Przez chwilę zapomniał jakby, po co tu przyszedł; spojrzał na biurko i rzucił się do niego... Przerzuca kartki, przypada na krzesło i kreśli jakieś słowa bezładne, gorączkowe: ostatnie pożegnanie. Rzuca pióro i — roztwiera z hałasem szufladę!... Nie — nie to! Nie to!... Chce biec do drugiego pokoju, lecz wzrok jego pada raz jeszcze na biurko. I zdawało mu się w tej chwili, że ze wszystkich ciemnych kątów pokoju rozlega się potworny, złośliwy chichot...

Na stole leżała biała czysta karta: nie napisał ani słowa!

Wiódł piórem górą, ponad papierem, jak zawsze w takich razach.

— Boże mój! — jęknął. Opadł na krzesło, ręce zwisły bezwładnie. — Boże mój, więc ja naprawdę nie mam sił do prawdziwego życia!?...

Zmógł się przecie i pisał z wysiłkiem wielkim: „Wśród nas wszystkich, ty jeden tylko nie zgniłeś do reszty, ty jeden kochasz może prawdziwie. Ona jest bierna, jak każda kobieta: miłości potrzebuje, pokocha tego, kto ją kocha. Broń i strzeż! Jestem najpodlejszym człowiekiem na świecie”.

Ale gdy drzwi uchylił i w półmroku ujrzał jej jasną głowę na poduszkach, uczuł, że nogi uginają się pod nim. Coś szczerego uderzyło go tym razem, jakby obuchem w głowę i rzuciło do jej nóg. „Ty święta ofiaro”!... — zaczęło mu się już w myślach na wysoką nutę, lecz łkanie wtłoczyło mu te słowa nazad w piersi. Chłód jej stóp, które do czoła cisnął, wyzwolił mu łzy z oczu. Płakał jak dziecko, mając jedną myśl tylko, że to źródło łez jest dla niego jedynym już źródłem szczerości i prostoty: mocy życia!

— Właduś! — szepnęła we śnie. Uniosła się na poduszkach, zgarnęła włosy z czoła i znowuż opadła na posłanie.

„Śpi — myślał — oczu nie otwiera”.

— Włada, zostaw mnie — zostaw mnie już dzisiaj. Sił brak! Ciała już nie czuję, duszy nie mam...

— Jezu! — krzyknęło coś w Borowskim. — Zocha, nie! — Ja nie to...

— Piłeś znowuż, Właduś?

— Matko Boża!... Zochna, Zochna, za coś ty mnie kochała?!

— Ja cię zawsze, Właduś, lubię, ale dziś idź już — idź!...

Borowski podniósł się ciężko z kolan.

— Idę już, Zocha, idę!... A niech cię Bóg...

Czucie instynktowne przepłoszyło ją w tym półśnie.

Porwała się z poduszek i siadła na łóżku. Nerwowym, niespokojnym i sennym jeszcze ruchem przygarniała włosy na tyle głowy.

— Nie, Władek, wróć się lepiej, bo ja się czegoś boję...

Borowski wysunął się cichaczem do sieni. Jelsky siedział na schodach; urządzał sobie iluminację z woskowych zapałek i wygwizdywał piosnkę Yvetty o rozdartym serduszku.

— Jelsky?

— No?

— Władek! — wołał z wewnątrz kapryśny, senny głos.

— No — Jelsky gasił po kolei świeczki — to było do przewidzenia, że ty efektu nie darujesz.

Podsłuchiwali pode drzwiami: miękki plusk bosych nóg o podłogę, a potem nagły krzyk:

— Władek!!...

Borowski biegł na dół, przeskakując po kilka stopni. Jelsky stał w sieni i nadsłuchiwał; rozrzewniało go to pluskanie bosych nóżek o podłogę. „W koszulinie biedaczka biega”. I znowuż krzyk, tylko tym razem cichszy, niespokojny, poczuciem samotności lękliwy! „Gotowa sobie co złego zrobić — pomyślał Jelsky. — Właściwie, wystarczyłoby w tym miękkim serduszku zbudzić anarchię uczuć, aby...”. — Usłyszał w tej chwili ciężkie osunięcie się ciała na ziemię.

Ujął za klamkę: drzwi stały niedomknięte.

— Ano!... — mruknął. — Zgasił zapałkę, zdjął grzecznie cylinder i wśliznął się na palcach do przedpokoju.


Końca tej drodze nie widać! Nogi drętwieją, grzbiet w pałąk się zgina, głowa ciężko na piersiach zwisa; — ciało się nie dowlecze... Żółta smuga blasku od kinkietów zastygła jakby i omartwiała w ciszy — i ta ścieżka tuż przed rampą — długa, równa, nieskończona... I dokąd ta droga wiedzie?... Pary czarnych, lśniących w ciemności, wielkich, okrągłych oczu... „Ile ich tu jest dzisiaj” — dziwi się Borowski. — Dech ich zaparty, pierś ciekawością przytłoczona... I oczy! — setki, tysiące oczu wlepia się w niego żądnie, chciwie i ssie mu z piersi krew serdeczną... Idzie wciąż, wlecze się bez końca; dźwiga na sobie jakiś ciężar, co go lada chwila o ziemię rzuci... Padnie, zwali się!... Wszak te oczy wszystkie na to tylko czekają: padnij! Padnij!... Zwal się i krwią nam w oczach zabrocz!

I dokąd wiedzie ta droga?... Przez kłamaną scenę życia na serdeczną scenę... Boże mój, Boże litościwy!...

Nagle głuche łkanie wyrzuciło się skądciś echem i padło mu jak kamień pod nogi. — Potknął się!... Zmógł się i dalej idzie... Oczy! Oczy! Oczy!... „Władek, Władek mój!” — załkało po raz drugi. — Potknął się!... W kamiennej ciszy wyczekiwania napięta struna gromadnej duszy ludzkiej już huczeć poczyna: pęknie lada chwila. Oczy! Oczy!... „Władek, ci artyści uczynią ze mnie dziew...!” — Potknął się, zatoczył i runął na ziemię.

— Brawo, Borowski!... Bis!...

I wre, huczy, przelewa się ten zgiełk. A potem sykania: „Cii!... — Dosyć, Borowski! Niech błazny teraz idą!” — I wpada ta trójka w spiczastych czapkach, o kredowych pyskach i wielkich karminowych wargach: wrzeszczy, skamle, szczeka i przeskakuje przez niego ze śmiechem: „Hopp!”... Oklaski, brawa i śmiech błaznów:

— Hehehe!...

Ocknął się i dźwignął ciężko z ziemi. Pusto było na trotuarach. Podwójny szereg żółtych latarni zamykał się klinem, hen, w dalekiej perspektywie. Ponure, senne mury wyrzucały na cichą ulicę nie samotne echa jego kroków, lecz za każdym stąpnięciem głuche, stłumione łkanie.

Płacz, Zocha — płacz!...

Ponad miastem, na chmurach, drgała krwawa, żywa, tętniąca łuna jakiegoś pożaru, zasnuwały ją czarne kłębiska buchającego dymu. A jednak cisza i pustkowie naokół — wielka cisza panowała o tej porze na mieście.

...A tam — znowuż scena! Tym razem gdzieś w ciemnych wyżynach, pod gwiazdami, hen! Ten oślepiający żar kinkietów, ta płonąca blaskiem plama na tle czarnej, gęstej, przepaścistej głębi nocy! — I oni wszyscy zwlekają się tam po kolei — żywi, jaśni, promienni — pławią się w blaskach!... Oto wloką się bez celu oni — młodzi! — Smutni, błędni, z krwawymi przepaskami na oczach, z wyrazem niemocy na bladych twarzach; bezsilne ręce przed się wyciągają. „I tyżeś nas opuścił, Borowski! — Ty, piersi naszych jęku, niemocy naszej głosie!...”.

— Przeszli — minęli... Tam w głębi kłębią się ciemne dymy i krwawią łuny pożogi; długim grzmotem tłumnych rozgwarów przebiegają ciężkie szeregi, słychać nieustanny suchy trzask, huk straszny i trąbki ciche, natarczywe granie. Marsz! Marsz!... I oto „leci z szablą pan mój stary — złoty jak kudłaty lew”... Zasnuły go dymy, pochłonęła kurzawa... Z dymu wyłania się starzec, krwawego trupa na lewym ramieniu dźwiga, prawą ręką lirę do piersi tłoczy. „Gdzie walki jego echo? Gdzie czynów jego spiżowy dzwon?”... I minął starzec, jak mija przeszłości krótkie wspomnienie... — Lecz oto wpada drugi, rozwichrzonym włosem twarz przysłania, stryczek tylko na szyi widać. Poznał go Borowski i jękiem powitał. „Synu, gdzie życia mego ślad, gdzie głos i skarga tych, co umarłych wskrzeszają, z żywymi cierpią, a przez sennych tratowani — giną? Gdzie są tłumu dzisiejsze ofiary? Gdzie mojej, gdzie twojej, gdzie naszej doli skarga i bunt? — Synu! Synu! — Synu mój!”.

I zdawało się Borowskiemu, że to jaśnienie w górze błogosławieństwo promienne na potępioną głowę mu zsyła; tęsknota poczuciem mocy piersi mu rozszerza i ptakiem rwie się w górę — tam do nich! Prostują się zdrętwiałe skrzydła, szeroko zagarnęły sięgi — oto z ziemi się podrywa, w powietrzu bokiem się kołysze i orłem do nich leci.

„Właduś, Właduś! Władek mój!”

— Słyszę cię, Zochna, słyszeć będę póki życia...

bo w sercu mym, choć je ukoję,

brzmieć będą drogie łkania twoje,

jak bęben, gdy gra do ataku!... —

Ponad miastem gorzała łuna pożaru.


Kroki wywiodły go na ślepo przed oświetlone wejście hotelu. Turkuł oczekiwał już w westybulu. W wąskim gumowym płaszczu i w małej wełnianej czapeczce na głowie, krzątał się o walizki: ptak przelotny gotów był do wędrówki.

— Jesteś pan? — witał Borowskiego niedbale, zajęty bardziej swą walizką i portierem.

Na Borowskiego mrozem powiało od tej twarzy. Przed chwilą jeszcze oczekiwał tego spotkania jak wyzwolenia; zdawało mu się, że wycieńczony padnie w czyjeś ciepłe ramiona, co go obejmą, wesprą, sił i otuchy dodadzą.

— Panie, jak oni tu zdzierają! — skarżył się Turkuł. — ...rzeczy pojadą omnibusem; my mamy czas, pójdziemy pieszo, opowiem panu po drodze jego rolę w Przeznaczeniu.

Ujął go pod ramię i wyprowadził na ulicę. Płacąc napiwek groomowi124, rozpoczynał swą opowieść:

— Widzisz pan, w moim Przeznaczeniu główną rolę ma młody artysta. Pan czujesz miłość artysty? Bon125! Sztuka-kobieta? — Problem! — (Przyparł łokcie do siebie i, ścisnąwszy mocno kułaki, balansował nimi w napięciu) — Voyons126! — Pasuje się. — (Otwartą dłonią przeciął w powietrzu, jak siekierą). — Przepołowił serce! Połową kocha, połową tworzy. Czy pan potrafi oddać tę połowiczność, tę szczątkowość we wszystkim, co człowiek myśli, kocha, czuje, tworzy? Te... te niepodociągane struny, te zgrzyty, tę atmosferę ułudy... Bon! — I zjawia się, widzisz pan, ta fatalna nuta bezwiednego fałszu w stosunku obojga. Projekty! Projekty! Czy wiesz pan, jak potężnie marzą improduktywy?... Zaczyna pić, zaczyna kochać mocniej, cela veut dire127: namiętniej. A potem ta tęsknota do harmonii uczuć, myśli, marzeń, czynu; ta potrzeba złączenia, zlania, stopienia w jedną całość sztuki-kobiety — voyons, mój problem!... Zaś ona — taka mała polska kobietka. Pan zna ten genre’ek128. Bon! — Otóż...

— Otóż — przerwał niecierpliwie Borowski — ten pański artysta porzuca kobietę.

— Nie. On ją tylko połowicznością swej natury i lepszą cząstką swego ja wprowadza bezwiednie w świat smutku, rozmarzenia, potrzeby ofiary. — Ona dobrowolnie ustępuje z drogi.

— Dokąd? — Borowski zatrzymał się na ulicy.

— W grób.

— Jezus Maria!...

— Mocne w koncepcji? — Co? O, ja zawsze mocno piszę. — Turkuł nie zdawał sobie sprawy, że człowiek, do którego mówi, jest tak własnymi ranami obolały, że każde dotknięcie kurcz trwogi wywołać w nim musi.

— Widzisz pan — tłumaczył Borowskiemu dalej — przeznaczenie powiodło go kołem i rzuciło na wpół żywego tam, gdzie go mieć chciało. I teraz dopiero — tworzy!

Z kolei zatrzymał się Turkuł i wyrzucił dłoń w górę.

Ars triumphans129! — wołał.

Borowski zaśmiał się gorączkowo.

— Panie Turkuł, czy tak mocno stoi się w życiu na trupie? — Ręce splótł na głowie i w gorączkowym śmiechu zataczał się na ulicy. — Ludzie, do czego wy dziś dochodzicie!

— Jak to do czego? Kapitalne wnętrza ludzkie wyciągamy!

Borowski śmiał się wciąż.

— O, ja to panu zagram! Ja to świetnie zagram. Ha, ha!... Panie Turkuł, jakże to Müller śpiewał w kawiarni? — „W tym naszej sztuki smak, naszego życia sens!” Ha, ha! — Borowskiemu spazm gardlany zerwał śmiech. — Panie, jakie krwawe są te nasze wnętrza, w których pan piórem dłubiesz po nocach, powróciwszy zapewne z tynglu lub zamtuza... I ja, i ja już wstąpiłem nogą na czyjeś piersi! Tylko jeszcze mi się to rusza, jeszcze drga i żyje! Jeszcze mnie te drobne ręce rozpacznie... Boże mój!...

Turkuł wtłoczył ręce w kieszenie i spoglądał na niego spode łba.

— Panie Borowski — rzekł po chwili — nieszczęścia, tak zwane, życiowe...

— To nie jest nic literackiego! — ofuknął Borowski.

— Otóż to! Nieszczęścia, tak zwane życiowe, to starcia naszej upartej woli z naszym przeznaczeniem. Wierzaj mi pan, najwięcej zła, krzywdy, szkody sieje w życiu ten, co z przeznaczeniem swym walczy. A wiesz pan, co on z posiewu swych najlepszych chęci zbiera? Fałsz i kłamstwo na każdym kroku. Trzeba mieć odwagę powiedzieć „nie!” nawet na obowiązek. Ale na to lwiej pono potęgi potrzeba. Należy mieć ten zmysł prostoty w sobie, aby najistotniejszej cząstce ducha swego przyznać słuszność w życiu. Lecz na to dziecka pono potrzeba.

Łoskot uliczny przycichł nagle — stał się głuchy, podziemny, ciężki: droga wywiodła ich na most. Przed oczyma Borowskiego zaświeciła mętnym, ciemnym połyskiem woda, nurzająca w swych falach długie i żółte języki blasków od nadbrzeżnych latarni. Huczał i dudniał most — a tam na dole szum i zgiełk mrukliwy i jakby odwieczny w swej ciężkiej monotonii. Ponad miastem, w bok, mrugała wciąż niema łuna cichego pożaru.

Szli wolno... Kiedy niekiedy Borowski przystawał i wspierał się na barierze, Turkuł poddawał się, milcząc, jego woli.

— Wspominaj pan najgorsze chwile swego życia: to sił dodaje. Czy nie poniżałeś siebie, aby swej dumie boleść sprawić? — pytał nieswoim, namaszczonym głosem.

— Tak — odparł Borowski, zapatrzony w pęd ciemnej wody i czując, jak sam w wir jakiegoś pędu wpada.

— Czy, chorym będąc, nie odsyłałeś pocieszyciela? Czy nie zawierałeś przyjaźni z głuchymi, którzy nigdy nie pojmą, czego pragniesz?

— O, tak!

— Czy nie podawałeś ręki upiorowi sumienia, który cię straszyć chciał?

— Tak.

— Czy nienawidziłeś tego smoka, co woła przed każdym krokiem twoim: „musisz!” — i potężną łapą do ziemi cię tłoczy? Czy nie zrywał ci się w duszy okrzyk: „chcę!”.

— Tak.

— I jako świętość pokochałeś twe „musisz”! Teraz obłęd dobrowolnego szału znajdujesz nawet w swej największej świętości. Rabujesz sobie wolność ze swego ukochania.

— Tak.

— Dobrze, iż mi „tak” odpowiadasz: to jest mowa dziecka... I oto, Borowski — kończył Turkuł i wpół go obejmował — nazwałem ci trzy przemiany ducha: jako duch wielbłądem był, lwem się stał, w dziecko się zmienił130...

— Skąd pan to?...

— Słuchaj! — Na zimną twarz Turkuła strzeliły rumieńce; recytował z przejęciem, z piersi te słowa wygłaszał. — Słuchaj!... Bo niewinnością jest dziecię i zapomnieniem. — Zapomnieniem — Borowski! — Jest nowopoczęciem, jest grą, jest toczącym się pierścieniem, pierwszym odruchem, świętego „tak” mówieniem! O, do gry tworzenia, bracia moi, należy święte „tak” nauczyć się wymawiać: swej woli pożąda duch, świat swój odnajduje, kto świat swój utracił!

— Skąd pan to?... Czy jest taka czarna księga, coby mnie potępionemu rozgrzeszenie dała?

— Takiej nie masz. Jest natomiast inna, która ci dumę daruje. Przeczytasz — i staniesz na scenie jak bóg olimpijski!

— A ona?... Zochna?...

— Śmierć — życie, ból — sztukę rodzi.

— Ale nie podłość. Zlituj się pan, ale nie podłość! Zdeptać to, co z całym zaufaniem u nóg nam się wiesza... O, na tę zbrodnię także dziecka tylko potrzeba!

Turkuł tupnął nogą.

— I gadaj tu z nim!...

Borowski przechylał się przez barierę: patrzał na wodę, wsłuchiwał się w jej szmery głuche... „Władek, Władek! — ci artyści zrobią ze mnie swą dziewkę!...” Czuł, jak ten pęd przed oczyma rzuca w przeciwnym kierunku, ponosi coraz to prędzej, coraz to gwałtowniej... Huczał i dudniał mu most ponad głową...

— Stopp!... — Turkuł w samą porę schwycił go za bary i zerwał z poręczy. — Panie Borowski, bój się pan Boga! — Jeszcze żaden mężczyzna nie topił się z niezdecydowania.

Borowski patrzał na niego błędnie przerażonymi oczyma i cofał się tyłem.

— Co panu!?...

— Nic — już nic! — minęło! Wtedy... zanim to uczyniłem, spojrzałem — i te oczy!... Te oczy pańskie zimne rozżarzyły się w jednej chwili jak węgle. Myślałem, że mnie prowadzi...

— Kto taki?

— Diabeł!...

— W imię Ojca i Syna!... Oj, źle, Borowski! Słabyś duchem, wróć się lepiej tam — w łoże małżeńskie, w wyrzuty sumienia i obowiązki.

— Nie mogę: stało się! Nie wiem, czy źle, czy dobrze robię, nie wiem nawet, dlaczego tak uczynić muszę — ale wracać już nie mogę!

— Przeznaczenie! — objaśnił Turkuł. I ruszyli dalej.

Turkuł, zaplątawszy się w krąg jednych myśli, nie mógł z nich wybrnąć: ustawicznie coś wspominał i recytował. Wreszcie objął Borowskiego serdecznie i przygarnął do piersi: — „Kocham tych, których dusza głęboka jest, nawet gdy od ran serdecznych ginie, kogo drobne przejście zniszczyć może! — Albowiem ci są, którzy przez most przechodzą!”

Stanęli wreszcie na brzegu przeciwnym i, oparłszy się o balustradę, raz jeszcze spojrzeli na miasto. Z ciemnego zwaliska murów wyrastały w czerwień płonącego nieba kościelne wieże, niby czarne i nieme upiory. Cicha łuna pożaru drgała wszerz po ciemnym niebie.

— Tam! — myślał Borowski.

— Tu! — wmuszał weń Turkuł, ściskając mu dłoń jak w kleszczach. I aby odwieść mu myśl w inną stronę: — Pożegnaj pan rekinów, westchnij do przyjaciół z kawiarni i tynglu.

Borowski opadał coraz bardziej.

— Panie — mówił słabym głosem dziecka — może to wszystko prawda, co pan mówił — możem i ja umęczony mym szczęściem i niedolą, mą miłością i obowiązkiem, mą cnotą i winą! Może i ja na to tylko szamotałem się, aby mnie przeznaczenie tam wreszcie rzuciło, gdzie mieć mnie chciało!... Ale gdy pomyślę, gdzie to wszystko dojrzewa i bólem uświęca... Łoże rozpusty — kawiarnia — tyngiel — dziewki — błazny — zidiociałe tłumy wielkomiejskie — prostytutki uliczne!... A! — Wszystko to takie małe, drobne, brudem cuchnące!... Ha, ha, ha! „Sztuka”!

Odrzucił się od bariery, dłonie w czoło wciskał i śmiał się. Śmiech ten padał w bezdeń, leciał w czarną przepaść, aby gdzieś, w głębi od skalnych odbiwszy się czeluści, wrócić ku górze krzykiem rozpaczy... Turkułowi dreszcz poprzez ciało przebiegał. Nastawiał uszy, poruszał chrapami jak wyżeł: czuł sztukę!...

— Śmiech taki wart życia — rzekł. — Ten śmiech spod piwnicznych wierzei grobów dochodzi: tak się śmieją dawne wielkie trupy nad dzisiejszym życiem... O, kto śmiech taki usłyszy, ten sam śmiać się przestanie!... Ciebie, Borowski, widoma łaska Boża opromienia. Ty z Bożą łaską śmiałeś walczyć... A tamto wszystko, ten nawóz sztuki — gardź nim! Wszystko, co nasze, co młode, co dzisiejsze — to nikczemność, to brud i rozkosz żałosna! Ale my jeszcze nie najgorsi — skoro śmiać się tak umiemy — z życia, z ludzi, z samych siebie... Śmiej się, Borowski, śmiej! Ten śmiech będzie tryumfem naszej szczerej sztuki nad naszym kłamanym życiem!...

Szumiało miasto i gadała rzeka. Drgająca łuna rozrzucała się po niebie coraz to szerszym płaszczem. Gwiazdy gasły. I trzepotała się ta łuna na chmurach, jako wielki krwawy ptak; cicha i niema, próbowała jakby zniewolić do ratunku obojętny huk, zgiełk i gwar pustego życia miast wielkich. Czarne wieże kościołów strzelały w tej krwawej topieli coraz to wyżej i wyżej: zapomniane od ludzi, same nieba sięgały, Boga wzywały na ratunek.

Turkuł spojrzał na Borowskiego.. „Przecież on spłynie tęsknotą jak krwią — pomyślał. — Przecież on z tęsknoty za nią powiesi się najdalej za dwa, trzy lata. Tacy nie strzelają się nawet”.

I nie potrafił tej myśli opanować:

— Wiesz ty, że tym razem na śmierć idziesz?

— Wiem — Borowski machnął ręką.

Po wiaduktach między murami biegł pociąg, skakał z łoskotem po zwrotnicach, wypadł z dala na nasyp, gwizdnął i pędził przed się w obce, dalekie światy... Pozostał po nim ten pęd i rozmach w powietrzu, to rozpierające piersi pragnienie lotu...

— Pora nam!

— Pora...